Matka jak od razu czegoś nie napisze, to potem jej się rozłazi po kościach i już nie ma tych emocji. Ma to swoje plusy, bo Matka chlapliwa słownie jest okrutnie i jest w związku z tym szansa, że zapomni się na przykład wyzłośliwić na czyjś temat.
Prawda jednak jest taka, że nie ma co narzekać, ba, trzeba wpaść w zachwyt dziki, co Matka za moment postara się uczynić…
Rzecz dotyczy Bristolu i wszelkich okoliczności towarzyszących, niemniej miłych, a dotyczących lokum. Matka z różnych powodów sposora imprezy nie wymieni, choć bardzo by chciała – powie tylko, że tytuł zacny, a sponsor główny w ogóle baaaardzo znany i zagraniczny. Matka w życiu by się nie spodziewała takiego przyjęcia. No wiadomo – Bristol. Tradycja, rewelacja, Okrasa i tak dalej. Ale zaczęło się nie od Bristolu, tylko od tego, że Matka musiała dojechać na dworzec PKP autobusem długim objazdem, bo MiaUżon wstawił w tym czasie samochód Matki do warsztatu. Strój koktajlowy Matki okazał się wykazywać jakąś podejrzaną gęstość, porównywalną do ołowiu i Matka modliła się, żeby nie musiała brać torby na kolana. Udało się.
Pociąg jak pociąg, potem Dworzec Centralny, na którym Matka nie była z dziesięć lat, więc w lekkim szoku i z przeświadczeniem, że czas stoi w miejscu gnijąc, popędziła czym prędzej do hotelu, którego nie mogła sobie jakoś wyobrazić i zlokalizować na Chmielnej, dawnej Rutkowskiego. To znaczy dawnej Chmielnej, ale Matka pamięta wyprawę po buty na studniówkę i buszowanie po bramach z prywaciarskimi sklepami, kiedy Rutkowskiego było i basta!
Kiedy wreszcie doszła, znalazła bramę i hotel, po czym weszła – zakwasy miała totalne, nogi w ziemi i ręce poniżej poziomu gruntu. Tak się kończy jeżdżenie samochodem do pracy!
-"Będzie pani mieszkać w pokoju takim a takim…" – rzekł bardzo miły pan w recepcji -" …a teraz poproszę pani kartę kredytową!"
Matce zabrzęczały wszystkie drobne w kieszeni. Czy musi mówić, że NIE posiada karty kredytowej?
-"Eeeeee…." – zabrzęczała Matka nieśmiało -"…to miało być już opłacone przez firmę X"
Pan podrapał się w głowę, co kontrastowało nieznacznie z rangą przybytku.
-"Wie pani co? Ja tu pracuję dopiero trzy miesiące i w ogóle nie jestem z Warszawy…" – zaczął pan
-"To może ja zadzwonię!" – Matka rzuciła się na komórkę i zaczęła naduszac klawisze. Sekretarka automatyczna była uprzejma siedem razy zaczynać komunikat, ale wstrętna Matka nie dała jej zakończyć. Ostatecznie dodzwoniła się, porozmiawiała, pan też i bez specjalnego przekonania wpuścił Matkę na pokoje.
-"Poczekam na faks potwierdzający" – zawołał za Matką i trudno mu się dziwić.
Matka pojechała za to windą do swojego pokoju, który okazał się być apartamentem z sypialnią i dwiema łazienkami. Matko słodka!!! Żeby nie to, że Matka wróciła o trzeciej nad ranem, to bodajże nastawiłaby sobie budzik, żeby drugą połowę nocy pospać na innej połowie łożka…
Można powiedzieć, że marnacja apartamentu – Matka ani sobie nic nie podgrzała w mikrofali, ani nie zagotowała nic na blacie ceramicznym, ani kawy nie przepuściła przez ekspress, ani na DVD nic nie obejrzała, radia nie posłuchała i wszystkich lampek nie zapaliła. Udało jej się jedynie zagotować wodę na herbatę i obejrzeć Teleexpress. I wysuszyć kudły suszarką spod zlewu.
W zasadzie to Matka może wrzucić zdjęcia, których nie omieszkała zrobić. O, proszę:


Ale do rzeczy. Matka pojechała do Bristolu taksówką znów fundowaną przez firmę. Całe szczęście, bo bała się, że gotowa się zabić w butach, jako, że chadza tylko na płaskim. Taksówka się spóźniła, więc Matka miała wejście smoka, ale w granicach przyzwoitości. Na wstępie dostała oczopląsu od powitań i bezskutecznych prób odróżnienia członków grona redakcyjnego od delikwentek takich, jak Matka. Rozpoznała za to bardzo znaną aktorkę, która okazała się w naturze równie cudowna, jak na ekranie. Po prostu klasa! Mieliśmy okazję wysłuchać wierszy w jej wykonaniu.
Z siedmiu osób takich jak Matka dojechało sześć i zostały nagrodzone jednakowymi prezentami – ale co to były za prezenty!!! Torba kosmetyków z Avonu, bransoletka z cyrkoniami (kryształami?) i najważniejsze – Matka jedzie na tydzień do SPA w Ustroniu! No co, jak co, ale Matka nigdy nie zdecydowałaby się wyjechac w takie miejsce, bo zawsze uważałaby, że można za te fundusze nabyć coś dla Potworów!!!
A tak – nie ma wyjścia!!!
Menu? Czy mówi komuś coś nazwa "Balotynki z kaczki"? Dalej jest troszkę lepiej: Krem z pomidorów i pieczonej papryki z cheddarem. Pieczona cielęcina w sosie rozmarynowym. Ciasto truflowe.
Matka zjadła i gdyby nie to, że towarzystwo było przednie, to oblizywałaby się jak jeż, któremu ktoś kapnął na nos dżemem żurawinowym…
A potem mąż zwycieżczyni zaprosił wszystkich, którzy zostali na drinka do baru. Baru w Bristolu rzecz jasna. I drinkowali do wpół do trzeciej, bo bar zamknięto.
No i co? I Matka już dawno tak się nie ubawiła! I dawno nikt jej tak nie przyjął, z honorami, które naprawdę jej się NIE należą. Ale jakie to było miłe!!!
To tak, jakby wróciło kilka lat życia.
Naprawdę.
Szkoda, że to ten jeden, jedyny raz w życiu, ale przecież jeszcze zostało SPA… :-))
