Iluminacje

Matka nijak nie może się dostać do walentynkowych, czerownych bokserek z serduszkiem dla MiaUżona. Chyabz serduszkiem, bo głowy sobie ściąć nie da. jak wsadział je do szafy, tak siedzą w jej czeluściach, a Matka na pokój zaklejony na głucho. Ba, wszystkie pokoje!

Potwory wyeksmitowane do teściowej, ale dziś już wracają, więc Matka się lekko trzęsie czy zdąży posprzątać. panowie bowiem szaleją w łazience z dwoma młotami pneumatycznymi i kują kafelki od ciężkiego świtu. Matka nie powie – nie ma żadnej różnicy, czy kują panowie, czy sąsiad wiertacz – amator. Sasiad od jedenastu lat z okładem wierci, zwykle od godziny 17.00, a jak ma wolne, to cały dzien. Co? Matka nie wie.

-"Jutro zaczynamy od wczesnego ranka!" – uprzedziła Matka sąsiada, który wracał właśnie do domu. Matka kulturalna jest – jak ma hałasować, to mówi.

-"Ooooo, ja tez sie dołączę!" – ucieszył się sąsiad, który napiernicza w scianę od dwóch tygodni i Matka obawia się, że pekanie kafli w łazience jest częściowo jego zasługą.

-"A co sąsiad tek uparcie nawierca?" – Matka postanowiła kuć żelazo, póki gorące.

-"A domofon reperuję i postanowiłem wprowadzić innowację!  Zrobiłem sobie dwumetrowe wiertło i robię dziurę w ścianie w pionie – od strychu, do piwnicy!!! Między tynkiem a cegłami!" – odparł okropnie zadowolony sąsiad, a Matka padła trupem, bo oznacza to, że czeka ją hałas do Wielkanocy jak nic!!! Swoją drogą na to Matka by nie wpadła i podejrzewa, że sąsiad jest wiertaczem sado-maso. Trudno. Przez dwa tygodnie się odwzdzięczy…

-"A rozmieszczenie lamp już zaprojektowałaś?" – zagaił dziś MiaUżon i Matka dobrze wie o co mu chodzi. Znów o te burdelowe lampki pod prysznicem, które gdzieś widział w jakimś wypasionym ciężko, hotelowym brodziku i jak sie kąpał, to leciała pomarańczowa mgła.

-"Nie zaprojektowałaś!" – wkurzyła się Matka, która nie chce łazienki szalonego elektryka -"Moge ci zamówic na allegro słuchawkę do prysznica, która świeci różnymi kolorami, w zależności od temperatury wody. Sto złotych i masz Łowicz jak w banku!!!"

MiaUżon się obraził. A Matka zaczęła szukać po necie wiadomości o lampkach diodowych, które można montować w łazience  i natknęła się na parę stron o iluminacji budynków z zewnątrz (raczej sie nie przydadzą), mostów (może???) oraz o wężach świetlnych (marzenie MiaUżona co do choinki przed domem – potrzebny byłby lekko licząc kilometr takiego węża).

No to może zamontuje taki wąż naokoło brodzika, na dole i na górze! Będzie brodzik-Grizłold, wersja spolszczona.

No ciekawe czy MiaUżonowi by się spodobało… 😀

Ale Matka kupiłaby OCZYWIŚCIE  pomarańczowy!  

Decyzje żadne

Koncepcja Matki łazienki wciąż wygląda jak fortepian Chopina na bruku. Nic się nie zmienia w tej kwestii. Matka wpadła więc na supergenialny pomysł, że zaprzągnie MiaUżona to roboty – znaczy się zmusi go, żeby podecydował. 
-„Jedziemy do sklepu łazienkowego, sam zobaczysz ile tego jest, bo ja naprawdę już nie wiem co wybrać!” – zarządziła w sobote rano.
W odpowiedzi usłyszała gwałtowne zgrzytanie, ale nie ruszyło jej to zupełnie i była dalej pełna najlepszych uczuć, w sercu miała maj, a na głowie rosły jej kwiatki.
-„Ty wiesz co bedzie z Potworami w sklepie?” – zajęczał MiaUżon
-„Wiem” – kiwnęła głową Matka – „Nic nie będzie, bo odstawisz je na dwie godziny do swojej mamusi”
I odstawili.
Co dalej?
Zanim Matka dojechała do łazienkowgo sklepu miała już pianę na pysku mieniącą się wszystkimi kolorami tęczy.
-„Pamiętaj, że robimy łazienkę na lata!” – rzucił MiaUżon – „Nie zawsze da się oszczędzać!”
Matka zrobiła okragłe oczka:
-„O, naprawdę???” – jej brwi dawno już nie opuszczały granic zdministracyjnych głowy -„A kto powiedział, że sracz za 500zł to skandal?”
MiaUżon nic nie odrzekł.
-„To może ci pokażę te sedesy za 2500?” – Matka wbiła nóż w serce MiaUżona i obróciła nim kilka razy w lewo i w prawo.
No bo faktycznie ujrzała w sklepie takowe sedesy, a obok wisiały za 199zł i prawie niczym się nie różniły.
-„Proszę pana!” – obróciła się do stojącego nieopodal sprzedawacza -„Czy ten sedes za 2500 to jest inkrustowany złotą nicią, czy też ma wbudowane DVD?
-„Sssssłucham?” – pan sprzedawacz wybałuszył oczka, a Matka wyszła, bo nie lubi sprzedawców nieinteligentnych i niedowcipnych.
Doszła samodzielnie do wniosku, że sedesy muszą się chyba różnić rodzajem porcelany. Ale dwudziestokrotnie???
Może są ręcznie robione z chińskiej?
Matka nie wie.
Ostatecznie sprawa sedesu utknęła w martwym punkcie, ale Matka raczej nabędzie Rocę. Jedyną rzeczą, która czeka na Matkę w magazynie jest kabina prysznicowa i brodzik. Chińskie. Trudno. Brodzik jest głęboki (Matka poddała się, przecież nie ma wanny) a kabina półokrągła, niestety przejrzysta, ale malowana w pionowe, białe paseczki. Nie udało się Matce wybrać żadnego brodzika z matowym szkłem, do którego pasowałby dowolny głęboki brodzik. Nie udało sie też nabyć kabiny, która składa się tylko z dwóch szyb, bo musiałaby włazić pod prysznic przez bidet.
Nic się nie udało.
A kafelki to osobny dramat. Teraz są tylko w zasadzie cztery kolory. jak jedna ujdą, to nic do nich nie można dopasować.
-„Te są piękne…” – rozmarzył się MiaUżon, służąc w ten sposób niezwykłą pomocą.
Matka przyjrzała się kaflom i pomyślała, że weszłyby w zasadzie cztery na jedną ścianę. Imitacja marmuru, połysk lustrzany. Kolor czarny.
-„Nie, no jasne, gosposię dodają do nich gratis!” – warknęła – „Pod jeden kafel rzeba bedzie podłączyć i prysznic, i bidet, i sracz, takie są malutkie. Nie szkodzi, przyjdzie pan i nawierci w jedym kafelku tysiąc dziurek na baterie. I jeszcze na lampki, żebyś się podświetlił”
-„Oj, tak, takie światełka by mi się podobały, co są w podłodze i nad kabiną prysznicową, może kolorowe…?” – rozmarzył się MiaUżon, a Matka zrozumiała, że on tak poważnie!!!
I doszła do niezwykle odkrywczego wniosku, ze nie zreformuje MiaUżona. Za nic.
Jednak lepiej, żeby nie przeszkadzał.
Remont za dwa tygodnie, a ona nic nie ma!!!
Kupi te cholerne kafle i wstawi je do piwnicy.
Wie, że jedne bedą całkiem kremowe. matowe, z jakimiś satynowymi mazajkami czy lekko mżące, jest tego ze trzy wzory. Potem podbierze czekoladowe na miejsca, gdzie nie spada woda, tak troszkę tylko. I miały być pistacjowe na parę dodatków, ale jak są, to w innej formie i 1 cm krótsze, czyli kicha. Skończy się na czerwieni żelazowej albo zdechłej pomarańczy, bo tylko takie połączenia są modne. gdyby ktoś chciał w tej chwili robić turkusową łazienkę musiałby sam pomalować kafelki plakatówką. NIE MA! Matka tylko jedna niebieskie znalazła, ale nie chce zimnej łazienki. Z drugiej strony nie chce też ugrowo-beżowej, bo wydają jej sie takie ciasne i wszyscy teraz takie mają, w restauracjach zwłaszcza.
To niesłychane, że niby tyle wszystkiego, ale co do czego przychodzi to koniec!
No nic, Matka chyba na Tubądzin postawi, bo niezły i najwięcej tego tam znalazła. Ale szczerze powie, że już po prostu Nie pamięta. Może te kremowe w Opocznie były? Niech licho różne rozmiary kafelków w różnych firmach, jeśli oferują wszystko w jednych kolorach.
I to Matka wzburzona donosi, idąc z kaszlącym Potworkiem znaleźć sobie jakąś robotę.

Matkę wzięło znów na niepoważne, szklane, bukiecikowe kolczyki. Wrzuciła cztery pary w drugi blog (link w zakładkach) i mknie robić sześć kolejnych, choć na pewno dziś nie zdąży, bo to mnóstwo roboty. Niektórych kolorów listków więcej nie będzie, na przykład miodowooranżowych, bo Matka pomału kończy ze szkłem i więcej go kupować nie będzie. Tak więc kto pierwszy, ten lepszy!
I tu Matka jeszcze doda, bo kilka dni minęło, że dalej kręci te listkowce, bo idą jak woda. I dziś, czyli 29go w czwartek jeszcze wstawi z 5 par. Nawet jakies fioletowo-czarne się trafią i całkiem, całkiem bezbarwne.

Skuwanie nowego roku

Matka nie zauważyła nawet, kiedy nie tylko minęły święta i Nowy Rok, ale i Trzech Króli przemknęło ciągnąc za sobą zapach kadzidła. Czasy są lepsze i kadzidło na szczęście czasem pachnie, ale jak Matka przypomni sobie stan wojenny i chude lata następne, kiedy do żaru wrzucało sie pomysły własne pod tytułem "ziółka, które podejrzewamy, że mogą wydawać coś poza smrodem, kiedy się fajczą", to Matce robi się słabo. Naród w kościele słaniał się spowity ciężkim, gryzącym dymem, a ksiądz drapał w głowę z miną "sorki, ale i tym razem dali mi coś nie teges w zielarskim". Tak, czy owak, z dymem czy bez, ale rok kolejny się zaczął, jedzenie świąteczne zostało pożarte, a Matka ruszyła do roboty wyspana i wypoczęta odliczając sześć tygodni do kolejnych ferii, i po raz pierwszy chyba nie żałując, że są w najpóźniejszym terminie.
Po drodze Matka zaliczy dwie studniówki, które bedą jakże miłym wtrętem między setką rad pedagogicznych i wywiadówek. 
-"Gdzie idziemy na Sylwestra?" – zapytał MiaUżon 29 grudnia rano.
-"Nigdzie!" – odparła Matka, która nie jest, powiedzmy sobie szczerze, fanką zabaw.-"Zaprośmy sąsiadów"
I zaprosili.
-"Wiecie co, to wy zajrzyjcie, bo do nas przyjdzie jeszcze kuzyn z rodziną" – zadzwoniła koleżanka i Matka szybko przepakowała parę półmisków i napojów ciesząc się, że to tylko kilka domów dalej.
I poszli.
-"Rodzina kuzyna się rozchorowała, ale to jest nasz kolega Wojtek z żoną." – przedstawiła koleżanka gości, a ci okazali się nadzwyczaj sympatycznymi ludźmi.
-"Pracowałem kiedyś u Jarka" – Wojtek klepnął gospodarza – "A odkąd poszedł na państwowe ciągnę firmę sam. Remonty i tak dalej"
-"Kafelki?" – zainteresowała się Matka, która od dłuższego czasu patrzy na popękane kafle w łazience, jeszcze po dawnych właścicielach domu, a MiaUżon przykręca koleną śrubą odpadający podwieszany sufit.
-"Jak najbardziej!" – kiwnął głową Wojtek
-"To w wakacje robisz nam łazienkę!" – uradowała się Matka.
-"W wakacje…" – podrapał się w głowę Wojtek -"…to ja dawno nie mam terminów, ale za dwa tygodnie mogę wchodzić!"
-"Jakie dwa tygodnie???" – przeraziła się Matka, która wcale nie wie, czy przpadkiem cyferki na koncie nie świecą się na czerwono.
-"To kiedy?"
-"W ferie?" – jęknęła Matka dając sobie trochę czasu – "Tak od połowy lutego?"
I stanęło na feriach. A Matka nie umie, nie umie za nic samej sobie doradzić w kwestii łazienki. nawet przybliżonego koloru nie umie wymyśleć! Łazienka ma zaledwie 4 metry kwadratowe, więc o żadnych wodotryskach mowy być nie może. Ani wnęki, ani chowane spłuczki w grę nie wchodzą.
-"Słuchaj, widziałem fantastyczną kabinę z radiem, jaccuzi, lustrem, pojemniczkami i tak dalej!" – zamachał rękami MiaUżon, a Matka pojechała ją obejrzeć. Jakaś Kostaryka.
Obejrzała. Granatowe, błyszczące ścianki, pełno dysz, rurek, lustro na ścianie, dwa pojemniczki, przezroczyste, granatowe szyby.
-"Człowieku, ty wiesz jak to bedzie wygladało po jakimś czasie?" – wywaliła na MiaUżona oczka jak talerze i posypała wzrok solą gruboziarnistą -"Zacieki, resztki mydła w każdym zakamarku, obłażące lustro i tak dalej"
I pomyślała, że jak Potwory zapuszczą sobie radio, nastawią bicze i inne fontanny, to rachunek za wodę i gaz zwali z nóg nie tylko słonia, ale nawet dinozaura.
-"Płytki, szklana, MATOWA kabina i jak najmniej pizdryków!" – zarządziła Matka i wybrała na razie takową prostą kabinę, na którą w dodatku trzeba czekać miesiąc.
Ale za nic, za nic nie umie postanowić nic więcej. No, krany wie jakie będą. Ale kafle? Kafle???
Doradzić komuś? Bardzo Matka prosi.
Ale nie sobie!
Czemu sobie samej jest tak trudno?

Cezury nocne

Matka obliczyła sobie sprytnie, że ma dwa tygodnie ferii i zatarła łapki. Dwieście pięćdziesiąt klasówek do sprawdzenia – jakoś to upchnie między godzinami. Tysiąc innych spraw – też się da. A póki co Matka weszłą na obroty świąteczne. Kapusta z grzybami i druga – z grochem gotowe. Tylko podgrzewać i wystawiać na balkon. Matka kocha Boże Narodzenie i zimną Wilekanoc, bo jej lodówka zwiększa gabaryty o trzy balkony – żyć nie umierać!
Zakwas na barszcz gotowy, wygrzewa się przy kominku. Mięso wczoraj zamrożone, dziś bedzie wyjęte i zabejcowane. Dlaczego zamrożone? Podobno kryształy lodu rozbijają ścianki komórek i mięso nawet po krótkim zamrożeniu jest później bardziej miękkie. Matka w to święcie wierzy, ale na wszelki wypadek nabywa drogą kupna sól zmiękczającą.
Pieczarki na farsz do pasztecików czekają na doprawienie.
Co dzisiaj?
Na pewno ryba po grecku, żeby się dobrze przegryzła. Może kluski, żeby przeschły przed wrzuceniem ich do wrzątku.
Lukrowanie pierników. Matka zgodnie z radą wsadziła do nich skórke od jabłka i faktycznie zmiękły. Może nie tak, jak po dwóch miesiącach w puszce, ale zdecydowanie jest dzień do nocy. Patent świetny.
I Matka znalazła przepis na najabrdziej niezawodną, elastyczną, nieklejącą i błyszczącą jak błotniki w Cadillacu polewę czekoladową. Koniec z warzącą się i stającą kołkiem  czekoladą! Sernik będzie być może zapadnięty, ale za to połyskujący!
I jutro Matka upiecze wieczorem jeszcze wszelakie mięsa, zeby w Wigilię przebił się zapach pierniczkowo-cynamonowy.
Cudowne są w tym roku święta, że jest tyle czasu na przygotowanie. I te ferie, które rekompensują zeszły rok z wolnymi dniami chowającymi sie pod osłoną sobót i niedziel. Majówka co prawda będzie bolesna, ale cóż, da się wytrzymać.
A teraz czas brać się za szmatę, zeby goście w drugie święto nie padli.
Potwory chyba na pięterku przestawiają meble, łomoty do Matki uszu dochodzą straszliwe.
-"Pophraw mi kohrdłę!"- Matka z trudem otworzyła klapy i zorientowałą się, że budzik pokazuje 2.40.
Przed łóżkiem Matki stał Potworek i piszczał jej do ucha fortissimo.
Matka zwlokła się, podobnie jak siedem nocy pod rząd i poprawiła kołdrę, która skuoiła się na dziesięciu centymetrach w poszwie, tworząc malowniczy kłąb.
-"Musimy kupić Maryśce nową kołdrę, bo ja wykorkuję!" – oświadczyła rano stanowczo i pojechali do Jyska w świętą niedzielę. Trudno.
Matka obmacała wszelkie kołdry pod kątem szorstkości i średniej grubości, az wyszli niosąc triumfalnie wielki wór.
-"Dobrze, że jest biała, nic nie bedzie prześwitywać" – Matka trzasnęłą klapą od bagaznika i pomyslała sobie z lubościa o nieprzerwanym śnie.
Potworek wpadł w dziki zachwyt, dostał nowa poszwę, bo kołdra okazała się jakoś dziwnie długa i zasnął snem sprawiedliwego.
Za to Matka spać nie mogła. Spojrzała na zegar – 4.50. Czemu ona nie śpi???
Odwróciła się na drugi bok i wrzasnęła przerażona.
Przed łóżkiem, niczym duch na nocnej zmianie, stał Potworek.
-"Fstań, fstań!" – zapiszczał radośnie -"Trzeba mi poprhawić kohrdłę!" 

Jak rany – Matka odda tę kohrdłę, tę kordłę do sklepu!!!

Pióra, kubek i sens życia

Matka cały czas w przedświątecznym proszku. Na stole leży kartka, do której Matka tylko dopisuje i dopisuje. Same świąteczne rzeczy. Kołdrę. Poduszkę dla Janeczki. Lampkę na biurko dla Potworka. Taki zwykły pantograf na najzwyklejszą żarówkę.
U Matki w matropolii właśnie otworzyli pierwszy hipermarket techniczny i Matka jak do niego pojechała, to natychmiast dostała ślinotoku. Śrubki, wyrzynarki, klamki, zawiasy i kołki. Wata stalowa i papier ścierny. Matka jest nie-nor-mal-na!!!
Zamiast Prady woli gwoździe!
-"Proszę pani, jak ja mam obejrzeć tę lampę, jak ona wisi dwadzieścia metrów ode mnie?" – spytała Matka panienkę, wycierająca kurz z półek. 
-"Ona tez leży na dole!" – odrzekła rezolutnie panienka, a Matka natychmiast sobie pomyslała, że własnie powinna być już przed przedszkolem, kupować kiszoną kapuste, odbierac Janeczkę ze szkoły, ucierac mak i lukrowac pierniczki. To ostatnie byłoby najtrudniejsze, bo Matka jeszcze ich nie upiekła, ale nie takie znowu niewykonalne. A co tam!!!
Matka pierniczki upiecze dzień przed Wigilią i dołączy młotek sprzedawany w licznych wariantach w owym ulubionym i ukochanym od pierwszego wejrzenia hipermarkecie. Jak komus pierniczki bedą twardawe, to sobie je zmiękczy, ot co!
Matka wpadła w dygresje? No niemozliwe? I nie pamięta, o czym pisze? Naprawdę? E!
-"Ale na dole jest złożona, ana górze w całej okazałości, tylko, że ja nie mam lornetki" – tu Matka lekko się zatrzęsła, bo zaraz zamykali przedszkole, a tu kapusta, grzybki, mak i tak dalej.
-"To niech pani sobie wydłubie!" – odrzekła leniwie panienka i strzepnęła szmatkę.
Matka pomyślała sobie, że jakby panienke zamordować, to hipermarket okazałby się jeszcze bardziej ulubionym
-"Ale to nie są te lampy!" – zdumiała się grzebiąc posłusznie pod wsakazanym numerkiem.
-"Bo TE się skończyły!" – uśmiechnęła się panienka, a Matka wbiła jej śrubokręt w samo serce. Wzięty z półki.
I pojechała po Potwory przebijając się przez metropolię i mając niejasne wrażenie, że wszyscy wyjechali nagle po chleb.
A potem zajęła się niezwykle świątecznym zajęciem, jakim było robienie skrzydeł dla Maryśki-Anioła, który mówił jedną zwrotkę wierszyka.
Cztery godziny. Czemu anioły mają tyle piór???
Pięć sekund. Tyle czasu zajęło Maryśce mówienie wierszyka na "Choince" w przedszkolu.
Trzej królowie szybko przyniesli dary, nikt się nie pomylił, nudno było jak jasny gwint.
Niebieski szalik dali Dzieciątku.
I czapkę.
I żółty kubek.
I chleb w reklamówce biodegradalnej>
I sweterek.
Aż nagle Józef wygłaszając jakąś skomplikowaną kwestię kopnał w kubek.
-"O, kurna!" – ryknął w mikrofon i przestawienie nagle stało się bardzo udane.
A dzieci kaszlały jak najęte, bo przecież nawet chore dziecko ma prawo przyjść na rozdawanie prezentów i zarazić inne. Maryśka idzie więc jutro z Matką do lekarza, bo po trzech dniach kariery przedszkolnej zapewne odchoruje kolejnych dziesięć i zamiast stu złotych na cudowne leki "zamiast", Matka wyda trzy pięćdziesiąt na antybiotyk…
I tak sobie myśli, kiedy ona w końcu tę kapustę, mak, grzybki i śledziki…
No kiedy?
Oczywiście jak każda Matka Polka – w tak zwanym nieliteracko międzyczasie!
Czwartą nogą, piątą ręką i brodą.
Zdąży. Zdąży między jednym skrzeczeniem rzeczywistości, a drugim!
Jutro, pojutrze, albo w poniedziałek.
Bo w święta będą goście, a to czas najważniejszy.
Czas rozmowy i wspomnień.
Zapachu piernika, pomarańczy i kawy.
Tradycja.
I dla niej życie ma sens!

Menu wigilijne i kolor pomarańczy

Matka każdego dnia odkłada na później zakupy. A to pojedzie i dojdzie do wniosku, że pieczarki szlag jasny trafi. No bo czyż nie? Żadna przyzwoita pieczarka nie dotrwa do Wigilii. A to stwierdzi, że co tam – kupi teraz kapustę, a potem i tak bedzie musiała pojechać po rzeczy łatwopsujące się. No to jeździć dwa razy? W życiu!!!
I tak kończy się na tym, że Matka dzień przed Wigilią wysyła MiaUżona osiem razy do pobliskiego sklepu, bo a to czosnek nie został kupiony, a to bułka tarta, a to jakis inny drobiazg. Na nic listy zakupów, nie da się wszystkiego przewidzieć.
 najgorze jest to, że Matka w tym roku nie zrobiła jeszcze pierników, ale zrobi, zrobi. Ma przepis, z którego pierniki są jednakowe czy leżą tydzień, czy pół roku. I barwniki ma też, nabyte przez blogowa koleżankę, więc lukry będą kolorowe jak się patrzy.
-"A barszcz nastawisz?" – zapytał profilaktycznie Potwór i oblizał sie od ucha do ucha.
-"Nie barszcz, tylko kwas!" – zaprotestowała Matka. W czwartek nastawię.
Bo Matka jak barszcz, to tylko na własnym kwasie, znaczy się buraczkowym robi. Inne zycie, inny smak. Jak Matka widzi reklamy wigilijnego barszczu z kartonika, to flaki jej się wywracają na wszystkie strony. NIGDY!!!
-"A kapuste z grzybami zrobisz?" – Potwór znów sie oblizał zamaszyście.
-"I z grzybami, i drugą z grochem!" – kiwnęła głową Matka i dopisała zaraz suszone śliwki, żeby kapusta miała kolor. I jeszcze dopisała wielki gar, bo w starym wszystko sie przypala.
-" A rybki jakie będą?" – przed Matką wyrósł Potworek.
-"Takie jak zawsze – po grecku i smażony na chrupiąco jakis morszczuk czy mintaj" – odrzekła Matka, któa w kwestii Wigilii jest niemal nieprzemakalna. Robi taką, jaka zawsze była u niej w domu. Bez fajerwerków, ale za to z duszą. Taką, jak zawsze wszyscy u niej w domu jadali, odkąd pamięta. Była więc ryba po grecku świetnie doprawiona i morska ryba prosto z patelni, z trzeszcząca skórką. Matka próbowała robić rybę pod beszamelem, ale najczesciej nikt już na nią nie miałą miejsca, co nie znaczy, że jest niedobra. Przeciewnie, nie tylko dobrza, ale można ja zrobić duzo wczesniej i wsunąć tylko do gorącego piekarnika.
-"A u nas nigdy nie ma karpia" – zastanowił sie Potwór.
-"Bo nikt go nie lubi" – skwitowała sprawę Matka. 
A karp zajmował ongiś w domu małej Matki wannę co najmniej przez trzy dni. Pluł kawałkami kwiatków, którymi dokarmiała go Matka i okrutnie się panoszył. A tato Matki utłukiwał karpia i stale mawiał, że karp to ani ryba, ani mięso, ni pies, ni wydra. I wszyscy zuli karpia z niechęcią, aż trafiła się cholera, która czyhając w wannie skakała na Matkę Matki, kiedy ta wchodziła do łazienki.
-"Czemu moja foremka leży na klamce?" – spytała siedmioletnia mała Matka swojej Matki, gdy wróciła ze szkoły. Bo na drzwiach ustawiona była (zapewne z niejakim trudem) foremka do piasku z wizerunkiem ryby.
-"Karp na mnie skoczył" – odrzekła Matka Matki i od nastepnego roku karp ani jego temat nie powrócił. Nikt ani za nim nie tęsknił, ani go specjalnie nie żałował, było za to bardziej ekologicznie!
-"A paszteciki do barszczyku będą?" – zaniepokoił się Potworek
-"Oczywiście!" – tu Matka wprowadziła innowację, bo do barszczu u niej w domu były uszka, ale z lenistwa woli paszteciki z grzybami na francuskim cieście.
-"I kompot?" – Potwory wzieło na gastronomię
-"I kompot z suszonych owoców, ma się rozumieć" – u Matki przy kompocie otwierało się prezenty.
-"A ciasto?" – tu padło pytanie problematyczne, bo u Matki w domu ciasta w Wigilię się NIE podawało. Nigdy, przenigdy. jak post, to nie ciasto.
-_"Będzie ciasto" – kiwnęła głową Matka – "Makowiec, orzechowe i coś tam jeszcze. I wcześniej będą też kluski z makiem"
-"Nie ruszę!" – Potworek złąpał się za paszczę.
Matka wie, że Potwory nie ruszą. Od trzech lat robi kluski z makiem, miodem, bakaliami i tak dalej, a Potwory za nic do ust tego wziąć nie chcą. Trudno, jest więcej dla Matki i MiaUżona!
-"I jeszcze bedą różne śledzie" – tu Matka już nie jada, ale kupuje, bo nie ma czasu na robienie. MiaUżon zje każde śledzie i tu Matka ma dobrze.
-" A jeszcze co będzie?" – zainteresował się Potworek
Matka wywróciłą oczami i pomyślała ciężko.
-"Chyba już wszystko?" – i doszła do wniosku, że tak.
A jak juz zjedzą, to po cichutku podejdzie do choinki, na której wisi kilkanaście bombek z jej domu. 
Były gładkie żółte, pomarańczowe, czerwone, granatowe i zielone. Kilka małych domków, Mikołaj i srebrna chmurka z dwiema wisienkami.
I po kryjomu, tak, jak za dawnych lat, przejrzy się w każdej.
I ja zawsze dojdzie do wniosku, że najkorzystniej wygląda świat w pomarańczowej…

Świąteczne porządki

Matka okropnie przebiegła jest. Zaplanowała sobie bowiem, że jak już wyśle Potwory do przybytków okołoszkolnoprzedszkolnych, to zabierze się za przedświąteczne porządki. Ma wolny czwartek i piątek – czasu jest w bród. Klasówki poczekają.
-"Oczywiście zamawiasz panią do sprzatania?" – zapytała  Matkę sąsiadka, która od zawsze korzysta z usług sprzątaczki, nawet kiedy w domu była córka w  wieku studenckim.
-" Nigdy w życiu!!!" – zaprotestowała Matka.
I póki jest na chodzie, to tak nie będzie.
Po pierwsze – Matka ma chałupę zapakowaną po sufit. Książki, farby, wszelakie bambetle. Horror vacui.
Tak, tak, "wywal to". Matka nie raz słyszała. Nie wywali. Tak ma. Pozostałość po dawnych czasach.
-"Czemu nie wystawisz na śmietnik tego płaszcza?" – pytała zawsze Matka swoją Matkę, przesuwając w szafie okropne bure płaszczydło, które Matka Matki sobie dała uszyć w ciężkich czasach i nie nosiła wcale, bo było od początku za kuse.
A Matka Matki przez ponad dwadzieścia lat odpowiadałą niezmiennie:
-"Wiesz, nie mogłabym, przecież to CZYSTA, ŻYWA WEŁNA…"
No to Matka ma też w domu czystą, żywą wełnę. Choć przyznać trzeba, że z szafy wywala regularnie, pakuje w wory i wystawia bez żalu. Ale wszelkie filiżanki, które stoją w kartonikach na strychu, bo nie mieszczą się w etażerce, stać będą dalej. Tony książek może nie, bo Matka sukcesywnie wspomaga okoliczne biblioteki beletrystyką, której nie zbiera.
Ale i tak nikogo obcego w ten gips nie wpuści!!!
-Po pierwsze – JEJ BAKTERIE SĄ Z NIĄ ZAPRZYJAŹNIONE i dla obcego mogą sie okazać zabójcze. Taka klątwa faraona.
-Po drugie – JEJ BAŁAGAN JEST PORZĄDKIEM KONTROLOWANYM i w wypadku posprzątania przez obcą osobę nastąpi totalna katastrofa.
-Po trzecie  i najgorsze – Matka jest święcie przeświadczona, że NIKT NIE POSPRZĄTA LEPIEJ OD NIEJ.
I tu jest pies pogrzebany.
To nie tak, że Matka szczoteczką do paznokci myje ściany w kuchni przed świętami (a kuzyn Matki tak). Matka te ściany co jakiś czas osobiście maluje, więc nie musi.
-"Umyłaś szafę na górze?" – spytał kuzyn ostatnio.
-"Nie umyłam, bo ja mam tam po prostu czysto" – odrzekła Matka, która może czyściochem nie jest, ale chlewu nie robi.
I sprzątanie na święta niczym sie u niej nie różni od normalnego, no, może nagromadzone jest w krótszym czasie.
-"Okna masz już pomyte?" – wydzwaniała kiedyś teściowa.
-"Nie mam jeszcze!"- odpowiadała Matka trzaskając drzwiczkami od piekarnika, mieszając jedną ręką kapustę z grzybami, wałkując ciasto na pierniki drugą, obtaczając rybę trzecią i trąc warzywa czwartą.
-"Jak to? Święta, a ty okien nie myjesz???" – oburzała się teściowa.
-"Mamo, na dworze jest śnieżyca, mam dostać zapalenia płuc?"- Matki gderanie teściowej od dawna już nie rusza – "Wolę postawić na stół niż siedzieć na głodnego przy umytych oknach!!!" – odpowiadała Matka i koniec, kropka. W Wigilię jest ciemno i nie widać szyb. Howgh!
-"A pościel już zmieniłaś na święta?" – teściowa świątecznie jest nie do dobicia. Matka się nie dziwi. Od dziewiętnastu lat, czyli cały małżeński staż, teściowa nadciąga w każde święta i jest. Jest i nic poza tym. Nie, no jeszcze jest i JE.
-"Zmieniłam trzy dni temu i robię to regularnie, niezależnie od świąt!" – odpaliła Matka.
-"Ale to NA ŚWIĘTA trzeba zmienić" – teściowa Matki to mantruje i nawet o tym chyba nie wie.
No straszne. Matka teraz musi pamiętać, żeby powiedzieć pościeli, że jest zmieniana na święta. Może pościel w Wigilię odezwie sie ludzkim głosem?
Wracając do dzisiejszego dnia, bo Matka rzecz jasna wpadła w dygresję, choć nie ukrywa, że zrzuciła z wątroby i zaraz zrobiło jej się lepiej. Matce, nie watrobie, choć jakby sie zastanowić, to może przejemność była obopólna…
-"Odwiozę je, jak wstaną!" – rzucił MiaUżon wstając z łóżka.
-"No to super, będę miała więcej czasu!" – Matka już miała się ucieszyć, kiedy poczuła, że w oko ktoś jej wbija miecz i wyciąga go lewym uchem.-"Matko, mo-ja gło-wa!!!"
Bo Matka Matki miała koszmarne wręcz migreny od młodości. A Matka nie. Ale chyba do czasu. Może nie tak okropne, ale bez cienia wątpliwości trzydniowe i mdlące, opierające się wszelkim normalnym przeciwbólowaczom.
-"Jak się wezmę za robotę, to przejdzie!" – pomyślała resztką sił Matka i przesunęłą rękojeść miecza, żeby jej nie uciskała ucha.
"A ja będę aniołem i masz mi kupić skrzydła i sukięłkę komunijną!!!" – zapiszczało coś Matce do ucha fortissimo, zapaliło światło, wyjęło miecz z oka i wsadziło z powrotem.
-"Matko, niech ona się ubiera i zgasi mi tę lampę!!!" – zawyła Matka, której walił się cały plan, ale jeszcze nie do końca. Wszak cóż to jest ból głowy!
Potworek odpłynął do łazienki.
"Skrzydła mogą być pierzaste i z bibuły!!!" – wyciągnął znów miecz, zaświecił światłem i zagrzebał Matce ostrzem w głowie. – "Ekhe, khe, khe, khe!!!" – zarzęził z głębi duszy.
Matka siadła natychmiast.
-"Ja skrzydeł nie widzę, ale wizytę u lekarza jak najbardziej!" – zarządziła, wyjęła oręż z głowy i przytroczyła do pasa.
Nie będzie opisywać szczegółowo, co było dalej. Maryśka zalała się łzami, wyła, ryczała, smarkała, kasłała i tak dalej.
Były u lekarza. Po trzydniowym rekonesansie w przedszkolu szykują się upojne, kolejne dwa tygodnie w domu.  Stówka na leki. Chyba nawet Matkę minie pożyczanie sukienki komunijnej i robienie skrzydeł.
A sprzątanie?
JAKIE sprzątanie?
Niech poczeka. Ze dwa dni. Matka zdąży.
Wszak okna ma umyte MiaUżonem tydzień temu.
Na podłodze jeszcze jest pełno opiłków i tłuczonego szkła – szanowny ślubny mył, rzucając tonącej w klasówkach Matce złowieszcze spojrzenia posypane wyżej wymienionymi ingrediencjami.
Się odkurzy.
Matka podąża tymczasem pakować w wory za małe ubrania Potworka. I setki zabawek do Domu Dziecka.
Bo w liście do Mikołaja Maryśka nasmarowała:
"I niech rodzice złożą mi w końcu te meble z dużym łóżkiem, co je kupili we wrześniu i leżą w paczkach w ich sypialni..."

Nowości wydawnicze

Matka wpadła na chwilę domu po szkole, a przed odebraniem Potworów z przybytków szkolno-przedszkolnych. Siedzi nad kawą i spogląda co i rusz na zegar, który ma przed oczami. Zegar świeci się na panelu piekarnika!
Bo by pan naprawiacz i w ciagu pięciu minut naprawił piekarnik za złotych polskich 120. Co było? Nie, nie panel sterowania. Czujnik temperatury. ten sam, za spradzenie którego wziął od Matki pieniądze poprzedni, miejscowy naprawca-oprawca i orzekł, że jest dobry.
-"Co pani tak patrzy na ten czujnik?" – spytał pan szybko skręcając kuchnię, włączając, macając i wyłączając, bo było OK.
A Matka spoglądała sobie na część, która wyglądała jak dziesięciocentymetrowy drut i zastanawiała się, czy to brzydko wyobrażać sobie wtykanie jej gdzieś poprzedniemu naprawiaczowi. Pół roku bez piekarnika!!!
I groza wiejąca z każdej dziury, że do barszczu nie będzie pasztecików!
Że makowiec trzeba bedzie kupić.
I pierniczki.
I miast karkóweczki i pumperniklowego indyka bedą schaboszczaki z patelni. Brr!
I jeszcze całe, całe mnóstwo rzeczy, które piekarnik z pomocą Matki wytwarza.
Ale już po strachu 🙂
Matka pomału robi więc zakupy, ale jeszcze troszkę, jeszcze chwilkę, bo nie starczy jej miejsca w zamrażarce. Bo Matka wszelkie morszczuki i mintaje kupuje znacznie wcześniej i wrzuca w czeluść zamrażarkową, zaś resztę wyciepuje na balkon, czyli dwa ogromne wory kiszonej kapusty na przykład. Bo Matka kapustę z grzybami celebruje niczym jej ciotka Gienia spod Poznania, któa była absolutną mistrzynią w tym względzie. I jeszcze robi kapustę z grzybami, której szczęśliwie nikt nie lubi poza Matką. Zresztą Potwory jak to dzieci – potrawy wigilijne wydłużają im zęby nieprawdopodobnie. Co prawda co roku jest lepiej, ale i tak bez rewelacji.
Matka dwa lata temu wprowadziła do domu nową potrawę, znaną i lubianą w reszcie Polski – kluski z makiem. I robi pyszne, własnoręczne, z miodkiem, makiem, skórką pomarańczową i wszelkimi innymi dobrociami.
A Potwory?
Uciekają jak najdalej!
Kluski zżerają goście, oblizując się naokoło głowy.
I niech będzie.
Za to klikanaście dni temu Maryśce zaskoczyła w głowie klapka i pomału zaczęła łączyć litery, uszczęsliwiając domowników lekturą czegobądź.
-"K……..O………..T" – tu z uszu Maryśki dobywał się gryzący dym świadczący o mocnym przegrzaniu zwoików, a oczy grzechotały złowieszczo – "KOT!!!" – ryczało wreszcie dziecię radośnie, a Matce wypadało wszystko z rąk.
Jak sie wkrótce okazało – do czytania nadaje się wszystko. Matka nic nie mówi – katowała swoich rodziców czytaniem neonów na sklepach i przepisów Kalkowskiego w Przekroju.
-"P…." – wystękał Potworek w swoim foteliku na tylnym siedzeniu.
-"P – co?" – zapytała Matka, choć padała na pysk, bo miała sześć lekcji i cały bagaznik zakupów – w tym przemycane prezenty.
-"P………" – znów wystękał Potworek i wyraźnie mu nie szło. Widać wyraz miał więcej niż trzy litery i nie był Olą, Alą, Asem, kotem i tak dalej.
-"Może pies?" – pomogła Matka.
-"E!" – zaprotestował Potworek -"Jakoś dłużej. I tam jest O. I jeszcze widzę A"
Matce nic nie przychodziło do głowy na "P". Aż wreszcie! Nie pomyślała, że Maryśka jest romantyczna.
-"Poezja!!!" – rozmarzyła się, skręcając pod dom.
Potworek zakurzył całe tylne siedzenie dymem.
-"Nieee… PA-RA-GON…"

 

Życzenia dla Mikołaja

Matka siedzi na strychu i patrzy na skończony obraz. Komisja nadciagnęła, obraz obejrzała jeżdżąc nosem po powierzchni, pocmokała, spisała tony papierów i oddaliła się z warkotem. Teraz Matka co chwila sprawdza czy jej konto wychodzi z depresji i ma nadzieję, że tak sie stanie, zanim sama w nią wpadnie.
No bo jak zapełnić pustą przestrzeń pod choinką?
-"Napisałyście już listy do świętego Mikołaja?" – zainteresował się MiaUżon.
-"Oczywiście!" – prychnął Potwór i przybrał minę Sfinksa.
-"Janeczka napisała też za mnie!!!" – pisnął Potworek i starając sie naśladować starszą siostrę stawał się na przemian Hydrą, Gorgoną, Cyklopem i żoną Lota. Sfinks jakoś jej nie wychodził?
-"A co tam jest w tym liście?" – zapytała chytrze Matka trzymając się na wszelki wypadek za miejsce w spodniach, w którym powinna być kieszeń, ale nie można tego wymagać przecież od domowego polaru.
-"Oj!" – Maryśka wywróciła oczami -"Dużo. Mikołaj chyba zbankrutuje!!!"
Matka nie wątpi. Listy do Mikołaja, o ile w ogóle trafiają do rąk rodzicieli, są starannie weryfikowane, wykreślane jest 95% pomysłów uważanych przez ogół społeczeństwa, reprezentowany przez Matkę, za szalone. A Potwory na szczęście zapominają, co napisały.
Tym razem jednak ani Matka, ani MiaUżon listu nie znaleźli. Matka nie ukrywa, że sukcesywnie coś nabywa drogą kupna, żeby w okresie przedświątecznym nie strzelić sobie w łeb i w zasadzie główne prezenty już ma. Łącznie z tymi dla siebie.
Czy Matka choć RAZ W ŻYCIU  doczeka się prezentu zupełnie niespodziewanego???
-"Co chcesz w tym roku?" – słyszy co 365 dni i wszystkie noże w szufladzie  natychmiast jej rdzewieją.
-"Święty spokój!" – odpowiada i MiaUżon się obraża.
W tym roku Matka wie, co dostanie. 
Telefon komórkowy. Bo co dwa lata ma wymianę na taki za złotówkę, albo za 69 złotych na przykład. I MiaUżon radośnie wkłada go pod choinkę, czytając przez pół Wigilii instrukcję i brzęcząc dzwonkami. Matka kiedyś go zamorduje w tym pięknym dniu zanim MiaUżon zdąży odezwać się ludzkim głosem!!!
I jeszcze dostanie grawerkę Dremela, bo oczywiście jest babą, którą cieszą takie – jakże kobiece- urządzenia. Sama sobie ją zamówiła na Allegro, a MiaUżon nadludzkim wysiłkiem odbierze to w punkcie, w Matki metropolii.
A święta będą jakie będą – dziś przybywa kolejny naprawiacz do Matki piekarnika, zepsutego od lipca. Matka przygotowała już utarg z tygodnia pracy na rusztowaniu i nie jest pewna, czy jej starczy. I czy pan przybędzie. I czy naprawi.
Bo jak Matka doniesie o świątecznych wypiekach?
Jak zrobi pierniczki przed czasem?
A póki co wraca do swojego hobby, czyli robienia świątecznej biżuterii, bo to ostatni dzwonek.
A potem czekają na nią zupełnie nieświąteczne klasówki w liczbie )na razie) 240 sztuk.
I lista spraw do załatwienia na święta, któa może się dramatycznie skrócić, jeśli nie będzie piekarnika…
Trzymajcie kciuki więc za naprawiacza – od niego w tym roku zależy Boże Narodzenie!