Blog drukiem a klasa wyższa

Matka pojawia się na chwilę, wyskoczywszy znad stosu klasówek pewnego elitarnego liceum. Tonie w nich od półtora tygodnia i jeszcze chwilę to potrwa, ale słowo „elitarnego” użyła nieprzypadkowo. O tym za chwilę. W wolnych chwilach robiła korektę książki, bo można już puścić farbę, że sprawa przyspieszyła niczym express na prostej i Matka w drugim oknie ma otwarty tekst, który po raz drugi i ostatni poprawia. Jakieś tam pojedyncze litery przestawione przez chochlika drukarskiego, nic istotnego.

Wychodzi więc na to, że za małe kilka tygodni nieduża książeczka trafi do księgarni i Matka z jednej strony się cieszy, a z drugiej ma pietra. Jak tylko coś będzie wiedziała więcej – zaraz tu napisze. Wcześniej jednak musi wyprodukować wpis, który wcale nie będzie dowcipny, bo nie ma w nim Potworów. Matka mianowicie szukała dwa dni temu w sieci telefonu do Szpitala matki Polki. Dla znajomej. Traf chciał, że w takim wypadku wyskakuje nie tylko szpital, ale wszystko co bloga Matki dotyczy i na pierwszej stronie Matka dojrzała, że jest godpodynią domową. Szalenie, ale to szalenie ją to zainteresowało, bo nigdy nie sądziła, że kogos stać będzie na taki komplement. Matka z tej okazji zrobiła dziś na obiad knedle ze śliwkami, które wyły od kilku dni w piwnicy. Śliwki, nie knedle. Knedle matka zrobiła po raz pierwszy od jakichś piętnastu lat, ale co tam. Bycie gospodynią domową zobowiązuje!

Poza byciem gospodynią domową okazało się, że Matki blog skierowany jest do klasy średniej i  pisany stylem, który sili się na bycie potoczystym. Powinno się walić Matkę na odlew za określenie MiaUżon, ponieważ jedynym właściwym jest „mój mąż”. Potwory litościwie uniknęły komentarza.

Matce w zasadzie to dynda, ale przeprasza bardzo – wie kto ją czyta. Zastanawia się tylko, czy miarą bycia w klasie wyższej jest wiedza czy majątek. Tu jest spokojna o jedno i drugie. Może wykonywana praca? I tu jest spokojna. Ma dwa samochody bardzo dobrych marek, dom w dobrej dzielnicy, własną firmę, dodatkowo wolny, szalenie elitarny zawód poparty dyplomem magistra studiów dziennych pięcioletnich na świetnej uczelni, dwudziestoletnią praktykę w zawodzie i jeszcze zawód trzeci, moża rzec kaprys sprzed kliku lat – bycie nauczycielem w liceum. Uuuu, tu się chyba Matka stoczyła szerokim łukiem do klasy średniej, wszak w szkolnictwie spotkać możemy tylko niedorobioną hołotę, prawda? Banda nieudaczników życiowych uczy nasze dzieci, o losie ciężki niesłychanie!

Nie o to chodzi? Aaaaaaaa – o pisaninę o jakichś dzieciach. Cudzych. Znaczy się Matki własnych, ale dla kogoś cudzych. No kurka wodna Matka o nie swoich dzieciach pisać nie umie, bo najczęściej ich nie zna. Przeprasza jedynie, że używa określenia Potwór i Potworek wymiennie z Maryśką i Janeczką, nie, odwrotnie powinno być, ale Matka nie poprawi, bo pisze swoje teksty (cały czas okropnie siląc się na pisanie potoczyste) a vista, wysyła w eter i nie poprawia literówek. To po to, żeby się zbytnio nie powtarzać z tymi imionami. MiaUżon? ma byc mój mąż? No nie będzie, bo Matka o swoim mężu i do swojego męża mawia nazywając go po imieniu. I nie zamierza donosić światu jakie ono jest. A wyrażenie „mój mąż” przyprawia Matkę zawsze o dreszcz. Tak ma. I kiedy ktoś inny pisze „małż” czy coś w tym rodzaju, to Matka nie ocenia go po tym, ale po tekście. Jeśli w ogóle ocenia, bo nie ma tego w zwyczaju. A kiedy ocenia negatywnie, to nie donosi o tym całemu światu, bo poza przykrością żadnych efektów to nie przynosi. W tej kwestii Matka jest nieprzemakalnym, starym wróblem.

Nie lubi, kiedy ktoś pisze o swoim dziecku „tuptuś”, „dziumdziulek” i tak dalej,  donosi o kaszkach i zupkach, ale rozumie ten etap w życiu. I jak jej się nie podoba, to opuszcza taką stronę. Komputer ma taki fajny krzyżyk w prawym, górnym rogu. Bezcenny. także w przypadku tego bloga. Matka całkowicie rozumie niechęć do pisaniny o dzieciach większości singli, ludzi, którzy dzieci mieć nie mogą, bądź nie chcą, robią karierę kosztem rodziny – można by wymieniać długo. Matka uważa, że większość ludzi, których wstrząsa przypadkowe wejście na dziecięcą stronę ma problemy z tym tematem. Nie, no w życiu!!! Krzyczcie głośniej. Matka Was wcale nie rozumie! Nie czyta ze zrozumieniem. I wcale nie pamięta, jak w czasach przez Potworami przełączała natychmiast kanał w telewizorze, kiedy trafiła się reklama pieluch, kaszek i innych soczków. Robiła to z hukiem, złością i pretensją do wszystkich najwyższych instacji za to, że jej nie wychodzi. Nie będzie się tu wywnętrzać co i jak jej nie wychodziło, bo to ani miejsce, ani czas, ani chęć.

Po prostu zaczęła spisywać powiedzonka swoich dzieci, bo miała na to chwilę czasu, a sieć jest dla wszystkich. Ma do tego prawo, tak jak mają prawo inni wsadzać w net jeden przepis na babeczki za drugim. I Matka choć nie ma czasu ani w ząb, ani cienia chęci, żeby tam zaglądać, to jest pełna podziwu dla pasji. Innych blogów tematycznych też.

Klasa średnia czytelników. Matka jednak zna trochę tych osób i nie wie czy lekarzy, prawników, wykłądowców uniwersyteckich itp można nazwać klasą średnią? Bo dla Matki do klasy wyższej nie należy buc z forsą, furą i wykształceniem, który listonosza i hydraulika traktuje jak śmiecia. Należy zaś ten, kto ma rzadką umiejętność rozmowy z każdym na każdy temat.

Matka bedzie więc dalej pisała o tym, o czym chce, bo nie sądzi, żeby kogoś tutaj interesował problem użycia dwumetyloformamidu do usuwania przemalowań wykonanych z niewielkim dodatkiem kazeiny. Jakby Matka chciała sobie tak popisać, to by założyła blog dla konserwatorów. Może jednak wystarczy jej to, co robi, pisać o tym już nie musi. Swoją inną pasję pokazuje na innym blogu.

I nie będzie też robiła tego, co jest postrzegane jako sympatyczny przerywnik w blogach dla klasy wyższej. Nie zacznie więc akapitu od słów: „Janina ujebała sie dziś jak nieszczęście” ani też „Maria wypierdoliła się przed domem”. No Matka niniejszym przeprasza  klasę wyższą o ww. upodobaniach, która tu przez pomyłkę zajrzała.

Wydaje się Matce, że należy chyba do jakiejś innej klasy wyższej, ale nie zamierza więcej tego roztrząsać, bo tu jest blog o Potworach, wrednej gospodyni domowej Matce i MiaUżonie.

Tu Matka trzasnęła drewnianą łyżką w pióra husarii, które tymczasowo przyodziała, otrzepała kurz i wtryniła je na powrót do szafy. Przeprasza, ale wraca teraz do korekty i pojawi się niebawem z kolejnym, tym razem normalnym tekstem. Dla każdego chętnego do czytania.

Tak dla przypomnienia – krzyżyk w prawym, górnym rogu. Matka sama go bardzo często używa. Howgh.

Asfaltowa dżungla

Matka odwiozła rankiem Potwory do szkoły i zamieniła się w jedno, wielkie czekanie. Czekanie miało trwać od dziewiątej do mniej więcej wpół do dziesiątej, jednak szybciutko nadeszła niemal jedenasta i Matka jest już wyłącznie jednym, wielkim wkurzeniem. I nie zamierza nawet otwierać drzwi, bo idzie popracować!
Na kogo Matka czeka? Na PanaWładcęAsfaltu. Był wczoraj, wysłuchał dyrektyw MiaUżona i zapowiedział, że Matka ma dziś wjeżdżać i wyjeżdżać z podjazdu, żeby zademonstrować, gdzie auto zahacza katalizatorem, bo panowie nalali za dużo smoły. Czy tego czarnego, nieważne.
Matka ani przez moment nie zamierzała nigdzie wjeżdżać – odkąd wstawienie dawnego opelka kosztowało Matkę złotych polskich czterysta samochody wstawia MiaUżon. A jak MiaUżona nie ma to sąsiad. A jak sąsiad ma dyżur to samochód śpi pod lasem, a Matka w swoim łóżku. No bez prze-sa-dy!
— Jak dojadę to zadzwonię — rzucił MiaUżon i zniknął za zakrętem zostawiając Matkę z wodospadem.
A Matka bitą godzinę czekała na odpowiednie służby. Przybyły — samochód sztuk jeden, ludzie sztuk dwa. Dwie. Dwóch.
— U—Buuuuu! — Podrapał się w głowę młodszy pan.
— Nooooooo! — Podtrzymała rozmowę Matka.
— To z miejskiej się leje, bo za szybko — oświadczył starszy.
— Przecież wycieka mi spod mojego chodnika! — zdziwiła się Matka, której wersja z miejską rurą bardzo by odpowiadała. Niech prują ulicę, a nie jej ogródek, podjazd i chodniczek do drzwi.
— A to nic, znalazła sobie ujście, cholera! — Machnął ręką młodszy. — Zaraz zadzwonimy po drogowców, przyjedzie ciężki sprzęt i będą szukać!
Matka natychmiast doszła do wniosku, że turki przesadziła za blisko. A potem spojrzała z rozpaczą na choinkę i przypomniała sobie jak sąsiad rok wcześniej wyrywał sprzed koparki wielkie iglaki, żeby uratować cokolwiek, a jego, dużo mniejsza choinka bujała się niczym dawna wieża w Gąbinie podczas huraganu.
— A jakbyśmy wyjęli to nasze urządzenie? — zamyślił się starszy.
— No może? — Młodszy natychmiast też pogrążył się w rozmyślaniu.
— Jakie urządzenie? — Matka natychmiast dostrzegła światełko w tunelu. Ba, latarnię morską z syreną i drogowskazem.
— A wie pani, przeciek ono wykrywa — Starszy oparł się o płot. — Mamy na pace.
— Jeju! — wyrwało się Matce z głębin serca. — To dawajcie je tu szybko!
— No tak, ale jest duży problem. — Młodszy znów się podrapał. Wyłysieje cholera, a myśleć szybciej nie zacznie. — Bo kolega już zakręcił wodę i ono nic nie pokaże.
Matka padła.
— Panie, to odkręć pan ja jeszcze raz! Lało się od trzeciej w nocy, to poleje jeszcze chwilę!
Pan spojrzał na Matkę z prawdziwym uznaniem.
— Pani wie? To JEST pomysł!!! — i wysławszy Kazia do studzienki wyjął pudła z antenkami, podłączył i zaraz narysował na asfalcie dwie strzałki. —  Leci tu i tu. Dwie dziury. Niech tu kopią jak przyjadą!
Matka rozpłynęła się w zachwycie. Miała nawet po chwili sprawdzone, że na pewno nie leci między ulicą a jej licznikiem!
A potem przyjechał beczkowóz z wodą pitną (stoi do dziś, gdyby ktoś miał ochotę wpaść na szklaneczkę), ciężarówka na asfalt i gruz, koparka i bus z panami. Matka patrzyła zaś jak jeden pracuje a reszta krzyczy.
Sąsiedzi byli uszczęśliwieni tym, że nie mają gdzie i jak wjechać, bo sprzęt się rozgościł na cacy.
— Dziura jest tam, gdzie pokazaliśmy — oznajmił z radością starszy wodociągowiec stojąc w dole 5 x 1 x 2m, gdzie dwa oznacza głębokość. —  Leje się nawet po zakręceniu! — dodał i zataplał nogami, bo z leja robiło się oczko wodne.
A potem szybko naprawił jakże finezyjną blisko 15centymetrową rurę.
— Nie zasypiemy tego dzisiaj, bo uszkodziliśmy koparką rurę, w której idzie prąd! — dodał mimochodem i zniknął
A Matka już nie doda ile wykonała telefonów, żeby zlikwidować dziurę, kiedy już w końcu elektrycy po dwóch dniach podejść naprawili prąd dla całej ulicy. I że padało, więc po zasypaniu i tak trzeba było czekać na asfalt, bo wytwórnia nie pracuje.
— Pan wie, że ma być skos, bo inaczej nie zjedziemy do garażu?
— Pani! No przecież! — oburzył się PanWładcaAsfaltu — I po co pani te zdjęcia robiła? Ja wiem, że skos to skos!
I Matka ma skos. Nie w tym miejscu i nie pod tym kątem.
— Zahaczam jednym i drugim, nie da rady tak! — Najeżył się MiaUżon i Matka się nie dziwi. Też nie lubi pogiętych i zardzewiałych samochodów, nawet jak to jest pod spodem. Świadomość Matce przeszkadza.
I w tej chwili zamienia się w jedną wielką furię, więc oddali się szybciutko do pracy na strychu.
PanWładcaAsfaltu będzie miał większe szanse.
Na przeżycie.

Apocalyptic now

Matka pisała już tysiąc razy, że najbardziej lubi czwartki i piątki? Jasne, że pisała. To napisze jeszcze raz — czwartek i piątek to najwspanialsze dni na świecie — Matka może wtedy ubrać się w byle co i odwieźć Potwory do szkoły, zrobić spokojnie zakupy, wrócić i zająć się swoją robotą.
No, chyba, że coś wypadnie. Wypadnie, psiakrew!!!
Ale póki co Matka z MiaUżonem siedzieli w środowy wieczór  na dywanie w pokoju Maryśki i pakowali jej tornister do szkoły, co polegało na wrzuceniu jednej książki do środka. Piórnik już tam był.
— Bum! — zrobiło coś i zamilkło. Bum brzmiało jak zatrzaśnięcie się od przeciągu uchylonego lekko okna.
— Co to było? — zdziwił się MiaUżon, bo okno zdecydowanie się nie ruszyło.
— Eeeeeeeee… — machnęła ręką Matka, ale MiaUżon ruszył na poszukiwania.
— Oj, chodź tu prędko — zawołał z balkonu. Niedobrze!
Matka pogalopowała prędko i zobaczyła leżącego kosa. Czarne pióra, czarny dziób — żona kosa znaczy się.
— Zaraz zobaczę czy oddycha — padła na kolana, zajrzała ptakowi w półotwarte oko i dojrzała, że coś tam się rusza, ale czy na pewno to nie wiedziała.
— Zostawmy go, może się ocknie i odleci. — Matce żal było tak zwanej kosicy, która przylatywała z uporem godnym lepszej sprawy i wyżerała Matce winogrona oraz aronię, którą to ptaki zjadały na samym końcu, w ciężkie mrozy. Dodać należy, że kosica  natychmiast zawiadamiała Matkę, że jej przewód pokarmowy działa należycie pstrząc na fioletowo taras i na wszelki wypadek także samochód. To tak na wypadek, gdyby Matka zapomniała o tarasie.
— Idziemy spać, może jutro już jej nie będzie — zarządziła Matka i poszli. W końcu następnego dnia miał być jeden z najulubieńszych dni tygodnia, czyli czwartek i co prawda można się było ubrać w byle co, ale wstać należało i tak przed wpół do siódmej. Matka położyła się więc z niezbitym przekonaniem, że wyśpi się bezstresowo, a rano kosa nie będzie.
Bezstresowość skończyła się o trzeciej nad ranem. Matkę obudziło poczucie odpowiedzialności za Potworka, sprawdziła więc  która godzina i zrobiła wycieczkę do łazienki. Usłyszała cichy szum wody i pomyślała sobie, że co jak co, ale nie chciałaby być swoim sąsiadem, który często wyjeżdża ciężkim świtem reperować gdzieś w Polsce mieszalniki do farb. I padła do łóżka.
O piątej piętnaście znów ją coś obudziło. Z parteru dochodziło ciche pitolenie, w którym Matka ze zdumieniem rozpoznała swoją komórkę. Najwyraźniej nie dało się jej wkomponować w sen, bo irytowała Matkę coraz bardziej i zmusiła do zwleczenia z niejakim obrzydzeniem swoich zwłok z łóżka i poczłapania na dół. A potem komórka zrobiła numer klasyczny, czyli zamilkła w momencie brania jej do ręki. Matka obejrzała numer, który kompletnie nic jej nie mówił i doszła do wniosku, ze najwyraźniej jakiś kierowca TIR-a dzwonił do drugiego kierowcy TIR-a i nadusił nie te cyferki.
— E, to nie mama — mruknęła Matka w przestrzeń wróciwszy do pokoju, bo przecież MiaUżon leżał jak zgniła kłoda porośnięta hubą. Zatrzasnęła okno, bo ranek był wybitnie chłodny i padła dalej spać, bo przecież godzina snu to najpiękniejszy prezent od losu.
A po godzinie…
— Słuchaj, niedobrze jest…
I Matka siadła jak scyzoryk. Nie było %$#^%$#^ oraz ^$#$%%, tylko „niedobrze jest”?
— Hyyyyyy? — podtrzymała rozmowę.
— Pękła rura przed domem i leje nam się do piwnicy… — podrapał się w głowę MiaUżon. — Ta studzienka przed garażem sporo odbiera, ale i tak …
— O ranyyyyyy… — Dotarło do Matki. — To ja słyszałam nie sąsiada w nocy, tylko wodę, która się lała w naszym garażu!
— I to pewnie sąsiad rano dzwonił — przytaknął — ale wiesz, ja muszę jechać do Gorzowa, to ty dzwoń po wodociągi. — I zniknął na horyzoncie.
A Matka została z pęknięta rurą, wodospadem do garażu (Matka na wybitnie stromy podjazd, więc wszystko wyglądało szalenie ekspresyjnie) i koniecznością odwiezienia Potworów do szkoły. A potem dodatkowo z perspektywą koparki, która pruje Matki chodnik domowy, wyrywa choinkę o wysokości trzeciego piętra, jeździ po irgach i pelargoniach…
Matka obejrzawszy dobrze przepustowość studzienek doszła do wniosku, że jak się lało od trzeciej, to i poleje się do ósmej, wsadziła Potwory do samochodu i pojechała do szkoły.
A wróciwszy do domu wykonała telefon do odpowiednich służb, które po godzinie nadjechały o czym c.d.n.
Bo Matka oczyma wyobraźni widziała, jak wszystkie koparki w mieście zacierałyby z uciechy noże z widelcami, gdyby nie to, że posiadają tylko łyżki…

Drugi dzień Potwornej szkoły

Matka wróciła rano ze szkoły, gdzie zniknęły oba Potwory. Tak! Maryśka też! Z różowym, wielkim tornistrem na plecach, różowym workiem i innymi różowymi różnościami stanęła w dwuszeregu i raźnie odmaszerowała z szatni razem z panią wychowawczynią.
Matka ma teraz lekki problem, bo trzeba pod nią układać plan. Nie, no może przecenia swoje możliwości. W planie szkolnym uwzględnia się to, że Matka na ósmą rano się nie stawi, bo o tej porze kwitnie w szatni z Potworkiem. MiaUżon jak wiadomo do pracy jeździ przed siódmą, więc pożytek domowy z niego żaden. I trudno. Matka i tak jest szczęśliwa, że może jeździć już tylko w jedno miejsce.
— Janeczko, ja to mam do ciebie wielką prośbę — zaczęła Matka szalenie elegancko, bo zamierzała chytrze ubić z Potworem interes.
— Taaaaaak? — jęknął Potwór, który natychmiast szóstym, a Matka podejrzewa, że nawet i siódmym zmysłem przejrzał Matkę na wylot.
— Chodzi mi o to, żebyś zaopiekowała się Marysią w szkole. Wiesz, żeby tam się dobrze czuła, zwłaszcza w świetlicy, dopilnowała, żeby zjadła obiad…— Matka to już się nauczyła wypuszczać dym uszami jak Potworek. Niestety Potwór ma fabrycznie zamontowany czujnik dymu.
— Pani z nimi chodzi i pilnuje! — palnęła Janeczka i spłynęła gdzie pieprz rośnie.
Matka wyobraziła sobie natychmiast swoją artystyczna wyobraźnią, poparta tytułem magistra sztuki, że Potwór wykorzystuje ucho na tornistrze Potworka do jednego, jedynego celu. Łapie za nie, podnosi Maryśkę za frak i daje kopa tak porządnego, żeby Potworek z całym szpejem znalazł się jednym susem na pierwszym piętrze, omijając zgrabnie parter.
— To PA! — Matka hamując dziś przed szkołą usłyszała trzask zamykanych drzwi i zanim otworzyła paszczę Janeczka zniknęła w czeluściach szatni.
A potem pomaszerowały z Potworkiem i Matka szybko wróciła do domu, gdzie czekała na nią poranna apokalipsa, o której napisze zdecydowanie osobno, bo ani ta się jeszcze nie skończyła, Anie nie wiadomo jak i kiedy skończy. Takie miłe przebudzenie nad ranem.
Ale wczoraj  Matka podsłuchiwała jeszcze jak Potwór kontrolował zawartość maryśkowego tornistra.
— Kredki masz? Masz. Piórnik jest? Jest. Lekcje jakie?
— Z panią i angielski — zapiszczał Potworek czytając uważnie kartkę.
— Dzienniczek wypełniony? — Janeczka zdecydowanie wchodziła w kompetencje Matki.
— Mama mi wypisała wszystko! — oburzył się Potworek.
— Sprawdzimy! — zarządził Potwór, a Matka na górze się zatrzęsła ze złości. — Dane są… nazwiska  wychowawcy nie ma… a tu… no właśnie! Tu zostaw sobie dużo, dużo pustych kartek. Nic ci nie wolno tutaj pisać!
— A czemu? — zainteresował się Potworek.
—A czemu? — pomyślała Matka.
Potwór natychmiast dodał otuchy Maryśce i skwapliwie wyjaśnił:
— Bo tu musisz mieć dużo miejsca, żeby ci pani mogła wpisać uwagi za złe zachowanie!!!

Bilans zysków i strat

Matka robi pospieszny bilans wakacji. I nie ma humoru, bo miast się polepszyć finansowo po mianowaniu – pogorszyło się i to chyba znacznie. Trudno sie mówi, niż wkroczył chwilowo do liceów, godziny poleciały. Dopóki Matka nie zobaczy przelewu na koncie to i wiedzieć nie będzie, bo jutro podejrzewa raczej jeden ogólny kociokwik szkolny.
No właśnie – Matka nawet nie wspomniała, że się mianowała. Marudziła, marudziła, a potem hyc, zniknęła.

— To co, miałaś skopane wakacje? – pytali znajomi.

A wcale nie skopane, bo Matka zrobiła ile się dało pod koniec maja, potem w lipcu machnęła prezentację, pouczyła sie trochę prawa oświatowego i zdała egzamin podobno w wielkim stylu. Pryszcz. I jeszcze nakręciła biżutów jak nigdy, więc miało to przełożenie na konto.
— To ty awansowałaś teraz na dyrektora szkoły? — zapytał Potwór i oblizał się, jakby Matka od razu po mianowaniu stała się również kierownikiem szkolnej stołówki.
— Za nic !— wzdrygnęła się Matka na samą myśl. Ostatnia rzecz, którą robiłaby w życiu, bo zeszłaby z nerwów pierwszego dnia, albo zabitoby ją zardzewiałym toporkiem za upierdliwość pospolitą ogólną.
— Szkooooooda – jęknął Potwór i znów sie oblizał, bo poprzedniego dnia jadł kolejny tort posturodzinowy, więc na pociechę wspomniał sobie okruszki.

Matka chwilowo się oddaliła, żeby zamordować Potwory na górze, bo przecież minęło dziesięć minut wspólnego ich przebywania w dwóch całkowicie różnych pokojach, co oznaczać może wyłącznie jedno – Maryśka wyje, Janeczka pieje, pierwsza cała we łzach i smarkach, druga pyszczy, Matka wykorkuje kiedyś.

— Nie wiesz, o której jest rozpoczęcie roku? – zapytała dziś Matka koleżankę, której córa chodzi też do szóstej klasy.
— O 10.30 —odrzekła koleżanka załapawszy od razu o co chodzi.
— O matko, a nie o 9.00? — złapała się za głowę inna.
— Nie, no nasze o dziewiątej — uspokoiła ją zaraz Matka. — Potem mam o 10.15 w drugiej szkole, 10.30 u Janeczki i 11.30 u Maryśki. na jedno pójdzie MiaUżon, bo się nie wyrobię.
— To Marysia już idzie do pierwszej klasy??? — zdumiała się trzecia koleżanka.

No idzie. Matka sama w to nie wierzy!

— Mamo, kiedy będę mogła mieć kartę rowerową? — spytała ostatnio z tylnego siedzenia samochodu Maryśka.
— Jak skończysz dziesięć lat — odpowiedziała Matka i pomyślała sobie, że bardzo dobrze.
— A jeżeli mam teraz siedem, to trzeba dodać trzy, żeby było dziesięć? — zamyślił się Potworek. 
— No tak, zgadza się! — ucieszyła się Matka, jakie też ma mądre dziecko.
— O rety, ja umiem matematykę! — wpadł w dziki zachwyt Potworek.
— No rzeczywiście! – przytaknęła Matka.
— W takim razie nie muszę już iść do szkoły!!! – skwitowała Maryśka.

No i Matka zostanie z kompletem podręczników, na który wywaliła prawie 300zł?
Chyba jednak zmusi Potworka, żeby je wykorzystał. Tak całkiem, a całkiem wyjątkowo…

1000 npm

Matka całkiem i doimentnie ściągnęła do domu. Niekoniecznie wyjeżdżała rekreacyjnie, nawet powiedzieć musi, że zupełnie nie, ale zabrała resztę rodziny, która w czasie, kiedy Matka pracowała, obżerała się lodami i spacerowała po mieście. Nic Matka więcej nie napisze, bo praca okazała się bardziej stresującą, niż można się było spodziewać i niechybnie dostarczyła kolejnych siwych włosów, czego Matka chwilowo nie widzi dzięki osiągnięciom przemysłu farbiarsko-fryzjerskiego.  Kiedy więc nadarzyła się nieprawdopodobna okazja, żeby przelecieć się balonem – nie pytajcie czy ktokolwiek nie chciał. Potwory bez szemrania podniosły z wyra swoje upupienia o piątej rano i wystartowały z trawnika w centrum miasta wraz z Matką, MiaUżonem i mistrzem Polski z 2005 roku. 
„I bardzo phroszę mi nie rhobić żadnych zdjęć!” – zapowiedział Potworek, który nagle, a niespodziewanie przestał czuć powiew luksusu, kiedy Matka kierowała na niego obiektyw aparatu
No to Matka ma Potworka wyłącznie od tyłu, co nie jest takie złe, biorąc pod uwagę fakt, że sama ma zdjęcia wyłącznie nieostre, robione na swoje wyraźne życzenie, bo nikomu przecież nie przyjdzie to do glowy. faktem jest, że nieostre zdjęcia byłyby nawet dość łaskawymi, biorąc pod uwagę różne zmarszczki, ale jeśli Matki nie można na nich odróżnić od szachinszacha Iranu to niech to licho. Matka kasuje.
Potwory o dziwo nie chciały nikomu pluć na głowę i nie jęczały ani przez chwilę. Zgrabnie wylądowały potem w rumianku, po czym Matka z Janeczką wysiadły i goniły balon terenówką z bratem mistrza. MiaUżon z Potworkiem zyskali za to nowe towarzystwo.
I tak to Matka odreagowała pracę w ciągu dwóch godzin, a następnie sprawiła sobie wreszcie kilka dni prawdziwych wakacji w Szczawnicy, o czym c.d.

Czerwony fotelik

Maryśka siedzi i patrzy w czerwony fotelik. Dmuchany.
A jak wychodzi na dwór, to zaraz wraca i znów siada przed fotelikiem. Poważna sprawa.
Matka nie wie czy to dobrze, czy źle, bo generalnie jest dość przeciwna, ale znów dostała coś do testowania.
Tym razem na trzy miesiące specjalny telefon komórkowy dla dzieci 6-7letnich – nazywa się Fonek.
-„Czy przysłać pani różowy, czy błękitny?” – zapytał pan od Fonka
Matka wybrała błękitny, bo jakoś ma serdecznie dosyć koloru różowego – ciekawe czemu? Poczta przyniosła nieduże pudełko, w którym leżał sobie wygodnie maleńki telefonik ze smyczą. I oczywiście dmuchanym fotelikiem do spoczywania.
Najpierw sama próbowała go rozpracować, co nie było łatwe ze względu na Matki analogowość i niechęć do wszelakich instrukcji. Matka przyzna się, że jednak zajrzała do książeczki, bo było tam napisane dużo wiecej, niż by ponaduszała na aparacie.
Potworek co chwila nadciągał i psuł Matce szyki, bo telefon był na razie tajemnicą, tym łatwiejszą do ukrycia, że Janeczka wybyła dwa dni wcześniej nad morze na kolonie.
Matka dowiedziała się mianowicie, że z telefonu dziecko może zadzwonić tylko do czterech osób, których numery wbije jej rodzic za pomocą SMSa ze swojej komórki. Matka szybko ustaliła, że można zdefiniować tylko dwie osoby, którym da się mozliwość takiej ingerencji. I jeszcze szybciej, że jak wstuka sobie swoje hasło, to może robić znacznie wiecej – na przykład zadzwonić, gdzie dusza zapragnie i ustawić dziecku różne rzeczy w telefonie, których samo nie pozmienia.
A do tego dziecko jest namierzalne i telefon może dawać rodzicowi sam znac, że dotarło własnie do domu czy szkoły. I jeszcze, że można włączyć niezauważalny monitoring i posłuchać, co dziecię w tym momencie robi. Inwigilacja pełna, ale w przypadku takiego malucha bezpieczna.
A zadzwonić do dziecka mogą tez tylko osoby wczesniej zdefiniowane – kolejne bezpieczeństwo.
Matka doszła do wniosku, że choć dalej jest przeciwna komórce dla Maryśki, to telefon jest naprawdę w porządku. Kiedyś o takich czytała, ale w Polsce ich nie było. Teraz może sobie pooglądać produkt typowo polski (choć bracia Chińczycy zostawili na nim sporo swoich literek) i przyzna, że wyglada naprawdę dobrze.
A teraz Maryśka odwaliła konferencję z Babcią, która oddzwoniła pod nieznany jej numer.
-„Babcia, to ty już się rhozłącz! Rhozłącz się, bo ja nie wiem czy to ja płacę, czy ty!” – załatwiła teściową szybko jak wiatr. O, Matka to rozumie, Potworek zaczyna korzystac z życia, trzeba zwracać uwage na koszty.
-„Jak Babcia dzwoni, to gadaj ile chcesz!”- psyknęła Matka, która kupiła jakiś drogi starter i kombinuje jak z tego wyjść. No Matka abonamentowa jest, może nie wiedzieć!
-„Maryśka ma komórkę?! Ale czad!” – wpadła w zachwyt Janeczka, która  przysłała natychmiast SMSa Potworkowi – „Kim jesteś nieznany numerze?”
I jak jej Matka opowiadała co i jak, to Potwór się coraz bardziej rozpływał, więc Matka podziękowała, żeby Janeczka nie skończyła w Rewalu jako ta morska piana.
Oj, Matka nie wie co to dalej będzie, ale co ma przetestować, to przetestuje. Jeden ból – komórka nie ma futerału, a szkoda. Przy aktywności małych dzieci ma szansę wyglądać za chwilę jak nieszczeście, a wystaczyłoby dołączyć przejrzyste, plastikowe etui. Cos Matka czuje, że niedługo i coś takiego będzie.
A tymczasem się oddala do pracy, bo póki co ma tu jedną wielką budkę telefoniczną.
Aha – a telefon można sobie pooglądać tu: – Fonek

Szkło nie na szczęście

Matka cieszy się wakacjami, podobnie jak Potwory. Różnica?
Matka czyni to bardziej nerwowo. Budzi się o piątej i najpierw myśli, czy aby nie jest poniedziałek. O wpół do szóstej zastanawia się, czy może jednak nie jest wtorek, a o szóstej czy nie środa. Potem już nie musi się budzić, bo czwartki i piatki ma wolne, ale budzi się, bo wstaje wściekły MiaUżon. On  nie ma wakacji. Ma za to konkretne pieniądze.
Matka tym razem nie narzeka, nikt jej do szkoły iść nie kazał – wiedziała co robi! A, że ją to stresuje, to druga sprawa. Normalna jest.
Wracając do wakacji i porzucając inne, smetne dywagacje – w czasie wolnym należy zapomnieć o pracy. Matka tę prawdę odczuła boleśnie w dniu wczorajszym.
Wybierała się mianowicie do swojego ulubionego fryzjera, więc zapuściła żurawia w różne wody toaletowe. Nie to, żeby tam fryzjer, ale Matka lubi pewne zapachy i może mieć dziurę w spodniach na kolanie, ale z zapachem i już!
Na półeczce matkowej stoi więc słuszna bateria na różne wyjścia (tak, tak, Matka pamięta o fotografii łazienki, właśnie tez miałą ją robić) i są to w zasadzie jedyne rzeczy stojące w łazience na wierzchu. Matka nie lubi ani wystawek kosmetyków u nikogo oglądać, ani tym bardziej u siebie ścierać z nich kurzu. Poza tym uważa, że to, czy ktoś ma cerę tłustą czy naczynkową jest jego własnym problemem, nie gości, którzy korzystają z łazienki. I nawet chętnie schowałaby własną baterię wód, gdyby tylko miała jedna półkę więcej.
Już wraca do historii.
Matka do szkoły używa wody wybitnie codziennej i niezauważalnej – Green Tea Elizabeth Arden. Jak kończy jej się butelka, MiaUżon najczęściej znajduje okazję, żeby jej nabyć następną – czy w wersji normalnej, czy Tropical – jeden michał. I Matka własnie napoczęła świeżą, 100mililitrową butelkę.
I cholera, podkusiło ją, żeby sobie użyć szkolnej wody w wakacje!
A potem zobaczyła lot paraboliczny i im bardziej starała się ratować sytuację, tym bardziej nadawała butli zdradzieckiej szybkości, która zakończyła się ekspresyjnym wybuchem na posadzce łazienki. Na nic Matki wygibasy, wyrzuty rąk, podkłądanie ręcznika i własnych nóg!
Na podłodze po chwili, niczym porzucony zapalnik leżał atomizer, a butelka rozpirzona została niczym odłamkowy, z Matki ustopieniem włącznie, które doznało niewątpliwego zaszczytu najeżenia strzępami butelki.
Za to zapach….
Matka wystawiła łeb z łazienki i zastała Potwory śpiące snem sprawiedliwego. Godzina dziewiąta rano, nie, żeby tam jakiś świt. Ani bombardowanie, ani atak gazowy nie zrobiły na nich najmniejeszego wrażenia.
Matka wytaszczyła więc z piwnicy odkurzacz przemysłowy w celu zrobienia porządku i żeby było do pary, usłyszała za sobą głośny brzęk.
Sprawdziła, czy to aby nie pełny, litrowy Johnny Walker.
Nie, pusta butelka po piwie MiaUżona.
A nie trzeba było jej tam stawiać.
Zwrotną się zwraca, nie magazynuje.
Howgh.

Pad na pysk i reinkarnacja

Matka zaczęła wreszcie wakacje. Jeszcze co prawa codziennie ma jakieś atrakcje typu wyjazd do Urzędu Takiego a Takiego czy Urzędu Śmakiego, które to obfitują w mnóstwo wrażeń związanych z ogonem. Ogonem obowiązkowym jest oczywiście Potworek Maryśka, którego zostawienie w domu wraz z najukochańszą, starszą i niezwykle odpowiedzialną siostrą Janeczką równałoby się z tajfunem, eksplozją, pożarem i darciem piór na pół osiedla. A tak Matka trzyma Potworka za frak, a ten, na ile tylko macki mu pozwalają (czy to mozliwe, że dziecięce łapki wydłużają się w miarę potrzeby?) zbiera dla Matki wszelkie ulotki. Ta dzięki temu jest fantastycznie zorientowana w rodzajach tonerów do drukarek laserowych, kredytach trzydziestu ośmiu banków, ofercie Microsoftu, lodówkach i maści na hemoroidy. Potworek potrafi w cudowny wręcz sposób wejść w posiadanie wyżej wymienionych (i tysiąca innych) ulotek przechodząc w – wydawałoby się – bezpiecznej odległości od przybytków wszelakich. Na nic Matki utyskiwania, że kreda się źle pali (Potworek chłamu z makulatury nie weźmie!) i sezon kominkowy nareszcie minął. Maryśka podatna jest na reklamę i już.
Ciąganie  Potworka po mieście wiązało się jednak ostatnio z Matki dyskiem, który padł (nie mylić proszę z wypadnięciem, Matka póki co podleczyłą go sobie). Bardzo proszę NIE pytać, czy Matka archiwizuje dane. A kto to robi?
Jak Matka ma archiwizować 60 Mb zdjęć? Ciągle modyfikowanych i przemieszczanych jak orzechy wiewióry???
No mogłaby sobie zrzucać na płytę księgowość, klasówki, foliogramy i urzędowe pisma. Nie zrzuca.
Czy Matka nie wspominała już kiedyś, że jej najulubieńszą cechą jest lenistwo? MiaUżon tu klasnąłby w duże łapki radośnie i dodał niechybnie, że drugą z najulubieńszych jest zatruwanie mu życia. Matka pominie to eleganckim milczeniem.
Tak czy owak dysk padł, wysyłając Matce na dzień dobry parę komunikatów, które widziała pierwszy raz w życiu, ale starała się nawet wykonywać to, co jej proponowano. A to otwieranie w trybie awaryjnym, a to awaryjnym z wierszem poleceń, a to normalnie. za każdym razem obraźliwy ekran wracał i Matka była szczerze zbulwersowana faktem, że po dziesiątej próbie nie zaproponował jej kawy, a po piętnastej przejścia na „ty”.
Matka nie spała całą noc. Oczyma wyobraźni widziała powtarzanie 898 pozycji remanentu końcoworocznego i liczenie kulek. Puste albumy swoich dzieci. I egzamin na mianowanego, na którym nie pokaże co robiła całe cztery lata, bo jedynym miejscem, gdzie były wszelkie zdjęcia był jej komputer.
Przewracała się z boku na bok do rana, po czym wystartowałą z dusza na ramieniu do sklepu, w którym na zapleczu siedzą naprawiacze, zwani dalej magikami.
-„Najpierw było czarno z napisami, potem niebiesko a cały czas cos rytmicznie rzęziło w dysku. A ja muszę wszystko odzyskać!” – zajęczała Matka
-„Uuuuu-uuu”  – zareagował pan na wieści o rzężeniu i nakleił na laptopa karteczkę.
A następnego dnia dał znać, że wymienił dysk z 80 na 320Gb, do tego dwa razy szybszy.
-„A moje dane???” – przeraziła się Matka
-„A jak dane?” – zapytał pan w przestrzeń i Matka domyśliła się, że pyta o to jednego z magików. Zabrzmiało jak :”Kajzerki jeszcze są?”
Matka zamarła. W tle coś zabrzdąkało.
-„No są. Z dysku D”- pan powtórzył za magikiem.
Matka uradowała się i zaraz pomyślała o jedynym co miała ważnego na C, czyli o księgowości i remanencie
-„A C?” – zapytała drżącym głosem
-„A C?” – rzucił w przestrzeń magiczną pan. Zabrzmiało jak: ” Krzyżyki mają dobrze odbite?”. Kajzerki – znaczy się.
-„No C też jest” – odrzekł. Bo widział kiedyś ktoś kajzerki bez krzyżyków? – „Zrzucajcie też dane z C”
A kilka godzin Matka później Matka weszła na magiczne zaplecze i ujrzała swój komputer, na którego pulpicie było nie tylko Matki i MiaUżona Toledo na tle Tatr Słowackich o zachodzie słońca, ale też cały porządek kontrolowany, czyli ukochany burdel w postaci dwustu ikon z okładem.
-„Matko jedyna!!!” – złapała się za głowę a Potworek doszedł do wniosku, że to jedyny moment, kiedy bezkarnie może zanurkować w pudło z lizakami dla klientów, co zrobil natychmiast – „To nie będzie pustego komputera z zielonym ekranem, którego będę musiała oswajać trzy dni, wgrywać wszelkie programy i przypominać sobie wszelkie hasła?”
-„Nie-e” – odrzekł magik, ale Matka zauważyła, że jakoś dziwnie zwisał z krzesełeczka – „Ale niech mi pani powie: JAK można napakować tyle w komputer, że padnie? Ja to przegrywałam pół dnia!!!”
Matka jest pełna szacunku. ma nie tylko maile, adresy, ale nawet wszystkie swoje hasła. Tak, jakby komputer nie wychodził z domu! A jaki jest bzykający!!! 
-„To proste!” – machnęła ręką -„Statystyczna kobieta jadąc na wczasy potrafi zapakować każdy rodzaj samochodu po sam dach. Dla mnie nie ma znaczenia, czy to było kiedyś Polo, potem Primera kombi czy teraz Toledo. Zawsze mi brakuje miejsca!”
-„Oj, nie! Teraz ma pani 320 giga” – uradował się pan.
Pan nie zna kobiet.
Matka naprawdę potrafi.
I znów nie będzie chyba nic archiwizować. No przeprasza – na co tyle danych nagra?
Najwyżej pan jej to kiedyś poprzegrywa w dwa dni.
A ona póki co zajmie się wygranym konkursem na wydanie bloga drukiem.
Z podziękowaniem za miłe komentarze 🙂
Choć ciągle nie jest do końca pewna, czy powinna to zrobić…

Meszki urojone

Matka strząsnęła z siebie większość różnych spraw. Jeszcze klika lata wokół niej jak meszki, rozjuszone tegorocznymi udawanymi chyba ,opryskami z helikoptera. Stopnie wystawione, jeszcze jutro jakieś niedobitki przyjda pisać poprawy, Matka przeżyje. A za to pojutrze, za to pojutrze Matka wyjeżdża na cztery dni do Pragi! Potwory obiecały być grzecznymi dla Babci, w co Matka nie wierzy nawet przez chwilę, ale postara się o tym nie myśleć.
-„Spakujesz mnie?” – zagaił MiaUżon, który mimo lat czterdziestu trzech robic tego nie umie. On nawet próbuje, owszem, Matka nie powie. Podwójna robota. na trzy dni pakuje jedenaście podkoszulek, których nie nosi, bo grube, bo za mała dziura na głowę, bo kolor niepasujący do niczego.  Cztery pary długich spodni i dziewięć par gatek.
Matka przestała już dawno dyskutować i po kryjomu odsiewała rozsądną ilość, wkładając w to miejsce pluszaki, żeby MiaUżon nie zauważył, że torba sie ugina.
-„Ja to nie bardzo wiem, jaka tam bedzie pogoda!” – zasmęcił jeszcze koło komputera, co oznaczało, że Matka ma sprawdzić.
-„Słyszałam o huraganowym wietrze i gradobiciu!” – zasyczała Matka, która zamiast przepięknej Pragi wolałaby jednak wycieczkę MiaUżona. Ten leci  bowiem na Cypr w nagrodę za wyniki w pracy. A praca nie przewiduje zabierania rodzin nawet za pełną odpłatnością.
-„Przygotowałem dwie pary dżinsów i dwie bojówek. I trzeba mi kupić adidasy!”
-„Już w blokach startowych stoję!” – Matka naprawdę się wkurzyła -„Przecież tam jest w tej chwili 36 stopni!!!”
MiaUżon nawet jak uwierzył, to nie przyjął do wiadomości.
Czy faceci mają nieumiejętność dostosowania ubrania do pogody i typu wyjazdu wmontowaną fabrycznie?
Matka ma wrażenie, że tylko nieliczni wypuszczeni byli w jakiejś eksluzywnej wersji, co to nawet przewiduje ich  samodzielne zakupy ubraniowe.
Czyli Matka wie, co dzis robi. Pakuje.
MiaUżona i siebie.
I robi teściowej cztery zestawy obiadowe. 
Ale wyjeżdża wyjeżdża, wraca ciężką nocą i zaraz idzie do szkoły z radą pedagogiczną klasyfikacyjną włącznie.
I będzie pięknie. 
Bo zaraz wakacje.