List do świętego Mikołaja

Matka zastanawia się, czy kupowanie prezentów w internecie naprawdę zajmuje mniej czasu. Najpierw wisi i szuka danej rzeczy. Potem wisi na forach i czyta, czy to dobre, czy nie. Wtedy to już można nawet zwątpić jak się człowiek nazywa.
Potem włazi na jakieś ceneo i szuka najtaniej. Znajduje. Kolor nie ten. 
Szuka dalej. Jest kolor, model nie taki.
Wraca na forum, sprawdza czy dobrty. Niedobry. 
Szuka dalej, ma coś innego, ceneo, kolor, sklep, telefon.
-Eeeee, już dawno nie robią tego modelu, mamy jedna sztukę, różowa!
Matka już nie powie, gdzie mogą sobie wsadzić różową. Chce czarną! 
Po pięciu godzinach ma czarną, model niekoniecznie ten, ale jest, cena ujdzie (tu anakonda ugryzła Matkę przez kieszeń w miejsce mało dyplomatyczne).
– Bo te modele, to się proszę pani różnią w zasadzie niczym! – wyjaśnia jej pan w sklepie.
– Jak – niczym – jeśli jest taka różnica w cenie? – dziwi się Matka, ale jest jej już wszystko jedno. Pan nie wie zapewne za dużo, a czas leci.
– Wysyłamy! – Pisze pan.
Matka zamienia się w jeden wielki czekający wór. Dzwoni po wszelkich znajomych kurierach. Nic nie mają.
– Ojej, nie zdążyliśmy wysłać – odpisuje na maila pan.
I Matka ma pół dnia czekania z głowy, pan jest dodatkowo zamordowany. Gratis.
A tu nie ma czasu. prezenty dla Potwórw w zasadzie niekupione! Szkoda gadać, Mikołaj strzeli sobie w łeb. Starszy Potwór jeszcze jak cie mogę. Matka da radę zrealizować połowę z roszczeń. Tych tańszych, typu bransoletka z Sixa (tu Matka robiąca biżu zgrzyta na całego). Natomiast w ogóle nie widzi nastepującego tekstu Potwora:
„…Drogi Mikołaju, nie wspomnę już o laptopie. Chodzi o to, że nasz dotykowy zaraz zabiorą (chodzi o testowanego Touch Smarta – przypis Matki), a mój obecny komputer to kupa złomu!!!…”
Choćby Potwór wabił Mikołaja kawą Tchibo czy innym Jacobsem nic z tego! Nie ten kaliber!

Natomiast list przedstawiony przez Potworka Matkę zabił. Z trudem doczytała się o co chodzi, bo Potworek lekko bazgrzący jest i nie da się owego dokumentu nawet zeskanować, bo jest naścibolony straszliwie. Oczywistym jest, że Mikołaj zrealizuje wersję zastępczą prezentów, bo Matka pojęcia nie ma o czym Potworek pisze…
Przedstawia wersję oryginalną, pisownia niezmieniona:

Drogi mikołaju!
na święta bardzo chciałabym dostać te rzeczy, które napiszę, czyli: smiki miś 40cm, pies husky, sambuś liżący szczeniaczek, zwietrzęta polarne, smiki ciastolina 5 tub, smiki koraliki, smiki maszynka do tworzenia magnesuw, smiki tatuarze, hana montana mikrofon na stojaku, zestaw błyszcząca kolekcja, zestaw stylowe pierścionki, projektor do kreowania mody, zestaw laboratorium chemiczne, gra piggy pop, mp3 hello kitty, aparat fotograficzny barbie i kamera internetowa, zegarek barbie modna paryżanka + ken, palac barbie, babka barbie + torebka, sceniczny autobus z przebieralnią + Polly z ubrankami, barbie luksusowy samolot + dwie lalki, littlest pet shop skuter z laleczką, littlest pet shop centrum ratunkowe, littlest pet shop pojazd, my little pony powóz z delfinem, smiki wózek głęboki różowy + bardzo dużo slodyczy czekoladowych i trochę zwykłych”

I tu Matka spadła pod stół z wrażenia. A kiedy zaparła się jedną ręką o podłogę i drugą o blat, to list do świętego Mikolaja smętnie sfrunął koło Matki  i jej oczom ukazał się – jakże pocieszający – dopisek:

„… P.S. DROGI MIKOŁAJU TE FSZYSTKIE RZECZY ZNAJDZIESZ W SKLEPIE!”

Suszenie w pędzie

Matka uważa, że pięć dni to długo. Baaardzo długo.
Strzeliła sobie swoją dietę pięciodniową, bo szafa pęka jej od ciuchów, których nie ma szans na siebie wcisnąć, a to już rozrzutność. Ba, co tam szafa. Ciuchy na niej pękają. Matka idąc na matury podniosła ręce do góry, żeby zawiązać szalik i usłyszała dziki trzask.
– Rany, rękawy mi się odpruły, jestem ugotowana!” – pomyślała i czym prędzej zdjęła żakiet.
Rękawy były, ale za to podszewka w swej nieludzkiej uprzejmości rozerwała się od góry do dołu, co Matka odczytała jako wymowny znak i popędziła do szkoły z postanowieniem niezdejmowania żakietu.
I Matka ostatnio wciąż w dzikim pędzie. Na stole stosy klasówek, w pracowni wyciągnięte dwa obrazy. Ocknęli się klienci, którzy wstrzymali na parę lat prace, bo podupadli finansowo, teraz nagle, a niespodziewanie się odbili i ma być wszystko na już, czyli koniec stycznia, połowę lutego. Biorąc pod uwagę fakt, że po drodze są święta i liczne przyjemności co chwila narzucane przez dyrektora (przecież Matka przy tych kilku marnych godzinach w szkole na bank się straszliwie niudzi, to niech porobi w domu co się da, dyrekcja jej to zapewni), to Matka raczej sobie strzeli w leb, niz przeże. Bo plany miała zupełnie inne i zawali jedną, ważną rzecz na innym froncie. Wychodzi na to, że ferie semestralne przyniosą ulgę, o ile Potwory się w tym czasie nie pozabijają. Starszy Potwór wybiera się co prawda na zimowisko, więc nie powinno być źle, tyle wystarczy do stęsknienia się za siostrą.
W tak zwanym międzyczasie Matka bawi się za to nowym nabytkiem, jakim jest suszarka do bielizny. Oznacza to, że w tempie ekspresowym rośnie Matce góra do prasowania, która chyba już (przez swą wielkość) przestała robić na Matce wrażenie. Zresztą i tak nie zmieściłoby się  wszystko do szafy. 
Nie, nie da rady nie prasować, chować na półki i robić to na bieżąco – nieuprasowane zajmuje więcej miejsca. 
Suszarkę przywiózł Pan serwisant, zainstalował i wytłumaczył wszystko, jak należy. Matka przez swą analogowość była bardzo wdzięczna, ale okazało się, że niewiele tam można zepsuć, najprędzej ubranie, jak sie włoży nieodpowiednie. Matka testuje więc sprzęt. Na pierwszy ogień poszla łatwizna – ręczniki. Matka nawaliła tego w pralkę, wyprała, ale jak wsadziła do suszarki, to zrobiło się jakoś tak ubogo i pusto. Doprała więc koleją pralkę i wreszcie suszarka wyglądała jak trzeba.
I błąd.Nie dosuszyła ręczników jak należy w środku, bo było ich za dużo. Kolejne 20 minut krótkiego programu i były suche, miękkie i pachnące. Matka przyzna z ręką na sercu, że ze sznurka takie nie wychodzą. I niech nikt jej nie wmawia, że takie suszone wiatrem są najfajniejsze, bo guzik prawda.
Problem? Jak z reklamy – ręczniki nie chcą wejść za nic na swoje miejsce w szafie! Wreszcie są puszyste i  żadne ubijanie butem nie pomaga – dwa zostały i czekają albo na adopcję, albo na nową półkę. Potwory zachwycone macały ręczniki i naduszały stos, a ten sprężynował jak na reklamie Coccolino sprzed lat!
Matka przyzna, że to już był gwóźdź do jej trumny. Nie dość, że kupa do prasowania rośnie, to jeszcze doszły dwa, zdradzieckie ręczniki, których prasować nie trzeba 🙂
No nic, w kolejce czeka tak zwane „zwykłe” pranie, zobaczymy jak to pójdzie następnym razem.
Tymczasem Matka oddala się do robienia obiadu i wymyśla sposób na zagospodarowanie dwóch, gotowanych piersi z kurczaka, których nie była w stanie wczoraj w siebie wcisnąć w ramach diety. Może terrina albo jakiś szybki pasztecik bez pieczenia?


Strona z suszarkami Bosch

Lubić samochód?

Matka bawi w Mikołajkach na maratonie bloggerów. Dwa dni w pełnym wypasie, piękny hotel, testowe jazdy różnymi modelami Renault. o szczegółach matka doniesie później, bo są dla niej lekko hmmm… bolesne. Tymczasem wpis samochodowy z blogu Maratonu, który Matka umieściła tam wczoraj.

Znajomy małolat, którego Mattka swojego czasu zabrała z przystanku, bo spóźniłby się do szkoły zadał jej pytanie, bo najwyraźniej w dowód wdzięczności zamierzał bawić ją lekką rozmową. Matka nie była specalnie zachwycona, bo w Trójkowe piątki rankiem Mann puszcza energetyczne kawałki, ale ściszyła radio i nastawiła uszu.
– A pani to LUBI jeździć samochodem?
Czy Matka lubi? Nie zastanawiała się nad tym tak, jak nie zastaniawia się nad lubieniem oddychania i chodzenia. Ba, ostatnim się raczej brzydzi, bo jeździ. Jeździ, bo za daleko, żeby chodzić.
– Nie możesz wyciągnąć roweru? – Słyszy zbawienne rady znajomych.
Nie, no jasne, że może! Jednego Potwora zarzuci na plecy, bo mniejszy, drugiego uwiąże na sznurku, wszak zdobywa medale w przełajach…
Matka wstaje w swojej pipidówie o szóstej dwadzieścia, żeby przejechać sześć kilometrów do szkoły. Dzięki nagłym, a niespodzianym dotacjom z unii nigdy nie wie, co ją rano spotka. Pipidówa vel Metropolia rozryta jest przez gigantyczne dżdżownice. Matka jeździ dwudziestoma ośmioma objazdami, klnie na trzydziestu pięciu światłach, rysuje felgi na krawężnikach podwórek, którymi objeżdża zakorkowane ulice i czyta w gazeciwe, że zaraz zamkną jej tak strategiczny przejazd, że nic, tylko wypadnie puszczać się drugim i ostatnim mostem. Zamiast sześciu kilometrów – dwadzieścia dwa…
Czy Matka lubi w takim razie samochód?
Matka przejeżdża poranne 10 kilometrów w godzinę do półtorej. Nie, nie mieszka w Warszawie. Mieszka w naprawdę podłym mieście. Kiedy policzy sobie, ze spędza w aucie ponad dwie godziny dziennie, to nie da rady – nie może go lubić.
Ona od samochodu wymaga:.
-Odpalania
– Grzejącej dmuchawy
– Klimy latem
– Wieeeelkiego bagażnika (nie ma takiego bagażnika, którego Matka nie zapakowałaby na wakacje po sufit. Ekonomicznie i ekologicznie!
– Dobrze wyprofilowanego siedzenia (i tego jej bardzo brakuje! Jeżdżenia z poduszką jest być może obciachem, ale Matka to chrzani!)
– Radia z Trójką
– Umiarkowanego depnięcia
– Dobrych hamulców
– Pięciorga drzwi. Bezwzględnie. Nie będą jej Potwory łaziły przez łeb.

Generalnie – drzwi, bagażnik, klima, radio.
Jak to u Matki Polki. Przywieź, zawieź, kup, właduj, wyładuj, skichaj się.
Lubić auto?
Auto ma być i już. Może być dodatkowo ładne i nowe.
Ale przy całej miłości do japończyków Matka raz by się złamała z marką. Teraz juz tego nie zrobi, bo nowy model w niczym nie przypomina starego.
Kiedyś, kiedyś Megane miało taką wystającą, pierońsko seksowną pupę.
Jak Jennifer Lopez.
Można było kochać, albo nienawidzieć. Matka kochała.
Poczeka na kolejny model używając każde inne auto bez lubienia.

Po dwudziestu ośmiu latach jeźdżenia samochód jest jak rodzina.
Szaleć za nim nie ma co, ale jak by go zabrakło, to jednak ból…

Prawie normalnie

Matka oddała dziś ostatnie z najostatniejszych kartkówek i pomyślała, że teraz powinny być w domu chwile normalności – film wieczorem, spokojna herbatka, sprawdzanie lekcji nieprzytomnemu Potworkowi i tak dalej.
– Dzwoni pani komórka! – uprzejmie doniosły dziś dzieci między jednym faraonem, a drugim.
– Wiem, ale nie odbiorę. – Kiwnęła głową Matka, której nawet ryczenie lwa nie zmusiłoby do zagrzebania w torbie podczas lekcji.
Ale środy kończą się Matce już o 9.40, więc telefon długo się nie naczekał.
– Dzwoniono do mnie z tego numeru! – Rzuciła Matka w słuchawkę.
– Tak. Stoję u pani pod domem i mam wielkie pudło z czymś dziwnym. – Odrzekł pan kurier i Matka natychmiast odrzuciła precz wszelkie marzenia o normalności. Przypomniało jej się.
Pognała do domu i odebrała od pana nowy piec gazowy. Tak zwany kocioł jednofunkcyjny.
– Musimy go otworzyć i sprawdzić. – Wbiła nożyczki w taśmę.
– A co to w ogóle jest? – Zainteresował się pan i Matka natychmiast sobie go przypomniała, bo przywoził jej kiedyś gwiazdkowy aparat fotograficzny. Opowoedział jej wtedy o wszystkich swoich zdjęciach z wakacji, co trwało znacznie dłużej niż by je pokazywał.
– Piec
– Aaaaaaaa… – westchnął pan. – To ja takiego nie mam.
Matka natychmiast odmówiła trzy zdrowaśki dziękczynne, sprawdziła, że piec dojechał bez szwanku  i podpisała panu papiery.
– Drogi był? – Pan nie dawał się łatwo zbyć.
– Nieeeeee, to polski jest. – Machnęła ręką Matka i pan zrezygnował z dalszych pytań.
No jasne, że polski. U Matki pali się w kominku i piec gazowy ma być wyłącznie awaryjnym dodatkiem.
– Pani to ma te rury! – narzekają zawsze gazownicy i inni zakładacze ogrzewania. – na cienkie pani przerobi! Miedziane!
Jaasne. Matka już w blokach startowych stoi! Wyda majątek, rozpruje całą chałupę, powymienia rury na cienkie, kupi nowe kaloryfery i kopnie w kalendarz. Rodzina będzie spłacać pół wieku instalację, która i tak rozpadnie się po dwudziestu latach. Zamortyzować – nigdy nie zamortyzuje.
– Ale ile tu wody jest! – Pukają panowie w rury słusznej grubości!
Panowie wiedzą tyle, co zjedzą.
– Ale jak dlugo trzyma się w tej ilości wody ciepło! – Odpala Matka i panowie zawijają się na pięcie. 
Niestety stary piec, nie uruchamiany od czterech lat stał się wielką, zieloną bombą. Nie ma co ryzykować. 
– Kupujemy nowy, jakby kominek nam strzelił. – Zarządził MiaUżon, który zgromadził już na zimę dwanaście metrów suchego grabu i dębiny, a Matka nabyła piec na Allegro. Niedrogi, porządny, jednofunkcyjny, bo w końcu mają osobny piecyk do wody i nijak nie da sie tego połączyć bez ostrych przeróbek.
– To teraz tylko zamontować ten piec i będzie koniec! – Ucieszył się MiaUżon, a Matka oczami wyobraźni zobaczyła panów, który obłapkują czarnymi paluchami cały jej świeżo wymalowany przedpokój. Obtłuką starym piecem futryny i generalnie zrobią sajgon. Ale nie ma wyjścia.
I jeszcze padnie na Matkę malowanie kotłowni, która farby nie widziała od czasów poprzednich właścicieli i stała się juz dawno składzikiem kartonów.
– A jaki będzie kolor? – zainteresowała się Maryśka.
– Nie wiem, zajrzę co zostało w puszkach po malowaniu pokojów – Odrzekła zgodnie z prawdą Matka i poczuła, że najwięcej to chyba zostało farby w odcieniu bladego banana, którym machnęła juz pralnię i wyszło przyzwoicie.
– I położysz nowe kafelki? – Zapytostwierdził Potworek.
Matka padła.
– Terakotę może też? – Zaproponowała.
– Że co? – Potworek takich rzeczy się jeszcze wyraźnie nie douczył. Od czego jest ta szkoła?
– Takie kafelki na podłodze. – Wyjaśniła Matka. Dziecko zadało bardzo logiczne pytanie. W końcu Matka niedawno położyła pseudocegiełki w pokoju wywaliwszy pół ściany. Zagispowała, pozaprawiała, zafugowała. Pomalowała resztę w ciapaje i przecierki. Listwy kupila i przylepiła z MiaUżonem, bo brakowało jej trzeciej i czwartej ręki. Od czego wszak są Matki Polki?
– Nie będę kłaść kafli, bo tam są. – Oświadczyła. Są. Takie mocno socjalistyczne, ale niestety są. Bo gdyby nie było…
Ale póki co przyjdą panowie i zrobią sajgon za słuszne pieniądze, ale piec będzie wreszcie ładny, mały i wiszący, z Termetu. Nie zielony, zardzewiały grzmot pod tytułem El-Ka.
To Matka idzie przezornie zrobić sobie kawę. W ciszy i spokoju. Póki czas.

Testerzy na start – pralka czeka

Matka podzieli się wiadomością, która być może zainteresuje panie domu, chcące wyrzucić swoją starą (albo nową) pralkę przez okno. Chodzi o testowanie pralki Bosch, która to pralka stanie się po miesiącu włąsnością testera. Miłe? Miłe. No więcej niż miłe.
Matka też się zgłosiła, ale takiego złośliwca raczej nie wybiorą – tym bardziej, że ma Boscha od półtora roku. Wspominała. Ma, ale okresowo narzeka, bo trzy programy do odplamiania to stanowczo za mało dla Potworów. Nie ma takiego Chajzera, który doprałby Potworne skarpetki albo tłustą plamę na bluzie Matki. Matka liczy na pralkę usuwającą jej niebieskie i zielone plamy od farb olejnych, ale to już chyba w innym świecie. Na razie polubiła wyżej wspomniane kolory i skupia sie na tych skarpetkach. I plamach po keczupie. I brzoskwiniach (wstrętne, zdradzieckie plamiszcza, które wyłążą dopiero PO pierwszym praniu!
Próbujcie. Szansa na megawypasioną pralkę jest, regulamin Matka przejrzała, nic tam nie ma o podpisywaniu cyrografu własną krwią 🙂
A niżej fragment maila i link do strony.

Firma Bosch szuka chętnych do testowania pralek – dostępnych jest 10 urządzeń! Wyłonione podczas konkursu osoby przez miesiąc będą testowały dobrane dla nich pralki oraz dzieliły się opiniami na ich temat. Po tym czasie urządzeni staną się ich własnością. Do konkursu może zgłosić się każdy – wystarczy wypełnić formularz zgłoszeniowy do 6 października br. Formularz i szczegółowy opis akcji są dostępne na stronie: www.testujpralkibosch.pl.

 

Komercha, Matka się zgadza – ale jaka fajna! Powodzenia w testowaniu!

Korzonki dotyku

Matka spiesząc się na ósmą rano do szkoły załatwiła się odmownie, czyli wysiadła z samochodu i zastygła z półnogą w powietrzu. Proszę tu Matce nie mówić, że nie ma półnogi, bo jest i brzmi bardziej dramatycznie!
– @^%$#^%$ – skomentowała i poczłapała na lekcje, bo nie było jeszcze źle. Trzy godziny później już tak nie uważała.
– A pani to co się stało? – odwrócił sie jakiś – uprzejmy zresztą – babiton na ulicy. – Pani sobie kupi maść pieprzowcową, pomaga!
Matka w istocie wyglądałą jak kupa nieszcześcia z przewagą kupy.
– Poproszę jakąś maść pieprzowcową – zapodała Matka w aptece, która byłą trzy metry dalej, a Matka szła do niej piętnaście minut z okładem.
– Eeeeeeeee! – Skrzywiła się pani technik farmacji. – To już lepiej plaster.
– Nie chcę plastra! – Matka nie da się wykiwać. – Chcę maść.
Pani technik dała Matce maść, Matka zapłaciła dwanaście złotych polskich – i jak się wkrótce okazało całe dwanaście za dużo.
– Mam dziś urodziny Martynki! – doniósł Potworek, a Matka padła trupem. Nieststy była druga. MiaUżon padł był dzień wcześniej. Charczał, rzęził i brał antybiotyk. No noc żywych trupów.
Co było robić? Matka doczołgałą się dwukrotnie do samochodu i odwiozła Potworka.
– Nie tak szybko! – ryknęła za Maryśką, która rączo pomknęła na imprezkę, a Matka niekoniecznie chciała dotrzeć tam z prezentem dwie godziny po zakończeniu.
-A co to? – usłyszała nagle głos swojego ortopedy.
– No właśnie mnie strzeliło w plecach! – Wyjaśniła i nawet nie musiała demonstrować, bo kolega ortopeda miał pogląd na sprawę idąc naprzeciw Matce.
– To może ja ci zapiszę zastrzyk? – zaproponował.
Matka kocha takie średniowieczne metody. Zastrzyk ciekawe w co?
– A pomoże? – zainteresowała się Matka.
– Nie! – odrzekł ortopeda z rozbrajającą szczerością.
– To ja sobie pocierpię. Biorę tabletki na O, co mi przepisałeś.
I okazało się, że te na O są dobre, bo szczególnie nie przeszkadzają korzonkom. No Matka tym razem miała albo nie po drodze na falę, albo nie miała szczególnego powodu, żeby chyżo brykać – dość, że cierpiała w zaciszu domowym, co z kaszlem MiaUżona stanowiło cudownie zgrany duet. Jeszcze ze dwa dni, a oboje by sie pozabijali.
Ponieważ życie kazało Matce zająć się rzeczami mocno stacjonarnymi, postanowiła sprawdzać klasówki i testować komputer. Ten dotykowy, co to do niego się przekonac nie może.
Jak ma móc, jeśli Potwory nie odstepują go na krok?
– No to powiedzcie mi co Wy w nim robicie? – zapytała chytrze Matka, bo musi przecież coś napisać. Jak działa i tak dalej.
– Noooo takie tam! – Odrzekł fachowo Potwór i tyle go Matka widziała.
Znaczy się Janeczka wisi na Naszej Klasie, dodaje zdjęcia, gada przed gadu-gadu, rżnie we wszelakie gry i przede wszystkim zakłóca Matce internet. bo okupuje sypialnię starych, w związku z czym siedzi na fali i Matka piętro niżej może sobie jeno coś popisać, albo porysować w Paint’cie.
– A piszesz coś? – zaryczała  Matka za cieniem Potwora.
– Piszę, ale na normalnej klawiaturze!
No Matka też pisze na normalnej, bo na wirtualnej szybko sie nie da. Dwa zdania tak, ale jak sie chce dużo i szybko, to bez szans. I jeszcze Matka nawet na tej „normalnej” co chwila nadusza nie ten klawisz i robi jakies odstępy, bo jak się okazuje klawiatura klawiaturze nierówna. Tu zwolennika laptopa trudno będzie przekonać do przesiadki, tym bardziej, ze laptopa bierze sie za frak i przenosi, a z tym TouchSmartem nie jest już tak hop-siup.
– A kamerkę używałaś? – próbowała sie dopytać Matka. Nie ma jak zwalić odpowiedzialność na dzieci.
Słysząc ciszę w odpowiedzi Matka ściągnęła Skype’a i uruchomiła kamerę. I tu ból. Matka dużą osobą jest, to bez dwóch zdań. Przetestowała kamerę i ujrzała czubek swojej grzywki. Postawiła komputer w pionie, choć lada chwila miał runąć – widać pół oka. Przyniosła dwie poduszki, siadła – całe oko. Wniosek – do bani. Jeśli nie da sie pochylić ekranu tak, jak w laptopie, to powinno sie móc lekko pochylić  kamerkę, która jest tu nieruchomym oczkiem i sluży do pokazywania widzom sufitu. No chyba, że lubi się rozmawiać zwisając nad ekranem, ale Matka tego nie cierpi, a jej korzonki to już na bank nie.
Doszła do wniosku, że zobaczy sobie w takim razie filmy, co czekają w kolejce od półtora roku. Ekran duży, będzie fajnie. Nie było. Leciało w wersji oryginalnej, a Matka nie zna rumuńskiego. Wsadziła w laptopa – są napisy. W TouchSmarta – nie ma. Psiakrew, takich rzeczy nie robi się analogowej Matce! Ściągnęła jeden program – nie ma napisów. Drugi – są. Tyle tylko, że trzeba sie naklikać, żeby w ogóle cokolwiek ruszyło. Matka jest komputerowym baranem, ale maszynka miała być rodzinna, a nie dla informatyka. Niech będzie. Poszło to rumuńskie. Nie, no fajnie się ogląda, ekran jest duży jak w telewizorze. Jesli chodzi o filmy czy przeglądanie zdjęć – to bajka.
Matka jeszcze tylko ściągnie coś do obróbki zdjęć i zobaczy jak się to poprawia rysikiem. Tym, co go ma od nawigacji samochodowej, bo HP nie dołączył. I doniesie co i jak, bo to akurat robi najczesciej, Nie, nie donosi, poprawia zdjęcia, usuwa kurz i inne paprochy.
A tymczasem oddali się, bo jutro dzień pracy, nie ma lekko. Ale już, już się zbiera do opisu wakacyjnych wojaży. Bo takie były, że trzeba wspominać, howgh!

Nieustraszeni pogromcy wampirów?

Matka została dzis sama na włościach, bo MiaUżon był uprzejmy oddalić się na wycieczkę do Lwowa. Na całe pięć dni. Matka zielenieje z zazdrości, ale ma widoki na to samo miasto w czerwcu, więc spokojnie sobie czeka.
– Pamiętaj, że Maryśka ma w środę fotografa w szkole! – Przypomniał wczoraj MiaUżon po powrocie z wywiadówki. Krzywdy nie miał, Matka dziś była w gimnazjum u Potwora. Nie, nie na jakiejś banalnje wywiadówce. Na zebraniu plenarnym! No kupa śmiechu. To tak jak Klinika Włosa zamiast zakładu fryzjerskiego.
–  Pamiętam – jęknęła Matka i poszła wybrać Potworkowi odpowiednią podkoszulkę. Jedyną bez skazy była niebieska z sześcioręczną babą, a w każdej łapie trupia czaszka. No poezja w spadku po Janeczce.
– Ty się w tej szkole rozbierasz z bluzy, czy nie? – Zapytała przezornie Matka, bo Potworek pół godziny szuka zwykle podkoszulki, wybiera najbardziej wypasioną, po czym chodzi w barchanowej bluzie i nawet rąbka tej podkoszulki w szkole nie wystawi.
– Nooooo… – Maryśka obróciła oczkami z niejakim wysiłkiem technicznym. Aaaa, starzejemy się! – Czasem zdejmuję, czasem nie!
No Matka rzecz jasna nie wiedziała, że tak jest!
– To zdejmij do tego zdjęcia, uczesz grzywkę i może rozpuść włosy. – Poradziła.
Potworek zniknął w czeluściach szkoły, a Matka pojechała załatwiać papiery na kolejny awans zawodowy, którego zapewne nie zakończy, bo poleci z jednej szkoły od września i nie będzie miała połówki etatu. Nawet pisać jej sie nie chce o tym na razie. Dość, że kompletnie zrerana wpadła po sześciu godzinach w urzędach do domu, przebrała się i pognała na wywiadówkę umieściwszy uprzednio Potwory na godzinkę u Babci.
– Zdjęcia były? – Zapytała tkwiąc w korku. Matki metropolia na skutek wykorzystywania funduszy unijnych, tudzież innych, zamieniła się rok temu w plac budowy i naprawy dróg, więc Matka drogę do szkoły pokonuje nie w piętnaście, ale w czterdzieści pięć minut. Jak dobrze idzie.
– Były! – Kiwnął głową Potworek.
– Do legitymacji zrobiłaś? – Matka musi nareszcie wyrobić Maryśce legitymację szkolną, w końcu druga klasa!
– Zrobiłam. I towarzyskie, i zbiorowe.
– Za żadne towarzyskie nie płacę! – Matka uprzedzała Potworka, że nic z tego. Zaraz Potwór ma też zdjęcia, a na podręczniki pękło ponad 1000zł.
– Wieeeeeeem… -Zahuczał Potworek posępnie i zaraz mu się przypomniało – A pani to się nie zgodziła na takie fajne zdjęcie zbiorowe!!!
Matce stanęły przed oczami wszelkie zdjęcia zbiorowe Janeczki. A to wielki motocykl i cała klasa na siedzeniu, a to jakas rakieta, czy inny diabeł. Nawet niezłe były.
– A jakie ono miało być? – Zainteresowała się.
– Wampiry!!! – Załkała Maryśka z żalem.
– Wam-pi-ry? – Skrzywiła się z obrzydzeniem Matka. _ No ja się wcale pani nie dziwię, że nie chciała wampirów!!!
– No tak! – Zamachał płetwami Potworek. – Ale teraz będą jacyś głupi raperzy!
– Oj, na pewno nie bedzie źle! – Pocieszyła Matka Maryśkę.
– Wcale nie! – Potworek nie ustępował. – Tylko do wampirów była okazja!!!
Matka okazję to miała właśnie teraz, całkiem niepowtarzalną –  skręcić w ulicę do Babci, z czego skorzystała.
– Jaka znowu okazja? – Burknęła, bo wylazł jej ktoś na zebrę w ostatniej chwili.
– Napisane było… – Chlipnął Potworek z rozpaczą  – … napisane było pod zdjęciem: „Na życzenie bezpłatnie dodajemy KŁY!

Sprytny dotyk

Matka zastanawia się jaka jest właściwie pora roku. Poranne zachowanie Potworów dobitnie świadczy o tym, że mamy najgłębszą z zim – smarkają nosami, bo w szkole jest zimno, jak w psiarni. Matka wie. Sama kłapała zębami na lekcjach, bo ubrała się jak głupia. Kto to widział iść do pracy w koszulce z długim rękawem? Polar, onucki i walonki w pierwszych dniach września to niezbędnik ucznia.

Bo lato było do bani. Mury niewygrzane, Matka niewygrzana, albo ziąb, albo jakiś piekielny upał przez parę dni. Tylko wakacje wyszły cudne. Takie, że Matka co wpada w dół, to sobie zaraz przypomina kolor tych wakacji.
A zanim był kolor, Matka siedziała w domu. Nie na żadnym rusztowaniu, tylko w chałupie, po prostu.
I wtedy w folderze „spam.” znalazła mail, który otworzyła tylko dlatego, że kojarzyła nazwę firmy. A w mailu miły człowiek zapytywał, czy Matka byłaby tak uprzejma i przetestowała jakiś komputer.
Matka może testować, jak najbardziej. Wolałaby co prawda zatankowane Ferrari (z naciskiem na zatankowane), ale ponieważ wrednej Matce rzadko się zdarza być uprzejmą postanowiła, że właśnie nadszedł ten dzień nieludzkiej jej dobroci.
Na tym jednak nie koniec. Młody człowiek, który okazał się w praniu ultrablondynem nierozjaśnianym (takie rzeczy zdarzają sie tylko facetom? I po co? Matka się pyta – PO CO?) posiadającym jednakowoż znaczne ilości używalnego rozumu, w drugim zdaniu zapytał czy Matka nie byłaby jeszcze bardziej uprzejma i nie wsadziła swojego kupra do pojazdu, który zataszczy ją na spotkanie. Pokażą komputer, wyjaśnią co i jak (to się Matce bardzo spodobało, bo została jej dwubitowość, która już po pierwszym zdaniu blondyna wyczerpala się na amen), nakarmią nawet, no i jest im przykro, ale nie zdażą odwieźć jej tego samego dnia, tylko położą spać i rano dadzą jeść.
Do Matki przemówiło najbardziej „dadzą jeść”, bo zawsze, ilekroć ktoś jej coś podstawia pod nos do jedzenia, Matka wpada w zachwyt, że nie musi myśleć co zrobić, co kupić, kiedy pojechać, kiedy ugotować, kiedy podać i ile pozmywać.
No dobra, bo Matka wyjdzie na wiekszego lenia, niż jest.
– Słuchaj, dadzą mi komputer do testowania, ale powinnam pojechać na spotkanie. – Zadzwoniła do MiaUżona do pracy.
– To jedź. – Burknął MiaUżon, który niechybnie zastanawial się czy rzepak wyschnie rolnikom, czy raczej zgnije.
– Ale na dwa dni. – Matka to jest mistrzynią nastroju, szkoda gadać.
–  ………Jedź, jedź, damy radę! – Rzepak na bank przestał być aż tak istotny, ale MiaUżon trzymał fason jak jasny gwint.
– Płacą mi za transport… – dodała mimochodem Matka.
– No bardzo dobrze. – Odetchnął MiaUżon.
– Samolotem… 
– ????????
– Do Londynu.
– !!!!!!!!!
– Jesteś tam?
– ……..
– Jesteś TAM?
– Hryyyyhyhryhy, jestem, oczywiście, że jestem. – MiaUżon zbierał się do kupy. No nie, MiaUżon może na Cypr, Matka do Koziej Wólki. – Jedź! Jedź i baw się dobrze.

Matka pojechała. Pofrunęła raczej. Do pięciogwiazdkowego hotelu stojącego przy Oxford street. Miała co prawda wrażenie, że jest w Arabii Saudyjskiej, bo 95% kobiet pokazywało w tym hotelu tylko oczy, ale co tam. Może był zjazd fanów czadorów. Za to w holu leżał betonowy facet na łokciu i to był czad techniki. No, może sztuki nowoczesnej raczej.
Tak, czy owak Matka się naoglądała, najadła i nasłuchała, a po powrocie dostała komputer, żeby Potwory mogły się nad nim pastwić. O, taki: http://h10010.www1.hp.com/wwpc/pl/pl/ho/WF10a/12454-12454-3352963-3352964-3352964-4079688.html

I siedzą teraz i udają, że korzystają z ekranu dotykowego, bo to najwazniejszy atut komputera. Można sobie na nim porysować paluchem, rysikiem i czym sie jeszcze chce. Rysują. Ale grać bez myszy nie chcą.
– Bo ja mam za duży palec! – Marudzi Potworek i ogląda znacząco kciuk ośmiolatki. Pozostałe również.
– Ale mamy sprawdzić czy się da, czy nie.
Potworek gra palcami na odczepne, ale jak tylko Matka zniknie z pola widzenia – znów klika.
Za to maluje rysikiem od nawigacji komputerowej. No mogliby rysik dołączać, skoro komputer jest dotykowy…
Matka po kilkudziesięciu próbach używania paluchów poddała sie z kretesem. Tak – jeśli komputer miałby stać na przyklad w kuchni i służyć do zabawy. Albo w salonie. Przeglądamy wiadomości w internecie, pokazujemy znajomym zdjęcia (o tak, tak – duży ekran nadaje się do tego znakomicie, wtedy palcem stukamy, powiekszamy i obracamy – wrażenie murowane), czytamy maile. Do pisania może nam służyć klawiatura wirtualna, ale zajmuje to znacznie więcej czasu, niż na tradycyjnej. Matka nie zdzierżyła, może to kwestia czasu i przyzwyczajenia.
Miejsce – cały komputer mieści sie w zasadzie w ekranie. Klawiaturę wsunąć można pod niego, znika wtedy na amen. Jednak do komfortowej pracy potrzebne jest odpowiednie nachylenie monitora i wtedy Matka ma zajętą 1/4 stołu. O zjedzeniu obiadu bez taszczenia komputera na podłogę nie ma mowy. Matce wydaje sie jednak, że ładne biureczko zalatwiłoby sprawę. Takie na komputer, filiżankę z kawą. No nie przysłali w komplecie!
Do tego analogowa Matka zmagać się musi z przeciwnościami Windowsa 7. Dla użytkownika XP to jednak spora zmiana, a jeśli dodać do tego ekran dotykowy, to wychodzi na to, że Matka możliwości tego komputera za szybko nie wykorzysta.
Co innego Potwory.
Pierniki jedne zapisują się w kolejkę. Okupują TouchSmarta. Grają we wszystko, co się da i przerabiają w Corelu Paint It swoje zdjęcia. Janeczka wpada w narcyzm na bank.  Matka znalazla na pulpicie kilkanaście przeróbek portretu, na którym nie tylko rozpoznała swoją sypialnię, ale także swój niebieski cień do powiek…
Pozostałą, czyli dominującą część zdjęcia zajmował jednak odstrojony Potwór. Na niebiesko, rzecz jasna.
Coś się Matce wydaje, że jej dziecko będzie dwustuprocentową kobietą…

 

Trampki blues i inne szkolne początki

Matka z Potworami rozpoczęli rok szkolny i natychmiast wszystko stało się prostsze. Nie, nie prostsze. Przyjemniejsze. Chwila na kawę bardziej cieszy teraz, niż w wakacje, stres końcowowakacyjny zniknął. Tak naprawdę to Matka dalej się leni i szuka tak zwanej „cudownie bezmyślnej” roboty w domu, ponieważ z racji żałosnej ilości godzin w szkole weekend ma wybitnie długi. Biega do szkoły od poniedziałku do środy, a za chwilę może to sie zmienić jeszcze na gorsze, gdyż nowa dyrekcja uważa, że zamiast specjalisty matki przedmiotu może uczyć ktoś po półrocznym kursie. W taki to sposób z przedmiotów szkolnych tworzy się michałki niezależnie od rangi szkoły, rodzice pomstują, że szkoda czasu, dzieci, że uczy się ich na „odwal się”, ale jak to ma wyglądać, kiedy promuje się nauczycieli bedących kombajnami od wszystkiego. Coś, co jest do wszystkiego jest do niczego.
Póki co Matce odebrano większość godzin i przekazano komuś innemu, kto jest aktualnie urlopowany – gdy tylko wróci, a nie znamy dnia, ani godziny, Matka zostanie na godzinach trzech.
– Od września raczej nie będzie dla pani miejsca w szkole – zapowiedziała nowa dyrekcja, a Matka poczuła, jak jej ręka wędruje do nocnika, bo godziny w drugiej szkole nie dadzą jej nic – nie bedzie miała połówki etatu. Szlag trafi jej rozpoczynany w tym roku staż na ostatni stopień zawodowego awansu. I nie znajdzie tych dodatkowych godzin nigdzie. Wszędzie pozajmowane miejsca przez podouczanych rusycystów, polonistów i tym podobnych. Wie, bo biegała.
Wystarczy.
Wiemy już, że życie stało się prostsze, ale to nie znaczy, że przyjemniejsze.
A Potwory?
Potwór starszy zaczął edukację gimnazjalną. Matka odczuła to wyraźnie, wydając już na wszelkie podręczniki 850zł, a nie wie jeszcze jakie książki do angielskiego są potrzebne (najdroższe) i nie ukazała się póki co II część podręczników Potworka.
– Czy tu w okładkach są zatopione platynowe nitki? – zapytała wczoraj panienkę w sklepie, oglądając podejrzliwie jakieś cienkie coś do niemieckiego, za które skasowano ją po zniżkach 46 zł.
– Niech pani nie narzeka. – Machnęła ręką panienka. – Angielski do liceum to stówka. Repetytorium do matury kolejna.
Matka natychmiast ucieszyła sie, że Potwór nie zdaje matury, choć z drugiej strony pomyślała, że chyba jej nie dożyje finansowo.
– I nie sądzisz chyba, że bedę chodzić do gim-na-zjum w tych samych trampkach, co do podstawówki.
W trampkach, które Matka nabyła na Allegro za jakieś kosmiczne walory? Czarno-amarantowych? Niezniszczonych, jak nóweczki???
– Tylko ją weź do sklepu, żeby za małe nie były! – ostrzegł MiaUżon i była to naturalnie ostatnia rzecz, jaką Matka zrobiłaby z Potworem.
– Phhhhh! – rzekłby Potwór na widok tych w panterkę.
– Takie same? – Na widok czarno-amarantowych, których by w ogóle w sklepie nie było.
– Wsiowe – Ujrzawszy te z cekinami. Nie, Matka przeprasza, zasłoniłaby te z cekinami swoim ciałem i sama pomyślałaby, że są wsiowe. Po urlopie dałaby sobie głowę ściąć, że nie tylko zasłoniłaby trampki, ale wręcz dwie półki butów plus wejście do magazynu.
– Krótkie! – Potwór z uporem maniaka nie chce półtrampek.
– Przecież mi do nieczego nie pasują!!! – Na widok błękitnych.
– Żal!!! – To o pasiastych.
Za każdym razem następowałoby wydymanie ust, a Potwór zdecydowanie ma czym to robić, wywracanie oczami z okazywaniem nerwu wzrokowego, przyspieszone wydmuchiwanie powietrza przez obie dziury w nosie, piruet i trzaskanie drzwiami. No prawie jak MiaUżon, z tym, ze on nabywanie butów zaczyna od trzaskania drzwiami, bo wychodzi ze sklepu wcześniej, niz wszedł.
– Znów trzeba mi kupić do pracy buty – Westchnął wczoraj, a Matka wiecej nic nie napisze, bo musiałaby siegnąć do przeszłości. Wystarczy, że ma przed soba perspektywę.
– O tym, żeby Janeczka z nami pojechała po trampki – zapomnij. – Zapowiedziała Matka i poszła w zaparte. Nawet gdy Potwór wybiera sobie sam buty to i tak w domu dochodzi natychmiast do wniosku, że źle zrobił i jest dramat w trzech aktach.
Matka z MiaUżonem wzięli więc do miasta tylko Potworka, który od progu domu zaczął rozpaczliwe grzechotanie oczami z nadzieją, że jednak go zapomną i zostawią, ale nie wiedział, że hałas niezwykle skutecznie temu zapobiega.
A potem odwiedzili wszystkie sklepy w metropolii, z naciskiem na ten badziewiasty na literkę „D” i okazało się, że buty są albo za male, albo za duże. Niezależnie od koloru. Bo Matka ma teraz tak dobrze, że mierzy buty dla Potwora i musi mieć lekko przyciasne, bo Janeczka pomalutku weszła w numerek 41.
– Nie pojadę do domu, póki nie znajdziemy rozmiaru. Do CCC! – Zarządziła Matka z nadzieją, ze w ostatniej desce ratunku coś będzie.
Było.
Jakieś mazajowatopasiaste, ceglastoróżowawe, czy coś.
Gdyby Potwór to zobaczył – ominąłby bez dwóch zdań szerokim łukiem.
– Oooooooo… – Skomentował w domu. – No nawet. – I zabrał pudełko do pokoju.
Matce kamień z serca spadł.
– A widzisz? – Wytrzeszczyła oczka do MiaUżona. – Udało się.
Zakupy szkolne okazały się bezbolesne, przynajmniej w sensie decyzyjnym. Cenowym wcale.
Matka zatarła rączki i osiadła na laurach dumna z siebie jak paw.

– Ja to mam jakąś kurtkę? – Rzucił wczoraj wieczorem Potwór od niechcenia.
Pytanie nie musiało być doprecyzowywane.
Potwór nie ma już ani kurtki jesiennej, ani tym bardziej, a może nawet zwłaszcza zimowej. Po prostu żadnej.
Matka dostała gęsiej skóry.
Jak włoży na siebie ( rozmiar 40) trzydziestkę ósemkę, to będzie jej lekko ciasno.
Czy  da radę wtrynić rozmiar 36 i kupić kurtkę Janeczce zaocznie?
Da radę. 
Jak się zacznie dusić, to będzie znaczyło, że 36 będzie okej.
Zawsze to lepsze, niż uduszenie niezadowolonego Potwora w sklepie…

Koniec lata

Matka zauważyła pająki. Mnóstwo pająków w winogronach.
Kurczę pieczone jesień idzie. Trzeba odzniknąć Matkę, bo przecież za pasem szkoła. Podręczniki kupione, konto w związku z tym puste, a tu jeszcze a to pseudoadidaski, a to zeszyt do nut. Poważna sprawa – Janeczka zaczyna przeciez gimnazjum! To prawie nie do wiary – Matka zaczęła pisać tego bloga, kiedy Potwór poszedł do pierwszej klasy. No to znów idzie.
A u Matki póki co tak sobie zawodowo. Bardzo tak sobie.
Ale miała wakacje życia.
I napisze co i jak wracając na bloga łono.

Dość lenistwa, howgh!