Matka pojawia się na chwilę, wyskoczywszy znad stosu klasówek pewnego elitarnego liceum. Tonie w nich od półtora tygodnia i jeszcze chwilę to potrwa, ale słowo „elitarnego” użyła nieprzypadkowo. O tym za chwilę. W wolnych chwilach robiła korektę książki, bo można już puścić farbę, że sprawa przyspieszyła niczym express na prostej i Matka w drugim oknie ma otwarty tekst, który po raz drugi i ostatni poprawia. Jakieś tam pojedyncze litery przestawione przez chochlika drukarskiego, nic istotnego.
Wychodzi więc na to, że za małe kilka tygodni nieduża książeczka trafi do księgarni i Matka z jednej strony się cieszy, a z drugiej ma pietra. Jak tylko coś będzie wiedziała więcej – zaraz tu napisze. Wcześniej jednak musi wyprodukować wpis, który wcale nie będzie dowcipny, bo nie ma w nim Potworów. Matka mianowicie szukała dwa dni temu w sieci telefonu do Szpitala matki Polki. Dla znajomej. Traf chciał, że w takim wypadku wyskakuje nie tylko szpital, ale wszystko co bloga Matki dotyczy i na pierwszej stronie Matka dojrzała, że jest godpodynią domową. Szalenie, ale to szalenie ją to zainteresowało, bo nigdy nie sądziła, że kogos stać będzie na taki komplement. Matka z tej okazji zrobiła dziś na obiad knedle ze śliwkami, które wyły od kilku dni w piwnicy. Śliwki, nie knedle. Knedle matka zrobiła po raz pierwszy od jakichś piętnastu lat, ale co tam. Bycie gospodynią domową zobowiązuje!
Poza byciem gospodynią domową okazało się, że Matki blog skierowany jest do klasy średniej i pisany stylem, który sili się na bycie potoczystym. Powinno się walić Matkę na odlew za określenie MiaUżon, ponieważ jedynym właściwym jest „mój mąż”. Potwory litościwie uniknęły komentarza.
Matce w zasadzie to dynda, ale przeprasza bardzo – wie kto ją czyta. Zastanawia się tylko, czy miarą bycia w klasie wyższej jest wiedza czy majątek. Tu jest spokojna o jedno i drugie. Może wykonywana praca? I tu jest spokojna. Ma dwa samochody bardzo dobrych marek, dom w dobrej dzielnicy, własną firmę, dodatkowo wolny, szalenie elitarny zawód poparty dyplomem magistra studiów dziennych pięcioletnich na świetnej uczelni, dwudziestoletnią praktykę w zawodzie i jeszcze zawód trzeci, moża rzec kaprys sprzed kliku lat – bycie nauczycielem w liceum. Uuuu, tu się chyba Matka stoczyła szerokim łukiem do klasy średniej, wszak w szkolnictwie spotkać możemy tylko niedorobioną hołotę, prawda? Banda nieudaczników życiowych uczy nasze dzieci, o losie ciężki niesłychanie!
Nie o to chodzi? Aaaaaaaa – o pisaninę o jakichś dzieciach. Cudzych. Znaczy się Matki własnych, ale dla kogoś cudzych. No kurka wodna Matka o nie swoich dzieciach pisać nie umie, bo najczęściej ich nie zna. Przeprasza jedynie, że używa określenia Potwór i Potworek wymiennie z Maryśką i Janeczką, nie, odwrotnie powinno być, ale Matka nie poprawi, bo pisze swoje teksty (cały czas okropnie siląc się na pisanie potoczyste) a vista, wysyła w eter i nie poprawia literówek. To po to, żeby się zbytnio nie powtarzać z tymi imionami. MiaUżon? ma byc mój mąż? No nie będzie, bo Matka o swoim mężu i do swojego męża mawia nazywając go po imieniu. I nie zamierza donosić światu jakie ono jest. A wyrażenie „mój mąż” przyprawia Matkę zawsze o dreszcz. Tak ma. I kiedy ktoś inny pisze „małż” czy coś w tym rodzaju, to Matka nie ocenia go po tym, ale po tekście. Jeśli w ogóle ocenia, bo nie ma tego w zwyczaju. A kiedy ocenia negatywnie, to nie donosi o tym całemu światu, bo poza przykrością żadnych efektów to nie przynosi. W tej kwestii Matka jest nieprzemakalnym, starym wróblem.
Nie lubi, kiedy ktoś pisze o swoim dziecku „tuptuś”, „dziumdziulek” i tak dalej, donosi o kaszkach i zupkach, ale rozumie ten etap w życiu. I jak jej się nie podoba, to opuszcza taką stronę. Komputer ma taki fajny krzyżyk w prawym, górnym rogu. Bezcenny. także w przypadku tego bloga. Matka całkowicie rozumie niechęć do pisaniny o dzieciach większości singli, ludzi, którzy dzieci mieć nie mogą, bądź nie chcą, robią karierę kosztem rodziny – można by wymieniać długo. Matka uważa, że większość ludzi, których wstrząsa przypadkowe wejście na dziecięcą stronę ma problemy z tym tematem. Nie, no w życiu!!! Krzyczcie głośniej. Matka Was wcale nie rozumie! Nie czyta ze zrozumieniem. I wcale nie pamięta, jak w czasach przez Potworami przełączała natychmiast kanał w telewizorze, kiedy trafiła się reklama pieluch, kaszek i innych soczków. Robiła to z hukiem, złością i pretensją do wszystkich najwyższych instacji za to, że jej nie wychodzi. Nie będzie się tu wywnętrzać co i jak jej nie wychodziło, bo to ani miejsce, ani czas, ani chęć.
Po prostu zaczęła spisywać powiedzonka swoich dzieci, bo miała na to chwilę czasu, a sieć jest dla wszystkich. Ma do tego prawo, tak jak mają prawo inni wsadzać w net jeden przepis na babeczki za drugim. I Matka choć nie ma czasu ani w ząb, ani cienia chęci, żeby tam zaglądać, to jest pełna podziwu dla pasji. Innych blogów tematycznych też.
Klasa średnia czytelników. Matka jednak zna trochę tych osób i nie wie czy lekarzy, prawników, wykłądowców uniwersyteckich itp można nazwać klasą średnią? Bo dla Matki do klasy wyższej nie należy buc z forsą, furą i wykształceniem, który listonosza i hydraulika traktuje jak śmiecia. Należy zaś ten, kto ma rzadką umiejętność rozmowy z każdym na każdy temat.
Matka bedzie więc dalej pisała o tym, o czym chce, bo nie sądzi, żeby kogoś tutaj interesował problem użycia dwumetyloformamidu do usuwania przemalowań wykonanych z niewielkim dodatkiem kazeiny. Jakby Matka chciała sobie tak popisać, to by założyła blog dla konserwatorów. Może jednak wystarczy jej to, co robi, pisać o tym już nie musi. Swoją inną pasję pokazuje na innym blogu.
I nie będzie też robiła tego, co jest postrzegane jako sympatyczny przerywnik w blogach dla klasy wyższej. Nie zacznie więc akapitu od słów: „Janina ujebała sie dziś jak nieszczęście” ani też „Maria wypierdoliła się przed domem”. No Matka niniejszym przeprasza klasę wyższą o ww. upodobaniach, która tu przez pomyłkę zajrzała.
Wydaje się Matce, że należy chyba do jakiejś innej klasy wyższej, ale nie zamierza więcej tego roztrząsać, bo tu jest blog o Potworach, wrednej gospodyni domowej Matce i MiaUżonie.
Tu Matka trzasnęła drewnianą łyżką w pióra husarii, które tymczasowo przyodziała, otrzepała kurz i wtryniła je na powrót do szafy. Przeprasza, ale wraca teraz do korekty i pojawi się niebawem z kolejnym, tym razem normalnym tekstem. Dla każdego chętnego do czytania.
Tak dla przypomnienia – krzyżyk w prawym, górnym rogu. Matka sama go bardzo często używa. Howgh.
