Potwór odseparował się od reszty rodziny kościelnie.
– Może pójdziemy też na dziewiątą? – pyta czasem Matka.
– Hyyyyyyyyy… – mruczy MiaUżon naciągając kołdrę na głowę i tyle Matka ma z tego gadania. Latem jeszcze się udaje. Perspektywa gorąca w kościele, a uciekającego słoneczka na tarasie skutecznie spruwa MiaUżona z wyra. Zimą można jednak o tym zapomnieć. Msza jest o jedenastej i koniec, kropka. Matka żałuje, bo dzień się skraca, rano przed wyjściem do kościoła i tak nic się konkretnego nie robi, jednym słowem fuj!
Tymczasem Potwora od jakiegoś czasu wydmuchuje na dziewiątą.
– Koleżanki – mawia Potwór.
– Kocha się w Piotrku – wzdycha Matka. Piotrek jest celem dla Janeczki póki co nieosiągalnym, co tu gadać, Matki uczeń. Sprawa beznadziejna – strasznie stary dla Janeczki, nawet się nie obejrzy za nią!
Za to Potworek nie zgłasza uwag do rannego wstawania – cóż tu zresztą zgłaszać, jak się śpi, aż gwiżdże?
– Znów jest Bartek! – szepcze co niedziela zadowolony Potworek Matce do ucha. Matka wyciera się potem pół mszy, ale co tam. Czy powinna wspomnieć, ze Bartek jest również Matki uczniem, klasa równoległa do Piotrka?
– No to mrugnij do niego – radzi Matka i wie, że ma sprawę z głowy. Maryśka nawet nie spojrzy w tamtą stronę. Zresztą Bartek swojego czasu mrugał do Potworka i mrugał, ale mu przeszło. Pewnie się jakaś narzeczona, psiakosteczka, napatoczyła. Innej drogi nie miała?
Ale Matka nie o tym miała pisać, tylko o rekolekcjach. Bo w Matki parafii zawsze jakoś są wyjatkowo wcześnie i najcześciej zapraszany jest jakies zakonnik, który mówi długo i na dwadzieścia tematów jednocześnie. Matka rozerwana między mruganiem Potworka i mruganiem Bartka trzyma się wątku jak tonący brzytwy i najczęściej przegrywa sromotnie.
Tym razem się jednak zaparła.
– Czas jest potrzebny, żeby miec czas – zaczął zakonnik, a Matka zaraz oczyma wyoraźni ujrzała stos klasówek, który oporządzała od tygodnia po cztery godziny dziennie i zamierzała tak robić kolejny tydzień.
– I czas jest w życiu bardzo ważny – ciągnął zakonnik. Matka pomyślała sobie, że wypisał jej się czerwony długopis i musi tak zakręcić Potwora, żeby czuł się zaszczycony pożyczając jej swój.
– I ten czas jest trzeba mieć, bo się nie będzie mieć czasu – zakonnik pomału zaczynał smęcić a Matka spojrzała błagalnie na Potworka. Ten siedział jak urzeczony i nie dostarczał żadnych przerywników .
– Fajnie mówi! – Maryśka napluła wreszcie Matce do ucha – Lubię, jak jest o czasie! A ILE tego czasu zostało do końca mszy?
Matka oklapła.
– Żeby mieć więcej czasu, w życiu potrzebne są pewne priorytety! – zagrzmiał znienacka zakonnik.
– Chyba rżnę dziś te klasówki w kąt – pomyślała sobie Matka. – Niedziela ważniejsza.
– Znów mi się podoba! – zachwycił się Potworek mocząc Matce ucho. – I wiem co to są priorytety!
Matka spuchła natychmiast z dumy i szybko spuściła trochę powietrza, żeby nie zdefasonować kurtki. Skąd, cholerka, Potworek zna takie słowa?
– Niemożliwe! – wyszeptała – Naprawdę wiesz co to są priorytety?
– No pewnie! – Ucieszył się Potworek. – Nie pamiętasz? Wysyłasz je zawsze na poczcie…
Linki spiłowane
Matka została dziś zaatakowana medialnie, więc pozwoli sobie tylko zalinkować parę spraw:
Artykuł na Gazecie.pl – raz. Promocja książki na Komu-Komu, trwająca tylko dobę – dwa. Wzmianka na Blox.pl – trzy. W wydawnictwie WAiP – cztery
I pięć – oczywiście spotkanie w Wilanowie, na które Matka serdecznie dalej zaprasza i o wsparcie prosi. O, jeszcze recenzja miła do poczytania.
Książka dostępna jest w licznych księgarniach internetowych (tu Google wyłapuje wszystkie po wpisaniu tytułu książki)i na Allegro. Niektórzy donosili, że także w „normalnych”, stacjonarnych księgarniach. Warto poszperać, różni się ceną i przede wszystkim kosztami wysyłki.
Matka tymczasem oddala się, żeby wskoczyć w liczne prace szkolne pospolicie zwane klasówkami podczas gdy MiaUżon dopilnowuje Potwory, żeby położyły się spać.
Maryśka, zwana okresowo Pazurkowcem Pospolitym została dziś pozbawiona głównego, naręcznego atrybutu Pazurkowca, po czym, spojrzawszy krytycznie na ręce i tęsknie na zbyt wysoko położone drzwiczki od łazienkowej szafki MiaUżona, rzekła uprzejmie do Janeczki:
– Czy byłabyś tak dobra i sięgnęła mi pilarkę?
Matki krew!!! Potworek od dziecka myśli o typowo damskich urządzeniach, które Matka uwielbia: palnik gazowy, miniszlifierka , no i proszę bardzo – pilarka…
Bezinteresowna nieuprzejmość a pisanie bloga
Matka doniesie szybciutko o kilku miłych sprawach, a potem sobie tradycyjnie spuści parę z gwizdka, bo jej się nazbierało parę przemyśleń.
Po pierwsze – serdecznie zaprasza wszystkich na spotkanie autorskie, które odbędzie się 3 grudnia, w czwartek, w pałacu w Wilanowie. Godzina 18.00.
Po drugie – artykuł o Matce ukazał się w dzienniku metro z 17 listopada na stronie ósmej. To co prawda przedruk z krakowskiej Wyborczej, ale zajrzeć zawsze można, czy do wersji papierowej, czy elektronicznej.
Po trzecie – zadzwoniła do Matki miła Pani z Gazety Wyborczej i będzie kolejny tekst. A jak już Matka odłożyła słuchawkę to przypomniało jej się kilka spraw i przemyśleń, w związku z pytaniem czemu Matka pisze. Pisze, choć niektórzy nazywają jej styl sztucznym i wymęczonym. Matka już się do tego odnosiła, ale powtórzy, że notke sporządza średnio dziesięć minut i spuszcza klapę od komputera. Zostają literówki, powtórzenia i gorsze rzeczy. To z tego niechybnego męczenia tekstu. Matka doda, że zawsze tak pisała i jak komuś to nie odpowiada, to powinien sięgnąć po „Potop” lub „Ludzi bezdomnych”, a nie buszować w blogach, bo rzadko kiedy znajdzie w nich prawdziwą literaturę. Matki pospieszne notki do miana literatury nie pretendują, byłaby to kpina z osób, które profesjonalnie zajmują się pisaniem.
Już, już, Matka wraca do tematu. Czemu więc pisze ten blog?
Po pierwsze – skończyłaby dawno gdyby nie to, że tyle osób ja czyta, a Matka nie lubi robić komuś przykrości.
Po drugie – choc czasu coraz mniej, a dzieci dostarczają więcej zgryzot niż radości, cały czas pisanie sprawia jej frajdę.
Po trzecie – dostawała i dostaje maile od osób, którym czytanie jej bloga sprawia radość. Są to zarówno młode matki sfrustrowane monotonią opieki nad dzieckiem, jak i osoby, które dzieci nie mają, ale lubią sobie zajrzeć i uśmiechnąć się od rana czy po ciężkim dniu.
Po czwarte – i może najważniejsze – Matka pisze na przekór wszechogarniającej bezinteresownej nieżyczliwości. Bo sama jest wybitnie złośliwa i należy raczej do osób średniolubianych. Takich, których się nie powiadamia o wieczornym wyjściu na piwo w Dniu Nauczyciela czy po zakończeniu roku szkolnego. Matka czesto zastanawia się czemu tak jest i dochodzi do wniosku, że sprawa prostą nie jest. Najwyraźniej ma inny pesel i zauważa coraz wyraźniejsze różnice między koleżankami lat dwadzieścia i parę, a sobą.
– Dzień dobry – powiedziała kiedyś Matka w progu pokoju nauczycielskiego wchodząc i usłyszała, że strasznie chrypi. – Ojej – Złapała się za szyję. – Coś chyba niedobrego mi się z gardłem dzieje.
Śliczna blondynka siedząca w pokoju na tak zwanym „okienku” odwróciła się w Matki stronę.
– Jak ty z sobą wytrzymujesz? – zapytała bardzo uprzejmie.
Matka zrobiła wielkie oczy, bo nie zamieniły ze sobą w życiu więcej niż kilka zdań.
– To znaczy?
– No jak możesz tak strasznie narzekać i z tym żyć? – dodała.
Matkę w tym momencie zatkało. Nie zdawała sobie sprawy, że może komuś takim banalnym stwierdzeniem zatruć poranek. Bo sama odwróciwszy się powiedziałaby coś w stylu:
– Uważaj, teraz dzieci bardzo chorują na anginy, żeby to nie było to!
Odpowiedź z gatunku „Słyszę cię i martwi mnie to, że możesz być chora”. I tu jest chyba pies pogrzebany! Bo teraz prawie nikt się nikim nie przejmuje. Dochodzi do tego, że ludzie na pytanie „co słychać?” odpowiadają „super” jak w Ameryce. Tymczasem teściowa umiera, dziecko ma kilka zagrożeń w szkole, a mąż dostał wypowiedzenie z pracy.
Polak narzeka. Być może kiedyś. Teraz boi się nawet powiedzieć komplement, jakby tracił przy tym rok życia!
– Jak ci ładnie w tym kolorze! – zachwyciła się kiedyś Matka na widok koleżanki.
– Co, okropnie wyglądam? – reakcja natychmiastowa.
– Ślicznie wyglądasz – Matka na widok promiennej współpracownicy po wakacjach.
– Przytyłam, widać, co? – koleżanka obciągnęła fałdki na koszulce.
– Ja nie widzę – Pokręciła głową Matka i nagle jej zaświtało – Czyżby szykował sie pierwszy potomek? – zaszeptała radośnie.
– Nie, nie, jeszcze nie – zaprzeczyła koleżanka i gdy Matka przyszła następnego dnia do pracy połowa osób z nią nie rozmawiała za to, że publicznie nazwała kogoś grubasem.
I teraz Matka swojego zdania nie wyraża, bo albo ona jest kompletnie nienormalna, albo świat się tak zmienił i stał się niezrozumiały dla Matki do-ku-men-tnie.
Nie mówimy komplementów, bo każdy zaraz podejrzewa, że mamy coś złego na myśli.
Nie dzielimy się swoimi radościami, bo połowa osób uda, że nie słyszy, a inni pomyślą „cholera, czemu to nie ja???”.
Prosze Matce wybaczyć, ale pozostanie w swoim świecie. Czasem ponarzeka, bo zaraz jej się robi lepiej na duszy. Nieodpornych prosi o niewchodzenie w kategorię „Jęki Matki Polki”. Uważa jednak, że dzielić się należy i radościami, i smutkami. Może ktoś to myli z bezinteresownym obrabianiem komuś tylnej części ciała, ale to już jego problem.
I bardzo się cieszy, że jej blog jest jej poletkiem i może na nim robić to, co chce. A przejawy nieuprzejmości postara się tępić dalej, o co bardziej kuriozalnych donosząc między wierszami.
Ot co.
Targi Książki w pigułce cz.II
I ostatnia. Matka jak nie napisze czegoś od razu, to to, co najcenniejsze natychmiast ucieka. Uch, zaraz najcenniejsze, ktoś powie. No niech będzie, takie mocniej uczuciowe. Matka rzadko kiedy przelewa na papier uczucia, bo stapa dośc mocno po gruncie, tak ma i tego nie zmieni.
Wracając do Targów, na które Matka odpicowała się w mundurek: zanim tam dotarła, zameldowała się w hotelu, maleńkim, przytulnym i nieźle połozonym. Do centrum dwa przystanki autobusem.
– Słyszysz to, co ja? – zapytała matsę, gdy targały torby na drugie piętro.
– Nic nie słyszę – wysapała matsa, ale posłusznie zamarła, bo Matka skutecznie blokowała wąskie schody strzygąc uchem.
– Słyszę śpiew operowy i to nie wygląda na radio – podrapała się w głowę Matka, ale tylko tak troszeczkę, żeby znów się nie czesać.
– O maaaatko… – do matsy dotarło.
Śpiewaczka zawzięcie ćwiczyła w obcym języku u mieszkała naprzeciwko.
– Ona na pewno pójdzie wieczorem na spektakl, a rano bedzie odsypiać! – Doszła do wniosku matsa i artystka już nie miała wyjścia. Zrobiła później dokładnie tak, jak jej wyprorokowano.
Matka tymczasem dojechała na Targi i podpisała książki dla różnych znajomych blogowych i tych całkiem obcych, których ku jej zdziwieniu było więcej. A jakby podliczyła naród według płci, to wychodziło na to, że mężczyźni czytają więcej. Albo raczej kupują dla swych żon, które w tym czasie robią dla nich obiad?
W sobotę tłum był już na targach nieprzytomny, znaleźć miejsce do parkowania – bezcenne. Matsa miała na szczęście możliwość wjazdu na teren Targów, ale Matka i tak grzała ze skrzyżowania na piechotę, bo gdzie by nie spojrzeć, to z okienek samochodów wyglądały uśmiechnięte i uprzejme twarze, które machając wściekle wycieraczkami zapraszały do pocałowania się tu i tam, bo my tu mamy pierwszeństwo, a wy stójcie.
Tak czy owak – impreza była niezwykle krzepiąca, jak to w tłumie ludzi, którzy przyszli na nią dlatego, że czytają i kupują książki.
A Matka z matsą, korzystając z rzadkiej okazji pobytu w dawnej stolicy postanowiły wieczorem zrobić turę po Starym Mieście.
-Pójdzie pani prosto, w lewo, w prawo i zobaczy pani Barbakan. Tylko jest jeden problem – pan z gazetowego kiosku, którego Matka spytała o drogę nachylił się i wystawił głowę przez okienko. – Czy pani w ogóle WIE co to jest Barbakan?
– Wiem!!! – Matka energicznie pokiwała głową ciesząc się niezmiernie, że pięć lat studiowania okazało się kolejny raz przydatne.
– Świetnie! – pan wyraźnie się uradował. Matka zaraz pomyślała, że najwyraźniej jest pierwszą, która udzieliła twierdzącej odpowiedzi na to pytanie. – A potem już Brama Floriańska i jest pani na rynku.
No i dobrze, że pan to dodał. Bo ciężko było poznać Sukiennice, całe w rusztowaniach.
– Coś tu jest nie tak! – zmarszczyła się Matka.
– Ale co? – rozejrzała się Matsa i zauważyła dziwny szperacz, który grzebał snopem światła w niebie.
– Ciemno, palą się tylko trzy latarnie przed Empikiem! – oburzyła się Matka – Każdy wygląda jak narkoman!
I zdegustowane podreptały szybkim krokiem pod Wawel mijając kościół świętego Andrzeja, wróciły i dały dyla do hotelu. Było nieprzyjemnie i ponuro.
A dwa dni później Matka wyczytała na portalu gazety.pl, że ciemności służyć miały wyeksponowaniu miotającego się snopu światła, którym ktoś grzebał z dachu Sukiennic w kosmosie. I że to była forma sztuki zwana instalacją.
No właśnie.
Matka zdaje się nie przepada za sztuką II połowy XX wieku.
Woli Barbakany i inne zabawne budynki.
I pozwoli sobie wrócić do Krakowa latem.
Targi Książki w pigułce cz.I
Matka częściowo doszła do siebie po wojażach. Częściowo, bo drugi dzień chodzi z zardzewiałym mieczem w skroni, o który co chwila albo ktoś niechcący zahacza, albo sama uderza nim o dach włażąc do samochodu. Kto miewa migreny ten wie. Nie jest najgorzej, ale dobrze wcale. Nieważne. Matki Matka zawsze jak robiła cos terminowego i obiecywała sobie odpocząć, to w wolny dzień budziła się z migreną – gigantem. Widac geny zaskrzeczały u Matki, ale póki co w lżejszym wydaniu. Grunt, że najwyraźniej wyjazd na Targi był bardziej stresujący niż się Matce wydawało.
Najpierw trzeba było wstać rano. Kto normalny nastawia sobie budzik na piątą??? Matsa, która wiozła Matce kuper musiała zwlec się jeszcze wcześniej, bo dojeżdżała z SąsiedniegoMniejszegoMiasta. Kolejna czynnością było zaprogramowanie jakże przyjaznego urzadzenia, jakim jest nawigacja GPS. Nie to, żeby trudno było dojechać do Krakowa, ale jest parę miejsc po drodze, których Matka nie znosi i przejeżdża je przy każdej pogodzie klnąc na czym świat stoi, zawracając i szukając skrótów.
– Tysiąc pięćset czterdzieści siedem kilometrów – Przeczytała Matka wbiwszy adres hotelu.
– Ile? – zapytała matsa i Matka da sobie głowę ściąć, że uprzejmie.
– Tysiąc pięćset czterdzieści siedem – powtórzyła i od razu przypomniało jej się, że poprzedniego dnia Hołowczyc zapodawał niecałe czterysta. Oj, szutnik!
– To dokąd my jedziemy? – zainteresowała się matsa mknąc żwawo w kierunku Gierkówki.
Matka zagmerała w nawigacji.
– Pokazuje, że do Paryża! Chyba nie zdążymy?
Hołowczyc poszedł w zaparte. Prowadził albo do Francji, albo z Francji na Targi. Odległość ta sama. Matka sposobem blondynki włączała go i wyłączała. Po stu kilometrach zrozumiał, dobra nasza.
– Próg zwalniający! – orzekł grobowo.
Matka z matsą jechały właśnie autostradą.
– Możliwe suszarki – dodał.
– Spadaj! – poradziła Matka z czułością.
– Próg zwalniający – Odwdzięczył się natychmiast – Możliwy fotoradar.
– Wyłączę mu wszystkie opcje – rzuciła się Matka i nadusiła co się dało – Gotowe!
– Próg zwalniający – Piernik nie do dobicia był. – Możliwy fotoradar przenośny!
Minęły dwieście osiemdziesiąt siedem progów zwalniających na drogach dwupasmowych i jakies dwa tysiące radarów osiemnastu typów, po czym dojechały do hotelu nie skręcając w doradzane przez Hołowczyca bramy cmentarne, barierki na poboczu i ściany domów.
Matka odpicowała się w mundurek typu pogrzeb-ślub-akademia ku czci i wyruszyła z matsą pędem na Targi Książki o czym c.d.n.
I do sklepu
I już Matce doniesiono, że jest miejsce, gdzie można kupić jej książkę. Są to strony wydawnictwa WAiP, o, dokładnie TU
I jeszcze promocja jest cenowa! O!
Godziny spotkań na krakowskich Targach Książki nie uległy zmianie:
piatek 6 listopada godz. 16.00
spbota 7 listopada godz. 12.00
A wczoraj MiaUżon dostał w prezencie egzemplarz ksiażki. Przejrzał, podczytał trochę i zapytał:
-I to wszystko SAMA wymyśliłaś?
Cóż, w 99% przypadków MiaUżona nie było wtedy w domu, ale Matka da sobie głowę uciąć, że mu o wszystkim opowiadała. Szczegółowo.
– Bo proszę państwa, mężczyźni są zupełnie inni od kobiet!” – orzekła kiedyś pani psycholog na zajęciach z kursu pedagogicznego – My baby wchodzimy do domu i opowiadamy o wszystkim, co się danego dnia wydarzyło. A ich to zwyczajnie NIE OB-CHO-DZI!
I Matka teraz żałuje, że nie napisała na samym początku:
WSZELKIE DIALOGI W TYM BLOGU PRZYTOCZONE SĄ CO DO SŁOWA.
Można mieć lekkie watpliwości co do posypywania przez Potworka swoich spojrzeń tłuczonym szkłem. Niech będzie.
Matka tu się bije w piersi. Przesadziła.
Bo czasem to mogły być jednak zardzewiałe opiłki żelaza…
Spotkania na Targach Książki w Krakowie
Matka pędem donosi gdzie będzie i kiedy:
Targi Książki w Krakowie, stoisko A21 czyli Wydawnictwa Akademickie i Profesjonalne.
Piątek 6 listopada 2009 – od godz. 16.00 do 17.00
Sobota 7 listopada 2009 – od godziny 12.00 do 13.00
I zaprasza!!!
Dano na zapowiedzi…
Matka podsyła link do strony WAiP, gdzie można już zobaczyć jej książkę w zapowiedziach.
A okładka, projetowana przez plastyka WAiP wyglądać będzie tak:

Pamięć absolutna
Poranki Matki i Potworów zaczynają wyglądać typowo dla zimy. Matka czeka na zmianę czasu, bo wie, że na jakieś dwa tygodnie problem zniknie, ale potem powróci znów. Na czym rzecz cała polega? Na tym, że Matka nie lubi wyskakiwać jak diabeł z pudełka, a robić to musi, bo inaczej Potwory w stanie usztywnienia przebywałyby do jakiejś wpół do dziesiątej, a tego żaden system szkolnictwa nie zniesie!
Matka zwleka się mianowicie o szóstej trzydzieści i wsadza łeb pod prysznic. Co drugi dzień, żeby nie było, że taka rozrzutna jest i co chwila się farbuje, bo zmywa kolor w miesiąc. Już sobie tak wylicza to wsadzanie, żeby nie wypadało w dzień, kiedy sama idzie do szkoły na ósmą. Potwory chwilę potem są budzone z paleniem światła włącznie, siadają na łóżkach jak scyzoryki, ale gdy Matka wyjrzy za moment z ręcznikiem na głowie – z pokojów dochodzi świst miarowego oddechu. Matka ryczy, Potwory siadają, albo cześciej starszy siada, a młodszy zaczyna piłować. Matki uszy rano są szczególnie wuczulone na pewne częstotliwości i Potworek siłą genów strzeliwuje się idealnie przekraczając matkowy próg bólu. Nieważne. Co tu Matka bedzie wypisywać, jak od lat wszystko wygląda tak samo, rano latają pióra i tak dalej. Nie o tym być miało.
Bo rano droga jest każda sekunda i jak się nie wyjedzie o 7.25, to stoi się potem w korkach na każdym kroku. A Potwory zapominają wziąć wodę, a to kanapki na stole zostają, tran grzechocze na talerzyku, Janeczka wraca na górę po jakiś gadżet, bez którego zejdzie śmiertelnie natychmiast, a zapominanie worków z kapciami to już norma. Nie tyle Potwora co Potworka. Ten zapomni kiedyś o własnej duszy!
– Gdzie masz kapcie? – spytała kiedyś Matka, kiedy Potwory wkrochmaliły się do samochodu po lekcjach.
– Nie mam pojęcia! – zafrasował się Potworek, który niewatpliwie stracił ów jaskraworóżowy przedmiot z oczu przed minutą i Matka stawia swoją głowę, że była to szatnia. Pusta szatnia, Potworek, tornister i worek.
– Gdzie masz bluzę i kurtkę??? – zaryczała Matka, gdy przy temperaturze +5 stopni w skali nieocenionego Celsjusza Maryśka wpadła do samochodu w podkoszulce. Ale z tornistrem i workiem z kapciami.
– Bluzę i kurtkę? – Potworek usiłował sobie przypomnieć czy w ogóle potrzebuje takich części garderoby. – Nie wiem gdzie są!
Matka mokrą szmatą się zabije. Potworek najwyraźniej okresowo zostawia też gdzieś swoje szare komórki.
– Ojoj, muszę wrócić do domu! – zameldowała Maryśka wczoraj, kiedy Matka odpaliła samochód, żeby przemieścić się w kierunku szkolnego przybytku na drugim końcu miasta.- Zapomniałam zegarka!
– A po co ci zegarek, jak dzwonią na przerwy? – fuknął Potwór, któremu Maryśka popołudniami gubi połowę zawartości pokoju.
– Bo ja dzieciom w klasie mówię, kiedy będzie dzwonek! – zajęczała Maryśka.
– Daj spokój, nigdzie nie wracamy, bo nie ma czasu, a przynajmniej tego zegarka nigdzie nie zostawisz – Matka zaprotestowała szczęśliwa, że Potworek ma jeden przedmiot mniej do gubienia.
– Tak, tak! – Janeczka wyjątkowo stworzyła piętastosekundowy Front Jedności z Matką. Matka natychmiast odnotowała to w Księdze Rzeczy Niemożliwych. – Ty o WSZYSTKIM zapominasz!
– Oj nie! – Zamachał łapkami Potworek z oburzeniem, a Matka zaraz podkręciła sobie ogrzewanie, bo strasznie nie lubi rano przeciagów w samochodzie.
– Oj, tak” – wypalił Potwór.
– A nie! – Zaperzył się Potworek. – Nie o wszystkim!!!
– O, tak? – Janeczka zmrużyła oczy. – A o czym NIE zapominasz?
– Nie zapominam, nie zapominam… – Zagrzebał rozpaczliwie w pamięci Potworek, a styki mu sie rozgrzały do czerwoności –…nie zapominam na przykład nigdy, że mam siostrę!
Iron mother
Matka korzystając z chwili przerwy pisze. Przerwa wynika z padu Matki na pysk, bowiem prace domowe z wykorzystaniem nóg w całkowitym wyproście po jakimś czasie kończą się ich wyciagnięciem do góry. Matka ma ten instrument wadliwy od urodzenia, stąd nie znosi długotrwałych podróży, zwłaszcza latem. Co Matka robi? No własnie. Zamiast blogować na Maratonie w stolicy miała tysiąc i jedną rzecz do nadgonienia – od zaległych sprawdzianów, do tej ostatniej czynności, którą właśnie przerwała.
Bo Matka dokonała zakupu. Zdradziła w ten sposób kocyk niemowlęcy zielony, w misie albo inne dziady, nie pamięta. Kocyk od lat 11, czyli od momentu, kiedy Janeczce wystawać zaczęły spod niego nogi nie miała racji bytu, więc zaczął słuzyć zgoła innej, przeklętej czynności.
Prasowaniu.
U Matki w domu nigdy nie było bowiem deski do prasowania, zawsze rzucało się koc na stół i hajda! Jak pojawiła się, żyjąca do dziś prasownica, lat mniej więcej trzydzieści, deska nie była tym bardziej potrzebna. Szybko okazało się jednak, że prasownica fajna jest, owszem, ale kiedy Matka Matki zaczęła z lubością przepuszczać przez nią ręczniki, które przypominały po tej czynności deskę, a następnie wszelkie towary deficytowe takie jak majtki (inaczej figi) – mała Matka miała miast gumki zwęglone chrupki, które drapały nogi do krwi. Skarpetki frotte wychodziły z prasownicy z dziurami wielkości pięści, więc Matka Matki chcąc nie chcąc musiałam im odpuścić, żeby ocalić populację. Skarpetkową.
Matka zgubiła się w dygresjach, ale zaraz wraca i zbiera się do kupy. Prasowanie. Aha. Nie było więc deski, tylko koc na stole i tak sie żyło. Do wczoraj. Bo co prawda Matka Matki przywiozła kiedyś z Petersburga deskę stawianą na stół, ale wkurzała wszystkich tak straszliwie swoim wędrowaniem po blacie, że stała się obciążnikiem szafy i w zasadzie od kilku lat czeka na manewr wyciepnięcia jej na śmietnik. Natomiast żelazko to sprawa osobna i Matka ma do tej pory kosmicznie wyglądające i będące ongiś mrocznym przedmiotem pożądania znajomych urządzenie „Sdiełano w SSSR” o wdzięczniej nazwie „Newskij”. Matka nie wie czy chodzi o Aleksandra Newskiego czy Newski Prospekt, ale zdaje się, że rodowód jest podobny. Żelazko zaś jest białe i Matka ma wrażenie, że osiąga na zakrętach temperaturę 500 stopni w skali Celsjusza – zażółca nawet len. Do tego pokrętło ma luzy i samoistnie się rozkręca, czego skutkiem sa liczne przypały, dziury w koszulkach i późniejsze szorowanie papierem ściernym aluminiowej stopy. Matka uznała, że ma już dosyć, więc przeczesała internet w poszukiwaniu tego jednego, jedynego i nie ukrywa, że miała niejaki kłopot.
Albo stopa lekko sunąca, ale zarysowywalna, albo ceramiczna, ukrywająca się najczęsciej pod chytrą niezwykle nazwą. Albo Braun, albo Philips, albo Tefal. Matka wyczytała, że jak żelazko to tylko Tefal i posłuchała głosu rozumu. Nabyła jakiś chyba niezły model i do tego deskę, która ma plastik odbijający parę wodną.
I prasuje. Prasuje te swoje piętnaście albo szesnaście pralek, które leżą kupą na fotelu i osiadają . Nie musi pryskać bielizny zalewając przy tym kuchnię i generalnie jest zachwycona gdybyby nie to, że cholera, samo sie pranie dalej prasowac nie chce.
Matka zaraz poszuka sobie na Allegro jakiegoś Manuela do prasowania. Przy okazji będzie miała szansę na tosta, albo i dwa.
Coś jej tylko mówi, że Manueli chwilowo nie produkują, ale może trafi się jaki z drugiej ręki?