Państwo pozwólcie…

Matka niejednokrotnie pisała, że jest osobą postrzeganą przez sporą cześć świata jako jadowitą, więc na czas wakacji przyjmuje tabletki na grzeczność i uprzejmość, żeby ludzkość wytrzymała z nią na rusztowaniu. Co prawda robi się wtedy nudno, ale trudno! Ach, jakże się Matce pieknie i wyrafinowanie zrymowało…

Matka tabletki chowa w najgłębszym kąciku, żeby spokojnie dotrwały do lata,, towar jest najwyższej jakości, zagraniczny i nieprzeterminowujący się. Strachu nie ma.

Ostatnio jednak zaszły dziwne wypadki, które kazały Matce… ale o tym za chwilę.

Kiedy mianowicie Matka klepała zawzięcie nowy sprawdzian w komputerze, Potworek trzaskał szafkami w poszukiwaniu czegoś bardzo niezdrowego do jedzenia i mimo niezbitego przekonania Matki, że prócz maki, kaszy, ryżu i pudła czekającego na uzupełnienie zapasów bułki tartej i ogólnego bajzlu niejadalnego nic więcej wygrzebac nie może – wytaszczył z czeluści paczkę biszkoptów, którą rozerwał i nakruszył nieprzytomnie na szafkę.

-„Posprzontam!” – zapowiedział, nim Matka, błądząca w mrokach średniowiecza cokolwiek zauważyła-„Wezmę odkurzaczyk!

I siegnął ręczny odkrzacz, który Matka nabyła drogą kupna w Lidlu i umieściła w miejscu niemożliwym -rzecz jasna- do wymacania przez Potworka.

Matka strzepnęła tylko uchem, bo elektryczny ryk nie za bardzo jej się wpasowywał w sklepienie kolebkowe, ale po chwili doszło do konch jej uszu rozpaczliwe stękanie.

Zarzuciła spojrzeniem i dostrzegła nóżki Maryśki fajtające na nieodpowiedniej zupełnie wysokości.

-„A co ty, kochana, tam wyprawiasz?” – zainteresowała się Matka, drapiąc się w głowę żebrem sklepiennym.

„Nie mogę położyć odkurzaczyka nie mniejsce! Wzięłam, ale z powhrotem się nie udaje!!!” – zamachał znów nóżkami Potworek i zrezygnował. Otrzepał z siebie to, czego nie odkurzył należycie i wywrócił białkami.

„Nie przeszkadzaj sobie mamulku. Pójdę do tatusia i spytam go, czy nie byłby tak uprzejmy i nie odłożył mi odkurzaczyka na pahrapet!”

Matka osłupiała i wpadła w dziki zachwyt.

Do wczesnego rana.

Bowiem coś kazało przerwać jej sen i otworzyć jej oczy, kiedy poczuła oddech Potworka na twarzy.

„Dhroga mamusiu!” – zaczął przemowę Potworek odziany w piżamkę, gdy tylko Matka uniosła lekko klapy –Nie chciałabym cię uhrazić, ale pozwoliłam sobie zrobić ci sthraszny bałagan w szafce i wyciongnonć nowy dżem z czahrnej porzęczki” – i przed oczami Matki niebezpiecznie blisko zamajtał słoik wypełniony fioletowogranatową treścią.


A teraz Matka w swej niezwykłej łaskawości i uprzejmości pozwoli sobie Państwa opuścić, żeby być tak dobrą i uprzatnąć burdel po Potworku z ewentualnym lataniem na szmacie, o ile podłoga w kuchni będzie takiego działania wymagała.

I chyba przeniesie tabletki na grzeczność w inne miejsce.

Potworkowi rosną bowiem coraz dłuższe macki…

Mleczna plomba

Matka ostatnio ma sporo dylematów. Po pierwsze powinna wrócić do działalności godpodarczej, ale jak pomyśli sobie o ZUSie, prowadzeniu znów książki podatkowej, wysyłaniu deklaracji i tym podobnych – o Vacie i kasie fiskalnej, które to dwa piekielne wynalazki są jej całkowicie obce, to skóra jej cierpnie i włos się jeży.

Tak jej teraz dobrze bez tych rozliczeń, że hej! Tylko swoje mieszkanie wynajmowane studentom PITuje, ale już przywykła.

Na szczęście, albo raczej na nieszczęście zycie dostarcza codziennych trosk, które pomagają Matce odsuwac ten problem na czas dalszy, bliżej niesprecyzowany.

-„Otwórz paszczę, wyczyścimy zęby nitką” – zarządziła Matka tydzień temu, kiedy Potworek uzbrojony w szczoteczkę wykonał zamach, żeby się efektownie zapienić.

Maryśka posłusznie rozdziawiła wrota a Matka zapuściła żurawia i nitkowała zawzięcie Potworkowe mleczaki i sześć zębów stałych.

-„A to co?” – przeraziła się nagle. Jedna z górnych czwórek zmieniła lekko kolor z boku. – „Może cos ci tam wlazło?” – postanowiła sama się uspokoić, choć szanse były nikłe.

Nie wlazło. Maryśce na połączeniu dwóch zebów zrobiła się dziura od spodu. Stary numer Janeczki. Zab lekko zmieniał kolor, a pod spodem locha do zatrucia. Mleczak nie mleczak, Matka nie popuszcza!

-„Będziemy musieli pokazać to dentyście!”- Matka zmieniła ton na ochoczy, żeby Potworek niczego nie zwietrzył. Ale Matka osłabła z wrażenia.

„Dobhra!” – Maryśka nawet się ucieszyła, a Matka nie starała się jej wyprowadzać z błędu.

Tymczasem kombinowała jak to zrobić, żeby tym razem wlulić MiaUżonowi całą sprawę, co jeszcze nigdy jej sie nie udało z Janeczką.

Szanowny małżonek nadciągnął z pracy wieczorem i z grobową miną.

-„Stała sie tragedia!!!” – obwieścił dramatycznie.

-„Wywalili cię z pracy?” – Matka zamarła.

-„Nie!!!” – zaryczał MiaUżon – „Wypadła mi plomba!!!”

-„Iiiiiiiiiiiiii!” – wszystkie szare komórki Matki zaczęły pracować ze zdwojoną energią, pokombinowały i zatarły łapki z uciechy. Teraz należało to tylko załatwić dyplomatycznie.

-„To zaraz dzwoń i się umawiaj z dentystą, a ja idę kłaść Potwory” – i Matka umknęła na pięterko.

A kiedy wróciła MiaUżon siedział lekko pocieszony.

-„Nie miał czasu jutro, ale za dwa dni mogę przyjść”- westchnął -„Jak mnie nie boli, to powiedział, że mogę poczekać, bo ma sporo pacjentów”

-„Nie, no jasne, lepiej, żeby wszystko spokojnie ci zrobił” – przytaknęła Matka -„Tylko wiesz? Nie podoba mi się jeden ząb Maryśki, może byś ją zabrał, żeby dentysta spojrzał fachowym okiem? Coś mi się wydaje, że tam będzie dziura…”

-„Ale ona nie wysiedzi i będzie rozrabiać!” – MiaUzon nie był specjalnie zachwycony, ale tez za bardzo nie protestował.


I pojechali. Matka nie ukrywa, była pełna obaw, czy po MiaUżonie nie ma zaraz następnego klienta. I czy w razie czego dziura nie okaże się pod spodem wielka i boląca.

Nie było ich niemal dwie godziny. Dobry znak – czas się znalazł.

W koncu zadzwonili do furtki. Potworek stał z dużym zeszytem na wyklejanki dentystyczne i minę miał nieszczególną.

-„I jak, Koteczku?” – zapytała Matka żwawo.

Potworek dumny i blady przypłynął i rzucił cumy w domu.

-„Pan dętysta mnię posadził na takim duuuuuuzym fotelu i wierhcił. A jak chciałam, żeby przestał, to podnosiłam rhączkę o tak!” – tu Potworek zaprezentował znak umowny, który Matce przypominał raczej gesty towarzyszące III Rzeszy i o mało nie wybił oka. -„Bolało mnie tylko throszeczkę i mam pląmbę!!!

Matka natychmiast zajrzała i obcmokała kunszt pana doktora, bo plomby w ogóle nie było widać.

Potworek spłynął do swojego pokoju, żeby zając się trofiejnymi, dentystycznymi wyklejankami, a MiaUżon mrugnął do Matki.

-„Lekarz trochę sie obawaił, czy jej nie będzie bolec, bo dziura okazała się duża i zaproponował wytrawianie jakimś żelem, co by kosztowało dwa razy drożej i trzeba by chodzić do niego pięć razy w ciagu pięciu tygodni.

Matka skrzywiła się z powodu tego czasu.

-„Ale powiedziałem, żeby spróbował normalnie, najwyżej jak nie wyjdzie, to zrobimy tak. No i super! Maryśka nawet nie pisnęła!”

Matka spuchła z dumy, ale że byli lżejsi z MiaUżonem o 180 zł za dwa zęby, to się zrównoważyło. Nawiasem mówiąc pewnie niejedni klienci w stolicy leczą jeden ząb za tę sumę.

A teraz wraca do dylematów działalnościowo-vatowych, których zapewne w najbliższym czasie i tak nie rozwiąże…

Kochający inaczej

Matka nic nie wskórała w kwestii sukienki studniówkowej, ale za to umówiła się u fryzjera. Jak to możliwe w okolicach świąteczno-sylwestrowych? Matka sama nie wierzy…

-„Zatrzymamy się tylko i mama kupi syrop od kaszlu!” – zarządziła Matka w środku jakiegoś pola niepodal domu, bo wyrósł na nim nagle całkiem przyzwoity budynek. Było na nim napisane wołami „Apteka”, ba, „Stacja Kontroli Pojazdów” nawet, „Restauracja”, „Sklep”, „Solarium”, „Zakład Kosmetyczny” i parę innych atrakcji, które wprawiły Matkę w osłupieniozachwyt. Weszła więc, zostawiając towarzystwo w samochodzie, nabyła syrop i zapuściła żurawia za szybę zakładu fryzjerskiego. Drzwi były otwarte, ale nie było tam żywego ducha.

Matka zaatakowała wejście i doszła do lady, zza której wyłonił się nieoczekiwanie młodzieniec. Matka zamrugała gwałtownie oczami, bo był on osobowościa co najmniej barwną. Na głowie miał sterczące we wszelkich kierunkach kolorowe pióra, charakterystyczną bluzeczkę, liczne bransoletki i znów charakterystyczne spodenki i butki. Matka nie potrafi dokładnie ich zdefiniować, ale doda tylko, że były takie, jakie od razu nasuwają odpowiednie skojarzenia.

-„Eeeeeeeee” – rozdziawiła paszczę Matka -„Eeeee, chciałabym umówić się na strzyżenie…”

-„Bardzo proszę” – odparł grzecznie młodzian i otworzył kajet.

Matką rozdarta była między wieloma uczuciami i postanowiła asekuracyjnie podać termin dziwny, żeby szybko dać dyla.

-„Może w czwartek o dziesiątej piętnaście?” – szepnęła.

Młodzian szybko coś nabazgrał w rubryczce i zadowolony zatrzasnął kalendarz.

-„Czekam na panią!”

-„Jak to – pan czeka?”- Matka wpadła w czarną rozpacz, zwaną w niektórych kręgach otchłanią.

-„Bo to właśnie JA będę od rana w czwartek!”

I Matka zaopatrzona w wizytówkę do odwołania strzyżenia poczłapała do samochodu.

-„Co?” – zapytał uprzejmie MiaUżon, kiedy zobaczył minę Matki.

-„Umówiłam sie na strzyżenie, ale chyba nie pojadę” – jeknęła Matka.

-„No ty to jesteś chyba jakaś nienormalna!” – podtrzymał Matkę na duchu MiaUżon i pomknęli do domu.

A Matka dzień w dzień zapominała odwołać wizytę, aż nadszedł dzień czwartek, czyli teraz.

I pojechała. W pięknym budynku w polu nie było żywego ducha, prócz panienki w kasie sklepu i młodzieńca z piórami.

-„Niech mnie pan nawet nie zaprasza do tak zwanej miseczki…” – Matka znów zaczęła jęczeć -„…tylko na sucho uprzedzi, co może mi zrobić, bo potem to już umarł w butach”

Chłopię nie zaprotestowało.

-„Bo wie pan – tu mi rosna włosy do przodu i spadają na czoło. Tam z tyłu mi rosną do góry, więc musi byc długo. Tu nie może byc krótko, bo sterczy, a grzywka wychapana, bo inaczej wyglądam jak Maria Dąbrowska. I trzeba pamietać, że mam włosów strasznie duzo, ale są sztywne i ciężkie, no i proste jak drut” – i Matka pomyślała sobie zaraz, że nie musi wydawać pieniędzy na szampony przeciwko „puszeniu się włosów”.

Młodzieniec przełknął wszystko, okazał się być przemiłym człowiekiem, pokazującym i tłumaczącym jak należy. Matka podejrzewa tylko, że był sto pięćdziesiątym trzecim fryzjerem, który jej chapnął z tyłu za krótko, ale przestała już mieć złudzenia, że może być inaczej.

Ostrzygł Matkę bardzo przyzwoicie i zaświtało Matce przez chwilkę maleńkie podejrzenie, że jest to skutkiem jego opowieści o dziewczynkach, które uczesze na sobotnią studniówkę, rzucania nazwiskami i koligacjami, a w koncu stwierzeniem Matki, że oczywiście wie o kogo chodzi. No bo uczy. Ale tu Matka paskudną jednostką jest i zauważyła, że podejście Młodzieńca nie zmieniło się i było jednakowo uprzejme i gorliwe.

Ale na sam koniec, kiedy Matka miała juz wszystko podkręcone jak trzeba, Młodzian chwycił do rąk prostownicę.

-„Pan z tym idzie do mnie?” – Matka wywaliła gały jak talerze.

-„Ależ oczywiście!” – kiwnął głową pan i doskoczył z goracym narządem do Matki.

-„Przecież ja od urodzenia mam PROSTE włosy!!!”- oczka Matki zrobiły się owalne jak półmiski na karpia.

-„Nic nie szkodzi” – pan uśmiechnął się tajemniczo – „Teraz będzie je pani miała PROSTE INACZEJ…”

Oferta życia

Matka spojrzała w lustro i zrobiła posumowanie minionego roku: dwa kilo więcej, niż przed świętami, co nie wygląda ani pięknie, ani tym bardziej rubensowsko. Spasła się Matka i tyle. Siedziała i żarła ile wlezie. Ech.

-„Masz już sukienkę?” – spytała Janeczka bacznie obserwując obroty Matki przed lustrem.

-„Nie” – westchnęła Matka -” Na jeden bal wezmę zeszłoroczną, a na drugi muszę coś kupić” – i wzdrygnęła się na myśl o rozbieraniu w sklepie do rosołu.

-„Kupisz długą?” – Potwora w kwestii strojów balowych nijak nie można zbyć.

-„Wolałabym spodnie i tunikę, ale pewnie nie dostanę” – znów jęknęła Matka i pomyślała, że do 19go stycznia ma kupę czasu. Ale na najbliższą sobotę nie ma żadnych biżutów. I pewnie nic nie zrobi, bo jak dla siebie, to się nigdy nie zmobilizuje.

A potem zapakoali z MiaUżonem Potworka do samochodu i pojechali do miasta.

-„Jedź bokami, bo przecież przez centrum się nie przebijemy!” – zarzadziła Matka. Cały naród poszukuje wszak spodni z tunikami i biżutów pasujących robiąc to z pomocą samochodów.

-„Skoczymy nad rzeką, a potem uliczkami naokoło” – i MiaUżon zjechał na bulwary.

Potworek zapatrzył się na rzekę. Nikła w obrzydliwej i oblepiającej mgle oraz padającym śniegu z deszczem. Na poboczu walały się pierwsze resztki po fajerwerkach, papiery, butelki i inne śmieci.

-„Jaki piełnkny widok!!!” – rozmarzył się nieoczekiwanie Potworek.

Matka lekko osłupiała. Akurat dziś nie było nic pieknego do oglądania. Wycieraczki na drugim biegu, chlapa, szarość i nijakość.

„To fszystko przez życie!” – ciągnęła dalej Maryśka –„Bo życie od czasu do czasu nam takie piełkne widoki ofehruje!”


I Matka takiego dziecięcego podejścia do życia życzy Wam wszystkim na Nowy Rok. Będzie łatwiej!

Barszcz wigilijny

Dzień przed Wigilią powinniśmy przygotować barszcz, żeby dobrze się zdążył „przegryźć”. Zakładamy, że kwas zdążył się już doskonale ukisić.


Składniki

-buraki (ile to zależy od garnka, ale co najmniej kilogram do półtora)

-włoszczyzna (marchewka, pietruszka, seler, por)

– pieprz (20 ziarenek)i ziele angielskie (7-8 ziarenek), sól

-3 listki laurowe

-garść suszonych grzybów

-kwas z buraków

-4-5 dużych ząbków czosnku

-duża łyżka majeranku

-łyżeczka masła

-do smaku przydaje się ćwierć łyżeczki cukru i czasem odrobinka kwasku cytrynowego, jesli kwasu z buraków okaże się za mało


Wykonanie

Poprzedniego dnia zalewamy grzyby zimną wodą i następnego dnia gotujemy je do miękkości.Przygotowujemy intensywny wywar z pokrojonych dość drobno buraków i włoszczyzny (czytaj: nie dajemy pęczka włoszczyzny na wannę wody, tylko wrzucamy warzywa i zalewamy wodą na palec. Innymi słowy buraków musi być tyle, ile garnka, zwłaszcza, że poziom zupy obniży sie dramatycznie, kiedy te warzywka wyciepniemy do kubła. Wodę trzeba potem lekko uzupełnić, ale nie rozcieńczać do bólu). Dodajemy pieprz i ziele angielskie oraz listek laurowy. Gotować trzeba na maleńkim ogniu, żeby wywar nie zrobił się brązowy. Kiedy warzywa są już miękkie wyjmujemy je i wyrzucamy (najlepiej przecedzić całość przez sitko), ale listki laurowe i ziarenka zostawiamy (niestety porażający kolor marchewki i pietruszki wraz z selerem raczej dyskwalifikuje je w wyścigu do sałatki jarzynowej).

Przystępujemy do doprawiania zupy : dodajemy pokrojone (albo całe) grzyby wraz z wywarem, odrobinę cukru, majeranek i sól. W razie potrzeby dodajemy zmielony pieprz czarny. Następnie wkładamy przeciśnięty przez praskę czosnek i wsypujemy majeranek. Wszystko podgrzewamy nie dopuszczając do wrzenia, wlewamy stopniowo kwas próbując, żeby nie zrobić z barszczu octu siedmiu złodziei. Najczęściej jest tak, że kwasu jest za mało – wtedy ostrożnie dodajemy odrobinkę kwasku cytrynowego.

Co zrobić, jeśli buraki były od ciężkiego diabła i brakuje nam smaku? Zdarza się niestety, ale w sklepie tego nie sprawdzimy. Miejmy w zapasie zwykły, niedoprawiany, płynny koncentrat barszczu, najlepiej Krakusa. Czasem musimy się i tak nim poratować. Na samiutkim końcu dodajemy łyżeczkę masła.

Pamiętajmy, żeby nie zagotować barszczu – ma piękny kolor od kwasu a gotowanie na silnym ogniu sprawi, że zbrunatnieje. Wystarczy poczekać, aż na środku garnka zacznie się dobrze ruszać i już wystarczy.

Przyznam się bez bicia, że jeśli nabędę wyjątkowo paskudne buraki, to zdarza mi się w rozpaczy dodać na końcu do smaku dwie kostki warzywne. Zbrodnia niewielka, ale w końcu chodzi o barszcz a nie czerwoną wodę zarzuconą majerankiem…

O wyższości świąt Wielkiej Nocy nad świętami Bożego Narodzenia

Matka wypuściła dziś Janeczkę do szkoły, gdyż w przeciwnym wypadku groziłoby jej (Matce) wymordowanie naparzających się od tygodnia w domu Potworów.
<BR.Maryśka kaszle dalej, więc Matka ubrała ją tylko ciepło i wsadziła w samochód, żeby odwieźć Potwora.

-„Sprawdzimy, czy całkiem przypadkiem nie było wczoraj w przedszkolu Mikołaja, który zostawił ci prezent?” – spytała Matka chytrze.

Potworek kiwnął głową bez szczególnego entuzjazmu, ponieważ w przeciwieństwie do starszej siostry nie jest materialistą.

Mikołaj był i owszem, przyniósł wypchaną torbe, w której Maryśka znalazła pseudoBarbię, żelki, wafelka i ciasteczka, zaś Matka kilka atrakcyjnych wyrobów z czekolady dla siebie i MiaUżona. Do tego dochodzą całkowicie czekoladowe paczki z jednej ze szkół Matki, a za chwilę będą kolejne dwie z drugiej szkoły.

-„To Mama wskoczy tylko do sklepu i kupi ryby na święta, dobrze?” – i Matka podjechała pod hipermarket, gdzie kłębił sie nieprzebrany tłum, który najwyraźniej na śreodę wziął wolne od pracy.

-„No kurka wodna…” – jeknęła Matka, kiedy dostrzegła ogon po ryby – „Trudno, biorę paczkowane, niech sobie nawet będą droższe” – i wrzuciła trzy paczki, dołożyła karkówkę na świąteczny obiad i pognała do kasy, żeby wyjść stamtąd jak najszybciej. Potworek tymczasem dożywiał się radośnie pokrojoną dla klientów bagietką, co czyni zawsze, a Matka stara się wtedy okopać, zapaść pod ziemię i wykonać jeszcze parę atrakcyjnych manewrów.
<BR<Kiedy dopadły do kasy Matka wytaszczyła na taśmę rybę, karkówkę i…

-„Zaraz, zaraz, przecież ja nie brałam jajek!” – zdziwiła się na widok kształtki z dwudziestoma jajami klasy „L”.

„Ja fzięłam!!!” – oznajmił bardzo zadowolony Potworek i dołożył je Matce do zakupów na taśmie.

-„Ale ja już mam jajka w lodówce!” – zaprotestowała Matka

„Ja wiem!” – kiwnął głową Potworek –„Zapomniałaś tylko, że idą śfienta! Te z lodówki się zje, a z nowych się zhrobi PISANKI


Kto wyliczy z jaką szybkością Matka opuszczała sklep?

Przeklęte reklamy zrobiły Maryśce wodę z mózgu…

Przepis na kwas z buraków (do wigilijnego barszczu)

…jaki się jada u Mattkipolki. Barszcz, nie kwas.

Obiecałam już chyba ze dwa lata temu, więc proszę bardzo:
Jest to przepis na barszcz na własnym kwasie buraczanym, który trzeba przygotować około tygodnia przed Wigilią. Roboty z tym jest pięć minut. A sam barszczyk najlepiej ugotować dzień wcześniej, czyli 23 grudnia, żeby się dobrze przegryzł.

KWAS BURACZANY

Składniki:


ok.1kg buraków

kilka ząbków czosnku, najlepiej polskiego

kawałek korzenia chrzanu lub łyżeczka chrzanu ze słoika, byle bez śmietany

1 łyżeczka kminku

kawałek marchewki i selera

3 łyżeczki soli

szczypta cukru

pół kromki razowego chleba

Buraki obieramy i kroimy w plastry – wtedy lepiej się ułożą w słoju lub dzbanku. Wkładamy do dzbanka,na przykład takiego szklanego od parzenia herbaty dodajemy pozostałe składniki i zalewamy wszystko letnią, przegotowaną wodą (nie może być gorąca, ale też nie zimna). Na wierzchu układamy kawałek razowego chleba i staramy się, żeby raczej nic nie wystawało nad powierzchnię wody. Dzbanek przykrywamy lekko przykrywka lub gazą, ustawiamy w misce czy głębokim talerzu na wszelki wypadek gdyby coś chciało wylecieć i umieszczamy w ciepłym miejscu. Co jakiś czas zaglądamy, bo wystające składniki lubią spleśnieć, więc trzeba dbać, żeby były przykryte. W zależności od temperatury kwas zaczyna pracować następnego dnia, albo po dwóch dniach. Po jakichś czterech dniach można go spróbować, jeśli jest bardzo kwaśny, można go schować do lodówki, ale raczej powinien dotrwać na posterunku do dnia przed Wigilią. Im bardziej kwaśny, tym mniej będziemy musieli doprawiać barszcz cytryna czy kwaskiem cytrynowym.

Kwas ma przepiękny kolor, który uratuje najbardziej rozgotowany i brązowy wywar z buraków.

A przepis na sam barszcz niebawem, jest chwila czasu. Nastawiajcie póki co kwas, naprawdę warto!


To powiedziała Mattka oddalając się w podskokach w celu obrania buraków, której to czynności nie lubi, ale od czego są rękawiczki…

Dzień opieki – bezcenne

Matka gnu jak antylopa. Wzieła sobie dzień opieki na dziecko, który zemścił się się straszliwie, bowiem Potwory, na które zawsze można liczyć w chwilach ważnych, uroczystych, tudzież niecierpiących zwłoki, zachorowały Maryśkowym wirusem, który mimo zalewania go Eurespalem rozwinął się uprzejmie w paskudne zapalenie oskrzeli.
Matka kłamie. Janeczka nie ma wirusa.

Janeczka powitała Matkę w środę złowieszczym spojrzeniem, po którym Matka natychmiast zaświeciła jej w gardło lampeczką produkcji radzieckiej, dającą upiorne niebieskie światło. Nawiasem mówiąc Matka nie jest przekonana, czy to nie był niebieski laser, nic nie wiadomo z produkcją zza wschodniej granicy. A wracając do gardzieli Potwora – wyglądała ona, jakby kto ją wyścielił futrem lamparta, więc w czwartek Matka wysłała MiaUżona świtem, zanim odjechał na szkolenie dwudniowe (małżonkowie zachowują się dokładnie tak, jak dzieci, szkoda, że to szkolenie nie kończy się w Wigilę po południu!) do lekarza dziecięcego, zwanego w bardziej obeznanych kręgach pediatrą.

Kosztowało to Rodzinę Matki dwa antybiotyki i mnóstwo innych flakonów, które poraziły Matkę nie tyle jakością, co ceną.

I miast wisieć na oknach, polerując szyby do oslepiającego blasku, Matka kończyła biżuty co chwila rozdzielając Potwory, które po dwóch dniach chorowania ożyły na tyle, żeby skakać sobie do gardeł, nie na tyle jednak, żeby się ich pozbyć sprytnie z domu.

Tylko dziś Matka zawiozła je do Babci na trzy godzinki, żeby w tym czasie (przypominamy, że to dzien opieki, czyli zrób Matko wszystko, bo inaczej umarł w butach) oblecieć miejscowe hipermarkety z kartką w ręku i obłędem w oku.

I przywiozła Matka calutki bagażnik wszelkiego dobra, zapomniawszy nabyć schab, który był celem głównym.

Ale nie zapomniała o burakach, bowiem jutro z rana zamierza nastawić kwas na barszczyk. Co jak co, ale Wigilia wymaga barszczu całkowicie swojskiego, nie z żadnej butelki. I wierzcie mi – jest różnica.

Matka swoją drogą jeszcze nie jadła barszczyku tak dobrego, jak swój. Skromną Matka jest niesłychanie. Żurek też robi świetny, ale o tym pogadamy na Wielkanoc. A przyznac trzeba, że niełatwo było w domu z barszczem, bowiem ścierały się w nim dwie tendencje – koszmarnie wytrawny barszcz wielkopolski i obłędnie słodki barszcz kresowy. Matka Matki połączyła to w jedno uzyskując smak ogólnopolski, a kwas na barszcz zaczęła nastawiać już sama Matka.

Jeśli ma ktoś ochotę spróbować – proszę bardzo. Zapraszam po przepis jutro, wcześniej nie ma co robić, szkoda miejsca. Ale oczywiście kwas można przelać do butelki czy słoika i wstawić do lodówki.

Urok i przemarsz

Matka nie wie, jak przeżyje ten okres przedświąteczny. Prezenty ma tak pół na pół. Menu nieustalone, ale wyboru specjalnego nie ma. Trzeba nastawić pięć dni wcześniej kwas na barszczyk i basta! I przyjąć po raz kolejny do wiadomości, że nikt w przygotowaniach do świąt Matki nie wyręczy, ani nie zapyta, czy przypadkiem nie pomóc…

A jeśli chodzi o szkołę, to Matka już sobie tak zaplanowała, tak zaplanowała, że zapięła wszystko na ostatni guzik. Jak sutannę. Trzydzieści trzy guziki czy coś takiego.

Najpierw wielka impreza – kartka świąteczna. Potem rada pedagogiczna. Wywiadówka. Cały dzień w plecy. We wtorek, czyli dziś – luzik, dwie lekcje. Jutro normalka, cały dzień. Ale za to przyszły tydzień – bajka – Matka zawsze przed świętami odbiera sobie dwa dni opieki na dziecko i może zadziałać w kuchni, tudzież wokół kafelków, okien i tak dalej.

A tu jeszcze trzeba zrobić zaległe zamówienie za granicę, które ma się na ukończeniu i jakiś biżut dla nieznanej koleżanki z forum Biżu (było losowanie, Matka coś dostanie od Mikołaja i sama też ma zrobić). Nie da rady, każda minuta jest cenna!

Matka odpękała więc wczorajszy poniedziałek, który choc męczący, to jednak dostarczył wiele przyjemności i dzieciom, i Matce, po czym zjechała do domu koło ósmej pełna wrażeń i planów na następny (czyli dzisiejzy dzień).

-„Nie jest dobrze!” – powitał ją MiaUżon smętnie -” Przywiozłem Maryśkę z przedszkola i po godzinie padła. Ma trzydzieści dziewięć stopni!”

No i hyc, hyc, bang, bang! Planuj sobie człowieku, planuj!

-„Jutro mam tylko dwie godziny, to podrzucę ją babci na chwilę” – machnęła ręką Matka – „A wcześniej skoczę do lekarza”

MiaUżon złapał słuchawkę i wykonał telefon, po czym nim trzasnął.

-„O?” – zainteresowała się Matka uprzejmie.

-„Babcia ma spotkanie z koleżankami emerytkami i powiedziała, że chyba będziemy musieli dać ją do przedszko…A W OGÓLE TO JUŻ LEPIEJ MNIE NIE PYTAJ!!!”- MiaUżon wkurzony był jak jasny gwint.

-„No to biorę zwolnienie”- machnęła ręką Matka.

I rano zamówiła numerek na jedenastą, żeby zawieźć rozpalonego, mimo leków, Potworka do przychodni.

A potem pięknie się ubrały, wsiadły do nissanka piętnaście minut przed jedenastą, Matka włożyła kluczyk, przekręciła i…

-„Bzyy…” – coś się raz obróciło i zdechło.

Nie z Matką takie numery! Juz parę dni temu też tak zabzykało i poszło.

-„Bzyy, pią, pią!” – obróciło się i piknęło alarmem.

O ty małpo jedna!

-„Bzyyy, piąpią, pią, pią! Błysk, błysk!”

Matka odgryzła kierownicę. na wyświetlaczu pokazywały się urocze kreseczki, porażające zygzaczki i wykwintne kółka. Wszystko, tylko nie ilość przejechanych przez nissanka kilometrów!

I tak dwadzieścia razy pią, pią, bzyy i błysk, błysk w dowolnej konfiguracji.

Matka z rozpaczą spojrzała na zegarek i doszła do wniosku, że do jedenastej to taksówka nawet nie podjedzie pod dom!

I poprosiła sąsiadkę, żeby ją podrzuciła, a ta wręczyła Matce kluczyki od maleńkiego, nowiutkiego bździdełka w obłędnie żółtym kolorze. A Matka nie namyślając się pomknęła i choć miała wrażenie, że twarzą szoruje po asfalcie, to jechało się całkiem przyzwoicie.

Potworek okazał się czysty we wszelkich wewnętrznych czeluściach, ale dostał ulubiony Eurespal i prikaz kontroli. Wirus bez dwóch zdań.

-„Co tam słychać u ciebie?” – zagadnęła go pielęgniarka w okienku, gdy Matka wychodziła z Maryśką do apteki.

„Jestem chohra!” – odkrył Amerykę Potworek-„A wy macie ładną choinkę, ale okhropnie krzywy czubek, to sobie go naphrostujcie!” – I Maryśka wypłynęła z przychodni z godnością.

A Matka doszła do wniosku, że nie jest już tak tragicznie. Bo Matka jak jest chora, to krzywych czubków nie widzi…