Matka okropnie przebiegła jest. Zaplanowała sobie bowiem, że jak już wyśle Potwory do przybytków okołoszkolnoprzedszkolnych, to zabierze się za przedświąteczne porządki. Ma wolny czwartek i piątek – czasu jest w bród. Klasówki poczekają.
-"Oczywiście zamawiasz panią do sprzatania?" – zapytała Matkę sąsiadka, która od zawsze korzysta z usług sprzątaczki, nawet kiedy w domu była córka w wieku studenckim.
-" Nigdy w życiu!!!" – zaprotestowała Matka.
I póki jest na chodzie, to tak nie będzie.
Po pierwsze – Matka ma chałupę zapakowaną po sufit. Książki, farby, wszelakie bambetle. Horror vacui.
Tak, tak, "wywal to". Matka nie raz słyszała. Nie wywali. Tak ma. Pozostałość po dawnych czasach.
-"Czemu nie wystawisz na śmietnik tego płaszcza?" – pytała zawsze Matka swoją Matkę, przesuwając w szafie okropne bure płaszczydło, które Matka Matki sobie dała uszyć w ciężkich czasach i nie nosiła wcale, bo było od początku za kuse.
A Matka Matki przez ponad dwadzieścia lat odpowiadałą niezmiennie:
-"Wiesz, nie mogłabym, przecież to CZYSTA, ŻYWA WEŁNA…"
No to Matka ma też w domu czystą, żywą wełnę. Choć przyznać trzeba, że z szafy wywala regularnie, pakuje w wory i wystawia bez żalu. Ale wszelkie filiżanki, które stoją w kartonikach na strychu, bo nie mieszczą się w etażerce, stać będą dalej. Tony książek może nie, bo Matka sukcesywnie wspomaga okoliczne biblioteki beletrystyką, której nie zbiera.
Ale i tak nikogo obcego w ten gips nie wpuści!!!
-Po pierwsze – JEJ BAKTERIE SĄ Z NIĄ ZAPRZYJAŹNIONE i dla obcego mogą sie okazać zabójcze. Taka klątwa faraona.
-Po drugie – JEJ BAŁAGAN JEST PORZĄDKIEM KONTROLOWANYM i w wypadku posprzątania przez obcą osobę nastąpi totalna katastrofa.
-Po trzecie i najgorsze – Matka jest święcie przeświadczona, że NIKT NIE POSPRZĄTA LEPIEJ OD NIEJ.
I tu jest pies pogrzebany.
To nie tak, że Matka szczoteczką do paznokci myje ściany w kuchni przed świętami (a kuzyn Matki tak). Matka te ściany co jakiś czas osobiście maluje, więc nie musi.
-"Umyłaś szafę na górze?" – spytał kuzyn ostatnio.
-"Nie umyłam, bo ja mam tam po prostu czysto" – odrzekła Matka, która może czyściochem nie jest, ale chlewu nie robi.
I sprzątanie na święta niczym sie u niej nie różni od normalnego, no, może nagromadzone jest w krótszym czasie.
-"Okna masz już pomyte?" – wydzwaniała kiedyś teściowa.
-"Nie mam jeszcze!"- odpowiadała Matka trzaskając drzwiczkami od piekarnika, mieszając jedną ręką kapustę z grzybami, wałkując ciasto na pierniki drugą, obtaczając rybę trzecią i trąc warzywa czwartą.
-"Jak to? Święta, a ty okien nie myjesz???" – oburzała się teściowa.
-"Mamo, na dworze jest śnieżyca, mam dostać zapalenia płuc?"- Matki gderanie teściowej od dawna już nie rusza – "Wolę postawić na stół niż siedzieć na głodnego przy umytych oknach!!!" – odpowiadała Matka i koniec, kropka. W Wigilię jest ciemno i nie widać szyb. Howgh!
-"A pościel już zmieniłaś na święta?" – teściowa świątecznie jest nie do dobicia. Matka się nie dziwi. Od dziewiętnastu lat, czyli cały małżeński staż, teściowa nadciąga w każde święta i jest. Jest i nic poza tym. Nie, no jeszcze jest i JE.
-"Zmieniłam trzy dni temu i robię to regularnie, niezależnie od świąt!" – odpaliła Matka.
-"Ale to NA ŚWIĘTA trzeba zmienić" – teściowa Matki to mantruje i nawet o tym chyba nie wie.
No straszne. Matka teraz musi pamiętać, żeby powiedzieć pościeli, że jest zmieniana na święta. Może pościel w Wigilię odezwie sie ludzkim głosem?
Wracając do dzisiejszego dnia, bo Matka rzecz jasna wpadła w dygresję, choć nie ukrywa, że zrzuciła z wątroby i zaraz zrobiło jej się lepiej. Matce, nie watrobie, choć jakby sie zastanowić, to może przejemność była obopólna…
-"Odwiozę je, jak wstaną!" – rzucił MiaUżon wstając z łóżka.
-"No to super, będę miała więcej czasu!" – Matka już miała się ucieszyć, kiedy poczuła, że w oko ktoś jej wbija miecz i wyciąga go lewym uchem.-"Matko, mo-ja gło-wa!!!"
Bo Matka Matki miała koszmarne wręcz migreny od młodości. A Matka nie. Ale chyba do czasu. Może nie tak okropne, ale bez cienia wątpliwości trzydniowe i mdlące, opierające się wszelkim normalnym przeciwbólowaczom.
-"Jak się wezmę za robotę, to przejdzie!" – pomyślała resztką sił Matka i przesunęłą rękojeść miecza, żeby jej nie uciskała ucha.
–"A ja będę aniołem i masz mi kupić skrzydła i sukięłkę komunijną!!!" – zapiszczało coś Matce do ucha fortissimo, zapaliło światło, wyjęło miecz z oka i wsadziło z powrotem.
-"Matko, niech ona się ubiera i zgasi mi tę lampę!!!" – zawyła Matka, której walił się cały plan, ale jeszcze nie do końca. Wszak cóż to jest ból głowy!
Potworek odpłynął do łazienki.
–"Skrzydła mogą być pierzaste i z bibuły!!!" – wyciągnął znów miecz, zaświecił światłem i zagrzebał Matce ostrzem w głowie. – "Ekhe, khe, khe, khe!!!" – zarzęził z głębi duszy.
Matka siadła natychmiast.
-"Ja skrzydeł nie widzę, ale wizytę u lekarza jak najbardziej!" – zarządziła, wyjęła oręż z głowy i przytroczyła do pasa.
Nie będzie opisywać szczegółowo, co było dalej. Maryśka zalała się łzami, wyła, ryczała, smarkała, kasłała i tak dalej.
Były u lekarza. Po trzydniowym rekonesansie w przedszkolu szykują się upojne, kolejne dwa tygodnie w domu. Stówka na leki. Chyba nawet Matkę minie pożyczanie sukienki komunijnej i robienie skrzydeł.
A sprzątanie?
JAKIE sprzątanie?
Niech poczeka. Ze dwa dni. Matka zdąży.
Wszak okna ma umyte MiaUżonem tydzień temu.
Na podłodze jeszcze jest pełno opiłków i tłuczonego szkła – szanowny ślubny mył, rzucając tonącej w klasówkach Matce złowieszcze spojrzenia posypane wyżej wymienionymi ingrediencjami.
Się odkurzy.
Matka podąża tymczasem pakować w wory za małe ubrania Potworka. I setki zabawek do Domu Dziecka.
Bo w liście do Mikołaja Maryśka nasmarowała:
"I niech rodzice złożą mi w końcu te meble z dużym łóżkiem, co je kupili we wrześniu i leżą w paczkach w ich sypialni..."