Matka myślała, że dziś zejdzie. W zasadzie to zaczęła schodzić już wczoraj, bo Potwór wieczorem ryknął z odpowiednim natężeniem decybeli, a Miaużon, najlepszy przyjaciel Potwora w odróznieniu od najgorszej i najwyrodniejszej z matek, począł sie nad Potworem natrząsać jak kwoka.
Powód? Janeczka miała nazajutrz, czyli dziś rano wyjechać na wymarzone kolonie. Z koleżanką. Kolonie Harry’ego Pottera, które kosztują tyle, że chyba musza być pozłacane złotem 23 3/4 karata. Matka była mocno przeciw, MiaUżon za, czyli Potwór jedzie. Dobra.
Ach czemu Matka była przeciw? Bo Potwór rok temu, będąc na równie arcyciekawych koloniach łkając wymusił na tatusiu wzięcie dnia urlopu w celu pospiesznej ewakuacji z tychże. Wrr!
Ale w tym roku kasa poszła w całości, nie ma mowy o czymś takim.
-"Ale tam piszą, że dadzą smycz i koszulkę, a wczoraj Ola wróciła z innych kolonii i tam też tak obiecywali, a trzeba było wygrać smycz w konkursie!" – smarkała Janeczka wyhodowawszy sobie pod nosem dwie ognistoczerwone pręgi od wycierania.
Matki mało nie trafił jasny szlag.
-"A co ty się martwisz smyczą, która kosztuje trzy pięćdziesiąt! Dostaniesz na pewno!"
Akurat pomagało.
-"A mnie może tam nikt nie lubić!" – załkał znów Potwór.
-"Ty sie martw o to, żebyś była miła, to nie będziesz miała problemu z innymi" – rzuciła Matka, którą współczucie zbytnio nie przepełniało, bo starała się zasunąć suwak od torby i sprawdzała po raz enty, czy wszystko spakowała.
-"I boli mnie głowa!" – padł argument-wytrych, ale Matka przed północą nie miała żadnego paracetamolu ani nic innego i nie miała też najmniejszego zamiaru dymać piętnastu kilometrów do najbliższej apteki.
Janeczka oczywiście w końcu usnęła, Matka po półgodzinie snu pognała uprasowac jej jeszcze jedne długie spodnie i nastał ranek. Ranek sądny wyjatkowo z perspektywami na jeszcze gorszy dzień.
Po pierwsze MiaUzon po niemal trzech tygodniach laby wracał do roboty.
Po drugie Janeczka o 9.30 wsiadała do samochodu koleżanki i jechały.
Po trzecie Matka musiała o siódmej rano pojechać do stolarza zrobic rzecz skomplikowaną i niebezpieczna, ale konieczna tego dnia i o tej porze.
Po czwarte miał przyjść w końcu naprawiacz do piekarnika.
Po piąte istniała mozliwość, że Matka będzie musiała rzucić wszystko i z Potworkiem gnac do miasta w celu obejrzenia i przymierzenia sie do swojego przyszłego, szalenie emocjonującego zakupu.
Matka wstała więc i o siódmej zapakowała swój stary obraz, a własciwie obraz klienta do samochodu, po czym pognała niedaleko do warsztatu. Problem polegał na tym, że obraz ongiś nakleił ktoś na dechę. Decha była uprzejma pęknąć w trzech miejscach łącznie z obrazem, co znacznie polepszyło jego warunki przewozowe (ale niestety inne nie), a obraz był na niej przyklejony tak dobrze, że sam sie rozpadał, ale nie rozklejał. Matka walczyła trzy tygodnie i doszła do wniosku, że zostało jej tylko jedno – usunąć trzycentymetrowa dechę od tyłu. Zabezpieczyła więc lico i pojechała na tak zwane maszyny.
Stolarz pod ciężarem odpowiedzialności zbladł i spocił się jak mysz, ale wziął osiemnastowieczna dechę na warsztat i począł ścieniać. Matka pomyslała sobie juz dawno, że opatrzność jednak czuwa, skoro decha jest do zniszczenia, bo inaczej umarł w butach. Nie ma co sie wdawać w szczegóły – dośc, że przed ósmą, kiedy deska miała grubość zapałki, Matka poczuła, że sie trzęsie. Rytmicznie mocno.
-"Słucham cię?" – rzuciła do MiaUżona, który dzwonił z pracy.
-"Wracaj do domu, Janeczka wyje i nie chce jechać"
Matka wsadziła pod pachę jeden kawałek obrazka i ruszyła pędem do chałupy>
Powitał ja Potwór usmiechnięty od ucha do ucha.
-"Polacy wygrali"- zatupał.
Matce to dyndało, jako, że nie przewidziała wygranej Polaków w ogóle w grafiku dnia.
-"A ty jak?" – spytała chytrze.
-"A ja dobrze!" – Potwór uśmiechnął sie od ucha do ucha, a Matka doszła do wniosku, że na tym polega róznica między natrząsającym się MiaUżonem a wyrodna Matką. Przed Matką nie robi sie cyrków.
Z głębokim westchnieniem Matka wpisała w grafik kolejny wyjazd do stolarza, który miał nastąpić tuż po wyprawieniu Potwora.
A potem Janeczka odjechała na kolonie, a Matka przywiozła kolejny kawałek obrazka, co jej usprawniło robotę o dobre dwa tygodnie, jak nie lepiej.
-"Przyjadę do pani godzinę wcześniej"- zadzwonił naprawiacz.
-"Ten cymbał najpierw osiem razy zadzwonił do mnie i za każdym razem podawałem mu twój numer" – warknał do słuchawki MiaUżon, któremu Matka relacjonowała postepy z sądnym dniem.
Cymbał nadjechał.
Matka myślała, że wiekszych idiotów, niz do tej pory widziała to świat nie wydał. Myliła się!
A kuchenka zepsuła sie miesiąc temu i naprawiacz z serwisu Amiki, bo inny być nie może i nie chce, przyjeżdżał do Matki dwa tygodnie. Dzien przed jego przybyciem i dywagowaniem nieustannym na temat co tez kuchence byc może, piekarnik sam sie naprawił. Matka upiekła w nim nawet karkóweczkę i grzanki, kiedy powiedziała znów do widzenia i w takim stanie pozostał do dziś. Znaczy się zablokowały sie sensory, wyświetliło sie tajemnicze F08 i na tym koneic i tak zwana dupa blada. Piekarnik stał się nieczuły na jakiekolwiek dotknięcie, łącznie z podejściem blondynki, czyli wyłaczaniem w prądu.
Naprawiacz podszedł do kuchenki jak pies do jeża, kucnął i począł przeglądać się w lustrzanej tafli.
-"To ja ja włączę" – i nadusił sensor na blacie ceramicznym – "On jest zablokowany kluczykiem?"
-"Zablokowany!" – zgodziła się uprzejmie Matka -"Ale blat nie jest zepsuty, tylko piekarnik"
-"To ja go tylko włączę" – i pan dalej naduszał sensor na płycie.
-"To się raczej nie uda" – Matka była dalej lodowato uprzejma -"Płyta ceramiczna jest osobną całością, a piekarnik osobną. Dwie kompletnie różne rzeczy"
Pan spojrzał na Matkę z rozpaczą i próbował nadusić sensor w piekarniku. Jasne. Matka miesiąc tak próbowała.
-"Ale się NIE DA!" – jeknął.
-"Dlatego po pana zadzwoniłam! Bo się nie da!" – Matka była pewna, że za moment, po bardzo efektownym katapultowaniu się, znajdzie się w Pekinie.
-"To może pani mi to wyłączy z prądu"
Matka wyłaczyła, wsadzając łeb za kubeł ze śmieciami.
Pan mógł się przyglądać swojemu odbiciu bez – jakże przeszkadzających- sensorów.
-"I teraz pani włączy"
Matka, kurka, właczyła.
-"Znów nie działa" – załamał rączyny pan.
-"To też wiem". Matka w zasadzie zaczęła sie już zastanawiać jak pozbyc się samochodu i ciała, kiedy już naprawiacz bedzie zimnym trupem.
Po półgodzinie czytania ksiązki serwisowej pan postanowił zadać pytanie.
-"A co ostatnio sie działo?"
Ooooo, jakas odmiana!
-"Spaliłam ciastka na wegiel, bo piekarnik pokazywał sto stopni, a w środku nahajcował ile fabryka pozwoliła."
-"To czujnik temperatury!!!" – wykrzyknał radośnie pan i dał dyla.
-"Zaraz!" – Matka chwyciła go za kapotę. – "To pan go wymieni!!! Przecież już coś było zamówione dla nas do tej kuchenki i szło dwa tygodnie!"
-"Ale to może nie ten czujnik" – pan zaraz zmienił temat i podrapał się w głowę. -"To ja go jutro wymontuję i sprawdzę!"
-"Pan go DZISIAJ wymontuje!!!" – zarządziła Matka, która byłą już wściekła jak nie wiem co, a czas leciał.
Pan po godzinie zmagań wymontował drut z kabelkiem i wpakował do walizki.
-"A jak to nie bedzie ten czujnik, to znaczy, że trzeba wymienić moduł centralny!" – usmiechnął się od ucha do ucha.
-"A ile to kosztuje?" – spytała Matka
-"Sam moduł jakieś 700 złotych" – powiedział pan i trzasnał furtką.
-"Zaraz, zaraz!" – zawołala Matka przez płot -" Jak kompuer pada, to się go reperuje, a nie wymienia na nowy. Tych modułów sie NIE reperuje???"
-"Reperuje!" – kiwnął główką pan -"Ale ja nie umiem, JA wymieniam!"
I Matka została z piekarnikiem bez czujnika i bez pana. Z perspektywą modułu centralnego.
A potem wykreśliła sobie nagły wyjazd do miasta w celu nabycia tej emocjonującej rzeczy, o której wspominała, ale już nie napisze, bo będzie za długo.
Reasumując – Potwór wyjechał na kolonie, Matka posunęła się w pracy z obrazem, co chwila trafiał ją szlag i trafiła na naprawiacza skrajnego idiotę.
Czyli dzień jak każdy.
I o czym tu pisać? 😉