TEN wyjazd

 Matka jak od razu czegoś nie napisze, to potem jej się rozłazi po kościach i już nie ma tych emocji. Ma to swoje plusy, bo Matka chlapliwa słownie jest okrutnie i jest w związku z tym szansa, że zapomni się na przykład wyzłośliwić na czyjś temat.
Prawda jednak jest taka, że nie ma co narzekać, ba, trzeba wpaść w zachwyt dziki, co Matka za moment postara się uczynić…
Rzecz dotyczy Bristolu i wszelkich okoliczności towarzyszących, niemniej miłych, a dotyczących lokum. Matka z różnych powodów sposora imprezy nie wymieni, choć bardzo by chciała – powie tylko, że tytuł zacny, a sponsor główny w ogóle baaaardzo znany i zagraniczny. Matka w życiu by się nie spodziewała takiego przyjęcia. No wiadomo – Bristol. Tradycja, rewelacja, Okrasa i tak dalej. Ale zaczęło się nie od Bristolu, tylko od tego, że Matka musiała dojechać na dworzec PKP autobusem długim objazdem, bo MiaUżon wstawił w tym czasie samochód Matki do warsztatu. Strój koktajlowy Matki okazał się wykazywać jakąś podejrzaną gęstość, porównywalną do ołowiu i Matka modliła się, żeby nie musiała brać torby na kolana. Udało się.
Pociąg jak pociąg, potem Dworzec Centralny, na którym Matka nie była z dziesięć lat, więc w lekkim szoku i z przeświadczeniem, że czas stoi w miejscu gnijąc, popędziła czym prędzej do hotelu, którego nie mogła sobie jakoś wyobrazić i zlokalizować na Chmielnej, dawnej Rutkowskiego. To znaczy dawnej Chmielnej, ale Matka pamięta wyprawę po buty na studniówkę i buszowanie po bramach z prywaciarskimi sklepami, kiedy Rutkowskiego było i basta!
Kiedy wreszcie doszła, znalazła bramę i hotel, po czym weszła – zakwasy miała totalne, nogi w ziemi i ręce poniżej poziomu gruntu. Tak się kończy jeżdżenie samochodem do pracy!
-"Będzie pani mieszkać w pokoju takim a takim…" – rzekł bardzo miły pan w recepcji -" …a teraz poproszę pani kartę kredytową!"
Matce zabrzęczały wszystkie drobne w kieszeni. Czy musi mówić, że NIE posiada karty kredytowej?
-"Eeeeee…." – zabrzęczała Matka nieśmiało -"…to miało być już opłacone przez firmę X"
Pan podrapał się w głowę, co kontrastowało nieznacznie z rangą przybytku.
-"Wie pani co? Ja tu pracuję dopiero trzy miesiące i w ogóle nie jestem z Warszawy…" – zaczął pan
-"To może ja zadzwonię!" – Matka rzuciła się na komórkę i zaczęła naduszac klawisze. Sekretarka automatyczna była uprzejma siedem razy zaczynać komunikat, ale wstrętna Matka nie dała jej zakończyć. Ostatecznie dodzwoniła się, porozmiawiała, pan też i bez specjalnego przekonania wpuścił Matkę na pokoje.
-"Poczekam na faks potwierdzający" – zawołał za Matką i trudno mu się dziwić.
Matka pojechała za to windą do swojego pokoju, który okazał się być apartamentem z sypialnią i dwiema łazienkami. Matko słodka!!! Żeby nie to, że Matka wróciła o trzeciej nad ranem, to bodajże nastawiłaby sobie budzik, żeby drugą połowę nocy pospać na innej połowie łożka…
Można powiedzieć, że marnacja apartamentu – Matka ani sobie nic nie podgrzała w mikrofali, ani nie zagotowała nic na blacie ceramicznym, ani kawy nie przepuściła przez ekspress, ani na DVD nic nie obejrzała, radia nie posłuchała i wszystkich lampek nie zapaliła. Udało jej się jedynie zagotować wodę na herbatę i obejrzeć Teleexpress. I wysuszyć kudły suszarką spod zlewu.
W zasadzie to Matka może wrzucić zdjęcia, których nie omieszkała zrobić. O, proszę:


 Ale do rzeczy. Matka pojechała do Bristolu taksówką znów fundowaną przez firmę. Całe szczęście, bo bała się, że gotowa się zabić w butach, jako, że chadza tylko na płaskim. Taksówka się spóźniła, więc Matka miała wejście smoka, ale w granicach przyzwoitości. Na wstępie dostała oczopląsu od powitań i bezskutecznych prób odróżnienia członków grona redakcyjnego od delikwentek takich, jak Matka. Rozpoznała za to bardzo znaną aktorkę, która okazała się w naturze równie cudowna, jak na ekranie. Po prostu klasa! Mieliśmy okazję wysłuchać wierszy w jej wykonaniu.
Z siedmiu osób takich jak Matka dojechało sześć i zostały nagrodzone jednakowymi prezentami – ale co to były za prezenty!!! Torba kosmetyków z Avonu, bransoletka z cyrkoniami (kryształami?) i najważniejsze – Matka jedzie na tydzień do SPA w Ustroniu! No co, jak co, ale Matka nigdy nie zdecydowałaby się wyjechac w takie miejsce, bo zawsze uważałaby, że można za te fundusze nabyć coś dla Potworów!!!
A tak – nie ma wyjścia!!!
Menu? Czy mówi komuś coś nazwa "Balotynki z kaczki"? Dalej jest troszkę lepiej: Krem z pomidorów i pieczonej papryki z cheddarem. Pieczona cielęcina w sosie rozmarynowym. Ciasto truflowe.
Matka zjadła i gdyby nie to, że towarzystwo było przednie, to oblizywałaby się jak jeż, któremu ktoś kapnął na nos dżemem żurawinowym…
A potem mąż zwycieżczyni zaprosił wszystkich, którzy zostali na drinka do baru. Baru w Bristolu rzecz jasna. I drinkowali do wpół do trzeciej, bo bar zamknięto.
No i co? I Matka już dawno tak się nie ubawiła! I dawno nikt jej tak nie przyjął, z honorami, które naprawdę jej się NIE należą. Ale jakie to było miłe!!!
To tak, jakby wróciło kilka lat życia.
Naprawdę.
Szkoda, że to ten jeden, jedyny raz w życiu, ale przecież jeszcze zostało SPA… :-))

Bristol i wsparcie

Matka wypuszcza się jutro do stolicy i zawdzięcza to holly_goli vel goodnews. Zakończyła się bowiem akcja z artykułami w pewnym czasopiśmie i Matka jest zaproszona na uroczystą kolację do Bristolu. Podsumowanie, znana aktorka jako gość, inne panie i tak dalej. Matka stracha ma, jak nie wiem co!

Tylko co będzie robić potem w Warszawie w środku nocy???

-„Oczywiście jeśli wyraża pani takie życzenie, możemy zarezerwować pani elegancki hotel!” – powiedziała miła pani z czasopisma zadzwoniwszy znienacka, kiedy Matka pędziła szkolnym korytarzem i z obłędem w oku szukała swojego panelu od radia.

Matce natychmiast stanął przed oczami wyciąg z konta, na którym jako pensja widniała suma trzycyfrowa i pomyślała sobie, że jednak nie może pracować cały miesiąc na jedną -i to pewnie krótką – noc.

-„Naturalnie nocowałaby pani na koszt naszej firmy!” – pani była chyba prorokiem.

I Matka już całkiem zgłupiała, wpadła w popłoch i prawie zrezygnowała.

-„Ja to chyba odwołam!” – załamała wieczorem ręce w domu.

-„Byś była głupia!” – rzucił MiaUżon znad gazety dodając Matce – w swoim mniemaniu – otuchy.

No to Matka nie odwołała. Otworzyła za to szafę i wyciagnęła sukienkę z bolerkiem, tekie średnio wiosenne, tudzież buty, w których ma szanse na zabicie się jak 100 : 1.

-„Zapomniałam dodać, że obowiązuje strój koktajlowy!” – pani znów zadzwoniła.

Tym razem Matka juz całkiem wpadła w czarną dziurę. Czy to, co wyciagnęła jest koktajlowe? Czy może ktoś wie, co pasuje do koktajlu oprócz słomki?

A żeby było już całkiem dołowato, to Potworek zapadł na swoją ulubioną chorobę, czyli lekkie pobolewanie w brzuchu plus 39 stopni. Jesli będzie tak, jak ostatnio, to pochoruje bity tydzień.

A Matka stanie się jutro Matką najwyrodniejszą z wyrodnych, zostawiając Potworka pod opieką Babci, a potem MiaUżona. Bo juz, już, znów by wszystko odwołała, ale przypomniało jej się na szczęście, że od czasów Matki Matki nikt nigdy nie odwołał żadnego wyjazdu, kiedy Matka była chora. I nikt z niczego atrakcyjnego nie zrezygnował, łącznie z zagranicznymi wyjazdami, kiedy któryś z Potworów wymagał opieki. Matka zawsze zostawała na posterunku, bo to było tak oczywiste, jak to, że słońce wschodzi rano.

No to raz nie zostanie. Już pewnie nigdy nie będzie w Bristolu.

Matka nie wie, co myśli ogół czytający, ale coś czuje, że ją wesprze w tej – jakże wyrodnej – decyzji…

Podział majątku wirtualnego

Matka przejeżdżając z Maryśką obok kolektury Totolotka zauważyła, że czeka na nią 15 milionów.

-„Przychodzę po swoje pieniądze!” – rzuciła Matka w głąb okienka, a pani wyciągnęła rękę.

-„Poproszę kupon!” – zażyczyła sobie.

-„Nie, nie, to ja poproszę kupon i żeby na nim było dziś te piętnaście milionów”

-„Jasne” – mruknęła pani i wydrukowała z obrzydzeniem jeden ciag liczb.

-„Jak mam mieć szczęście, to wystarczy jak kupię liczby za dwa złote!” – Matka na to. I zawsze tak robi. Gra tylko w wielkie kumulacje.

-„Jak wygram…” – rozmarzyła się Matka wsiadając do samochodu i wrzucając do niego szczypiorek niczym dorodnego ananasa -„…to pojedziemy do Honolulu!!!”. I zaraz pomyslała sobie, że jak Potworek zażyczy sobie dokładnego położenia geograficznego, to mogą być niejakie kłopoty.

-„Do hotelu?” – zastrzygł uszami Potworek

-„Do HO-NO-LU-LU!!!” – powtórzyła Matka dobitniej – „A w tym Honolulu do hotelu, też racja!”

„A tam bełdzie można nuhrkować?” – Potworek stał się ostatnio pasjonatem pływania siekierą w miejscowym, zapyziałym basenie.

-„O, tak!” – machnęła reką Matka -„I nawet będzie można wynająć najlepszego instruktora nurkowania! A Matka zmieni samochód na terenówkę!” – tu Matka trzasnęła drzwiami i zakręciwszy kierownicą nissana stwierdziła, że wspomaganie nie tylko się samoistnie nie naprawiło, ale nawet siadło bardziej.

„A stahrczy tych pięłtnastu milionów?” – zaniepokoił się Potworek nie na żarty.

-„Starczy i jeszcze zostanie na mnóstwo pożytecznych rzeczy dla innych!” – kiwnęła głową Matka i bardzo zadowolona, że wie co zrobić z taką suma pojechała do domu.

„-A gdybym ja…” – zapiszczało nagle z tyłu Maryśką –„…gdybym ja wygrhała piełtnaście milionów, to wiesz co?”

-„Nie wiem co!” – Matka odwróciła się i skosiła trzy metry krwawnika na poboczu. I dobrze. Rozsiał się piernik po całym lesie niemożebnie.

„Kupiłabym sobie…” – tajemniczo zaczał Potworek i zawachlował odnóżami z przejęcia –„…kupiłabym…wreszcie krhedki Bambino!!!”

Sprawa mocno notarialna :-)

Matka chyba będzie chyłkiem przemykać pod murem za to swoje niepisanie na blogu. No bije się w piersi, bije. Przyznaje. Ale tak nie za bardzo, bo biega z piórem pawim zatkniętym, jak to na przełomie kwietnia i maja. Pięćset wielkich klasówek, jedna gorsza od drugiej, aż sie czytac nie chce, siedemset prac domowych i jeszcze matematyka Potwora, której Matka niemal nie łapie.

-„Spakowałaś mnie już na Zieloną Szkołę?” – do Matki dobrze ukształtowanych uszu doszło jęczenie Janeczki.

Prawda, ta nieszczęsna zielona szkoła! Potwór jutro wybywa na całe czetry dni do Ustki i ma całą listę rzeczy absolutnie niezbędnych.

-„Muszę mieć nieprzemakalne buty!” – znów zakłócenia w uchu. Odkąd Matka pakowała nocą Janeczkę na kolonie i ujrzała dwie dziury w podeszwach adidasów, które Potwór pracowicie wyorał swoimi dużymi paluchami w miesiąc, sprawa obuwia stała się absolutnie priorytetową.

-„Leć obejrzyj podeszwy!” – zarządziła Matka, a MiaUżon równie przestraszony pognał posłusznie.

-„Nie ma dziur!” – obwieścił bardzo zadowolony i postawił przed Matką piwo. Czarne. Matka tylko takie pija i wyłącznie w dni wolne, któe podobno właśnie się kończą.

-„Ale adidasy są z wstawkami z materiału. Jak będzie lało to kaplica!” – podrapała się w głowę Matka -„Skocz na strych, tam są buty, co jej kupiłam rok temu i się w nich topiła”

-„To po co kupowałaś?” – wywalił oczy MiaUżon.

Mężczyźni nie zrozumieją logiki kobiety. Jeśli Matka zobaczyła biało-różowe adidasy (no wiadomo, że nie prawdziwe, tylko jakieś takie inne), ze skóry ekologicznej dobrej jakości, w promocji za 49,99 złotych polskich i mogly być za duże, ale na pewno nie za małe, to co zrobiła? No jasne, że wzięła! W końcu Potworowi noga co najwyżej urośnie, ale się raczej nie skurczy!

-„Na zapas!” – skwitowała sprawę Matka -„Niech Janeczka przymierzy, czy teraz nie będa przypadkiem dobre!”

MiaUżon zniknął na strychu, skąd dochodziły co jakiś czas odgłosy spadania różnych twardych przedmiotów i wdzięczne przeklinanie.

-„Mam!” – przed Matką spadła reklamówka z obuwiem.

-„Psiakość, chyba jednak ciągle będą za duże” – sapnęła Matka wsadziwszy but na swoja nogę rozmiar czterdzieści – „Tylko trochę mnie cisną”

I zaraz sobie pomyślała, że będzie musiała jechać swoim półrocznym objazdem, dzięki któremu bulą z MiaUżonem po 300zł więcej miesięcznie za benzyne, ropę czy inny gaz i to na jeden samochód. Jechac do jakiegoś hipermarketu po kolejna parę butów.

-„O, moje nowe buty???” – przd Matką wyrósł Potwór niczym duch i czym prędzej natknął różowe cuda na ustopienie.

-„Przesuń nogę do przodu, ja zmierzę ile tam zostało miejsca.” – i Matka wsadziła paluch do buta. Ledwo wlazł.

-„Popatrz ty!” – zdumiała się Matka -„Prawie, prawie, tyle za duże to mogą być!”

I zaraz porachowała swoje buty w szafie. Nic nie zamierza pożyczać!!! Jeszcze tylko jeden numer, jeden numer!!! I bez dwóch zdań za chwilę Potwór przekroczy magiczna czterdziestkę… No co jak co, ale Matka w wieku lat dziesięciu z hakiem to takich laczków nie miała!!!

-„A ty pamiętasz, co mi obiecałaś?” – rzucił niedbale Potwór wykonując rundkę honorową skrzypiąc nowymi podeszwami.

Matka nie musiała się nawet za bardzo zastanawiać o co Potworowi chodziło.

Bo kiedyś Matka nabyła sobie szpilki na zjazd klasy. Takie średnio wysokie, żeby jej nie zemdliło i nie złamała nóg w kostce z pięciokrotnym przemieszczeniam. To jeszcze nie koniec. Szpilki miały kolor tak nieprawdopodobnie wściekle różowy, że Matka nazwała je butami służącymi do niczego. Czemu takie? Bo miała takie kwiecie na bluzce i jej pasowały do letniej imprezy. I były wygodne, i w ogóle.

-„Ty to chodzisz w tych butach?” – zapytała ongiś Matkę Janeczka, kiedy różowy rzemyczek wysunął sie spod komody, a dziury w podłodze sypialni Matki świadczyły niezbicie, że ktoś w tych butach tam ostro się przechadzał. I na pewno nie Matka!!!

-„Tak czasem…” – mruknęła Matka asekuracyjnie – „A co?”

-„Bo ja to bym miała prośbę…” chrząknęła Janeczka niepewnie i puściła z uszu maleńki, żółty dymek zalatujący siarką.

Oho! Coś się święci!

-„Słucham?” – Matka spojrzała podejrzliwie i spode łba.

-„Czy ty byś mogła te różowe szpilki…” – Potwór rozejrzał się rozpaczliwie w poszukiwaniu odsieczy, która nie mogła jakoś dojść -„te szpilki, no…zapisać mi…w testamencie?”

Zapachy wiosny

Matka wreszcie doczekała się ulubionej pory roku.

-„Popatrzcie, jakie piękne forsycje!!!”- Potwory słyszą codziennie to samo i przyznać Matka musi, że rozglądają się z przyjemnością.

-„A tutaj śnieg popadał!!!” – zauważył przytomnie Potworek, kiedy Matka przemykała przez las, na którego skraju kwitły jak oszalałe jakieś dziczki owocowe.

-„To kwiaty na drzewie, baranie!” – wyjaśniła życzliwie Janeczka, a Matka zazgrzytała po cichu. Czasem juz zamyka paszczę, bo wióry leciałby na okrągło.

„Przecież wię!!!” – Maryśka puściła małą pianę, bo w końcu młodszy Potwór zaczął się buntować przeciwko starszemu.

Matka odpuszcza. Kreskówki plują słowami takimi, że Bolek i Lolek by padli trupem natychmiast. Swoją drogą Matka jest ciekawa jak by mówili, gdyby dorośli zrobili wersję z tekstem dla siebie :-))

-„I popatszcie jak pięłnknie oświetlone są domki!” – Potworek zmienił temat.
Tu Matka spuchła z dumy, bo sama bardzo lubi, kiedy zachodzące słońce oświetla białe domy za rzeką, najlepiej jeszcze po jakimś deszczu. Pokazywała to nie raz, nie dwa Potworom i jak widać zwracają na to uwagę.

„I taka ładna rhóżowa chmuhrka!” – Maryśka wypatrzyła maleńki obłoczek na niebie.

Ech, wiosna! Matka rozmarzyła się. Nareszcie zniknie brud i szarość. Drzewa w sadach kwitną na biało i na różowo, a Matka przejeżdża codziennie obok, więc napatrzeć się nie może.

-„Rozglądajcie się, rozglądajcie, bo za dwa, trzy dni nie bedzie śladu po kwiatach!” – i Potwory posłusznie kręcą głowami naokoło.

-„Nareszcie wieczorem z lasu pachnie” – pomyślała na głos Matka, która przepada za takim wilgotnym zapachem mchu.

-„I ptaki rano pięłnknie śpiewają!” – dodał Potworek. Faktycznie – drą dzioby od kilku dni, a to dopiero początek. Dziś rano Matka słyszała na przykład coś słowikopodobnego, ale ładniej śpiewającego.

„I jak tu pachnie!” – Maryśka zatrzymała się przy Matki niezbyt okazałych hiacyntach, które rzeczywiście roznosiły woń słodką jak miód.

-„Ja tam nic nie czuję!!!” – Potwór przystanął i skrzywił się.

-„No coś ty, przecież pół ulicy pachnie naszymi kwiatami!” – Matka nie ukrywa, że zdumiała się mocno.

-„Nie czuję i kropka!” – i Janeczka z chrzęstem weszła do domu.

Trudno. Może Potwór ma zapchany nos, a może nie bierze całego świata na węch, jak Matka z Potworkiem? Obie nie ruszą żadnego jedzenia, dopóki nie wsadzą w nie nosa i nie powąchają. Nawyk wdrukowany.


Matka rzuciła zakupy i weszła na górę przebrać się w domowe rzeczy, co już czyniły od dłuższej chwili oba Potwory.

-„Janeczko, otwórz okno, bo tu zaduch jest okropny” – zarządziła Matka uchylając wszelkie otwory, żeby wpuścić świeże powietrze.

-„Już, już” – zamruczał niezadowolony Potwór i złapał za klamkę okienną-„Ojej! Jak cudownie pachnie!!!”- i zamarł z nosem na parapecie.

No wreszcie! Wreszcie zapachy wiosny dotarły do Potwora i obudziły romantyzm w jego duszy. Matka odetchnęła z ulgą, że ma normalną córkę. To pewnie nasza morela! – pomyślała sobie, bo drzewko w tym roku wyjątkowo ładnie kwitło tuż pod samym oknem.

Janeczka dalej wciągała zapachy wiosny wisząc do połowy za oknem.

-„No dobrze, a jak myślisz, CO tak pachnie?” – chytrze zapytała Matka.

-„Nie jestem pewna…” – rzucił Potwór w głąb pokoju i szybko, z lubością znów wystawił nos za okno -„…ale ktoś musi piec albo karkówkę, albo raczej schab!!!”

Yellow Wind of Change

Matka odwiozła dziś Potwory i postanowiła przy okazji załatwić parę spraw jedzeniowych, bo sytuacja z Matki dojazdami uległa gwałtownemu pogorszeniu kilka dni temu. Bez wdawania się w bliższe szczegóły Matka napisze tylko, że miast osiem kilometrów w jedną stronę, robić musi teraz dwadzieścia, ponieważ przez pół roku cały skrajny kawalątek Matki metropolii jeździ duzym objazdem i nie ma innego wyjścia.

Objazd jest co prawda malowniczy, ale siłą rzeczy kosztuje niemal cztery stówki miesięcznie więcej na każdy samochód, a przecież Matka ma swój i MiaUżon ma swój, nie da się inaczej, bo jeżdżą daleko i każde w kompletnie inne miejsce oraz o innej porze.

Matka nie ukrywa, że jest to stresogenne bardzo, bo nie sposób przewidzieć korków na jedynej drodze dojazdowej do metropolii, wyjeżdżać trzeba wcześniej i kłócić się z nielubiącymi wstawać o żadnej porze Potworami. Ranki są więc straszliwe i Matka czeka na czwartki i piątki jak kania wygląda dżdżu. Nie musi wtedy specjalnie chodzić koło siebie, bo poza panią w sklepie nikt jej nie ogląda. Rozrzuca Potwory i tyle.

Dziś jednak postanowiła wstapić do Lidla, żeby w lodówce było widac ciut mniej białych ścian. No niestety – przez pół roku Matka nie będzie sobie tak ot, wyskakiwać do miasta po śmietanę, bo byłaby ona najdroższym wyrobem nabiałowym świata, gdyby doliczyć gaz i benzynę.

Jak Matka postanowiła, tak zrobiła. Zauważyła jednak puste miejsce po mrocznym przedmiocie pożądania MiaUzona, którym jest wysoki, fajny termometr, wiatromierz i miernik opadów w jednym, wbijany w ziemię w ogródku. Jakby był, toby nie zareagowała, a że nie było, to postanowiła go zdobyć za wszelką cenę i wypuściła się do drugiego Lidla. Wypad zakończył się pełnym sukcesem i Matka grzechocząc kopytkami, lanymi kluskami i ze śmieciowym batonikiem w paszczy pomknęła w drogę powrotną z termometrem ogrodowym za jedyne 29,90zł. Pomknęła na pamięć.

Pamięć okazała się zawodną i Matka klnąc pod nosem zawróciła i ruszyła na obwodnicę. Przypomniało sie jej jednak, że ma od kilku dni lajtmotiw, więc naduszając różne klawisze zmusiła odtwarzacz do zagrania ulubioną piosenką, jaką jest ostatnio Wind of change Scorpionsów.

Matka się przyzna zaraz, że jak nikt nie słyszy to sobie gwiżdże (i to elegancko) oraz śpiewa (tu ju znacznie gorzej. Robi to czysto, ale zdecydowanie baranim głosem. I jak już skręciła na przeostanią prostą, między pola i ładne domki rozrzucone z rzadka, to doszła do wniosku, że jeszcze dziesięć razy i już bedzie umiała całą na pamięć!

I kiedy tak Matka ryczała sobie:

„Walking down the street

Distant memories…”


Ujrzała nagle „child of tomorrow”, które kurka wodna macha jej lizakiem, ale ma bardzo podejrzanie żółtą kamizelkę!!!

No fuck!!!

-„Widzi pani ile tu jest?” -Matka zawarła bliższą znajomość z nieznanym jej dotąd przyrządem, który pokazywał cyferkę 7 oraz 8.

-„Widzę, ale nawet nie muszę, bo wiem!” – zgodziła się Matka, która właśnie się rozpędzała od zakrętu.

-„A ile powinno być?” – zapytało child of tomorrow.

Matka zagrzebała w czeluściach mózgu odpowiedzialnych za kodeks drogowy, dokonała aktualizacji i z dumą odrzekła:

-„Sześćdziesiąt!!!”

-„ILE???” – chlid się najeżyło -„CZTERDZIEŚCI!!! Zakręt jest!!!”

-„O naprawdę?” – Matka zawachlowała rzęsami, ale zaraz sobie przypomniała, że w czwartek nie pindrzy się maskarą, więc nie ma co wachlować, bo i tak nic nie widać -„Przecież zakręt był het, to ciągle jest czterdzieści?”

-„Do samego skrzyżowania” – i child pokazało obiekt niknący na horyzoncie.

-„Jak to, kilometr mam jechać czterdzieści po prostej drodze?”

-„Nooo…” – child zawachlowało swoimi rzęsami, a miało- kurka wodna- długie i czarne. Czy ktoś może powiedzieć Matce po grzyb facetom długie rzęsy???

-„I proponuję pani czterysta złotych plus punkty” – child po kurtuazyjnej wymianie zdać postanowiło przejśc do konkretów.

-„Pan chy-ba żar-tu-je” – Matce uśmiechnęła się paszcza od ucha do ucha, bo jeszcze nikt jej tak nie rozśmieszył. Fakt, rozkojarzona była windem okrutnie, ale zaraz czterysta? -„Jeszcze w życiu nie zapłaciłam mandatu! Niech pan mnie tylko pouczy!!!”

Nie wyglądało od początku na to, że pan by chciał, bo był podwójny.

Matka nie dodała też, że jednak jeden zapłaciła, ale dwadzieścia lat temu. Symboliczny, bo akurat były podwyżki i stanowił równowartość trzech kostek masła. Za to wykroczenie Matka popełniła z fasonem! Wyjeżdżając spod bloku wymusiła pierwszeństwo na motocykliście, który wyprysnął zza zakrętu. Pewnie by nic nie było, bo wyminął ją z piskiem, ale okazał się być… milicjantem w akcji.

-„Nie da rady, niech będzie sto złotych i cztery punkty”

-„No dobra!” – Matka machnęła ręką, bo raz, że jej się i tak upiekło, a dwa, że obaj panowie byli i przystojni, i mili nadzwyczaj.

-„A jak to pierwszy mandat, to długo pani jeździ?” – i child zapuściło żurawia w prawko Matki – „Dwadzieścia sześć lat?!!”

-„Jakoś tak…” – zadumała się Matka

-„Jejku” – głos dało drugie child of tomorrow -„To nawet grosz dziennie pani nie wyjdzie!”

I Matka odjechała zawiadamiając na odchodnym, że poprawy obiecać nie może, co wzbudziło panów radość, ale Matka jeszcze raz podkreśla, że pogadała sobie bardzo miło mimo okoliczności powiedzmy sobie szczerze średniosprzyjających.

I ruszając przypaliła oponkami, bo nie mogła się powstrzymać jako złośliwa jędza. Co do tego ostatniego nikt nie ma namniejszych wątpliwości…

I zawsze jeździ akuratnie, nie powie. I goni MiaUżona, który prawdę mówiąc zapewne płaci swoje mandaty skrycie.

Wróciła więc do chałupki, odpaliła kompa, zapłaciła i zutylizowała papierek.

A potem popatrzyła na termometr ogrodowy i pomyślała sobie, ze w tym Lidlu to zgłupieli. Musi to powiedzieć MiaUżonowi!

Termometr ogrodowy za 129,90? STO dwadzieścia dziewięć dziewięćdzsiesiąt???

Oj, liczą sobie, liczą.

Ale chyba nie odda.

Coś jej się wydaje, że potrąciliby za dojazd… 🙂

Zrobiona na szaro (i biało)

Matka odwiózłszy dziś rano Potwory do miejsc nauki i hasania włączyła w samochodzi Trójkę, bo przepada za porannym Mannem i jego rytmami. A tam oprócz Manna dał głos niejaki prof. Andrzej Nowak z UJ bodajże i spytał się rodziców, czy chcą, żeby ich dzici przynosiły piątki, czy raczej żeby się czegoś w szkole nauczyły.

I Matka zaraz pokryła się pianą, bo dał jej w kość ostatni tydzień. Zmarnowała czas, choc przyzna szczerze, że nie aż tak dużo, ale honor ma zdeptany. Matka oczywiście jest tradycyjnie idealistką i nie mieści jej się w głowie, że klasa, która pierwsza pisze test zapamięta po jednym pytaniu na twarz i rzecz jasna po jednej odpowiedzi – nie zawsze dobrej zresztą. I w czasie przerwy wklepie to w jakiś szkolny komputer, wydrukuje i powieli w kilkudziesięciu egzemplarzach na kserokopiarce stojącej w holu. A potem reszta ludzkości, wliczając w to ostatnie cymbały, napisze test z jednym, ciagle tym samym błędem…

Matka spędziła więc wieczór na pisaniu klasówki tak zwanej „normalnej”, której wyniki zapewne będą się różnić od testu. Jak ogień i woda.

I Matka chodzi zapieklona jakby życia nie znała. Bo nie traci nadziei.

Ale wczoraj zamiast usiąść do tych nieszczęsnych sprawdzianów postanowiła wykręcić kilka par kolczyków, co zrobiła i wrzuciła w drugi blog. Tak ją ślubnie naszło, nie wiedzieć czemu, ale przed domem kwitną białe krokusy i już!

A jutro…

A jutro zobaczy po raz pierwszy od dwudzestu paru, albo i trzydziestu kilka osób z klasy z podstawówki. Bo zorganizowała spotkanie i ma być piętnaście osób.

I juz zaciera łapki.

A na poprawienie klasówek ma dwa ustawowe tygodnie i niech to!

(Przed)Świątecznie

Matka zaczyna kuchenne szaleństwa. Żurek pyrka, zaraz będzie się zagniatać ciasto na mazurki (Matka robi niezliczona ilość tak zwanych kruchych blatów, a potem załamuje ręce czym je nadzieje czy tez obleje i pada nieustająco na kaimak), jutro trzeba zrobić keks (oj, Matka nigdy nie robiła), żeby mklik próchniczek tradycyjnie nie wyprzedził Matki w zeżarciu kilograma suszonych moreli, sernik i pewnie jakiegoś orzechowca.

W tym roku matsa z rodziną Matki nie poratuje, bo ma dyżur, więc Matka przypominać będzie ciężarną słonicę.

Ale za to we wtorek nawiedzi Matkę nieznana kuzynka odnaleziona przez naszą-klasę!!!


I Matka już się cieszy i takich spotkań Wam wszystkim życzy!


Niech serniki i mazurki będa pretekstem do rozmowy i spotkania z drugim człowiekiem!

Pogodnych świąt!!!

Żurek kujawski

Składniki:  (przepis na garnek pięciolitrowy)

– biała kiełbasa (im więcej, tym lepiej! Powinno być co najmniej

 1,5kilo
)
– kiełbasa podwędzana – 2 laski
– ziemniaki (obieram na oko, ale tez musi byc ich sporo,

 bo pokrojone w kostkę częściowo „rozpuszczają” 
  się w zupie
– czosnek – kilka wielkich ząbków (czyli właściwie niemal cała główka)
– majeranek – garść
– łyżka masła
– zakwas (nasz własny, albo dwie butelki sklepowego) 

 Na wszelki wypadek jakaś kostka rosołowa i kwasek cytrynowy 
(różnie to bywa z kiełbasą i zakwasem, ale naprawdę rzadko sie przydaje!!!)

Zalewamy nierozcięte pęta białej kiełbasy wodą (teorie są różne,
jedni zalewają zimną, bo ma się wygotować smak, inni gorącą,
żeby kiełabasa się nie rozpadła – JA zalewam zimną-  i gotujemy.

Wody powinno być trochę ponad poziom kiełbasy. W tym czasie przekrawamy podwędzaną kiełbasę wzdłuż na cztery części i potem na plasterki, otrzymując ćwiartki. Nie powinny być grubsze niż 7-8mm. Wrzucamy do wywaru.

Kiedy biała kiełbasa już jest niemal ugotowana (czyli jakieś 5 minut od zawrzenia) dodajemy ziemniaki pokrojone w kostkę.

Moje mają wymiary mniej więcej 1,5cm, linijki nie przykładam. Starajmy się kupić ziemniaki, które nie rozpadają się dokumentnie w garnku, bo będziemy mieli krem zamiast żurku.

Dodajemy także czosnek przeciśnięty przez praskę i majeranek. Gotujemy wszystko na małym ogniu.

Kiedy ziemniaki są już miękkie przystepujemy do wlania zakwasu mieszając w tym czasie zupę.

Uwaga! Dodajemy go stopniowo i próbujemy! Jesli dodamy za dużo zupa będzie zbyt kwaśna!

Na końcu sprawdzamy czy nie trzeba żurku dodatkowo doprawić. Ja mimo tłuszczyku wygotowanego z kiełbasy dodaję zawsze łyżkę masła do smaku, dosypuję majeranku i czasem dodaję czosnku (jesli jest w sklepie tylko chiński to nie ma siły – trzeba go dodać bardzo dużo!) Jeśli czosnek jest zupełnie beznadziejny ratuję się czosnkową kostka Knorra, ale staram się nie dodawać niczego sztucznego.

Gotowe! Żurek najlepszy jest na następny dzień. Jeśli za bardzo zgęstnieje można dodać odrobinę wody już po zagotowaniu. W moim garnku co najmniej połowę stanowią wszelkie dodatki – kiełbasa czy ziemniaki.

Nigdy nie dodaję do żurku jajka – jest pełen kiełbasy i ziemniaków. Po prostu nie ma miejsca!

Nigdy też nie robię żurku na jakichś serdelkach, czy wręcz smętnie pływającej jednej parówce. Brr! To byłaby jakaś zalewaja, może barszcz biały, ale nie żurek! 🙂

Miłego niszczenia żurkojadom !

Zakwas na żurek

 

Przepis na sam żurek za chwilkę – mamy jeszcze przecież kilka dni. Napiszę jednak co należy zawczasu sobie kupić, bo to nie zawadzi. Natomiast zakwas nastawiamy szybciutko, bo nawet jak się zrobi wcześniej, to wstawimy go do lodówki i po kłopocie!

Składniki na zakwas:   (przepis na dzbanek półtoralitrowy)


– przegotowana woda
– mąka żytnia biała – 3/4szklanki
– mąka żytnia razowa – 1/4szklanki (jeśli nie mamy, to wystarczy tylko biała, ale wtedy bierzemy szklankę)
– 5 ząbków czosnku
– kromka razowego chleba

Gotujemy mniej więcej półtora litra wody i studzimy. Powinna być letnia.
Przygotowujemy dzbanek – kamionkowy, szklany – nie ma znaczenia. Niech będzie większy od przewidywanej ilości zakwasu, żeby nam nic nie wyleciało, choć nie powinno.
Wsypujemy mąkę (ta ilość wystarcza naprawdę na ogromny gar zupy. Jeśli nam tyle niepotrzebne weźmy połowę porcji), zalewamy częścią wody, dobrze mieszamy, żeby nie było grudek i dodajemy resztę wody. Wrzucamy obrane ząbki czosnku (na litośc, zdobądźmy czosnek polski! W naszyjnikach z chińskiego chadzaja po ulicach wampiry – on sie do niczego nie nadaje!!!), można je przekroić na pół. Na koniec dodajemy kromkę razowego (prawdziwego, nie jakiegos farbowanego) chleba i przykrywamy dzbanek kawałkiem gazy. Stawiamy w cieple. Po kilku dniach powinien być na tyle kwaśny, że bedzie można go schować do lodówki (żeby nie zrobił bryzdkiego numeru i na przykład nie spleśniał na wierzchu).
Prosze uważać na chleb, żeby był zawsze zanurzony – on pleśnieje najchętniej.
A tak naprawdę robi się wszystko samo i nie ma strachu.

I jak już nastawimy zakwas, możemy się rozejrzeć za dobrą, białą, (surową!!!) kiełbasą (proszę nie wierzyć promocjom hipermarketowym – tu nie da się kupić dobrej kiełbasy za marne pieniądze!) i kiełbasą podwędzaną, najlepiej z ciemną, aromatyczną skórką. Białej kiełbasy potrzeba dużo, powinna stanowić pół garnka z żurkiem. Podwędzanej na garnek pięciolitrowy wystarczą dwie laski.
Poza tym potrzebne będą oczywiście ziemniaki, znów czosnek i majeranek.
Ale to następnym razem. Kupmy spokojnie kiełbasę – zawsze białą można przecież zamrozić!