Końcówki pedagogiczne i jamnik w zbożu

No i Matka znów przypomina jamnika w zbożu. Pisała już kiedyś. Znajomy jamnik szalał w zbożu i traciwszy orientację wyskakiwał z uszami w poziomie, rozglądał się szybko, opadał i biegł dalej, do kolejnego wyskoku. Matka tak będzie wyskakiwać w czerwcu. Ba, w zasadzie juz zaczęła!
Najpierw plakat, który malowała Maryśka, potem impreza z okazji Dnia OjcoMatki (Matka mało się nie zabiła własnymi piętami, tak biegła ze szkoły), za chwilę zjazd Matki klasy (kto organizuje? No Matka oczywiście), trzeba zmówić tort, wypalić płyty, obgadać menu, kupić kwiecie i przede wszystkim wykonać biżut dla wychowawczyni. Potem wypad na 4 dni do Pragi (tu się Matka cieszy).
Wcześniej trzeba jednak zrobić kilkadziesiąt klasówek poprawkowych i wpisać około 500 ocen na koniec roku, słuchając niewątpliwie zgrzytania co poniektórych dzieci.
I zawieźć teściową do SąsiedniegoWiększegoMiasta, bo wypadła jej oczekiwana od pół roku (zaledwie) wizyta kwalifikująca na zabieg usunięcia zaćmy.
I nie byłoby w tym nic szczególnego, gdyby nie fakt, że Matka podobno ma się mianować. I napisać jakieś sprawozdanie, a Matka z tych co odkładaja wszystko jest. Zwłaszcza jak ona i nikt nic nie wie. Albo nie chce pomóc i powiedzieć. I w tym układzie Matka dokonała rzeczy heroicznej.
Mając wizję czerwca wyjazdowo-atrakcyjnego przepruła cały swój bajzel – piwnice, schowki, szuflady i piętrzące sie stosy papierów. Nikt, a nikt nie jest sobie w stanie wyobrazić jak wygląda w Matki pracowni stos mający lat cztery (odkurzany). jeden z wielu.
I Matka wyszarpała z nich wszelkie papiery, choc i tak połowa przepadła bez wieści (jak MiaUżon napalił w kominku Matki zaświadczeniem z kursu pedagogicznego, to pióra mu wyrwie!!! Zniknęło!!!), zmarnowała sobie trzy dni i napisała.

NAPISAŁA sprawozdanie i z datą 1 czerwca zaniosła dyrektorowi.
I jest przeszczęśliwa. 
A autoprezentacją i prawem oświatowym  pomartwi się pod koniec czerwca.
Jeszcze półtora tygodnia. Półtora tygodnia dzikiego obłędu i prawie wakacje.
I tu prawie nie robi już większej różnicy…

Naczelny producent hałasu a kłaki

Dwa upojne dni się skończyły i Janeczka w swej najuprzejmiejszej z uprzejmych uprzejmości, wróciła z zielonej szkoły.
-"I jak było?" – spytała Matka w progu.
-"Obleci" – wytłumaczył Potwór i rozbudował natychmiast wyczerpująco wypowiedź -"Wiesz – jako-tako"
Matka wpadła w skrajny zachwyt, bowiem nie usłyszała żadnego słowa podobnego do "ohyda" czy "masakra", doszła więc do wniosku, że temat zielonej szkoły może uznać za zamknięty. Może MiaUżon jako ukochany tatulek dowie sie czegoś więcej.
-"Idę się domyć" – rzucił Potwór i trzasnął drzwiami od łazienki.
A Matka zapomniała. Zapomniała, że w brodziku zaczęło źle schodzić, a kiedy MiaUżon wyciągnął swój naulubieńszy z ulubionych przyrzadów, czyli trąbkę do przepychania zlewu, to narobiła się już w ogóle kaszana.
Matka nie rozumie miłości MiaUżona do trąbki. Podejrzewa, że ma to związek z produkowaniem hałasu. MiaUżon jest bowiem najbardziej znanym producentem decybeli. Ilekroć Matka włączy Teleexpress (naprawdę, naprawdę już nic więcej nie ogląda, może Dr House’a, ale wtedy MiaUżon byłby zamordowany), chłop natychmiast odczuwa nieprzepartą chęć do odkurzenia małym odkurzaczykiem okruszków ze środka krajalnicy, odbiera dziesięć telefonów od klientów, z którymi równie dobrze mógłby pogadac bez satelity, bo ryk słychać w promieniu stu kilometrów i trzaska drzwiami, których robi się nagle dziesięć razy tyle, co przed włączeniem telewizora. A jak już nie może odkurzać na House’ie, to chociaż spuszcza rolety. A szczytem wszystkiego jest zaleganie na kanapie, przysypianie (o zgrozo – na House’ie???) i pocieranie płetwą rozmiar 46 o drugą płetwę w dokładnie tym samym rozmiarze. Matkę trafia natychmiast szlag, bo jak już skasowała rzucanie stronami gazety (odwrót strony i chlast, chlast, chlast całą Wyborczą, bo się karteczki pozaginały) to teraz ma tarcie stóp. Nikt nie uwierzy ile można wtedy naprodukować hałasu!!!
I najlepsze w tym wszystkim jest to, że kiedy Matka sprawdzała klasówki w ryku jakiegoś meczu (w telewizji oczywicie zawsze wtedy jest JAKIŚ mecz), to MiaUżon zapytał z kanapy:
-"Słyszysz ten dźwięk???"
Matka nic nie słyszała, bo MiaUżon w mecz angażuje się całą duszą, tudzież najbardziej wyrafinowanym słownictwem, więc przesunęła tylko ramiona wyżej i opuściła je w międzynarodowym geście "Niezmiernie mi przykro, ale jestem niezorientowana".
-"Coś pyka" – dodał MiaUżon i zakrawało to już na istny cud.
Musiało pykać, bo MiaUżon podniósł zwłoki i zajrzał do kominka.
-"Ty wiesz?" – potoczył zdumionym wzrokiem -"To w kominku!"
A potem poświecił przez krateczkę do tej części, gdzie nic już się nie pali, ale za to jest zabudowana na głucho. I przez ozdobną krateczkę wydostaje się tylko ciepło.
-"O @$#^%$#^!!!" – wrzasnął – "Leje się!!!"
Matka pomyślała sobie, że zwariował. Ale tylko przez chwilę.
-"Wyłącz wodę!!!" – zaryczała kierując paszczę w stronę klatki schodowej i łazienki.

I w ten oto sposób po trzech miesiącach od remontu łazienki Matka stała się posiadaczką niezidentyfikowanego przecieku spod brodzika (???), który dostarczył wody nie tylko na parter, ale nawet do piwnicy.
A panowie zaproponowali rozebranie kabiny i brodzika za opłata, ale nie wiedzą kiedy, bo to przecież nie ich wina, że teraz korki klik-klaki wpuszczają każdą ilość kudłów i się zaraz zapychają. A  że zapchane cieknie? No to oni nie wiedzą dlaczego. Niemożliwe!!! Bo nie ciekło! na pewno pani wlała Kreta!
No pewnie, że Matka wlała kreta, ale nie dał rady. Kreta się nie wlewa (wsypuje), bo hydraulik nie mógłby rozebrać całej łazienki, żeby wyczyścić syfon dajmy na to. Każdy hydraulik powie, że kret to najgorszy wróg. Hydraulika.
-"Może przyjedziemy, ale nie mamy spirali" – uzupełnił szefunio remontowy.
Matka zamachała przed nosem MiaUżona spiralą nabytą pół godziny wcześniej w OBI za 14,99 i doszedłszy do wniosku, że nie zainwestuje ani złotówki więcej, poprosiła MiaUżona o przekazanie panu, żeby się pocałował tam, gdzie chowa klejnoty rodowe, czyli krótko mówiąc – w dupę.
-"Chyba sobie kpisz" – wypuściła pianę – "żebyśmy mieli płacić im za to, że będą kręcić naszą spiralą i to nie wiadomo kiedy. Idziemy!"
I MiaUżon poszedł rozebrać syfon od zlewu (bo Matka została już poinstruowana gdzie ma co wetknąć, spotkawszy dziesięciu hydraulików w licznych sklepach, gdzie NIE było spirali). Szczęśliwy nie był, ale Matka nie zamierzała drugi raz kąpać sie razem z pralką, nawet nową
-"I co? Nie idzie!!!" – jeknął grzebiąc spiralą w rurze z nogami wystającymi z szafki.
-"Jak rany!!!" – wkurzyła się Matka – "Przecież spirala jest po to spiralą, żeby nią kręcić i żeby zbierała brudy po sciankach!"
I Matka kręciła jak oszalała, a MiaUżon wtykał. To nie do pojęcia ile kłaków w postaci zbitych kul wyciągnęli!!!
-"Ale się upaćkałam" – jęknęła Matka na koniec i umyła ręce.
-"Dziękuję ci BARDZO!!!" – zaryczał MiaUżon i wyprysnął spod szafki z błotem na łbie. No Matka zapomniała całkiem, że chłop odłaczył syfon…
Ale co, jak co – przepchali! I na przyszłość bedą znali te numery.
-"…i rozumiesz, co ja tam będę brał fachowców! Całkiem SAM przepchałem kanalizację!!!" – usłyszała Matka schodząc z góry, jak MiaUżon relacjonował sprawę mamusi.
I niech tam. Co mu błoto na łeb wylała to jej. Howgh!

De gustibus…

Matka wykorkuje od muzyki Potworów. I jakos sobie nie przypomina, żeby tak wykańczała swoich rodziców gdy miała 12 lat. Albo siedem. No właśnie. Nawet nie napisała, że Maryśka we wtorek załadowała sobie na malutki karczek siódmą wiosnę i z radością weszła w ósmy rok życia. To niemożliwe…
Ale niezależnie od wieku Potwory słuchają dziewczęcia, które nazywa się Hannah Montana i Matce wszystko wraca jak ją słyszy, a zwłaszcza jak słyszy po raz dziesiąty ten sam odcinek z najgorszym w dziejach ludzkości dubbingiem. Głos Hanny podkłada kobieton zdecydowanie starszy i mocno egzaltowany. Być może nasze nastolatki są drewniane, ale naprawdę jest chyba w kim wybierać?
Maryśka jest w stanie sobie Hannę odpuścić – Janeczka w życiu! Matka co i rusz dostaje na stół jakąś płytę pożyczoną od koleżanki, żeby podziwiała. Sprawdza klasówki, a żyrandol buja się wte i wewte, bo Janina w swoim pokoju tańczy. Czytaj – wykonuje dziwne ruchy niczym w chorobie świętego Wita, przerywane co jakiś czas okrzykami "U-U" lub "Y-Y!"
-"Wyjdź na dwór, słońce takie piękne!" – namawia Matka
-"Jutro muszę oddać płytę!" – zapiera się Janeczka i umarł w butach.
-"Już to było!" – Matka znów musi interweniować po chwili, kiedy sama zaczyna mylić barok z renesansem, bo Hanna przemawia z telewizora głosem jak po kilku głębszych.
-"Nie było, ja nie pamiętam!" – protestuje Potwór
-"Jak nie było, jak teraz ona powie to a to, a potem wejdzie ten a ten i powie to a to!" – wkurza się Matka i nadusza pilota wywalając towarzystwo, które odchodzi fukając i zionąc ogniem, zostawiając po sobie niesmak i smród siarki. 

Kurczę pieczone, jak była w tym wieku, to słuchała Jarockiej i Jantar i z tego, co pamieta – wszyscy ich słuchali. I słuchała wtedy, kiedt te piosenki leciały w radiu (program pierwszy rzecz jasna). A z płyt słuchało się Mozarta, jak na ucznia szkoły muzycznej przstało.

-"Musimy słuchać tej Trójki?" – kolejny tekst, który Matka olewa co rano. Jej samochód, jej radio!!!
-"Musimy!!!" – i Matka podgłaśnia Manna, który w piątkowe poranki zadaje energetyczne rock-and-rolle.
-"Włącz RMF!" – jęczy Janeczka
Po Matki trupie. PO TRUPIE. Po trupie Zet i RMF. Za żadne pieniądze.
-"A może włączysz płytę?" – pyta nieśmiało Maryśka, która wie, że jak w radiu okrutnie trują o 8.30, to Matka daje się namówić. I ma dziesięć płyt w zmieniarce, które stawiają ją na nogi. 
-"A co mam puścić?" – pyta chytrze Matka, ale dobrze wie co. No może nie, bo Potworek ma swoje dwie ulubione piosenki z okresowym porywem do trzech. Długo trwało zanim Matka zorientowała się o jakie chodzi. Rozrzut czasowy i wykonawczy  mają spory, ale dobrze działaja rano na niedobudzonego człowieka.
Ranking Potworka jest nastepujący:
Miejsce trzecie: Piosenka "Stejlajt" – Matka cztery dni dochodziła o jaką chodzi. Już wie.
Miejsce drugie: "Piosenka z tarką i spadającą kropelką" – o, masakra. cztery tygodnie przelatywania dziesięciu płyt razy piętnaście utworów każda. Udało się, Matka doszła, a raczej Potworek doszedł, o którą mu chodzi.
Miejsce pierwsze – superłatwe: Piosenka z panem co robi "HA, HA, HAAAAAAAAA" – i nie jest to aria ze śmiechem.

-"To puść pana co robi…" – zaczął Potworek
-"Ha, ha haaaaa?" – i Matka zapuszcza swój naulubieńszy zespół. I  wcale nie jest pewna, czy pan nie robi "He, he, heeeeee".
Ale wie jedno – Potworek ma świetny gust!
Zgadnie ktoś o jakie piosenki chodzi?

Maturalnie

Matka dziś od rana w blokach startowych na tak zwanym dyżurze  "pod telefonem" – a nuż wezwą zastępczo na maturę. Nie wezwali.
 Wczoraj Matka siedziała w komisji w małej sali, więc nie przemęczyła się zbytnio. Rok temu na auli to była całkiem inna bajka, teraz pikuś. Ale nie o to chodzi.
Matka siedzi mianowicie i myśli sobie, że nie chce, żeby szkoła zrobiła z Potworów automaty, które piszą tylko wtedy, kiedy mają tekst przed oczami. Bo Matka przeczytawszy na czym polegała wczoraj matura z polskiego do dziś się trzęsie.
-"Kiedyś to była ogłupiająca pamięciówka!!!" – powiedziała Matce kiedyś starsza od Matki polonistka.
O, naprawdę? Fakt – Matka nauczyła się na pamięć około stu cytatów z literatury, na wypadek, gdyby się miały przydać do wypracowania. Przydały się. Takie zdania – kamienie milowe, chluba naszej literatury. Napisała maturę na 19 stron papieru kancelaryjnego i musiała się w niej wykazać dość szczegółową wiedzą z trzech utworów romantycznych. I dostała piątkę, a jej matura wysłana była na konkurs do Ministerstwa Oświaty. Bez rezultatów typu nagroda, ale zawsze zaszczyt. Matka sama przepisywała tę maturę na maszynie do pisania, więc ma kopię i jak czyta, to jest pełna podziwu – już teraz by tak nie napisała! Bo nie pamięta tylu ciekawych rzeczy!
Czym ma być szkoła, jeśli nie ćwiczeniem pamięci? Kiedy człowiek ma to robić?
Oczywiście – nie wkuwanie głupot, ale czegoś pożytecznego. Tylko skąd młody człowiek ma wiedzieć co mu się w życiu przyda?
-"Na jakie idziecie studia?" – pytała Matka dzieci maturalne.
-"Aaaaa, nie wiemy, gdzie nas przyjmą! Ja składam papiery na prawo, psychologię, medycynę, lingwistykę stosowaną i budownictwo" – odrzekł Matce młody człowiek.
Jak rany….
Matka niedzisiejsza jest! Największy Potwór ze wszystkich Potworów!!!
Bo Matka wybierając profil w liceum wiedziała, że chemia jest jej potrzebna na egzamin wstępny na kierunek artystyczny. A i biologia przydała się jej potem na zajęciach o szkodników niszczących drewno i płótno. Matka jest też szczęśliwa dorabiając spirytus, czyli robiąc czasami swoją naleweczkę, że wie, czym się różni roztwór od zawiesiny.
I jak Maryśka przybiega i woła:
-"Mamo, mamo, choć szybko, przyleciał mój przyjaciel ODOREK!" – to Matka idzie i podziwia odorka. Bo dzięki Maryśce, a właściwie dzięki swoim nauczycielom ze szkoły, każdej szkoły, chciało jej się sprawdzić, kim naprawdę jest ten robaczek, którego podejrzewała o to, że nazywa się liściec. Ktoś kiedyś (dzięki wielkie) napisał jej na blogu, że to odorek i zasiał ziarenko niepokoju – Matka sprawdziła więc, bo MA odpowiednie książki.
Ale po co? Po co? Przecież można wszystko znaleźć w internecie!!! Po co chemia, jeśli człowiek jest piętnastoletnim humanistą (czytaj – nie lubię się uczyć matematyki, więc na pewno lubię historię i polski)?
Po co matematyka? Matka podpowie – żeby ćwiczyć logiczne myślenie. I przewidzieć, że obecna i kolejne młode pokolenia będą tak nami rządzić, że nam bokiem wyjdzie.
Po co polski? Żeby nie szukać wzoru listu motywacyjnego w internecie przed pierwszym i kolejnym pójściem do pracy. Żeby nie drętwieć na słowa : "Napisz o tym KILKA zdań" No bo jak tu pisać coś z głowy??? Jak pusta…
Teraz mówi się, że przyswajanie wiedzy jest obciążeniem dla umysłu. Młody człowiek ma wiedzieć, gdzie stoi książka na półce, z której należy skorzystać. No biedactwo. Tyle tylko, że on korzystać z niej nie chce, bo nie czuje potrzeby. Wszak czytanie to niepotrzebna pamięciówka!!!
Jeszcze OCZYWIŚCIE musi wiedzieć, gdzie stoi jego komputer i leży jego komórka.

Bo najlepsiejsze klawisze to CTRL X i CTRL V, mozna nimi zrobic koffanych sorow w bambuko i miec wiecej czasu na piffko i nowa gre w kompie. I namowic stara na nowa komore, bo ta nie jest jazzy. Bo trzeba wiedziec, jak sie w zyciu urzadzic, zeby sie nie nameczyc! Elo ziomy!

Prawie atrakcyjnie

Matka poczuła się kilka dni temu prawie jak prawdziwa kobieta. Prawie – a jak wiadomo "prawie" robi dużą różnicę.
Co się takiego stało?
Nic wielkiego. Matka odwoziła Potwora do Babci, a Potworka do przedszkola, więc siłą rzeczy pojechała inną drogą niż zwykle i może właśnie dlatego spotkała ją przygoda?
Kiedy Potwór oddalił się w podskokach, Matka ruszyłą w kierunku przybytku przedszkolnego, bo zbliżała się ósma trzydzieści – pora na śniadanie i zabarykadowanie drzwi przedszkola. Miasto lekko opustoszało, bo ruch koło ósmej rano minął, a na dziewiątą jeszcze się na dobre nie zaczął, więc gdy Matka podjechała do świateł, stanęła na lewym pasie za jakąś lepszą bryką, która gwarantowała szybką jazdę. Nic bardziej mylnego!
Zapaliło się zielone, bryka stała. Matka spojrzawszy w lusterko zorientowała się, że może w zasadzie zmienić pas na lewy, ale bryka ruszyła wreszcie ociężale i po minięciu skrzyżowania osiągnęła zawrotną szybkość 20km/h.
Matka wygryzłszy kawałek kierownicy zmieniła pas na lewy, a wtedy bryka ożywiła się nagle, przyspieszyła i… zajechała przepięknie Matce drogę na lewym pasie, po czym zwolniła do dwudziestu na godzinę.
Nie, no, nie z Matką takie numery!
Matka spojrzała odruchowo w wewnętrzne lusterko bryki, ale tego nie było widać. Za to w bocznych Matka ujrzała kaprawe, usmiechnięte oczka dwóch palantów, któzy zamierzali najwyraźniej bawić się Matki kosztem!
Ponowna zmiana pasa na prawy nic nie dała, Matka dostrzegła tylko KTO się z nią bawi. Dwóch tłustych, obleśnych facetów odstrzelonych w garnitury, wiek około pięćdziesiątki. No dramat!
Matka najpierw rozejrzała się wokół czy panowie nie mieliby lepszego i przede wszystkim młodszego obiektu. Wszak Matka jest niewiele ładniejsza od diabła! Obiektu, kurka wodna, nie było. No cóż, na bezrybiu…
Nastepnie Matka zajrzała w lusterko, czy nie ma  aby na łbie kukuryku. Nie było. Matka tego dnia wyglądała nawet, nawet, bo jechała na lekcje.
Potem to już przerwała oględziny, bo wyrżnęłaby panów w tyłek, jako, że znów zajechali jej drogę.
-"Dlaczego ten samochód tak dziwnie jedzie?" – zainteresowała się wreszcie Maryśka, której od nagłego hamowania wyłaziły co chwilę oczka.
-"A żebym to ja wiedziała!" – mruknęła Matka, której naprawdę zaczynało się spieszyć na lekcje, pal licho śniadanie w przedszkolu!
Nic z tego. Panowie bawili się z Matką do samego skrętu do przybytku Maryśki, co jakiś czas zajeżdżając z boku i z rechotem sprawdzając czy Matkę trafia już szlag.

Powiecie – normalna sprawa?
Jaaaasne. Byłaby.
Naprawdę – Matka nie widziałaby w tym nic specjalnie dziwnego.

Nic, gdyby nie to, ze panowie jechali karawanem.
Z trumną i przymocowanymi na niej wieńcem i tabliczką…

Śniedki i poczet krasnali według Maryśki

Matka wysłała chytrze MiaUżona po zakupy -takie ostatnie, co to się robi ciasto i – "o kurczę, a śmietany to ja nie kupiłam!"
Sama za to wymyła suszarki do bielizny, bo kiedy wczoraj wyciągnęła pierwsze pranie ze swojej nowej pralki, to okazało się natychmiast, że powinna dokupić do niej
a) kilka nowych sznurków
b) i większą pralnię
Ponieważ jednak chwilowo całe oszczędności przeznaczyła na ten kubek śmietany, który zakupuje właśnie MiaUżon, więc postanowiła drugie pranie wywiesić na tarasie nagrzanym od słońca.
Nowa pralka? To jakaś inna bajka jest, Matka już nie łapie – raz leje wodą, raz zrasza, co chwila wiruje, a słychać tak naprawdę tylko bulgotanie wody. I Matka za każdym razem zapominała wlewać od razu płyn do płukania, bo Diana przyzwyczaiła ją do tego, że pranie się kończy, a płyn wlewa się dopiero wtedy i jeszcze raz nastawia ostatnie płukanie. Matkę to wkurzało okrutnie, ale jak widać przyzwyczaiła się do tego i już!
A teraz zacznie robić kaimakowe mazurki, a jutro wystartuje do bab i sernika. Żurek i mięso zrobi sie samo, niejako przy okazji.

-"Mamo, mamo, a kiedy urosną wreszcie śpiochy?" – zapytał Potworek  smętnie patrząc na resztki po cudnych jeszcze przedwczoraj krokusach.
-"Oj, jeszcze trochę" – podrapała się w głowę Matka -"Liście już wyszły, ale na kwiaty trzeba poczekać.
-"Jakie to są kwiatki – śpiochy – bo Marysia o nich ciągle mówi?"- zapytała Matkę pani przedszkolanka.
-"Nie mam pojęcia" – Matka naprawdę nie wiedziała – "Ale sprawdzę!"
I Matka wyguglała śpiochy jako śniedka baldaszkowatego.
-"Powiedz pani w przedszkolu, że to śniedki!" – poprosiła Maryśkę
"Nie zapamięłntam!" – rozłożył łapki Potworek – "Za dużo było ostatnio tych rzeczy na Ś"
-"Na przykład jakich?" – zainteresowała się Matka
-"No pani nam opowiadała o Śmieszkach" – odrzekł bardzo przejęty Potworek
-"O śnieżkach?" – zdziwiła się Matka – "Nie za późno, jest wiosna!"
-"Nie o śnieżkach, tylko o Śmieszkach!"  – poprawił Potworek Matkę
-"To jakieś stworki bajkowe?" – drążyła temat Matka
-"Oj, nie! Jeden to miał rozcięta buzię szablą!!!" – odrzekł Potworek, jakby rozcięta buzia należała do kanonu lektur przedszkolnych.
-"Matko słodka!!!" – złapała się za głowę Matka – "O czym ta pani wam opowiada? To jakies okrutne krasnale, czy co?!!"
-"Ja nie wiem kto dokładnie…" – wyjaśniła Maryśka – "…ale ich było dużo. I trzech pamiętam! To Śmieszko I, Śmieszko II i Krzywousty…"

Kawa, czekolada limonkowa i krem liftingujący

Matka siadła sobie przed chwilą na szanownym udupieniu, wypiła jakże niezdrową kawę rozpuszczalną, przyjrzawszy się bacznie tabliczce czekolady z nadzieniem limonkowym, zeżarła trzy czwarte i doszła do wniosku, że jej się należy.
-"Popatrz, jak ty wyglądasz!" – powie dziś MiaUżon, który pije jakieś podejrzane kropelki na odchudzanie i nie je słodkiego niby w ramach Wielkiego Postu.
Matka wcale sobie nie popatrzy, wystarczy, że siada w samochodzi, to zaraz wie, gdzie ją rżnie.
Jak ma nie jesć czekolady, jeśli przed momentem , nadludzkim wysiłkiem, zamówiła wreszcie…
No właśnie, Wy nic nie wiecie. Bo Matka ostatanio to remontowała łazienkę i nawet ją ma, jeśli nie liczyć dziury w silikonie i lejącej się wody za brodzik oraz niekupionych kinkietów z racji braku takowych w zamiarach produkcyjnych na najbliższą dziesięciolatkę. Ja mają wyglądać? Nie, no gdyby Matka wiedziała, jakie chce kinkiety, to by je produkowali!
-"Już chyba dosyć wydatków na razie?" – spytał wąż w Matki kieszeni widząc konto świecące na czerwono.
-"Dosyć!" – odrzekła mu Matka i szybciutko zapaliła swoje konto na biało, wykonując szybki przelewik od MiaUżona, który swojego konta do dziś obsługiwać nie umie.
-"Słuchaj…" – dodała Matka głośniej, bo MiaUżon zakwitł przed telewizorem -"…ja oblecę podłogi, a ty wyjmij pościel z pralki i rozwieś, dobrze?"
MiaUżon oddalił się rzucając wściekłe spojrzenia ze szczęścia i nadzwyczajnej rozkoszy.
Matka zaczęła ćwiczyć curling na mopie, kiedy w mokre ktoś wlazł. Nie, no Matka przepada za śladami oryginalnych podeszw. Jedna podeszwa podrapała o drugą i Matka zaraz wiedziała, że sprawa jest lekko nieczysta.
-"Wiesz…" – zabrzdąkał MiaUżon -" Pralka tak wylazła na środek pralni…"
-"Zawsze wyłazi na ile jej kabel i wąż pozwala" – Matka się wcale nie przejęła -"Jak wiruje pościel, to bije na boki i chodzi".
Podeszwy znów się podrapały jedna o drugą.
-"No tak, ale jak ją przepychałem na miejsce, to zgasło jej światełko… Chyba musi być popsuta!" – dokończył MiaUżon, szczęśliwy, że ma to za sobą.
Matka odstawiła mopa.
-"Chcesz powiedzieć, że WYRWAŁEŚ kabel?" – bardzo mocno sie starała, ale ma wrażenie, że coś zasyczało.
-"A skąd?! Trzyma się!" – oburzył się MiaUżon – "Może tylko coś w środku puściło?"
-"A jaka różnica?" – Matce jęzor rozdwoił się i niebezpiecznie zadrgał na końcu.
-"To trzeba wezwać fachowca!" – wypalił MiaUżon, odpalił katapultę i Matka tyle go widziała.
Już, juz się rozpędziła, żeby zamawiać fachowca do pralki co ma 17 lat! Zapłaci na wgląd w sprawę stówkę, przyjazd trzydzieści i dalej nie bedzie wiadomo, czy warto.
-"Kupuję nową pralkę!" – zarządziła Matka i nie przypuszczała, że będzie tak ciężko.
-"Pani nie bierze Boscha, bo wyda pani majątek na części!" – w jednym sklepie
-"Pani nie bierze LG, bo to, co tu zamontowali, to jakas nowość" – w innym
-"Pani nie bierze Samsunga, bo to jedna grupa z LG!" – w trzecim
-"Pani, Siemens to to samo, co Bosch!" – w czwartym.
A potem Matka wybrała pralkę, co potrwało półtora dnia i zaczęła przeczesywać internet, napotkawszy 53 sklepy, gdzie jest, a 22, gdzie było napisane, że od ręki.
-"Za dwa tygodnie!" – padło w jednym
-"Tydzień" – w piętnastu innych.
-"Jest, ale wydruk z konta będziemy mieć za tydzień" – w ośmiu
-"Pani weźmie jednak na pobranie, to może do piątku dojdzie" – w ostatnim
-"Do piątku???" – Matka złapała się za głowę -"Co kurier będzie z nią robił do piątku???"
 Ale ten piątek okazał się najbardziej realny, może czwartek.
Matka zamówiła i wtedy zeżarła tę czekoladę limonkową plus kawę.
I wiedząc co ją czeka nabyła drogą kupna jeszcze krem liftingujący. Nie należy jej się? Należy!
A wróciwszy z kremem zastała w skrzynce mailowej link od ivi do specyfiku aptecznego na wory pod oczami, co to Matkę zaatakowały znienacka i nie chcą sobie iść. Specyfik kosztuje tyle, że Matka jak go kupi, to chyba schowa w tapczanie, albo w swoich srebrnych drutach, żeby jej MiaUżon nie wyżarł, bo zjada wszystko, co Matka nabędzie. Magnez – czemu nie, Rutinacea – na pęczki, od bólu głowy – w dwa dni. Skrzypowity się boi, bo póki co nie kojarzy mu sie z niczym innym, jak tylko skrzypieniem.
A na razie podskoczy do bankomatu, opróżni swoje konto i zasili je tradycyjnie z konta MiaUżona nie wiedząc, czy pralkę wybrała dobrą, czy złą. Bo na dobrą sprawę dobrą pralką bedzie zawsze ta, które się nie psuje, niezależnie od jej ceny.
A Matka nabyła tę, o, proszę.
Co będzie, to będzie.
Na razie nastawienie zakwasu na żurek ważniejsze! http://mattkapolka.blox.pl/2008/03/Zakwas-na-zurek.html
I już, już, robimy to szybciutko, bo czas! 
A potem sam żurek: http://mattkapolka.blox.pl/2008/03/Zurek-kujawski.html
Zaraz Matka wstawi linki do zakładek, bo coś zapomniała!

Końcówki i życiowe prezenty

Matka nie pisała. Nie pisała, bo za każdym razem, kiedy siadałaby do komputera trafiałby ją niechybny szlag jasny. Dlaczego? Bo musiałaby za każdym razem wspominac o tym, że ma nieskończoną łazienkę.
Kaloryfer leciał.
Korki klik-klaki własnie były uprzejme zardzewieć, a Matka wyciepnęła gdzieś paragony, więc umarł w butach. Sto złotych z głowy.
Lustro niewykończone.
Szafka pod zlewem. Nie, no Matkę jednak trafi!!! Bo pod zlewem była szafka robiona przez znajomego stolarza, który choc powolny, to dokładny jest nadzwyczaj i robi w domu Matki wszystko od zawsze. Ale wyjechał, a trzeba było szafkę dopasowac na nowo, bo doszła rura kanalizacyjna od drugiego zlewu. Ot, podciąć z tyłu i pomalować na nowo drzwiczki, bo Potworek je obtarł podkładką pod nogi, jak był mały. I przyjechał pracownik stolarza, w podobnym wieku, czyli między 50 a 60. Matka go zostawiła w łazience, bo jak tylko wsadzała łeb, to pan opowiadał jak to fatalnie sie teraz żyje, jacy biedni sa nauczyciele, a zycie na zachodzie Europy wspaniałe. I błąd. Trzeba było patrzec na łapy! Bo pan miast podciąć szafkę o dwa milimetry wolał uderzać w nią młotkiem, aż się spurchliła okleina i odlazła płatami. Na froncie. 
Matka umarła jak to zobaczyła, a potem zauwazyła, że drzwiczki co prawda smierdzą świeżą farbą, ale jak Matka dała je z niewytartym w dolnej szparce kurzem, tak kurz ten został przymalowany. Częściowo. W tej części brudniejszej został dalej brudny i radosny.
Matka odczekała, aż znajomy stolarz wróci i pokazała mu palcem wszystko po kolei, choć wcale nie musiała. Zanim to zrobiła ten złapał się za głowę, bez słowa wszystko rozmontował i teraz własnie zakłada znów, z tego połowa na nowo oklejana i malowana…
A reszta?
-"Mamo, kiedy wrhreszcie będzie mi sie śifiatło zapalało samo w nocy, kiedy wejde do łazienki?" – od wielu dni temat drążył Potworek.
-"Kiedy pan elektryk dojdzie do ładu i składu z kabelkami" – odpowiadala zgrzytając Matka. I nie zliczy juz ile razy była w hurtowni wymieniac zasilacze i transpormatory na inne, bo pan elektryk nie był w stanie ich podłączyć bo to, bo śmo i owo.
-"Pani jeszcze wymieni ten czujnik ruchu, bo jest nie taki!" – rzucił na odchodnym i zniknąl.
Matkę czujnik kosztował 79zł i była z tego powodu głęboko nieszczęsliwa, ale panowi namówili ja na taki niemal niewidoczny, do puszki, w związku z czym w suficie została wyrabana odpowiednia dziurka.
-"Poproszę inny!" – zarządziła Matyka w hurtowni.
-"Nie ma" – odrzekł pan, oddał pieniądze i tyle.
-"Jest!" – powiedzieli w innej hurtowni -"Tydzien czekania, 240zł netto"
Matka podniosła się zza lady, gdyż wcześniej lekko podupadła na duchu i ciele.
-"Ileeeeee?"
No tyle. Matka podziękowała. Biorąc pod uwagę, że Potworek zaszczyci łazienkę w nocy może ze trzy razy w miesiącu, to czujnik bez wątpienia prędzej sie rozłoży na kompost, niż zwróci w jakikolwiek sposób.
-"My pani kupimy czujnik sami, w SąsiednimWiekszymMieście!!!" – zapowiedzieli elektryczni fachowcy i po tygodniu zakupów nadciagnęli z wielkim pudłem.
-"Jaki tani, wie pani, jedyne 55zł!"
Matka ucieszyła się niezmiernie, ale cały czas niepokoiła ja wielkość pudła.
Czujnik okazał się być wybitnie NAtynkowym, posiadał okragłą, wielką podstawkę z bebechami w środku, tudzież obrotową głowicę montowaną niechybnie w zeszłej dekadzie na rakietach V2.
-"Co to ma być???" – Matka wkurzyła się jak jasny gwint, bo jej dziura w suficie okazała się być bezużyteczną.
-"Noooo, czujnik ruchu!" – panowie zupełnie nie rozumieli, że Matka nie padła z zachwytu nad ozdobą, która miała zająć jedną trzecią objętości całej łazienki.
-"Przecież on mi wyłapie mrówkę faraona wchodzącą do piramidy i nosorożce idące do wodopoju w Republice Poludniowej Afryki!"- zauważyła Matka.
Panowie nie zrozumieli, bo najwyraźniej nie chadzali na geografię.
A Matka w związku z tą geografią wyprosiła ich z domu. Z czujnikiem. Chyba do dziś nie rozumieją dlaczego.
A potem siadła do komputera, zobaczyła na allegro, że jej wczesniejszy czujnik za 79zł kosztuje złotych 19 i nabyła jedyny odpowiedni za 129,99. Gdyby to jej ktoś powiedział miesiąc wcześniej,  że bedzie wydawać takie pieniądze,to by nie uwierzyła.
A póki co zajrzy do znajomego stolarza i zobaczy jak mu idzie. A potem poukłada rzeczy w szafce i nareszcie łazienka stanie się jej łazienką. Prawie. Prawie. Jeszcze musi kupić nowe wieszaki na ręczniki, ale takich, jak wymyśliła jeszcze oczywiście nie wyprodukowano.
Ale zanim to zrobi wejdzie na strych i podrukuje różne, różniste rzeczy – do pracy, dla Potworów i dla siebie.
Bo Matka dostała fajną drukarkę do testowania przez miesiąc – do niej cztery kartridże i papier fotograficzny. Sama przyjechała i sama odjedzie, Matka ma tylko ja sprawdzać na wszystkie sposoby. Koledzy informatycy zzielenieli w szkole z zazdrości, ale cóż? Niech zaczną pisac blog, to też dostaną.
A dziś dodatkowo kurier przywiózł Matce z tej samej firmy zgrzewkę soku Cappy z fajną, płócienną torbą, więc Matka nie machając nożami i nie przecinąjąc pomarańczy w powietrzu pije sobie taki sok i czuje się życiowo dopieszczona.
Bo MiaUżon wyjeżdża na tydzień w ciepłe kraje. Co, jak, kiedy, dlaczego – Matka doniesie. Niebawem. Jak już będzie miała tę szafkę, to odzyska humor całowicie.
A MiaUżon niech jedzie. Chata wolna!

Lody przełamane…

Matka wyjęłą białą chusteczkę i pomachała nią na pożegnanie panom fachowcom. Dzisiaj. Nie, nie półtora tygodnia temu.

Wcześniej jednak przestała sypiać, trawić i tak dalej. Okazuje się, że zniosła remont znacznie gorzej od Potworów. Te – zadowolone- większość czasu spędzały u babci, która wreszcie, niemal wykorkowawszy, odesłała je w tak zwaną popularnie jasną cholerę, czyli do domu. Matce udało się mimo wszystko sprytnie Potworka zapakować do teściowej z powrotem, ale nie na długo. Janeczka została i wietrzyła ciuchy na dworze, tudzież roznosiła kurz w każdym kolorze gdzie się dało.

Matka zaś zaklejała i odklejała sypialnię, przenosiła się z MiaUżonem to na strych, to na parter – no można by powiedzieć, że wybór jak jasny gwint! Tylko co z tego, jak Matka się już zaprogramowała na jeden pokój, na skręt do łazienki lewostronny, zapalanie światła po niewłąściwej stronie i tak dalej. I kiedy przyszło jej schodzić do toalety w piwnicy, kąpać się w pralni, gdzie termometr pokazywał 12 stopni – wysiadła. Budziła się o trzeciej nad ranem i do rana sprawdzała trzydzieści osiem razy godzinę, żeby nie zaspać, kiedy o 7.15 wkraczali fachowcy.

Czy skończyli, że Matka im pomachała chusteczką? Nie, nie skończyli, ale Matka widzieć ich więcej nie chce. Sama sobie doklei brakujący kawałeczek kafelka i zafuguje kilka centymetrów. I do-syć!!!

Bo Matka przeciez ostatnia cholera jest. Co zostawiała panów, którzy wiedzieli co mają robić, to miast kata prostego wychodził rozwarty. Ściany nie trzymałay ani pionów (baaardzo trudne pojęcie), ani poziomów (jeszcze większa atrakcja). Sprawa rypnęła się, kiedy brodzik nie pasował do swojego miejsca. Narożnik tak, ale brzego odstawały od ściany półtora centymetra.

Matka kiedy to ujrzała, myślała, że zejdzie natychmiast. Szczęście panów, że byli wtedy w domu. Matka wzięła do ręki poziomicę, na której zwyczajowo wisiała szmata, przyłożyła ja do ściany i ujrzała łuk. Nic do niczego nie pasowało, a łazienka miała być za dwa dni skończona.

Po pierwsze – Matka wyjęła z lodówki Porterka.

Po drugie – nafukała na MiaUżona za całokształt całokształtów.

Po trzecie – MiaUżon sie wkurzył, że remont go wykańcza.

Po czwarte – Matkę trafił jasny szlag, bo w końcu to Matka siedziała z panami, a MiaUżon wybywał raniutko, zanim ci przyjechali i wracał, kiedy Matka trzeci raz ćwiczyła curling z mopem od strychu do piwnic, łażąc po usyfionej, czarnej folii. Nie, nie brudnej. U-SY-FIO-NEJ!!!

Po szóste – Matka rankiem spotkała panów i uzyła słów zaczynających się na wszelkie litery, że tylko wymieni K, CH, Z i P. Panowie zrozumieli, że Matka nie żartuje.

-„Eeeee….” – podrapali się w głowę -„To może my tu puścimy brodzik na wierzchu, a tam podkujemy pod płytki? I bedzie pasował?”

Matka pomyślała sobie, że zamiast puścić brodzik, to ona zaraz puści pawia, ale darowała sobie te przemyślenia , żeby zachować resztki zdrowego rozumu.

-„Nie, panowie. Od tej płytki…” – tu Matka pokazała czwarty rząd od dołu- „… kujecie wszystko, coście zrobili. I kładziecie jeszcze raz. A jak będzie mało, to skujecie dalej.”

I panowie raz, dwa zrobili to, co Matka zarządziła. I brodzik pasuje.

Nie pasuje za to lustro, bo panowie zgodnie z zasadą olewania poziomów przygotowali pod prostokąt kształt rombu. I dlatego Matka ich ogląda znów, choć wolałaby wziąć młotek i to – przyklejone oczywiście- lustro, stłuc. A tak będzie musiała mieć srebrne rameczki, które zakryją krzywizny. Psiakrew.

I nic to. Naprawdę niczym są rameczki wobec jazdy, jaka odbyła się po niezczęsnym kącie rozwartym pod brodzik.

Bo kiedy Matka struta zeszła poinformować MiaUżona o nieszczęsnej geometrii, ten własnie przywiózł stęsknionego Potworka.

-„Wyjdę na chwilę na dwóhr, wyjdę!!!” – Maryśka stanęła w pirueciku, bo zobaczyła koleżankę.

-„No dobra, na chwilę, to ja zmyję podłogę” – zgodził się MiaUżon – „Tylko masz być stale na widoku!!!”

Potworka zdmuchnęło. Wiedział, że ma człapać wyłącznie po ulicy.

-„Chodź zobaczyć ten brodzik, te ściany i ten sufit, co go nie ma, bo mnie krew zaleje!” – poprosiła Matka, a potem szlag trafił ich jeszcze raz i jeszcze, i jeszcze, i wydawało się, że już nic gorszego stać się nie może.

Aż usłyszeli dziwny odgłos w drzwiach. Piszczenie, czy coś.

Ujrzeli Potworka, który miał minę dziwną.

I wyglądał jakoś inaczej.

Bo z kozaków, kurtki i spodni lała mu się woda.

Matka umarła na miejscu. Wiedziała.

-„Buuuuuuuuuuu!!!” – ryknął Potworek i zalał się łzami -„Buuuuuuuu! Ja weszłam na lód i wpadłam do pasa do rzeczki!!!”

Co tam brodzik, co tam ściany.

Nie przewidzisz człowieku, co dziecko wymyśli.

Matka do dziś się trzęsie…

Z frontu

Matka otrzepała pył z komputera i na chwilę usiadła. Na chwilę, między jednym trafianiem ją przez szlag, a drugim. Dziś w domu są Potwory, bo teściowa ma jakąś wizytę kontrolną, więc Matka przypuszcza, że będzie nerwowo, bo pylenie osiagnęło szczyt. Wczoraj dołożyli swoje panowie od naprawiania rolet, które tylko czekały na ferie, żeby się urwać i pogrążyc Matki parter w ciemnościach.
-"Może poprosimy zmiotkę, to po sobie posprzątamy?" – zaoferowali się roletonaprawiacze.
Matka podziękowała. Łyżka pyłu innego rodzaju przegrywała i tak z kontenerem pyłu, jaki wyprodukowali panowie w łazience i roznieśli po domu, gdy tylko otworzyli drzwi. Nic to, że Matka ma pozaklejane pokoje Potworów. Nic to, że codziennie rano zapakowuje sypialnie na nowo. Nic, że wszystkie regałyz książkami sa przyrzucone i obklejone wydętą od niewidzialnego wiatru folią.
-"Ale bomba, jaki balonik!!!" – zakrzyknął wczoraj radośnie Potworek i z całej siły poklepał folię. Matka OCZYWIŚCIE wcześniej trzy razy umyła podłogę, żeby Potworek uzyskał lepszy efekt tumanu.
Nie, Matki już nic nie ruszy. Remont osiagnął apogeum i żadne osłanianie i wycieranie nie pomaga. matki pracownia pokryła się nadrobniejszym z drobnych pyłeczkiem, który oblepia każdą rzecz od góry i od dołu.
-"A co to za dziura?" – zaciekawiła się Matka, widząc lochę na dwie puszki, przez którą niewątpliwie widac było cos, co nie było gruzem, ścianą, ani tym podobnym.
-"Jakieś deski tam są!" – ucieszyli się panowie, a Matce ciśnienie się podniosło. 
-"Przewierciliście mi się do szafy w pokoju!" – warknęła. I zabezpieczaj tu człowieku szafę od zewnątrz, kiedy panowie cichaczem robią sobie wielki otwór, żeby pył dostał się do niej najkrótszą drogą. 
-"Mamo, mamo!" -Potworek sprowadził Matka z powrotem na ziemię -"Czy wszystkie leki są w wersji dla dohrosłych i dla dzieci?"
-"Eeeeee …"- zastanowiła się Matka, która cały czas była zjeżona szafą -"Prawie wszystkie, nie, no niektóre, eeeeeee"
-"I wtedy dla dzieci są w syropie?" – Potworek nie rozumiał  najwyraźniej dylematów Matki i nie wyczuwał napięcia okołoremontowego.
-"Noooooo, nie zawsze, ale często tak. Dla ciebie to zwykle są w syropie!" – Matka za wszelka cenę starała się odepchnąć temat, bo przed nią stało zadanie wytyczenia krzywizny sufitu.
-"Bo wiesz, jak sobie zapakowałam reklamóweczkę z majtkami na wyjazd do babci, to w samochodzie poczytałam, co na niej jest napisane  i bardzo mi sie spodobało!!!" – oblizał się Potworek.
No tak, te apetyczne reklamy leków, Matka ma czasem dosyć.
-"I jakbyś mogła mi kupić wersję dla dzieci w syropie, to ja bym bardzo chciała!!!" – Potworek wygładził fałdki na reklamówce i położył obok Matki -"O, tu ci kładę, żebyś nie zapomniała" 
I spłynął do pracowni Matki, żeby sobie znów coś poczytać. A Matka szybko zaparzyła kawę i idąc wzięła kartkę do zapisania zakupów oraz reklamówke Potworka. I jak doszła do działu spożywczo-aptecznego, to wreszcie spojrzała na reklamówkę. Co też ten Potworek chciał w wersji syropowej dla dzieci?
Matka padła trupem nie wypiwszy kawy.

Mrocznym lekiem pożądania dla Maryśki stał sie oto Posterisan…