Wartość życia

Matka skończyła obraz. Potwory odetchnęły – oznacza to bowiem nieco bardziej wyszukane obiady. Jutro jeszcze komisja odbioru i miejmy nadzieję koniec. Potem już tylko świąteczne szaleństwo, bo przecież kolejne 500 dużych klasówek, któe zalegają od tygodnia smętnie na stole się nie liczy.
-"Co to za życie!" – jęknęła Matka waląc się do wyra o 3.30. Nad ranem rzecz jasna. I od pięciu tygodni to samo. Nocna robota, szkoła, cały dzień przed obrazem, noc przed obrazem, szkoła. I wyślepiaj się tu człowieku w obraz. Matce oczy wisiały smętnie na wysokości brody, co nie wygląda zbyt atrakcyjnie, za to zwiększa bezapelacyjnie pole widzenia. 

-"Ty nie narzekaj" – rzucił krótko MiaUżon, który świeży i pachnący zbierał się do pracy. – "Ja tu wczoraj podłuchałem Marysię, która rozmawia z lustrem w łazience!" 
-"No i co?" – Matka zastrzygła uszami i zamieniła się w jeden, wielki słuch.
-"No i Potworek po kąpieli przystapił do czesania włosów, a potem mycia zębów!"
-"To to ja wiem, bo zawsze tak robi" – wzruszyła ramionami Matka -"Ale CO mówił do lustra???"
-"A mówił tak: (a ja się schowałem za drzwiami)<<Dziś w przedszkolu pani nie pozwoliła mi rysować, bo trzeba było iść na rytmikę.>> -I splunął pianą z pasty do zębów – <<Potem Ada wyrżnęła mnie lalką w głowę. Nie lubię jej a to! A Piotruś popchnął Marcinka i ten ma dziuhrę w spodenkach>> – Potworek znów splunął pianą i zagrzebał szczoteczka z drugiej strony paszczy – <<Gosia powiedziała na Kasię, że jest głupia, a Kasia, że jej mama ma najładniejsza czapkę!>>- tu rozległo się głebokie westchnienie -<<Mnie nie było tydzień, bo byłam chohra i tehraz nie umiem całej piosęłki. I jeszcze zhrobili zupę bez smaku i nie wiem nawet jak się nazywała. A Adam to już wcale się nie odzywa do Wojtusia!!!>> – tu Maryśka odpluła trzy razy i zabulgotała wściekle woda w gardle. -<<Matko!!!>> – jeknęła rozdzierająco – <<I co to życie jest wahrte???>>

Matka przemyślała sprawę. Podąża teraz w podskokach, żeby napisać szybciutko i radośnie dokumentacje do obrazu.  Konserwacja obrazu w nocy jest piękna sprawą.
Nikt Matki nie bije lalką w głowę. Na przykład 🙂

Koło zębate

Matka wyssawszy się na kilka minut z leju niedoczasu donieść musi koniecznie, że Potworek przeistoczył się chwilowo z brzydkie kaczątko, nic sobie z tego na szczęście nie robiąc.
Ale za to wcześniej…
Wcześniej…

-"Daj poruszamy tym zębem, żeby wypadł!" – Matka chytrze starała się namówić Maryśkę na pozbycie się wiszącego na włosku i wystawionego w przód mlecznego zęba. Górnej jedynki oczywiście. Dwie dolne Potworek był sobie uprzejmy wytłuc na hulajnodze, a nowe urosły mu wręcz niezauważalnie.
"Nie!"-zakrzyknęło dziecię i szybko zakryło paszczę.
Od kilku tygodni bowiem Maryśka chodziła z dyndającymi zębami nie mogąc normalnie jeść i wyglądając jak nutria.
-"Przecież to ci przeszkadza!" – Matka próbowała od drugiej strony.
"NIE!!!"- Potworek był nieugięty jak hartowana stal.
-"Zawiążemy nitkę i pociągniemy!" – odważnie zasugerował MiaUżon.
Matka spojrzała na niego wymownie, bo aż za dobrze znała opowieści teściowej o wiszących na włosku zębach synusia.
-"I jak zemdlejesz to ja Cię mam podnosić?" – spytała jadowicie, patrząc na 188 cm wzrostu i słuszną posturę.
MiaUżon zawinął się na pięcie i czmychnął nakryty ogonem.

A Maryśka chodziła dalej wachlując uzębieniem.

Aż niedawno MiaUżon wyjechał na dwudniowe szkolenie. A potem wrócił.
I Potwory rzuciły się na niego radośnie w celu otrzymania buziaka.
Janeczka – CMOK!
Maryśka – CMOK! BRZDĘK!!!

-"Co to było?"- Matka z MiaUzonem lekko się zdziwili odgłosem, ale Potworek złapał się za paszczę i zalał łzami.
Pognał do zlewu, napluł na czerwono, jeszcze raz się złapał za paszczę i przejrzał w szybie piekarnika, bo była najbliższym lustrem. Fakt – broczył krwią nie z tej ziemi. A na podłodze leżał ząb!
"Co ja teraz zhrobię?" – załamał łapki, ale zaraz sobie przypomniał, że trzymanie się za paszczę jest wazniejsze – "Jak pójdę do przedszkola???"
-"Oj, normalnie, przecież na pewno nie tylko ty nie masz zęba…" – zaryzykowała odważnie Matka.
"Nie pójdę!!!" – i tu Potworek znów przejrzał się w piekarniku –"Pszeciesz wyglądam NIEATHRAKCYJNIE!!!"

No pięknie nie było, ale bez przesady. Maryśka poszła z bólem serca na pociechę posiadając drugą, dyndającą jedynkę.
A po tygodniu…
-"Marysia zostawiła ząb w kanapce!" – doniosła teściowa przez telefon.

Uff… Matce ulżyło.
"Tehraz znóf jestem pięłkna!!!" – oświadczył Potworek przeglądając się w lustrze i szczerząc do siebie braki w uzębieniu.
I pełen szczęscia chadza do przedszkola prezentując wielkie puste miejsce na stałe jedynki.

A zwan jest Kasownikiem (przez MiaUżona) lub Zębatką (przez Matkę).
Czekających co też Potworkowi w pustym miejscu wyrośnie…

Wychowanie do życia w rodzinie – po raz pierwszy

-"Mamo, w jakim wieku ma się okres?" – zapytała znienacka Janeczka, kiedy Matka jednocześnie otwierała drzwi, przytrzymywała teczkę, upuszczała zakupy i padała na pysk. Środy już takie są.
-"Wiesz…" – zadumała się Matka i szybko przeliczyła, że Potwór ma dopiero jedenaście lat -"…masz jeszcze trochę czasu!"
-"Aha!" – Janeczka namarszczyła się próbując dodać do jedenastu "trochę" i chyba niekoniecznie jej wyszło -"A wtedy trzeba kupić podpaski?" 
-"Trzeba" – odrzekła Matka szarpiąc się z drzwiami. Trochę popadało i napuchły cholery.
-"A skąd wiadomo jakie mają być?" – Potwór nie dawał za wygraną. Co go tak przypiliło? Żadna koleżanka w klasie okresu jeszcze nie ma.
-"Najlepiej zapytać kogoś, kto ma w tym względzie doświadczenie" – Matka zawachlowała wymownie klapami przed Janeczką – "Na przykład swojej mamy!" 
-"A, no pewnie!" – rozpromienił się Potwór i kamień spadł mu najwyraźniej z serca – "A czym te podpaski sie różnią?"
No kurka wodna, Matka nawet rozebrać się nie mogła.
-"Na przykład firmą…" – tu Matka zastanowiła się, a Potwór zamarł w bezruchu spijając każde słowo z jej ust -"kolorem opakowania…ceną…"
-"Aaaaa…. ceną…" – powtórzył bezwiednie i znów zakombinował – "A wielkością?  Różnią się też WIELKOŚCIĄ???"
-"Oczywiście!"- Matka rzuciła zakupy na stół i ucieszyła się niezmiernie, że Janeczka ja wyręczyła w myśleniu  -"Podpaski najbardziej różnią się właśnie wielkością!"
-"Wiedziałam!" – klasnął w ręce Potwór  i dodał konspiracyjnie -"Wiesz, ja to na razie nie potrzebuję, ale jakby coś, co pamiętaj, żeby mi kupić na metr pięćdziesiąt cztery!"

Żegnaj stare, witaj nowe

-"A co to, a co to?" – zachwyciły się Potwory, kiedy MiaUżon ustawił srebrzyste cudo na szafce w kuchni.
A Matka wcale się nie ucieszyła!
Jak tu się cieszyć, kiedy umiera najlepszy przyjaciel i pomocnik!!!
-"Zapytaj, czy można ją zawieźć do sklepu na wymianę, bo co potem z tym zrobisz?" – rzucił MiaUżon i pojechał do pracy.
Matka zapomniała.
Przez ostatnie dwa tygodnie czuła się jak ostatni zdrajca i rozwodnik. Szukała po internecie i nie mogła się zdecydować kim można by zastapić przyjaciela. Zwariowała? Może. Nic nie poradzi, że przywiązuje sie do rzeczy.
Kiedy skończyła swoja pierwszą robotę po studiach – konserwację przepięknego gotyckiego obrazu, za całą wypłatę kupiła wypasioną mikrofalę w Pewexie. Kto nie kupował kiedyś w tym przybytku za dolary czy bony – nie zrozumie!
-"Ma mieć grill, bo teraz takie są najnowsze!" – zastrzegł kolega bywały na zachodzie, który przywiózł sobie egzemplarz z Niemiec.
No to miała. Grill i sensory, i automatyczne programy, wszelkie ruszty i rożny.
-"A jaki ma kolor?" – zapytała Matka drżącym głosem kładąc na ladzie 555 dolarów. Cztery miesiące pracy!
Panienka obejrzała pudło.
-"Biały!" – oznajmiła radośnie, a MiaUżon zapakował karton do samochodu.
-"Co jest?" – zdziwił się, kiedy pozrywał w kuchni wszystkie taśmy i uniósł wieko opakowania.
-"Brązowa???" – wywaliła gały Matka i rzuciła się do kartonu. Kolory – B albo W. B jak biały?
-"Jak rany, panienka poliglotka!" – złapała się Matka za głowę -"Ale wiesz co? Niech zostanie, dobrze wygląda!"
Bo wyglądała. Duża, ładna, Sharp.
Przez trzy dni patrzyli na urządzenie ze strachem pomieszanym z radością i bali sie cokolwiek do niego wstawić. Potem Matka nakupiła szklanych misek i zaczęła się zabawa.
Wkrótce okazało się, że bez mikrofali życie jest prawie niemożliwe! Rozmrażała co rano chleb, odgrzewała później Potworom obiady, naczynia z bitkami i rybą po grecku, grillowała tosty i karkówkę. Byłą duża, pikała przyjaźnie i zamykała drzwi z głuchym, szlachetnym odgłosem. Miała metalowy, granatowy talerz w drobny rzucik i Matka nigdy się nie bała, że może go stłuc.
-"Słuchaj, coś chyba zawilgotniało, bo gaśnie mi światło w środku!" – zauważyła rok temu Matka, kiedy podgrzewała potrawy wigilijne, bo brakowało jej palników.
-"Niech się wywietrzy, chodziła prawie godzinę" – odparł MiaUżon, a mikrofala faktycznie się wywietrzyła.
Niestety robiła takie hece coraz częściej.
-"Nie mamy już takich części, ta kuchnia ma osiemnaście lat!" – rozłożył pan ręce w serwisie
A mikrofala sprężyłą się i znów zaczęła chodzić bez zarzutu.Aż powiedziała – "do widzenia" 
-"Szukam nowej" – westchnęła Matka i weszła do sklepu. Na półkach stały rzędami kuchenki, ale wszystkie jakieś małe. A jak większe, to i tak po otworzeniu miały maleńką dziurę.
-"Daj spokój, przecież ja tu nie włożę schabu do rozmrożenia, bo mi sie zaklinuje!" – Matka zarzuciła sterami i wyszła.
Przeczesała internet. Albo był termoobieg, albo gotowanie na parze, albo automatyczna waga, albo inwerter, albo inox.
-"No ja się  nie zdecyduję!" – marudziła i odsiewała kolejne modele.
-"Ta ma prawie wszystko, ale jest brzydka! Nie kupię!" – machnęłą ręką na Samsunga -"A w ogóle to nie potrzebuję tych wodotrysków, bo na parze nic nie gotuję!" – i tu Matka oblizała się na myśl o dobrze wysmażonym schabowym. Trudno.
Kiedy zostały na placu boju trzy modele postawiłą na firmę, stal, talerz do opiekania na chrupko i inwerter. Bez wodotrysków, ale i tak drogo.
-"Biorę Panasonica! Ma mniejsze pudło, ale taki sam duży talerz, tylko nie wiem z czego. Zadzwonię." – postanowiła
-"Nie wiem jaki ona ma talerz" – odrzekła panienka w internetowym sklepie _"Pani sobie sprawdzi na stronie firmy.
Matka nie omieszkała. Bez rezultatu. Materiał, z którego wykonany był talerz pozostał tajemnicą.
Po tygodniu kuchnia była już w sklepie i cała rodzina czekała z utęsknieniem, bo nie ma to jak poranek z ciepłym pieczywem, bez dwóch zdań.
-"Zaraz ja wyjmę"- powiedziała Matka w domu i spojrzała jeszcze raz na starą mikrofalę. Otworzyła drzwi. W mikrofalówce zapaliło sie światło.
-"O, nawet światełko się naprawiło" – ucieszyła się.
-"Tak, ale nie chodzi, tato sprawdzał" – Janeczka była dobrze poinformowana.
-"No trudno, ale na pożegnanie sobie skontroluję" – i Matka wstawiła herbatę Potwora do środka.
A kuchenka zagrzała płyn aż miło. Matka padła.
Odmroziła chleb na kolację. Zagrzała druga herbatę, kubek wody i jeszcze jeden chleb. 
-"Czemu ty mi robisz takie numery???" – wyrwała kłaki z głowy.
Wszedł MiaUżon.
-"No to jej nie odwiozłaś do utylizacji?" – zdenerwował się.
-"W życiu! Ona działa!!!" – Matka zrobiłą Rejtana -"Chowamy ją do piwnicy"
I MiaUżon posłusznie schował Sharpa do kartonu wystawiwszy uprzednio nowy zakup.
Stali i się krzywili.
-"Srebrna?"
-"Niska taka?"
-"Wszystko na odwrót?"
-"Szklany talerz, psiakrew?"
-"Jakis kwarcowy grill?
-"Drzwi tak trzaskają tandetnie?"
Matka siadła na krzesło.
-"Chyba sie nie przyzwyczaję…" – jęknęła.
No i nie wie. Naprawdę nie wie. Jakaś ta osiemnastka wyklęta? Jak Matka Matki sprzedawała osiemnastoletniego dużego Fiata – Matka płakała. Teraz nie płacze, ale czuje się jak ostatni zdrajca. I wcale się nie cieszy nowszą technologią, bo nic takiego wielkiego tam nie ma. Chyba.
Czy mikrofalówka może być członkiem rodziny?
Sharp był. Bez dwóch zdań.

Czy tylko Matka tak ma?

Na pysk

Matka stara się za wszelką cenę wskoczyć w swoje trybiki i nic z tego! Nie wychodzi jej!
Wróciła w niedzielę i za czas jakiś puści farbę jak było. Póki co musi jednak obrobić się z kilkoma zaległościami wielkimi jak ocean i niestety nikt nie jest w stanie jej w tym wyręczyć 😦
Dodatkowo w domu zastała chorego Potworka, który poszedł w zaparte w sprawie zęba i choć przypomina nutrię, to chroni dyndającą górna jedynkę niczym pies z oczami jak talerze swój kufer.
MiaUżon litościwie po raz pierwszy w tym roku odwiózł  Potwory (jednego do szkoły, drugiego do babci), a Matka padła ponownie do łóżka, z którego raczyła się wynurzyć o ósmej. I nie było lepiej.
Bo wczoraj to już wycięła taki numer, że szkoda mówić. Poszła mianowicie na lekcje, których było sześć pod rząd i nie ukrywa, że lekko się zmęczyła gadaniem, bo rozbolało ją niewąsko gardło.
-"Muszę teraz szybko jechać po Maryśkę, bo babcia wychodzi i od razu do szkoły po Janeczkę!" – rzuciła na odchodne w pokoju nauczycielskim i pognała przed siebie martwiąc się, że nie zdąży.
I rzeczywiście – minutę przed czwartą dojechała do przedszkola, zaparkowała, weszła do środka, przeczytała jadłospis i…zorientowała się, że Potworek od tygodnia do przedszkola NIE chodzi!
-"Rany, zadzwoń zaraz do mamy, że zaraz będę po Maryśkę!"- ryknęła MiaUżonowi w słuchawkę -"Wszystko mi się pokićkało!!!"
Bo Matka nie wie jak to zrobiła. Ale się domyśla. Bo kiedy wróciła do domu, to padła jak przekłuty balonik i pomyślała sobie, że pamięta już takie chwile, kiedy była bliska czołgania się.
Ze stresu!
Matka wracała bowiem w niedzielę spod Cieszyna krajowa jedynką swoim autem. Sama. Oprzyrządowana, a jakże – Hołowczyc, CB-Radio. Ten pierwszy pokazywał co chwila jakieś głupoty, więc spokojnie jechała tak, jak powinna. Wyjechała po dziewiątej rano i spodziewała się większego ruchu za Łodzią, ale póki co była dwupasmówka, którą zakłócały jedynie zwężenia do jednego pasa między Katowicami a Częstochową. Do tego wszystkiego pojawiły się ciężarówki i jakis wariat zieloną audicą w wersji sportowej – taką małą żabą. W końcu wariat wyjechał przed Matkę i tyle go widziała. Za to znaki pokazały, że za chwilę trzeba zjechać  przez dziurę w barierach na przeciwległe dwa pasy, które były oczywiście w związku z tym dwukierunkowe. Siedemdziesiąt, zaraz pięćdziesiąt, Matka ustawiła się za TIRem, za nią ogon samochodów po horyzont. Nastawiła sobie głośno Phila Collinsa i jeszcze głośniej CB, bo była lekko niedospana chyba. A potem wjechała z TIRem wężykiem na przeciwległy pas i w ciągu sekundy obejrzała sobie niemy film. Bo dźwięku żadnego nie pamięta.
TIR skręcił raptownie w lewo i Matka zdążyła jeszcze pomyśleć, że takie wielki samochód przecież nie ma szans, żeby zmieścić się między dwa domki jednorodzinne. Rzuciła się na hamulce i zobaczyła jak całą ciężarówka przesuwa się bokiem w jej stronę, bo uderzył w nią samochód jadący z naprzeciwka. Zdążyła się jeszcze zastanowić, czy jak kolejnym samochodem bedzie znów jakiś TIR, to wszystko się na nią przewróci, czy nie…
I nie wie, ani jakim cudem zdołała się zatrzymać, ani czemu nikt w nią z tyłu nie uderzył!
Zobaczyła tylko ludzi, którzy stali na poboczu i rzucili się pomagać, jakby coś takiego wydarzało się co chwilę. Kobietę, która wybiegła z samochodu ,zgiętą w pół i krzyczącą, jej męża wynoszonego na pobocze, który znacznie bardziej ucierpiał, policjantkę bez czapki, która akurat przejeżdżała, apteczki, koce i telefony. To mogły być kolejne trzy sekundy. A Matka trzymała w ręku telefon i nie wiedziała jak powiedzieć Pogotowiu gdzie jest!
A potem usłyszała walenie w dach i otworzyła okno.
-"Pani nie dzwoni, już wezwaliśmy pomoc!" – jakiś mężczyzna wsadził głowę do Matki -"Wszystko mamy zorganizowane, będzie potrzebne miejsce dla straży pożarnej, najlepiej jak pani postara się zawrócić i skręci dwa razy w lewo, objeżdżając  ten wypadek wsią!"
I Matka jak automat pozakręcała swoim kombiakiem miedzy wygiętym TIRem a barierkami czym prędzej odjeżdżając, bo za chwilę już nie było miejsca dla nikogo.
I po pół godzinie dotarło do niej, że jakimś cudem żyje.
Ale wracała dość roztrzęsiona i chyba dlatego do teraz ledwo dycha.
Wie tylko, że TIR wykonał taki manewr, żeby nie uderzyć w stojącą kolumnę samochodów na naszym pasie. Trafiłby w tył bezczelnej, zielonej audicy, w której był tylko kierowca. Tymczasem skręcił kierownicą, żeby chronić siebie i zderzył się czołowo z jadącym z naprzeciwka oplem. Jeszcze gorzej. Czemu nie widział, że samochody stoją? Przecież siedzi wysoko!
Matka podejrzewa, że był długo w trasie, bo to w dodatku nie był Polak, tylko Litwin, może jechał już kilka godzin?
Ech.
Matka oddala się teraz w kierunku szkoły, bo już czas.
Dziś chyba już nie zapomni gdzie jest Potworek.
I doniesie o tym, co robiła w tak zwanym międzyczasie. Niebawem.

 

Plagi egipskie wszelkie

Matka wpadła w szkolną machinę jak w maszynkę do mielenia mięsa. Juz nawet nie wie co ma zrobić na kiedy, bo do końca października zapowiada się jakiś koszmarny młyn. A potem pewnie następny. I nadszedł czas, kiedy co roku Matka zdaje sobie sprawę, że coraz trudniej jej zwlec o szóstej rano gnaty i spruć Potwory wiedząc, że awantura będzie na wszystkie fajerki.
-"Pamietasz, że ja dziś śpię u mamy?" – zapytał wczoraj MiaUżon.
-"Nie pamietam, a czemu?" – brwi Matki powędrowały ponad granice administracyjne głowy, a już dawno tego nie robiły. Bo Matke mało co dziwi.
-"Przecież jadę na wycieczkę do Budapesztu!" – wkurzył się MiaUżon.
No tak. Matce pochrzaniły się miesiące.
-"A to nie w październiku?" – próbowała ratować sytuację, ale MiaUżon ściągał już torbę z szafy i nie słyszał nic, poza własnym sapaniem, bo stał na jednej nodze na krześle i penetrował zawzięcie czeluście górnej półki.
-"Nie!" – machnął w końcu ustopieniem -"Poszukaj jakies nowej mikrofali kiedy mnie nie będzie!"
Jaaasne.
Czy Matka wspominała, że oprócz piekarnika szlag trafił także, najjaśniejszy, mikrofalówkę? I dwie żarówki.
I gwizdnęli Matce na Poczcie kolejną paczke, tym razem z przepięknym dresikiem potrzebnym Matce w niedzielę i ani dnia później. Teraz trzeba będzie wyciagnąć z szafy jakiś staroć i starać się w niego wcisnąć! Psiakość!
Matka pojechała więc posłusznie w poszukiwaniu kuchenki i ze zdumieniem zobaczyła, że we własnej, osobistej metropolii są same badziewia, któe trzeszczą dziwnie przy trzaskaniu drzwiczkami, a Matki najpiękniejszy z pięknych Sharp z 1990 roku, z grillem, rożnem, programami i sensorami zamyka się z odgłosem najnowszego modelu Mercedesa. No to Matka przeprasza, ale nie wyda żadnych pieniędzy na jakieś Cinquecento mikrofalowe.
-"Nie ma nic odpowiedniego!" – doniosła MiaUżonowi, który był jeszcze gdzies pod słowacka granicą.
I pomyślała sobie, że odepchnęła jeden problem, ale pozostał ciągle zepsuty doimentnie piekarnik.
Wczoraj miała się pojawić do niego nowy magik, który wiedziała co i jak. Matka gnała więc ze szkoły z Potworami na złamanie karku, żeby zdążyć.
-"Ty lepiej do niego zadzwoń, żeby nie zapomniał!" – powiedziała Matka do MiaUżona, który tez przybył z nadzieją, że pan magig nie wystawi nas CZWARTY raz do wiatru. Bo samochód, bo to, bo śmo.
-"No nie odbiera!" – MiaUżon zajrzał z rozpacza w komórkę.
-"Może zostawił telefon w samochodzie?" – zamyśliła się Matka wiedząc, że na pewno nie.
MiaUżon próbował przez dwie godziny bez skutku.
Matka ze swojego telefonu też.
Potem MiaUżon z komórki służbowej. Nic.
-"Weź telefon Janeczki, on nie zna tego numeru!" – wykombinowała Matka
-"Tak, słucham?" – odezwał się natychmiast magik.
-"Witam pana!" – zaczął MiaUżon.
-"Halo! HALOOOOOO! Nie mam zasiegu, nie mam zasięgu!" – zaryczał pan magik i odłożył słuchawkę.
-"No to kutafon jeden!" – wściekł się MiaUżon – "Nie ma odwagi  powiedzieć, że nie chce przyjść!!!"

Matka już sama nie wie co teraz ma robić. Nikt w Matki metropolii nie umie, bądź nie chce naprawić piekarnika!
Ale co tam. Jest inny problem. Potworek wyrósł z kretesem z łóżeczka. Maluje na dywanie. Zasypany jest domkami dla Barbie i pluszakami mimo regularnych odsiewów  Matki.
-"Trzeba kupić Maryśce meble do pokoju!" – zarzadziła Matka zobaczywszy promocję w Black Red White czy jakoś tak. Maryśka dostanie meble Małgośka z niebieskimi frontami.
-"Meble będą z miesiąc, no, może trzy i pół tygodnia" – zasmęcił pan i zatrzasnął kajet z zamówieniami.-"Przywieziemy i zestawimy z samochodu, dalej pani sobie nosi"
-"Zawołam Jarka to pomoże" – uspokoił Matkę MiaUżon -"Pomyślimy potem, bo przecież przywiozą je koło połowy października".
Matka odepchnęła więc problem na następny miesiąc i rankiem pomknęła jak zwykle  z Potworami do szkoły.
-"Tratata!" – odzezwała się komórka  MiaUżonem – "Jak tam?"
-"Jest dobrze i typowo!" – odrzekła Matka, przekręciła nogą kierownicę i wrzuciła trójkę nosem – "Odwiozłam dzieci i wracam do domu, do roboty"
-"Tratatata!" – po chwili znów komórka. Nie wolno dzwonić jak Matka jedzie!
-"Dzień dobry, mamy już dla Pani meble i najchętniej byśmy je dziś przywieźli!" – powiedział pan, a Matka padła trupem w samochodzie.
-"Nie da rady, nie mam ich jak wtaszczyć, gdzie wtaszczyć i przede wszystkim nie mam w domu dwóch tysięcy!" – powiedziała Matka, która gotówki nie nosi. I nie trzyma.
I bardzo z siebie zadowolona podjechała pod dom odepchnąwszy wszelkie problemy na jutro.
Bo nie ma to jak przespać noc, może coś się samo rozwiąże?

A od niedzieli Matki i tak przez tydzień nie będzie obchodziło nic, poza nią samą.
Przynajmniej raz.
Niech przywożą meble MiaUżonowi, który wróci z Budapesztu.
Ty-ry-ud-no.
I tak nic nie przebije Maryśki vel Potworka, któremu kiwa się zawzięcie górna jedynka i lada dzień wyleci. A Potworek na razie ją chroni ze wszystkich sił.
I TO jest problem Matki!
 

Jechać do Bylegdzie

Matka znalazła wreszcie wczoraj w swojej nauczycielskiej przegródce kalendarz. Taki, w którym zapisuje się wszystkie stopnie i lekcje. Wydawnictwo jak zwykle miało poślizg, ale już jest dobrze. Matka bez tego kalendarza jak bez ręki – nic nie pamięta. Niczym wiewiór, co zakopuje orzechy pod krzakami.
A wrzesień zaczął jej się tak, że już chadza z wetkniętym piórem pawim, co łopocze na wietrze. 
Rano Potwory, potem muzeum, następnie robota w domu, potem zarejestrować Potwory do Poradni Wad Postawy, pojechać po nie, czyli Potwory i zawieźć im udupienia pod gabinet lekarski, wysłuchać jęczenia, że po co, na co i w ogóle – a Janeczki kręgosłup przecież ma urodę pokrętła.
A w tym czasie MiaUżon na zebraniu przedszkolno-zerówkowym.

-"Tylko mnie nie wciśnij do trójki klasowej!" – pogroziła Matka MiaUżonowi, wietrząc kłopoty, bo koleżanka jest w tym roku wychowawczynią Koteczka vel Potworka.

A jutro znów jakies atrakcje, ale Matka nie wie jakie, bo nie zajrzała jeszcze do kalendarza.
Zaś w wolnych chwilach Matki rower wozi MiaUżona na wycieczki. To było od poczatku do przewidzenia! Wspólne wycieczki kończą się po kwadransie, bo mamy wszędzie daleko i Potworek jednakowoż zdychający jest natychmiast . MiaUżon się wścieka, Matka wraca do domu i jest po sprawie. Za to bardzo chętnie sprawdza rower Matki jeżdżac wraz z Potworem – przecież samego Potworka zostawic w domu się nie da.

-"A dziś to JA jadę" – oświadczyła Matka ostatnio i pognała w kierunku wsi, w której nie była, z zamiarem przedostanie sie leśną żużlówką do kolejnje wsi i do domu.
Niestety – jak się jedzie rowerem to jest nieustanna górka! I jak już Matka podjechała, używając chaotycznie swoich 21 przerzutek do trzech czwartych góry, która się wypłaszczała, to okazało się, że to złudzenie optyczne i góa dopiero teraz się zaczyna. I Matka zsiadła sapiąc dziko i rozglądając się w poszukiwaniu orłów bielków, gdy tylko przejeżdżał jakiś samochód.
A potem pojechała dalej z przekonaniem, że gorzej być już nie może. I błąd! Bo miała być żużlówka! A był czarny piach, który jak tylko las się przerzedzał, przestawał być mokry i Matka wpadała po pas, robiąc rozpaczliwe zygzaki i waląc się po nogach wszelkimi wystającymi cześciami roweru, z których to rower składa się wyłącznie. A jak nawet udawało sie jej się pojechać, to prała się po plecach, gdyż do Matki odstraszacza na komary zleciała się cała populacja tychże owadów z bliższej i dalszej okolicy. każde pranie się po plecach kończyło się zygzakiem, nowym siniakiem i tarabanieniem roweru przez piach.
Czy Matka musi dodawać, że w środku tegoż lasu grzybów szukała połowa Matki uczniów?
Przygoda ta kazała Matce zweryfikować swoje możliwości i dojść do wniosku, że rower nie służy do prowadzenia go za kierownice i siodełko. Matka jest bowiem spoko kolarz szosowy nizinny i tak już zostanie – howgh!
Tylko co zrobić z tym górkami co to już w każdą stronę się rozpierzchły?

Hmm… 

Jedenaście

Całe jedenaście. Lat. Kończy dziś Janeczka.
Matka poczeka jeszcze godzinę i zadzwoni z życzeniami na kolonie, bowiem kontakt telefoniczny jest mozliwy tylko między 14.00 a 15.30, co skutecznie podobno eliminuje wszelkie histerie całodzienne u niektórych. Zresztą Potwór jak na razie zachwycony jest niezwykle i Matka ma nadzieję, że tak już zostanie.
To nie do wiary. Jedenaście lat? 154 centymetry wzrostu i laczek numer 39!
Czas leci…
A jutro Matka kończy lat znacznie więcej.
Pan od piekarnika wczoraj wkurzył ją tak skutecznie, że prawie by zapomniała! Nie tylko pojawił się, kiedy Matka wsadzała nogę do samochodu, a Potworek był już przypięty, nie tylko nie zadwonił i się nie umówił, ale przywiózł jakiś czujnik, który niepotrzebnie wymontował do sprawdzenia i było prawie pewne, że to nie on. Skasował Matkę nie posiadając reszty do wydania, co pewnie by ją zdenerwowało ostatecznie, gdyby nie cena, jaką rzucił za wymianę modułu sterującego.
720 złotych polskich.
Matka pożegnała pana, bo akurat nie miała luzem takiej gotówki na drobne wydatki. Nie, nie wie co dalej. I póki co nie myśli.
I bardzo się cieszy, że odpowiednio wcześniej nabyła sobie drogą kupna, po licznych konsultacjach ze znajomymi, którzy są pasjonatami przez wielkie P pewną rzecz, którą ostatnio dostała od rodziców trzydzieści lat temu. Wspominała już.
Nie powie, żeby wygląd tej rzeczy ją porażał, ale teraz takie są i basta.
Tak, czy owak podjęła decyzję męską przy średniolekkim sprzeciwie MiaUżona (zazdrosnego bez dwóch zdań) i pojutrze odbierze przesyłkę od kuriera.
A co to?
A dokładnie TO!

Sądny dzień

Matka myślała, że dziś zejdzie. W zasadzie to zaczęła schodzić już wczoraj, bo Potwór wieczorem ryknął z odpowiednim natężeniem decybeli, a Miaużon, najlepszy przyjaciel Potwora w odróznieniu od najgorszej i najwyrodniejszej z matek, począł sie nad Potworem natrząsać jak kwoka.
Powód? Janeczka miała nazajutrz, czyli dziś rano wyjechać na wymarzone kolonie. Z koleżanką. Kolonie Harry’ego Pottera, które kosztują tyle, że chyba musza być pozłacane złotem 23 3/4 karata. Matka była mocno przeciw, MiaUżon za, czyli Potwór jedzie. Dobra.
Ach czemu Matka była przeciw? Bo Potwór rok temu, będąc na równie arcyciekawych koloniach łkając wymusił na tatusiu wzięcie dnia urlopu w celu pospiesznej ewakuacji z tychże. Wrr!
Ale w tym roku kasa poszła w całości, nie ma mowy o czymś takim.
-"Ale tam piszą, że dadzą smycz i koszulkę, a wczoraj Ola wróciła z innych kolonii i tam też tak obiecywali, a trzeba było wygrać smycz w konkursie!" – smarkała Janeczka wyhodowawszy sobie pod nosem dwie ognistoczerwone pręgi od wycierania.
Matki mało nie trafił jasny szlag.
-"A co ty się  martwisz smyczą, która kosztuje trzy pięćdziesiąt! Dostaniesz na pewno!"
Akurat pomagało.
-"A mnie może tam nikt nie lubić!" – załkał znów Potwór.
-"Ty sie martw o to, żebyś była miła, to nie będziesz miała problemu z innymi" – rzuciła Matka, którą współczucie zbytnio nie przepełniało, bo starała się zasunąć suwak od torby i sprawdzała po raz enty, czy wszystko spakowała.
-"I boli mnie głowa!" – padł argument-wytrych, ale Matka przed północą nie miała żadnego paracetamolu ani nic innego i nie miała też najmniejszego zamiaru dymać piętnastu kilometrów do najbliższej apteki.
Janeczka oczywiście w końcu usnęła, Matka po półgodzinie snu pognała uprasowac jej jeszcze jedne długie spodnie i nastał ranek. Ranek sądny wyjatkowo z perspektywami na jeszcze gorszy dzień.
Po pierwsze MiaUzon po niemal trzech tygodniach laby wracał do roboty.
Po drugie Janeczka o 9.30 wsiadała do samochodu koleżanki i jechały.
Po trzecie Matka musiała o siódmej rano pojechać do stolarza zrobic rzecz skomplikowaną i niebezpieczna, ale konieczna tego dnia i o tej porze.
Po czwarte miał przyjść w końcu naprawiacz do piekarnika.
Po piąte istniała mozliwość, że Matka będzie musiała rzucić wszystko i z Potworkiem gnac do miasta w celu obejrzenia i przymierzenia sie do swojego przyszłego, szalenie emocjonującego zakupu. 

Matka wstała więc i o siódmej zapakowała swój stary obraz, a własciwie obraz klienta do samochodu, po czym pognała niedaleko do warsztatu. Problem polegał na tym, że obraz ongiś nakleił ktoś na dechę. Decha była uprzejma pęknąć w trzech miejscach łącznie z obrazem, co znacznie polepszyło jego warunki przewozowe (ale niestety inne nie), a obraz był na niej przyklejony tak dobrze, że sam sie rozpadał, ale nie rozklejał. Matka walczyła trzy tygodnie i doszła do wniosku, że zostało jej tylko jedno – usunąć trzycentymetrowa dechę od tyłu. Zabezpieczyła więc lico i pojechała na tak zwane maszyny.
Stolarz pod ciężarem odpowiedzialności zbladł i spocił się jak mysz, ale wziął osiemnastowieczna dechę na warsztat i począł ścieniać. Matka pomyslała sobie juz dawno, że opatrzność jednak czuwa, skoro decha jest do zniszczenia, bo inaczej umarł w butach. Nie ma co sie wdawać w szczegóły – dośc, że przed ósmą, kiedy deska miała grubość zapałki, Matka poczuła, że sie trzęsie. Rytmicznie mocno.
-"Słucham cię?" – rzuciła do MiaUżona, który dzwonił z pracy.
-"Wracaj do domu, Janeczka wyje i nie chce jechać"
Matka wsadziła pod pachę jeden kawałek obrazka i ruszyła pędem do chałupy>
Powitał ja Potwór usmiechnięty od ucha do ucha.
-"Polacy wygrali"- zatupał.
Matce to dyndało, jako, że nie przewidziała wygranej Polaków w ogóle w grafiku dnia.
-"A ty jak?" – spytała chytrze.
-"A ja dobrze!" – Potwór uśmiechnął sie od ucha do ucha, a Matka doszła do wniosku, że na tym polega róznica między natrząsającym się MiaUżonem a wyrodna Matką. Przed Matką nie robi sie cyrków.
Z głębokim westchnieniem Matka wpisała w grafik kolejny wyjazd do stolarza, który miał nastąpić tuż po wyprawieniu Potwora.
A potem Janeczka odjechała na kolonie, a Matka przywiozła kolejny kawałek obrazka, co jej usprawniło robotę o dobre dwa tygodnie, jak nie lepiej.
-"Przyjadę do pani godzinę wcześniej"- zadzwonił naprawiacz.
-"Ten cymbał najpierw osiem razy zadzwonił do mnie i za każdym razem podawałem mu twój numer" – warknał do słuchawki MiaUżon, któremu Matka relacjonowała postepy z sądnym dniem.
Cymbał nadjechał.
Matka myślała, że wiekszych idiotów, niz do tej pory widziała to świat nie wydał. Myliła się!
A kuchenka zepsuła sie miesiąc temu i naprawiacz z serwisu Amiki, bo inny być nie może i nie chce, przyjeżdżał do Matki dwa tygodnie. Dzien przed jego przybyciem i dywagowaniem nieustannym na temat co tez kuchence byc może, piekarnik sam sie naprawił. Matka upiekła w nim nawet karkóweczkę i grzanki, kiedy powiedziała znów do widzenia i w takim stanie pozostał do dziś. Znaczy się zablokowały sie sensory, wyświetliło sie tajemnicze F08 i na tym koneic i tak zwana dupa blada. Piekarnik stał się nieczuły na jakiekolwiek dotknięcie, łącznie z podejściem blondynki, czyli wyłaczaniem w prądu.
Naprawiacz podszedł do kuchenki jak pies do jeża, kucnął i począł przeglądać się w lustrzanej tafli.
-"To ja ja włączę" – i nadusił sensor na blacie ceramicznym – "On jest zablokowany kluczykiem?"
-"Zablokowany!" – zgodziła się uprzejmie Matka -"Ale blat nie jest zepsuty, tylko piekarnik"
-"To ja go tylko włączę" – i pan dalej naduszał sensor na płycie.
-"To się raczej nie uda" – Matka była dalej lodowato uprzejma -"Płyta ceramiczna jest osobną całością, a piekarnik osobną. Dwie kompletnie różne rzeczy"
Pan spojrzał na Matkę z rozpaczą i próbował nadusić sensor w piekarniku. Jasne. Matka miesiąc tak próbowała.
-"Ale się NIE DA!" – jeknął.
-"Dlatego po pana zadzwoniłam! Bo się nie da!" – Matka była pewna, że za moment, po bardzo efektownym katapultowaniu się, znajdzie się w Pekinie.
-"To może pani mi to wyłączy z prądu"
Matka wyłaczyła, wsadzając łeb za kubeł ze śmieciami.
Pan mógł się przyglądać swojemu odbiciu bez – jakże przeszkadzających- sensorów.
-"I teraz pani włączy"
Matka, kurka, właczyła.
-"Znów nie działa" – załamał rączyny pan.
-"To też wiem". Matka w zasadzie zaczęła sie już zastanawiać jak pozbyc się samochodu i ciała, kiedy już naprawiacz bedzie zimnym trupem.
Po półgodzinie czytania ksiązki serwisowej pan postanowił zadać pytanie.
-"A co ostatnio sie działo?"
Ooooo, jakas odmiana!
-"Spaliłam ciastka na wegiel, bo piekarnik pokazywał sto stopni, a w środku nahajcował ile fabryka pozwoliła."
-"To czujnik temperatury!!!" – wykrzyknał radośnie pan i dał dyla.
-"Zaraz!" – Matka chwyciła go za kapotę. – "To pan go wymieni!!! Przecież już coś było zamówione dla nas do tej kuchenki i szło dwa tygodnie!"
-"Ale to może nie ten czujnik" – pan zaraz zmienił temat i podrapał się w głowę. -"To ja go jutro wymontuję i sprawdzę!"
-"Pan go DZISIAJ wymontuje!!!" – zarządziła Matka, która byłą już wściekła jak nie wiem co, a czas leciał.
Pan po godzinie zmagań wymontował drut z kabelkiem i wpakował do walizki.
-"A jak to nie bedzie ten czujnik, to znaczy, że trzeba wymienić moduł centralny!" – usmiechnął się od ucha do ucha.
-"A ile to kosztuje?" – spytała Matka
-"Sam moduł jakieś 700 złotych" – powiedział pan i trzasnał furtką.
-"Zaraz, zaraz!" – zawołala Matka przez płot -" Jak kompuer pada, to się go reperuje, a nie wymienia na nowy. Tych modułów sie NIE reperuje???"
-"Reperuje!" – kiwnął główką pan -"Ale ja nie umiem, JA wymieniam!"
I Matka została z piekarnikiem bez czujnika i bez pana. Z perspektywą modułu centralnego. 
A potem wykreśliła sobie nagły wyjazd do miasta w celu nabycia tej emocjonującej rzeczy, o której wspominała, ale już nie napisze, bo będzie za długo.

Reasumując – Potwór wyjechał na kolonie, Matka posunęła się w pracy z obrazem, co chwila trafiał ją szlag i trafiła na naprawiacza skrajnego idiotę.
Czyli dzień jak każdy.
I o czym tu pisać? 😉

Pamiątkowa fotografia

Matka wróciła i za chwilę zacznie się zamartwiać, że wakacje się kończą. Trudno. Może jednak uda się o tym zapomnieć, bo ten rok należeć będzie do szczególnych – jakiś awans, jakaś teczka, nie, nie, nie myślimy o tym wcale.
Póki co trzeba obrobić fotografie wakacyjne, a Matka jak zwykle nastrzelała ich od choroby, jak się nie myli to coś ponad 600 sztuk. Na swoją wyraźną prośbę znajduje się na dziesięciu, może jedenastu, z czego jedna jako-tako się nadaje. Na pozostałych Matka jest albo ucięta od góry (Potworek), albo ma otwartą paszczę, albo zamknięte klapy(również Potworek).
Młodsza latorośl w tym roku odczuwała nieodpartą potrzebę uwieczniania świata na fotografii, przy czym w obiektywie znajdowały sie potem zdjęcia obiektów położonych mniej więcej pięć metrów na prawo od Maryśki.
-"Kochana, TU jesteśmy!" – machała Matka ręką stojąc z MiaUżonem upozowana jak ta lala, poczas kiedy Potworek penetrował szklanym okiem chaszczory na prawo.
-"Ja tak nie mogę!" – protestowało gwałtownie dziecię -" Patrzę na was lewym okiem a prawe sobie zasłaniam aparhatem, żeby mi nie przeszkadzało!"
I w ten sposób Matka zdjęć nie ma.
Ale Maryśka każdego dnia awanturowała się o aparat. Matka w końcu odpuściła, postanowiwszy wykasować niepotrzebne ujęcia później. Niestety nie potrafiła pozbyć się wrodzonej sowjej upierdliwości, więc suszyła głowę Potworkowi co i rusz.
-"A na co robisz fotografie tym koszom na śmieci?" – zapytała zdumiona, kiedy Maryśka z całego aquaparku w Popradzie wybrała trzy imponujące pojemniki w różnych kolorach i trzaskała im jedno zdjęcie po drugim.
Potworek oderwał się od reporterki i spojrzał na Matkę z lekką odrazą.
-"No coś ty?" – spytał w końcu -"Nie wiesz na co się robi fotografie? Na  PAMIĘĆ!"