Matka wyjęłą białą chusteczkę i pomachała nią na pożegnanie panom fachowcom. Dzisiaj. Nie, nie półtora tygodnia temu.
Wcześniej jednak przestała sypiać, trawić i tak dalej. Okazuje się, że zniosła remont znacznie gorzej od Potworów. Te – zadowolone- większość czasu spędzały u babci, która wreszcie, niemal wykorkowawszy, odesłała je w tak zwaną popularnie jasną cholerę, czyli do domu. Matce udało się mimo wszystko sprytnie Potworka zapakować do teściowej z powrotem, ale nie na długo. Janeczka została i wietrzyła ciuchy na dworze, tudzież roznosiła kurz w każdym kolorze gdzie się dało.
Matka zaś zaklejała i odklejała sypialnię, przenosiła się z MiaUżonem to na strych, to na parter – no można by powiedzieć, że wybór jak jasny gwint! Tylko co z tego, jak Matka się już zaprogramowała na jeden pokój, na skręt do łazienki lewostronny, zapalanie światła po niewłąściwej stronie i tak dalej. I kiedy przyszło jej schodzić do toalety w piwnicy, kąpać się w pralni, gdzie termometr pokazywał 12 stopni – wysiadła. Budziła się o trzeciej nad ranem i do rana sprawdzała trzydzieści osiem razy godzinę, żeby nie zaspać, kiedy o 7.15 wkraczali fachowcy.
Czy skończyli, że Matka im pomachała chusteczką? Nie, nie skończyli, ale Matka widzieć ich więcej nie chce. Sama sobie doklei brakujący kawałeczek kafelka i zafuguje kilka centymetrów. I do-syć!!!
Bo Matka przeciez ostatnia cholera jest. Co zostawiała panów, którzy wiedzieli co mają robić, to miast kata prostego wychodził rozwarty. Ściany nie trzymałay ani pionów (baaardzo trudne pojęcie), ani poziomów (jeszcze większa atrakcja). Sprawa rypnęła się, kiedy brodzik nie pasował do swojego miejsca. Narożnik tak, ale brzego odstawały od ściany półtora centymetra.
Matka kiedy to ujrzała, myślała, że zejdzie natychmiast. Szczęście panów, że byli wtedy w domu. Matka wzięła do ręki poziomicę, na której zwyczajowo wisiała szmata, przyłożyła ja do ściany i ujrzała łuk. Nic do niczego nie pasowało, a łazienka miała być za dwa dni skończona.
Po pierwsze – Matka wyjęła z lodówki Porterka.
Po drugie – nafukała na MiaUżona za całokształt całokształtów.
Po trzecie – MiaUżon sie wkurzył, że remont go wykańcza.
Po czwarte – Matkę trafił jasny szlag, bo w końcu to Matka siedziała z panami, a MiaUżon wybywał raniutko, zanim ci przyjechali i wracał, kiedy Matka trzeci raz ćwiczyła curling z mopem od strychu do piwnic, łażąc po usyfionej, czarnej folii. Nie, nie brudnej. U-SY-FIO-NEJ!!!
Po szóste – Matka rankiem spotkała panów i uzyła słów zaczynających się na wszelkie litery, że tylko wymieni K, CH, Z i P. Panowie zrozumieli, że Matka nie żartuje.
-„Eeeee….” – podrapali się w głowę -„To może my tu puścimy brodzik na wierzchu, a tam podkujemy pod płytki? I bedzie pasował?”
Matka pomyślała sobie, że zamiast puścić brodzik, to ona zaraz puści pawia, ale darowała sobie te przemyślenia , żeby zachować resztki zdrowego rozumu.
-„Nie, panowie. Od tej płytki…” – tu Matka pokazała czwarty rząd od dołu- „… kujecie wszystko, coście zrobili. I kładziecie jeszcze raz. A jak będzie mało, to skujecie dalej.”
I panowie raz, dwa zrobili to, co Matka zarządziła. I brodzik pasuje.
Nie pasuje za to lustro, bo panowie zgodnie z zasadą olewania poziomów przygotowali pod prostokąt kształt rombu. I dlatego Matka ich ogląda znów, choć wolałaby wziąć młotek i to – przyklejone oczywiście- lustro, stłuc. A tak będzie musiała mieć srebrne rameczki, które zakryją krzywizny. Psiakrew.
I nic to. Naprawdę niczym są rameczki wobec jazdy, jaka odbyła się po niezczęsnym kącie rozwartym pod brodzik.
Bo kiedy Matka struta zeszła poinformować MiaUżona o nieszczęsnej geometrii, ten własnie przywiózł stęsknionego Potworka.
-„Wyjdę na chwilę na dwóhr, wyjdę!!!” – Maryśka stanęła w pirueciku, bo zobaczyła koleżankę.
-„No dobra, na chwilę, to ja zmyję podłogę” – zgodził się MiaUżon – „Tylko masz być stale na widoku!!!”
Potworka zdmuchnęło. Wiedział, że ma człapać wyłącznie po ulicy.
-„Chodź zobaczyć ten brodzik, te ściany i ten sufit, co go nie ma, bo mnie krew zaleje!” – poprosiła Matka, a potem szlag trafił ich jeszcze raz i jeszcze, i jeszcze, i wydawało się, że już nic gorszego stać się nie może.
Aż usłyszeli dziwny odgłos w drzwiach. Piszczenie, czy coś.
Ujrzeli Potworka, który miał minę dziwną.
I wyglądał jakoś inaczej.
Bo z kozaków, kurtki i spodni lała mu się woda.
Matka umarła na miejscu. Wiedziała.
-„Buuuuuuuuuuu!!!” – ryknął Potworek i zalał się łzami -„Buuuuuuuu! Ja weszłam na lód i wpadłam do pasa do rzeczki!!!”
Co tam brodzik, co tam ściany.
Nie przewidzisz człowieku, co dziecko wymyśli.
Matka do dziś się trzęsie…