Lata lepiej niż Wrona

Matka ma wiadomość, którą na bank trzeba wpisać do księgi rekordów: była w kinie!
Powiecie – ale nius! Ranyyyyy!
No nius, nius! Matka w ostatnim dwudziestoleciu była w kinie 3 razy (słownie: trzy). 
Na „Panu Tadeuszu”.
Na „Katyniu” – tylko dlatego, że kolega wychowawca nie mógł i Matka poszła w godzinach pracy z tak zwanej łapanki.
Na „Sali samobójców” – no, to było coś, przeżycie nad wyraz, tym bardziej, że o 21.40.
– Nie ma normalnych seansów? – spytała Matka w kasie. – Takich NIE o północy?
– Phy! – prychnęła panienka. – Jak się chodzi na film kiedy przestają go grać, to trzeba go oglądać w nocy.
Matka zaczęła schodzić śmiertelnie już na reklamach. Dawało jej po uszach tak, że zatkała je sobie chusteczkami do nosa. Oczu się nie dało, bo kłaczki wlazłyby Matce w soczewki, co w istotny sposób podniosłoby cenę biletu. Matka czuła się jakby oglądała western w wersji panoramicznej w pierwszym rzędzie. Strzelała oczami z lewej na prawą i nie nadążała.
– To kino to się jakoś zmieniło. – stwierdziła. – I nie wiem czy zdzierżę na filmie.
Szczęśliwie puścili go lekko wolniej i ciszej, poza rodziną Matki na sali nie było żywego ducha, więc można się było trzymać dowolnych oparć foteli, żeby nie zasnąć. Tak, tak, Matka osiągnęła ten etap w życiu, kiedy o godzinie 22.00 zasypia sie niezależnie od tego, czy na ekranie są samobójcy, czy Godzilla zjada Predatora w 3D.
Na czym w takim razie teraz była Matka?
Na zastępstwie.
Że jak?
A tak.
Bo Matka nie chadza do kina z Potworami. Ma dosyć wszelkich filmów dla dzieci w telewizorni.
Nie powie. Obejrzała nawet parę. Dobrych. Jakieś Epoki Lodowcowe czy Madagaskary.
Ale nie pójdzie do kina pełnego fruwającego popcornu i siorbiących colę przedszkolaków, żeby gnieść się z kapotą na kolanach na Witchach, Winxach czy innych szpiegach. Małych. W życiuniu!
MiaUżon chadzał, ale jak zobaczył, że Potwory po ciemku się raczej nie mordują, to zostawia towarzystwo i wraca okrutnie uszczęśliwiony do domu. Jest taniej dla wszystkich, dla rozumu zwłaszcza.
Niestety MiaUzon ma pooperacyjną nóżkę. Oznacza to, że ona po dwóch miesiącach nadaje się co prawda na pójście na jakiś meczyk, ale w żadnym wypadku do kina!
I Matka chcąc nie chcąc udała sie do kina, bo po pierwsze  nie wierzyła w miłość Potworów w świetle projektora, a po drugie położyła łapę na funduszach – no trafia ją, kiedy drugie tyle, albo lepiej kosztuje zgniły popcorn czy jakieś „naczosy”.
– Jak ty sobie wyobrażasz, że ja wytrzymam TYLE godzin bez jedzenia???” – załkał Potworek. – Głodzisz mnie!!!
Matka od dawna puszcza bajki o głodzeniu dzieci, bo jak rany, jej zarobków nie starcza na to wszystko co one jedzą.
– Jak ja wytrzymam, to ty też! – Machnęła ręka koło ucha, wydrukowała internetowy  bilet i pojechały.
– I pani mnie na TO wpuści? – podała panience na bramce kartke A4.
Ta pobiegła skonsultować się do lali od popcornu. Matka do tej pory żyła w przeświadczeniu, że nie bardziej analogowego człowieka od niej, ale zmieniła zdanie. Jeden jest.
– A pani się nazywa? – Panienkę przydmuchało z powrotem niczym bohaterów „Kołysanki” Machulskiego.
Matka z godnością i niejakim zdziwieniem wyrecytowała swoje oba nazwiska i szybko się okazało, że nie chodzi ani o pierwsze, ani o drugie. No dobra, w końcu się dogadały.
– Tu są okulary. – Panienka wręczyła trzy pary bryli i Matka ruszyła z Potworami w kierunku sali. To znaczy Matka stanowiła peleton, bo Potwory były w salach obcykane, a Matka zdecydowanie nie.
W kinie nie było nikogo.
– Rany, jak to nie zbankrutuje? – Podrapała się w głowę Matka. No fakt, koło północka mogli być sami na sali, ale o trzynastej w sobotę? Dzień po premierze???
Po pięciu minutach reklam ulga! Do oglądających Potworów dołączyły cztery osoby, więc na sali (dodajmy, że dużej!) szalało całe siedem osób.
Matka już  napisała na czym była? Bo w ogóle by nie było sprawy, gdyby  nie ten film.
Film, który zostaje głęboko w człowieku. Nie, Matka nie zwariowała. Film dla dzieci może zrobić wrażenie, choć nie było tam ani jednej śmiesznej rzeczy. Ba, Potwór smarkał w chusteczki ile wlazło! Potwór! Czternastoletnia, wyszczekana do bólu panienka, wywracająca na każdym kroku oczami!
Mało tego – Potworek zapomniał, że umrze z głodu!
Co tam umrze. Potwory zapomniały, że należy się obowi,ązkowo dźgać łokciami, żeby Matkę trafił jasny  szlag!
A Matka nieco oszołomiona okularkami do 3D, bo co jak co, ale oczka po półgodzinie jednak ją bolały z lekka zwróciłą uwagę, że nikt nic nie mówi. Film jest niemy! Jak Bolek i Lolek z najlepszych czasów!
A jedyną ścieżką dźwiękową byłą muzyka Chopina…
Niemożliwe? A jednak! Początek filmu był tak poruszający, że ucichło chrupanie kukurydzy kilka rzędów przed Matką. I było wiadomo, że to zupełnie coś innego. A potem już można było oglądać wszystko. I słuchać, bo pojawiły się dialogi razem z „normalnymi” aktorami.
Efekty specjalne – momentami niesamowite, a Matka przyzna, że i złośliwa, i wybredna jest.
Ale co tam efekty – nastrój, nastrój nie do uwierzenia. I to, że można opowiedzieć o Chopinie tak, żeby zainteresować, wzruszyć i nie znudzić.
Na tym filmie człowiek może się nie śmieje. Co z tego?  Z tego filmu człowiek wychodzi i cały czas myśli.
Matka nie wie, czy film się przebije. Jeśli bedzie sam, to będzie mu trudno. Matka ma nadzieję, że pusta sala była tylko w Matki nieszczęsnej Metropolii vel Pipidówie.
Ale kurczę pieczone ten film jest fantastycznym kandydatem do Oskara – za to, że jest INNY. Inny, w najlepszym tego słowa znaczeniu. Bo  nie dostarcza strawionej papki, nie zapomina się go po pięciu minutach, bo nie wyrzuca się nie niego pieniędzy.
I dlatego, że nie wypada jeść na nim popcornu…
Idźcie na „Latającą maszynę”. Z dziećmi albo bez.
Wypada i trzeba.
Nasi to zrobili – cholera, psiakrew, wyszło im świetnie!

To mówi Matka, którą rzadko coś porusza.

Wymiana i zakupy

Matka spotkała kilka dni temu swój ulubiony lej niedoczasu. Był naokoło, więc Matka doszła do najsłuszniejszego ze słusznych wniosków, że już do niego wpadła i to całkiem niepostrzeżenie. Żadnego odgłosu, nic. Po cichutku.
Wessało ją z goniącymi dwoma terminami, I Komunią Maryśki (czy  możliwe, że to już?), klasówkami i wiedzą, że znów z czymś ważnym, obiecanym nie zdąży. I razem z proponowanym zwolnieniem z jednej pracy, co Matce nieprzytomnie komplikuje życie, bo nie bedzie miała połówki etatu, czyli nie będzie się jej nic liczyło do emerytury, przerwie staż na dyplomowanego i tak dalej. A dalej lepiej raczej nie będzie, bo reforma za rok, bo niż cały czas i każdy pod każdym dołki kopie.
Matka co prawda w takich momentach dochodzi do wniosku, że czasem jakas furtka się zamyka, żeby otworzyła się kolejna, ale póki co nastrój ma pod zedechłym psem.

– Pamiętasz, że w poniedziałek wyjeżdżam? – zapytał na to wszystko Potwór.
Matka pamiętała, ale pytanie zabrzmiało dziwnie znajomo.  Potwór wyjeżdża na kilkudniową wymianę międzynarodową i czegoś najwyraźniej nie ma.
– To znaczy, że trzeba mi kupić bluzę, sportowe buty, kostium kąpielowy, prezent dla Sofii, jej brata i rodziców.
Matka padła. Tylko brakowało do kompletu dżinsów. W ogóle to Matce się wydaje, że nic nie robi, tylko na okrągło słyszy, że MiaUżon musi wymienić buty do pracy, nie ma halówek na siatkówkę, dżinsów to już wcale, a następnie, że tego samego nie ma Potwór. 
-Przecież ojciec ci kupował bluzę przed wyjazdem na zimowisko – Przytomnie zareagowała Matka a jej szare komórki z nieskrywaną radością zatarły łapki.
– Ale ja kupiłam nie bluzę, ale sweter, a poza tym mam jeszcze dwie bluzy, jedna to polar, to się nie liczy i w ogóle. – Janeczka zastygła w oczekiwaniu na odpowiedź.
Ta przyszła szybko. Matka się nie da.
– To trzeba było brać bluzę zamiast swetra! – Zazgrzytała Matka, bo wyszło na to, że Potwór załatwił MiaUżona na cacuchny. Naciągnął i nie zaliczył zakupu.
– No to kostium kapielowy mi się wyciągnął! – zajęczała Janeczka.
– A po co ci kostium w marcu? – Matka miała już tak nastroszone pióra, jakby je przeleciała lakierem extra strong podsuszając jednocześnie suszarką.
– No przecież jedziemy do tropical Island pod Berlinem! Ty myślisz, że ja się będę wstydzić, bo mi się tu jakieś oczka rozciągnęły? – zamachała rękami Janeczka a Matka pomyślała, że ma strasznie ciężkie życie.
A potem sama obleciała wszelkie możliwe sklepy i poprzymierzała najobrzydliwsze, czarne sportowe buty, najlepiej z mazajami. Kupiwszy jedne, które latały jej na nogach do nieprzytomności przywiozła je do domu i zaprezentowałą Potworowi.
– Ale fajne! – Podskoczyła z radości Janeczka i natknęła sobie prawy but na ustopienie.
Mina jej lekko zrzedła.
– One się TROCHĘ rozciągną? – załypała z nadzieją.
Matka sie kiedyś wykończy.
– No nie mów mi, że te kajaki są za małe! – Załamała ręce.
– Yhyyyyy – Zastękała Janeczka i przez kolejne pół godziny chodziła doookoła stołu, żeby buty sie rozciągnęły. Nie chciały współpracować. Matka wpakowała je do bagażnika, żeby zwrócić do sklepu.
Poszukała następnych. Też sama.
– Nie przyjmujemy zwrotów proszę pani! – zastrzegł pan w markowym sklepie. Matka natychmiast pokochała pana. No niech to licho, musi przywieźć Potwora! Buty były czarne, miała tęczowe sznurówki, no i cena do przełknięcia.
Czy Matka musi pisać, że okazały się za małe?
– Córka, damskie buty kończą się zwykle na 41, mamy problem!
Janeczka spojrzała na Matkę oczami zranionego spaniela, bo wiedziała co teraz nastąpi.
– Jedyna nadzieja w sąsiednim sklepie na D z badziewiastymi butami, może trafimy na 42. Jak nie, to pozostaje ci asortyment męski.
Znalazły. Paskudne, czarne, z mazajami, ale pasujące. I nawet jeszcze 41 rozmiar!

A Matka przechodząc koło drogerii znalazła wreszcie mały odkurzaczyk do kuchni i różowy komplet: młotek, kombinerki, wkrętak z wymiennymi końcówkami i miarka, a wszystko w plastikowym pudełku i za 12,99. MiaUżon wpadł w dziki zachwyt i Matka tyle ten damski młotek widziała.

A dziś nic, tylko pierze i suszy, pierze i suszy wszystko, jak leci. A i tak sie okaże, że najpotrzebniejsze dżinsy, takie super, hiper na międzynarodową wymianę, Potwór zdejmie z upupienia kilka godzin  przed wyjazdem, a wtedy bez suszarki ani rusz. Dobrze, że ta nie protestuje, kiedy wrzuca się do niej jedną sztukę. Za to zupełnie nieoczekiwanie pięknie odsiewa do filtra wszystkie kocie kudły z ubrań, których mimo trzepania i czyszczenia szczotką pełno, choć nie widać. Ano kot linieje, bo tu przecież wiosna, panie sierżancie!

W związku z konkursem „telefonicznym” Matka prosi marqueza o dosłanie mailowo namiarów stacjonarnych (wygrywa 25% zniżki na telefon LG-P500) i magdę o to samo (wygrywa słuchawki bezprzewodowe). Gratulacje!

LustrujemyGadżety LG

Matka narzekała i narzekała przez dwa lata na swój telefon. Bateria bez rewelacji. Głośnik – do najchrzaniejszego chrzanu. Matka strzyże uchem, jak ktoś dzwoni i połowy nie słyszy, więc odpowiada bez związku i składu.
– Nigdy więcej nie kupię dotykowego telefonu, do bani są! – wkurzyła się jakoś zaraz na początku dwuletniej umowy i trwała w tym postanowieniu uparcie. Ciągle plumkała nie w te klawisze, co trzeba, do wpisania sMSa potrzebowała chyba z siedmu plumknięć zanim się w ogóle otworzył, no dramat. Do tego jeszcze namolne telefony z biura obsługi, które w niczym jej nie pomagały. Wizyty w licznych salonach też nie. Zmiana umowy zawsze jest dla Matki koszmarem, do tego po kilku miesiącach okazywało się, że płaci za minutę połączenia, jakby ta była pozłacana.
I na ten koszmar przyszedł mail, w którym zaproponowano Matce przetestowanie telefonu.  Dotykowego z bajerami.
Matka natychmiast się nastroszyła.
Znów plumkanie.
Znów jakiś głośnik do bani pewnie.
Znów bateria aby aby.
I pewnie by nic z tego nie wyszło, gdyby nie to, że i tak musi zmienić telefon, a tu może choć jakiś czas popróbować sobie do bólu. Może jak nie jej, to komuś sie to przyda? Komercja?
Znów ktoś psa powiesi? Niech wiesza. Jedna z czytelniczek Matki bloga cieszy się wypasioną pralką, którą ma na własność i to jest radość oraz ważny powód do okresowej komercji.
Tym razem Matka będzie miała też nagrodę dla dwóch osób w konkursie, którego zasady sa na dole wpisu.
Teraz jak ktoś nie chce, niech nie czyta, bo bedzie dużo o nowym telefonie LG.

A dokładnie o LG – P500
Właściwie Matka go obraża, bo to nie tylko telefon, ale w zasadzie smartfon. Ta nazwa była dla Matki zagadką, bo wszyscy widząc Matkę w salonach różnych operatorów zakładali od razu, że smartfona nie chce.
– Wie pani, drogie są! – mówili. – I to takie urządzenia dla młodzieży bardziej.
Matka zainwestuje w krem przeciwzmarszczkowy.
Wie, wie, chciała telefon z dobrym głośnikiem, radiem, baterią i zasięgiem. Koniec. Ale nie ma wyjścia, trzeba było przemaglować nowy telefon wte i wewte, co Matka uczyniła.
Podeszła jak pies do jeża, zrażona obecnym telefonym z ekranem dotykowym, o czy potem.
Tymczasem kurier przywiózł maleńki kartonik. Biorąc pod uwagę konieczność przechowywania różnych opakowań, które napadają człowieka jak tylko wsadzi nos do piwnicy – to można schować do niezbyt głębokiej szuflady. Wreszcie!
Instrukcja obsługi – coś, co spędza Matce sen z powiek. Ba, jak Matka potrzebuje coś sięgnąć z górnej półki w regale, to podkłada sobie pod nogi instrukcję obsługi swojej lustrzanki. Nie tym razem. Maleńka książeczka ( w końcu było małe opakowanie), równe 100 stron, z czego ponad połowa to oczywiste oczywistości, których najczęściej czytać nie trzeba. Matka to zrobiła.
Ładowanie baterii – to drugi telefon Matki, w którym akumulator nie ma efektu pamięci. Super sprawa, wiadomo. W ciągu dwóch lat nic sie w zasadzie nie powinno zmienić w kwestii żywotności i wydajności baterii. Póki co, przy sporej ilości zabawy akumulator starcza Matce na całe 5 dni, a ładuje się około godziny. Super sprawa.
Pierwsze włączenie – cholerka, coś innego. Matka tak już ma, że jak zmienia telefon, to natychmiast zapomina jak wszystko działało w starym. Nie ma już odpowiedniej ilości bitów, więc wykasowuje sobie z mózgu stare pliki. Ale jednak pierwsze zetknięcie z telefonem bywa bardziej, albo mniej bolesne, bo Matka wypróbowuje coraz to inne firmy. LG jeszcze nie miała.

Na pierwszy rzut oka wszystkiego jest pełno. Z drugiej strony przez to jest mniejsza liczba podmenu, więc nie marnuje się czasu na błądzenie i szukanie na oślep. Dla maniaków pewnych aplikacji jest możliwość zmiany ekranu głównego – wystarczy ruch palcem w lewo czy prawo i na ekranie króluje Google, odtwarzacz muzyki itp.
Matka tak już ma, że pierwszą rzeczą którą robi, poza skopiowaniem kontaktów oczywiście, jest ustawienie swojego dzwonka. Matka go sobie kiedyś zrobiła jakimś niedużym programikiem i ma kawałek saksofonu z „Your Latest trick”. Inaczej nie słyszy telefonu i w ogóle myśli, że to nie jej. Myk, myk przerzuciła sobie plik z komputera przez blutooth i ustawiła jako dzwonek. No dobra, Janeczka jej to zrobiła, niech będzie. To znaczy ustawiła dzwonek tylko. Potem Matka przerzuciła swój Bulls eye na dźwięk wiadomości SMS i tu przykra niespodzianka – tego ustawić już nie można, co jest dla Matki kompletnie niezrozumiałe. SMSy brzęczą wyłącznie dzwonkami dostarczonymi przez producenta i nie ma tam ani jednego zwalającego z nóg, a Matka takich szokujących potrzebuje, inaczej nie zareaguje i basta. (edit – dzięki pomocy spriggany Bulls Eye ustawiony. W instrukcji tego nie było, a Matki analogowość wymagała zdecydowanej pomocy. Już wszystko OK)
Aparat – coś, czego niby nie potrzebuje, bo ma jedną idiotenkamerę, i lustrzankę, jednak pomarudzić zawsze można. Tu trafiło na aparat posiadający 3 Mp i matka przyzna, że lekko sie rozczarowała. Oczekiwała 5Mp, bo tyle miała w swoim niegrzecznym Samsungu i przyznać trzeba, że zdjęcia robił fantastyczne, jak niezły kompakcik. Faktem jest, że piksele to nie wszystko, ale różnicę w jakości jednak widać na niekorzyść LG a szkoda – przy takim dostępie do internetu warto dostarczyć narzędzia, które zrobi dobre zdjęcia do wrzucania na strony www.  Jednak znajdziemy tu sporo miłych udogodnień – a to makro, a to balans bieli i tym podobne sprawy. Na plus trzeba tu jednak dodać kamerę i ona jest rzeczywiście niezgorsza jak na komórkę. Tu zostalo natychmiast uwiecznione ziewanie kota z każdym jednym zębem, gdyż Potwory akurat pobierały nauki w szkole.
Radio – jest to coś, co Matka mieć musi. Nie korzysta z niego często, ale jak musi, to absolutnie i już. strojenie okazało sie wygodne, kodowanie stacji też, wszystko działa intuicyjnie, nawet analogowa Matka sobie w mig poradziła. Jaka stacja odbierała jak żyleta każde dziecko wie 🙂
Słuchawki – z odpowiednią długością kabla i włącznikiem pośrodku, ale część wchodząca do ucha mogłaby być zdecydowanie mniejsza – kiwają się i wypadają, a Matka znów jakichś wybitnie malych uszu nie ma, ot, standardowe, jak poziom Wisły w Zawichoście.
Odtwarzacz muzyki – noooo, wreszcie Matka wie, czemu małolaty w szkole słuchają na okrągło czegoś na komórce. Tu plus. LG dostarczany jest z 2 Gb karta pamięci – dla młodzieży to pewnie pikuś, niech sobie kupią większą kartę, ale Matka z dziką rozkoszą przerzuciła sobie kilkadziesiąt ulubionych piosenek, które kiedyś kisiła na jakiejś badziewnej MP3, jedzącej trzy baterie na jedno okrążenie. Odtwarzanie bezproblemowe, im dalej w głąb komórki tym Matka coraz bardziej puchła z dumy, że wie o co chodzi, bo już myślała, że ona to tylko bateria i głośnik, i duże klawisze. okazało sie też, że posluchac można sobie muzyki na głos, a przy tym porobić wiele innych rzeczy, choćby pobuszować, no właśnie…
Internet – coś, co Matka lubi, ale w komorkach ją brzydziło. małe ekraniczki, ni choroby nie było widać, same literki, które długo sie namyślały. Do tego jej Samsung do dziś nie chce otworzyć żadnej strony i każe się kontaktować z dostawcą telefonii, czego nawet szkolni informatycy przeskoczyć nie mogli. Matka machnęła ręką.
Tu – bajka. Niestety trzeba uważać na przyjemności, bo te kosztują. Na paru stronach instrukcji jest ostrzeżenie: „wykup pakiet internetowy, bo zabulisz”. Prawda. Telefon oferuje mnóstwo możliwości – lokalizacja, nawigacja GPS, przeglądarka, możliwość ściągania swojej poczty jednym kliknięciem, market z dodatkowym oprogramowaniem, stan pogody, komunikator i wiele innych – ale oczywiście łączy sie wtedy z internetem, więc trzeba uważać jakie polączenia bezprzewodowe ma się aktywne. Matka po chwili zabawy wyłączyła przyjemności, bo nie ma pakietu internetowego, ale sprawdziła jedno – przeglądarka działa naprawdę bardzo szybko, jest ogromna różnica miedzy lg a zwykłym telefonem MiaUżona, tu w ogóle nie ma o czym dyskutować. Słuchanie muzyki i jednoczesne surfowanie po necie to już zasługa niezłego systemu Adroid 2,2 Froyo. W tak zwanym markecie można sobie powybierać wśród przyjemnych aplikacji i Matka ściagnie sobie na bank jako pierwszą Operę – jedyną właściwą przeglądarkę dla Mattkipolki. I czuje, że jeszcze coś sobie znajdzie, choćby wyszukiwarkę kontaktów przez mazanie literki na ekranie.
Powiększanie ekranu palcami – tu matka wpadła w dziki zachwyt. Dwoma palcami można rozciągnąć i powiększyć dowolny fragment ekranu podobnie jak w komputerze z ekranem dotykowym. Bajka dla dalekowidzów i każdego, kto chce dojrzeć jakiś szczegół na zdjęciu czy w tekście.
SMSy – tym razem Matka nie ma żadnych problemów z klikaniam w klawisze – nie myli się, może są ciut większe. Dodatkowo wystarczy przechylić ekran o 90 stopni i otwiera się klawiatura z pojedynczymi literami. Dlaczego okazało się to ważne? Tu – uwaga, uwaga – totalna porażka. matka w swoim Samsungu nie uzywała platrofmy T9 do SMSów, bo z oburzeniem zauważyla, że polskie litery zżerają jej po 3 znaki. Szok, tym bardziej, że wczesniejsze Siemensy matki zabierały tylko po jednym znaku i tak powinno być. Niestety w LG totalna porażka – Matka aż zadzwoniłą na firmową infolinię, gdzie pan potwierdził wszystko, jak na spowiedzi – LG zjada w platformie T9 aż 100 znaków za literki ą,ę, ć, ń, ś i tym podobne. Nie da się wyłączyć polskich ogonków, trzeba pisać wystukując po jednej literce. Tego Matka za nic nie zrozumie, dlaczego produkuje się tak wybitnego SMSowego bubla, kiedy napisanie SMSa: „Weź kopertę bąbelkową” zabiera ponad 110 znaków. najciekawsze jest to, że pierwsza polska litera kosztuje nas 100 znaków, a kolejne już nie. Ki diabeł? Pan nie porafił wytłumaczyć…
Wi-Fi – tu medal dla LG! – Matka ma teraz darmowy dostęp do wszystkiego, bo w domu ma bezprzewodowy internet, w szkole też i jeszcze parę hotspotów w swojej metropolii – starczy aż nadto! Prawdą jest, że nie wszystko da się znaleźć okrutnie szybko, a poza tym w necie człowiek spieszyć się nie lubi, więc kiedy MiaUżon wisi na komputerze i ogląda mecz kosza, Matka może sobie sprawdzić i pocztę i newsy na Gazecie.pl, bo co jak co, ale od prasówki jest uzależniona. No i wszystko uruchamia sie szybciej, niż na komputerze, zwłaszcza kiedy trzeba go specjalnie włączać.
Podłączenie do komputera – w momencie można zarządzac plikami, które ma się w telefonie, przerzucać muzykę , filmy czy obrazki w jedną i druga stronę. Wystarczy ze strony LG ściągnąć sterownik.
Design – nie jest łatwo Matce dogodzić, bo lubi prostotę. Tu otrzymała telefon wręcz minimalistyczny, czarny, z gładkim ekranem i pochowanymi do minimum przyciskami. słuchawki na  małego jacka (nareszcie!) i standardowe wejście do ładowarki (jednocześnie na kabel USB do komputera – ten sam kabel załatwia dwie sprawy). Całość wybitnie elegancka, bez jednego zbędnego elementu. Trzeba tylko tej całości zapewnić futerał, albo odpowiednie etiu, żeby szlachetna czerń nie została zhańbiona szpetnymi rysami.
Ogólne wrażenie – no właśnie. Matka nie krowa, czasem zmienia poglądy, aczkolwiek nie sądziła, że zrobi to w kwestii komórki. Pomijając małe niedogodności typu niemożność ustawienia własnego dzwonka na SMSy i  3Mp w aparacie reszta sprawia, że Matka jest wybitnie zadowolona z telefonu. Szybko, sprawnie i co najważniejsze – bezboleśnie można się na niego przesiąść. Surfowanie po necie błyskawiczne i przyjemne. Jakość odtwarzanych filmów znakomita, nic się nie zacina, nic nie zawiesza. I jednak matka zdecydowanie woli wybierać w dużym ekranie pełnym orazkow z aplikacjami, niż otwierać dziesiątki podmenu, jak w starszym Samsungu F-480. Rozstanie się nawiasem mówiąc z nim bez żalu – poza dobrym aparatem i Bulls eyem na dźwięk SMSa wszstko miał wyjatkowo wkurzające i działające tak sobie. Przypadkowe kliknięcia, nie te litery i rzecz jasna mniejszy ekran. Nie, nie ma porównania. dobrze, że Matka miała wcześniej ekran dotykowy, bo można by powiedzieć, że stara matrona dostala nowinkę i się cieszy. Nie, ma porównanie.

I coś dla czytelników – KONKURS, w którym nagrody funduje firma LG. Matka tylko wybiera zwycięzców.
Zadanie jest proste: Matka prosi, żeby na jej mailowy adres , czyli mattkapolka (tu wstawić małpę) gazeta.pl napisać krótką wypowiedź na temat: „Telefon w 2020 roku będzie…”
Matka spośród wszystkich wypowiedzi wybierze dwie najciekawsze.
Zwycięzca otrzyma bezprzewodowe słuchawki do telefonu (podwójne lub pojedynczą), zaś druga osoba 25% zniżkę na zakup telefonu LG P500 w internetowym sklepie LG .
Na życzenie Matka prześle wszystkim zainteresowanym szczegółowy regulamin.

Czas trwania konkursu 19 – 23 marca (od soboty do środy). Rozstrzygnięcie konkursu w piątek, 25 marca na blogu. 
Matka serdecznie zaprasza!

LG P550
I zaraz wiadomo, czego Matka najczęściej słucha…

Pięć minut do ferii

Matka wyprawia Potwora na zimowisko w Tatry. Polega to głównie na kupowaniu gogli i spodni narciarskich na Allegro, oraz na skręcaniu MiaUżona na zakupy w galerii. Bo spodnie, bo czapka, bo przy okazji coś tam jeszcze. I okazało się nagle, a niespodziewanie, że podczas nieobecności Matki przy mierzeniu przyodziewku świat się nie trzęsie, nie rozpada i nie kończy. Czyli można?
Można samemu?
Bo Matka miała w tym tygodniu kosmiczne urwanie gwizdka. Zbierała prace na wielki konkurs, Odsyłała je tysiąc razy do poprawki, znowu oglądała, kazała podpisywać, wymyślac tytuły, kody i tak dalej. Siedziała na jednej radzie, wywiadówce, potem drugiej radzie, kolejno trzeciej i jeszcze jednej wywiadówce. Na pierwszy tydzień po feriach ma już zapowiedziane trzy kolejne rady (naprawdę nie dało się wcisnąć w grafik kolejnej wywiadówki???).
Do tego hrabina Puśka miala umówioną sterylizację i termin wypadł na feralny czwartek z radą, wywiadówką i dodatkowymi dwiema u Potworów, na które rozdwoił się MiaUżon.
A Matka odwiózłszy Potwory do szkoły od razu przemieściła się z wykąpaną poprzedniego dnia Puśką do weterynarza. 
– Niech pani ją dobrze przytrzyma, o tak, jak karabin – poprosiła lekarka – bo ten zastrzyk jest bardzo…..
A potem Matka zobaczyła startującego Strusia Pędziwiatra, który wśród dzikiego wrzasku wbił Matce swoje jakże szanowne zęby w rękę i przeorał we wszystkie strony. Ha! Ale Matka, podobnie jak jej teściowa, która w złamanej ręce raźnie dzierżyła torebkę, kota nie puściła, choć trzeba przyznać, że nie wyrażala się przy tym zbytnio dyplomatycznie.
– …bolesny! – dokończyła lekarka i Matka od razu wiedziała co czuje. Nie jest tylko pewna, czy pani doktor nie chodziło aby o kota. Nieeeee, na pewno nie.
– A teraz wkładamy ją do klatki. – I tu Matka posłusznie wykonała manewr „wkładamy”.
– Nie usypia? – zdziwiła się.
– Nie tak od razu, jakieś dziesięć minut. – Uspokoiła ją lekarka, a Puśka pomalutku zaczęła rapować, co polegało na kiwaniu głową na boki z coraz bardziej mętnym spojrzeniem.
Matka zabrała się do domu i umówiła MiaUżona na wieczorny odbiór kota.
Zjechali razem.
Puśka wytoczyła się z trasportera jak muzyk po koncercie. Dupsko na lewą stronę, dupsko na prawą. Łapka na schody – MiaUżon ściąga kota ze schodów i przestawia w inny kąt. Bang w fotel, leżymy. Kot do kuchni – miski puste. Trzy minuty powrotu pod fotel. Matka przy lodówce – kot wędruje znów zakosami, ciągnie łapki za sobą, no dramat.
MiaUżon zniósł na dół kojec Puśki i kuwetę. Wtrynił kota do jego legowiska, a zatrwożone sytuacją Potwory krążyły wokół jak satelity. Po pewnym czasie Puśka poczołgała się do kuwety, gdzie w ogromną gracją wywróciła żołądek na lewą stronę.
– No patrz! – Ucieszył się MiaUżon. – Jaki kot mądry?
No Matka też się zdziwiła, że w tym stanie Puśka dba o dobre maniery. Rano zresztą zrobiła to samo.
– A jeśli się zacznie wylizywać na brzuchu to będziesz  musiała pojechać po klosz! – oświadczył MiaUżon.
– Po kołnierz. – Poprawiła Matka, która nie byłaby sobą, gdyby nie postawia kropki nad „i”.
Ale już jej doradzono, że body niemowlęce jest lepsze i jak dobrze przetrząśnie szafę to jeszcze jakieś znajdzie. Póki co ma jednak nadzieję, że Puśka będzie spokojnie spała i przekima najgorszy czas.
Matka zdąży wszystko uprać Potworowi, a ten oczywiście zarzuca ją co chwila rzeczami najwyższej potrzeby, które w tym samym momencie zdejmuje z siebie.
– Wiesz, ja bez tego NIE pojadę! – oświadcza.
Matka ma wrażenie, że Janeczka zabiera na zimowisko pół szafy. Gdyby nie suszarka, jak rany, nie dałaby rady. A tak jedno pranie wrzuca, a drugie w tym samym czasie suszy. Dwie godzinki i wszystko czyste i suche. Przydałaby się  jeszcze jedno pudło, które miałoby w środku prasujące mrówki, albo inne zjawiska, bo Matka teraz z kolei nie nadąża z prasowaniem. Pamięta piękne czasy z liceum, kiedy w modzie był krepon – czemu ta moda nie wraca???
Natomiast wykonała ryzykowny manewr wysuszenia mocno ocieplanej, ortalionowej kurtki Potworka, choć na metce stanowczo to odradzano. Matka doszła jednak do wniosku, że skoro suszarka ma program delikatny i do syntetyków, to nie najnowsza kurtka na pewno o tym jeszcze nie wie. Wysuszyła elegancko, nic się nie skurczyło, wszystko za to pachniało i w ogóle. Inne życie! Dogłębne wizyty Potworka w okolicznych kałużach, połączone z badaniem dna brzuchem przestały być straszne. Matka natychmiast wyprałą i wysuszyła wszelkie kurtki z szafy – z podobnym, rewelacyjnym skutkiem.
Matka tylko okropnie żałuje, że nie ma wersji suszarki z koszem do suszenia wełny. Bo sobie chytrze umyśliła, że byłaby na bank idealna do wysuszenia Puśki po kąpaniu. Wyszłaby stamtąd czysta,  puszysta i antyelektrostatyczna.
Coś tylko Matce mówi, że niekoniecznie dawałaby oznaki życia… 😛
Póki co pozostaje godzinne suszenie zimnym nawiewem z suszarki i wyciskanie w ręcznik (jak widać nie zawsze łapki dają się zawinąć).
O, tak, jak tu:

 

Kot w worku

Na pytanie: „Matka – no i co?” zainteresowana odpowiada: „Tabletki na uspokojenie poproszę”.
Tak, Matka udała się dziś do apteki po jakiś ziołowy misz-masz, bo od kilku dni budzi się albo o drugiej (wersja pesymistyczna), albo o czwartej (pełny optymizm), po czym wywraca oczami i nic. Nie śpi. Przez cały dzień wali się z nóg, a w nocy to samo.
Czemu? A tysiąc powodów!
Po pierwsze rura. Matka oczami wyobraźni zobaczyła ekipę, która wpada, zatłukuje wszystko roboczymi buciorami, a nastepnie kuje na oślep w Matki niespełna dwuletniej łazience. Ekipa sztuk jeden pojawiła się, żrobiła elegancki otwór za szafą Potworka i podejrzała łazienkę od zewnątrz.
– Niedobrze. To nie kanalizacja, to rura z wodą. Trzeba wyjąć kabinę, brodzik i kuć, ale na dole.
I ekipa wróciła w poniedziałek, żeby Matka z MiaUżonem nie zostali z kaszaną na Nowy Rok. Matka pognala do pracy, a MiaUżon bodajże po raz pierwszy wziął wolne.
Gdy Matka wróciła nie było już nikogo poza MiaUżonem z odkurzaczem. Kabina stała, silikon zajeżdżał octem a trup nie słał się gęsto.
No ekipa sztuk jeden pojawiła się niechybnie z kosmosu. Pachnąca, kładąca każde narzędzie na oderwanym płatku papierowego ręcznika. Wymieniła rurę, kupiła nowe zaworki i poprawiła paproków sprzed dwóch lat tak na wszelki wypadek.
Niemożliwe.
Matka do dziś nie wierzy. 
Teraz czeka, aż wyschną jej ściany zalane aż do piwnicy i sądząc po piekielnym smrodzie mokrej zaprawy potrwa to do lata. Super, bo nie ma najmniejszego zamiaru czegokolwiek teraz malować.
Po drugie były ferie. Matka każdą przerwę w szkole okupuje nerwami w nocy. No tak, ale jednej nocy, nie siedmioma.
Po trzecie Matka zrobiła coś, o co by siebie jeszcze miesiąc temu nie podejrzewała.
Kupiła na odległość kota. Kota w worku.
Jutro z MiaUzonem po niego jedzie.
Matka coś mocno w kościach czuje, że to ten kot Matce spać nie daje. Dokształciła się w kwestii żwirków, karm suchych i mokrych (tu wiedza lekko szwankuje, bo Matce się wolne bity wyczerpały), drapaków, transporterów i sterylizacji, ale jak widać nie zabiło to stresu. Zamiast spać nie czując niczyich łapek maszerujących po kołdrze (no niech tylko spróbuje!!!) to Matka sufituje w nocy, psiakrew!
Potwory nic nie wiedzą. Nic teoretycznie, bo Potwór przekosił Matce laptopa przy okazji robienia prezentacji i zaczął zadawać dziwne pytania na temat gekonów (???), psow i kotów, z naciskiem na te ostatnie.
Niech to licho, niespodzianka będzie lekko spalona.
A jeśli MiaUżon spuchnie od razu na widok kota, to Matka zostanie z worem karmy, drugim żwirku, drapakiem, znowu jakąś karmą, myszką, piłeczkami, szczotkami i transporterkiem, a wszystko wartości większej od kota.
I nie wie kogo tym skarmi. Chyba jakiegoś borsuka w lesie.
I na razie idzie walnąć sobie dwie ziolowe na sen, a świtem startują z MiaUżonem powitać w klasztorku Trzech Króli, a potem w drogę.
Matka znalazła kota 300 kilometrów od swojej metropolii.
– Nie było bliżej? – spytała zdumiona matsa.
No nie było.
Bo ten miał mordę smutną i już.
I ma pół roku i jest płci żeńskiej.
Klan bab się tym samym powiększy,  o ile MiaUżon wytrwa bez żadnej alergii, dojadą i wrócą.

Wszystko przez kota Simona chyba, albo Matka się starzeje.
Koniec świata.
Będzie.
Jak nic.

List do świętego Mikołaja

Matka zastanawia się, czy kupowanie prezentów w internecie naprawdę zajmuje mniej czasu. Najpierw wisi i szuka danej rzeczy. Potem wisi na forach i czyta, czy to dobre, czy nie. Wtedy to już można nawet zwątpić jak się człowiek nazywa.
Potem włazi na jakieś ceneo i szuka najtaniej. Znajduje. Kolor nie ten. 
Szuka dalej. Jest kolor, model nie taki.
Wraca na forum, sprawdza czy dobrty. Niedobry. 
Szuka dalej, ma coś innego, ceneo, kolor, sklep, telefon.
-Eeeee, już dawno nie robią tego modelu, mamy jedna sztukę, różowa!
Matka już nie powie, gdzie mogą sobie wsadzić różową. Chce czarną! 
Po pięciu godzinach ma czarną, model niekoniecznie ten, ale jest, cena ujdzie (tu anakonda ugryzła Matkę przez kieszeń w miejsce mało dyplomatyczne).
– Bo te modele, to się proszę pani różnią w zasadzie niczym! – wyjaśnia jej pan w sklepie.
– Jak – niczym – jeśli jest taka różnica w cenie? – dziwi się Matka, ale jest jej już wszystko jedno. Pan nie wie zapewne za dużo, a czas leci.
– Wysyłamy! – Pisze pan.
Matka zamienia się w jeden wielki czekający wór. Dzwoni po wszelkich znajomych kurierach. Nic nie mają.
– Ojej, nie zdążyliśmy wysłać – odpisuje na maila pan.
I Matka ma pół dnia czekania z głowy, pan jest dodatkowo zamordowany. Gratis.
A tu nie ma czasu. prezenty dla Potwórw w zasadzie niekupione! Szkoda gadać, Mikołaj strzeli sobie w łeb. Starszy Potwór jeszcze jak cie mogę. Matka da radę zrealizować połowę z roszczeń. Tych tańszych, typu bransoletka z Sixa (tu Matka robiąca biżu zgrzyta na całego). Natomiast w ogóle nie widzi nastepującego tekstu Potwora:
„…Drogi Mikołaju, nie wspomnę już o laptopie. Chodzi o to, że nasz dotykowy zaraz zabiorą (chodzi o testowanego Touch Smarta – przypis Matki), a mój obecny komputer to kupa złomu!!!…”
Choćby Potwór wabił Mikołaja kawą Tchibo czy innym Jacobsem nic z tego! Nie ten kaliber!

Natomiast list przedstawiony przez Potworka Matkę zabił. Z trudem doczytała się o co chodzi, bo Potworek lekko bazgrzący jest i nie da się owego dokumentu nawet zeskanować, bo jest naścibolony straszliwie. Oczywistym jest, że Mikołaj zrealizuje wersję zastępczą prezentów, bo Matka pojęcia nie ma o czym Potworek pisze…
Przedstawia wersję oryginalną, pisownia niezmieniona:

Drogi mikołaju!
na święta bardzo chciałabym dostać te rzeczy, które napiszę, czyli: smiki miś 40cm, pies husky, sambuś liżący szczeniaczek, zwietrzęta polarne, smiki ciastolina 5 tub, smiki koraliki, smiki maszynka do tworzenia magnesuw, smiki tatuarze, hana montana mikrofon na stojaku, zestaw błyszcząca kolekcja, zestaw stylowe pierścionki, projektor do kreowania mody, zestaw laboratorium chemiczne, gra piggy pop, mp3 hello kitty, aparat fotograficzny barbie i kamera internetowa, zegarek barbie modna paryżanka + ken, palac barbie, babka barbie + torebka, sceniczny autobus z przebieralnią + Polly z ubrankami, barbie luksusowy samolot + dwie lalki, littlest pet shop skuter z laleczką, littlest pet shop centrum ratunkowe, littlest pet shop pojazd, my little pony powóz z delfinem, smiki wózek głęboki różowy + bardzo dużo slodyczy czekoladowych i trochę zwykłych”

I tu Matka spadła pod stół z wrażenia. A kiedy zaparła się jedną ręką o podłogę i drugą o blat, to list do świętego Mikolaja smętnie sfrunął koło Matki  i jej oczom ukazał się – jakże pocieszający – dopisek:

„… P.S. DROGI MIKOŁAJU TE FSZYSTKIE RZECZY ZNAJDZIESZ W SKLEPIE!”

Lubić samochód?

Matka bawi w Mikołajkach na maratonie bloggerów. Dwa dni w pełnym wypasie, piękny hotel, testowe jazdy różnymi modelami Renault. o szczegółach matka doniesie później, bo są dla niej lekko hmmm… bolesne. Tymczasem wpis samochodowy z blogu Maratonu, który Matka umieściła tam wczoraj.

Znajomy małolat, którego Mattka swojego czasu zabrała z przystanku, bo spóźniłby się do szkoły zadał jej pytanie, bo najwyraźniej w dowód wdzięczności zamierzał bawić ją lekką rozmową. Matka nie była specalnie zachwycona, bo w Trójkowe piątki rankiem Mann puszcza energetyczne kawałki, ale ściszyła radio i nastawiła uszu.
– A pani to LUBI jeździć samochodem?
Czy Matka lubi? Nie zastanawiała się nad tym tak, jak nie zastaniawia się nad lubieniem oddychania i chodzenia. Ba, ostatnim się raczej brzydzi, bo jeździ. Jeździ, bo za daleko, żeby chodzić.
– Nie możesz wyciągnąć roweru? – Słyszy zbawienne rady znajomych.
Nie, no jasne, że może! Jednego Potwora zarzuci na plecy, bo mniejszy, drugiego uwiąże na sznurku, wszak zdobywa medale w przełajach…
Matka wstaje w swojej pipidówie o szóstej dwadzieścia, żeby przejechać sześć kilometrów do szkoły. Dzięki nagłym, a niespodzianym dotacjom z unii nigdy nie wie, co ją rano spotka. Pipidówa vel Metropolia rozryta jest przez gigantyczne dżdżownice. Matka jeździ dwudziestoma ośmioma objazdami, klnie na trzydziestu pięciu światłach, rysuje felgi na krawężnikach podwórek, którymi objeżdża zakorkowane ulice i czyta w gazeciwe, że zaraz zamkną jej tak strategiczny przejazd, że nic, tylko wypadnie puszczać się drugim i ostatnim mostem. Zamiast sześciu kilometrów – dwadzieścia dwa…
Czy Matka lubi w takim razie samochód?
Matka przejeżdża poranne 10 kilometrów w godzinę do półtorej. Nie, nie mieszka w Warszawie. Mieszka w naprawdę podłym mieście. Kiedy policzy sobie, ze spędza w aucie ponad dwie godziny dziennie, to nie da rady – nie może go lubić.
Ona od samochodu wymaga:.
-Odpalania
– Grzejącej dmuchawy
– Klimy latem
– Wieeeelkiego bagażnika (nie ma takiego bagażnika, którego Matka nie zapakowałaby na wakacje po sufit. Ekonomicznie i ekologicznie!
– Dobrze wyprofilowanego siedzenia (i tego jej bardzo brakuje! Jeżdżenia z poduszką jest być może obciachem, ale Matka to chrzani!)
– Radia z Trójką
– Umiarkowanego depnięcia
– Dobrych hamulców
– Pięciorga drzwi. Bezwzględnie. Nie będą jej Potwory łaziły przez łeb.

Generalnie – drzwi, bagażnik, klima, radio.
Jak to u Matki Polki. Przywieź, zawieź, kup, właduj, wyładuj, skichaj się.
Lubić auto?
Auto ma być i już. Może być dodatkowo ładne i nowe.
Ale przy całej miłości do japończyków Matka raz by się złamała z marką. Teraz juz tego nie zrobi, bo nowy model w niczym nie przypomina starego.
Kiedyś, kiedyś Megane miało taką wystającą, pierońsko seksowną pupę.
Jak Jennifer Lopez.
Można było kochać, albo nienawidzieć. Matka kochała.
Poczeka na kolejny model używając każde inne auto bez lubienia.

Po dwudziestu ośmiu latach jeźdżenia samochód jest jak rodzina.
Szaleć za nim nie ma co, ale jak by go zabrakło, to jednak ból…

Testerzy na start – pralka czeka

Matka podzieli się wiadomością, która być może zainteresuje panie domu, chcące wyrzucić swoją starą (albo nową) pralkę przez okno. Chodzi o testowanie pralki Bosch, która to pralka stanie się po miesiącu włąsnością testera. Miłe? Miłe. No więcej niż miłe.
Matka też się zgłosiła, ale takiego złośliwca raczej nie wybiorą – tym bardziej, że ma Boscha od półtora roku. Wspominała. Ma, ale okresowo narzeka, bo trzy programy do odplamiania to stanowczo za mało dla Potworów. Nie ma takiego Chajzera, który doprałby Potworne skarpetki albo tłustą plamę na bluzie Matki. Matka liczy na pralkę usuwającą jej niebieskie i zielone plamy od farb olejnych, ale to już chyba w innym świecie. Na razie polubiła wyżej wspomniane kolory i skupia sie na tych skarpetkach. I plamach po keczupie. I brzoskwiniach (wstrętne, zdradzieckie plamiszcza, które wyłążą dopiero PO pierwszym praniu!
Próbujcie. Szansa na megawypasioną pralkę jest, regulamin Matka przejrzała, nic tam nie ma o podpisywaniu cyrografu własną krwią 🙂
A niżej fragment maila i link do strony.

Firma Bosch szuka chętnych do testowania pralek – dostępnych jest 10 urządzeń! Wyłonione podczas konkursu osoby przez miesiąc będą testowały dobrane dla nich pralki oraz dzieliły się opiniami na ich temat. Po tym czasie urządzeni staną się ich własnością. Do konkursu może zgłosić się każdy – wystarczy wypełnić formularz zgłoszeniowy do 6 października br. Formularz i szczegółowy opis akcji są dostępne na stronie: www.testujpralkibosch.pl.

 

Komercha, Matka się zgadza – ale jaka fajna! Powodzenia w testowaniu!

Koniec lata

Matka zauważyła pająki. Mnóstwo pająków w winogronach.
Kurczę pieczone jesień idzie. Trzeba odzniknąć Matkę, bo przecież za pasem szkoła. Podręczniki kupione, konto w związku z tym puste, a tu jeszcze a to pseudoadidaski, a to zeszyt do nut. Poważna sprawa – Janeczka zaczyna przeciez gimnazjum! To prawie nie do wiary – Matka zaczęła pisać tego bloga, kiedy Potwór poszedł do pierwszej klasy. No to znów idzie.
A u Matki póki co tak sobie zawodowo. Bardzo tak sobie.
Ale miała wakacje życia.
I napisze co i jak wracając na bloga łono.

Dość lenistwa, howgh!

Tylko baloniki

Matka spojrzała na kalendarz i pomyślała sobie, ze nie wypada tak długo nie bywać na blogu. A spojrzała dlatego, ze MiaUżon podejrzanie często zaczął bywać przed telewizorem i Matka zaniepokoiła się, że może jest jakas olimpiada, o której nie wie. 
– Innych dyscyplin nie ma? – spytała przezornie.
– To Mundial jest!!! – MiaUżon machnął ręką z kanapy, a Matka doszła do wniosku, że także koniec świata.
Bo nie zauważyła, że Mundial jest, ba, że w ogóle ma w tym roku być!!!
– Do Mundialu załatwiamy wszystkie poprawy klasówek, wystawiam oceny i nic mnie więcej nie obchodzi! – zapowiadał zawsze Matki  fizyk i rzeczywiście – wszyscy mieli pięknie pozamiatane do początków czerwca. To było w 1982 roku. Barcelona – ostatnie piękne chwile Polski na Mundialu.
No i w tym roku Matka przez Mundial zauważyła, że już czerwiec. Wcześniej nie udało jej się nic zrobić poza tonięciem w klasówkach. Starość chyba? Bo każda czynność zaczyna zajmować coraz więcej czasu.
Za to Janeczka zaliczyła Bal Szóstych Klas, a Matka nieopatrznie zgłosiła się jako osoba pilnująca. I błąd! Do dziś ma uszkodzony słuch. Dzieci same przyniosły płyty z muzyką, natomiast dorośli puszczali je im radośnie i głośno. Nie, nie dorośli. Jeden dorosły, ale Matka ma wrażenie, że nie do końca.
– Rany, pękną  mi bębenki – jęknął jeden z pilnujących rodziców.
– Mi też – Zgodziła się Matka, której boleśnie chrupało już w uszach i rozpoznała tekst sąsiada wyłacznie po ruchu warg. – Idę!
I poszła. Niedojrzały rodzic w stanie ekstazy wisiał na potencjometrze .
– Nie wytrzymujemy tego hałasu! – ryknęła mu w ucho Matka i zauważyła, że większość dzieci i tak siedzi na dworze albo je. Byle nie tańczyć.
– Ale mi tu przychodzą i mówią, że nic nie słyszą! – zamiaukał rodzic i podkręcił znów głośność.
Matka machnęła ręką, posprzątała ze stołów śmieci i przegnała chłopców przekłuwających balony. Cała podłoga była pełna gumowych strzepów, a piękna dekoracja sali znikała w oczach.
– Pani da sobie spokój! – pokazał na migi sąsiad. – Nie warto. Ja u siebie w gimnazjum na takim balu to nie sprzątam potem balonów, tylko zupełnie co innego. Zobaczy pani – trzy lata i całkiem inne zainteresowania!
I Matka przypomniała sobie opowieści kolegi, który oprócz bycia nauczycielem dorabia sobie weekendami kręceniem filmów na weselach i balach.
– Nie masz pojęcia! – powiedział ostatnio. – Wyszedłem przed knajpę, bo rodzice zażyczyli sobie  balu gimnazjalnego w lokalu, a tam na chodniku dzieciaki leżą pijane w trupa! Poprzynosili wódkę nie wiadomo w czym, rodzice, którzy pilnowali nie nadążali kontrolować  toalet i wszelkich zakamarków, masakra!
No to Matka już nie narzeka. Uszy się zregenerują, balony dawno są posprzątane. Jedynym problemem była sukienka i balerinki Janeczki, ale i to udało się załatwić w miarę bezboleśnie i szybko.
Teraz tylko cztery rady i Matka bedzie miała wakacje. A biorąc pod uwagę plany urlopowe to będzie na nich się działo!!!