Potworek na idola

Matka przygotowywała dziś Maryśce kąpiel i przez szum wody usłyszała, że Potworek w pokoju coś sobie dziwnego bardzo śpiewa.

Nie było to do niczego podobne, oczywiście, jak zwykle zresztą, ale szalenie ciekawe.

Matka przykręciła wodę i nadstawiła uszu. Z pokoju dobiegały słowa:

„Snoł, snoł, snoł, guj, guj, guj!

snoł, snoł, snoł, guj, guj, guj!”


Matka nie wytrzymała, wylazła z łazienki i zapytała Potworka:

„Kochana! A powiedz mamie, o czym też ty śpiewasz?”

Maryśka spojrzała na Matkę wzrokiem rozbawionego pająka, którego mucha pyta, co zamierza z nią zrobić.

„No coś ty, mama! Nie wies? To jest piosejka o indyku na śniegu!!!”

List.c.d.

Na czym Matka skończyła?

Aha , na tym, że padła.

Bo zajrzała do listu ze wzrokiem: Powiedzcie-mi-no-tu-czego-ode-mnie-znowu-chcecie, a tu czyta, że ksiądz taki a taki był za granicą i widział pracę Matki.
Obraz, który Matka konserwowała, znaczy się.

Obraz znaczący ogromnie dla kultu, przy którym to obrazie Matka miała zaszczyt i przyjemność pracować.

No to Matka w popłoch wpadła, że przyszedł do kościoła jakiś oszołom i rzucił butelką z kwasem.

Albo, że pociął obraz brzytwą na makaron.

Albo co gorsza, obraz pofałdował się i obwisł jak pelargonia…

Albo, matko jedyna, ukradli!!!

Ale nie. Uffff…

Księdzu się podobało.

Widział też kopię obrazu, malowaną przez Matkę.

I chciałby porozmawiać, czy Matka nie namaluje takiego obrazu dla jego Parafii. Bo to dokładniutko TO wezwanie.

Matka zadzwoniła.

Będzie malować!

A pół godziny później zadzwonił inny ksiądz, z zupełnie innej części Polski i też poprosił o obraz.

A obrazy będą wielkie.

220cm wysokości…

Przypadek?

Opatrzność?

Matka nie wie, ale może to znak, że coś się odwróciło?

Bo ostatnio na bloxowisku smutki się odwracają.

I Matka życzy tego wszystkim.

List tajemniczy

Matka ostatnimi czasy to nie jest w najlepszej kondycji. Wiecie zresztą.

Mandat, kłopoty z panienkami w wynajmowanym mieszkaniu, psycholog dla Janeczki a może raczej dla rodziców…

Do tego jeszcze parę innych rzeczy, będących gwoździem do trumny albo gwoździem programu, którymi głowy zawracać Wam nie chcę i nie umiem.

I obrazy kończą się malować a wtedy to człowieka ssie takie coś niewypowiedziane i łaskoczące. Niepewność taka nieprzyjemna. Brrr!

Matka nie wytrzymała i pojęczała do Całkiem Najwyższej Instancji.

Bo wpadła w dygot ogólny a wtedy nienajlepiej się jeździ samochodem. Na przykład.

Matka pomyślała sobie, że na wekendowym kursie trochę odetchnie. Bo tam galopują i nie ma czasu pomyśleć, jak się człowiek nazywa. I tak powinno być.

A tu Matka wychodzi a ze skrzynki na listy wystaje jakaś reklama. No to Matka cap ją za frak, wsadziła do torby i biegnie do samochodu.


Na zajęciach Matka wyciągnęła zeszyt i oczywiście bach – wszystko leci.Reklama jedna, druga i list.

Matka upchnęła to w torbie, ale serce podchodziło jej do gardła, bo na tym liście to nabazgrane okropnie urzędowo było. Urzędowo – to znaczy jedno i drugie nazwisko Matki oraz pieczątka jakiejśtam instytucji…

„Znowu masz bajzel w papierach” – powie MiaUżon na pewno.

„Ale ja mam bajzel kontrolowany!” – odpowie Matka i się pożrą, bo i tak ona wyjaśnia wszystko po urzędach.

Matka kombinowała więc co za cholera. Czy ZUS, czy US czy Policja. Może Matkę też namierzyli i cyknęli zdjęcie?

„A widzisz? I kto tu szybko jeździ?” – powie zaraz MiaUżon.

E, nie powie, bo na pieczątkę Policji to Matka się ostatnio napatrzyła, jak obniuchiwała mandat MiaUżona.

To nie było to!

Bo tymi innymi to Matka się za bardzo nie przejmuje. Zawsze ma wszystko w porządeczku, tylko instytucje gubią papiery Matki i każą jej udowadniać, że istnieje.

No i nijak Matka do tego listu dostać się nie mogła, bo pan łykający galopował z tematem i rozdał jeszcze tematy na jakąś kolejną pracę pisemną.

„I żebyscie państwo mi przypisy zrobili! I odręcznie nie przyjmuję! I proszę wyjustować tekst!” – pokrzykiwał pan

Matce to się nawet wydawało, że jak ktoś już skończył studia to to normalne jest, ale połowa grupy siedziała z wielkimi oczami.

Wyjustowali się.

A Matka nic, tylko o tym liście myślała.

W końcu nie wytrzymała i zajrzała.

I padła.

I c.d.n.

Szkoła i szkoła

Niedziela święta a Matka znowu na kursie.

Tym razem budziła się osiem razy w nocy i sprawdzała, czy Maryśka nie przestawiła jej budzika.

Jak już wieczorem było dobrze, to raczej w nocy nie było szans, żeby się coś zmieniło, ale kto tam Potworka wie?

Bo Janeczki to nic nie rusza. Śpi do rana jak kamień.

Rano za to czujna jest niesłychanie. Oczywiście tak, jak każde porządne dziecko: w dni powszednie końmi nie ściagniesz, za to w soboty, niedziele i inne święta niezniesione od wczesnego ranka szczygiełek.

Niestety MiaUżona należy wtedy krótkim ruchem przyporządkować do nielotów. Może być kiwi, może być drop a najlepiej pingwin królewski – biorąc pod uwagę wielkość i szybkość.

MiaUżon rankami światecznymi jest NIE do ruszenia.

A Janeczka nas zabawia od ciemnej nocy i czyha tylko, kiedy Matka pójdzie do łazienki, żeby zająć jej miejsce i gruchnąć się koło Tatulka.

Matka tymczasem załatwia łba mycie i wszelkie inne takie tam, ubiera się, zjada i pędzi na kurs.

Dziś jednak Janeczka miast zapaść w sen twardy koło ojca, próbowała Matkę wypytać na okoliczność studiowania.

Odwróciła się łaskawie, otworzyła jedną klapę i spytała:

„A u ciebie, mamo w tej szkole to są dzwonki?”

Matka obśmiała się jak norka.

„Dzwonki? No pewnie, że nie. My robimy przerwy wtedy, kiedy sami czujemy potrzebę.”

„Ahaaaaaa” – mruknęła zawiedziona Janeczka.

„To wiesz ty co, mamo?” – wymamrotała ostatkiem przytomności – „ty to w ogóle nie wiesz CO-TO-JEST-SZKOŁA!”

Pędem

Matka dziś wszystko na jednej nodze. Robi.

Wstała rano elegancko i zaczęła się szykować na kurs. Tak jeje dobrze szło…

Aż zobaczyła, że Potworek przestawił jej budzik trzy kwadranse do tyłu. Makabra! Bo zobaczyła za późno! Czemu zawsze w tę nie właściwą stronę przestawia? Pewnie tak lepiej kręcić…

Potem Matka pognała na kurs. Kupiła jednak najpierw Gazetę.

pędząc przez most łypnęła, czy jest Holly, no bo w końcu PO TO kupiła. Była. No to OK.

Pokursowała. Szybko pisać dziś trzeba było.

Na przerwie umówiła się z Matsą w McSzczurach. Kupiły zestawy dziecięce, żeby Potwory nie pobiły się o maskotki. Oglądnęły i obczytały Holly.
<BRHolly jest dokładniusio taka, jak sobie Matka wyobrażała.

Tylko zdjęcie dali malutkie a Matka sobie naszykowła wielką dziurę nad komputerem. To nic!

Zawsze można wtrynić Holly w passe-partout.

Bardzo ciemne.

Będzie świetnie pasowało do Jej oczu.

Potem Matka wlała w siebie kawę, którą na wyraźne przygniecenie pana McDonalda przez Matsę, wydano Matce do zestawu dziecięcego.

Wrzuciła frytki. I bułę.

I pognała na zajęcia.

Wczesniej sprawdziła, czy aby nad stolikiem nie ma czujnika dymu i zraszacza.

Bo kursantom to powinni dodawać do zestawu Famidynę…

Rozkład jazdy,

Matka teraz leci wymyć odkurzacz paskudny, co to Matka z niego nie wylewa wody przez tydzień i ona kwitnie sobie w piwnicy…

Potem bach, bach, zakurzy chałupę, na szmacie to już się wieczorem przejedzie.

Zagotuje wodę, wleje w siebie drugą dopiero kawę, zaleje kwasek cytrynowy i sposobem mattkowopolkowym najlepszym, przeleci nim łazienkę na błysk dziki. Bo nie ma lepszego i szybszego sposobu!

W międzyczasie zapoda Maryśce i Teściowej obiad. Sama tez może cos wrzuci na ruszt?

Wyszykuje się do szkoły.

Podszkoli się z panem co łyka, zresztą.

Wróci, ciasto drożdzowe szybko machnie na jutrzejsze przyjście kuzyneczki z Holandii

Pomodli się, żeby kuzyneczka nie chciała z osobami towarzyszącymi w liczbie pięciu zostać na kolacji, bo Matka nie zdąży nic zrobić…

No to fruuuu…

Matka bierze rurę od odkurzacza i odlatuje…

O mattko, nie! Jeszcze po Janeczkę do szkoły i ze szkoły!

Ha! No to Matka jeszcze dzwoni i gwałci w tej kwestii MiaUżona.

Chyba mu koronka z zęba nie spadnie, co?

Nie spadnie, bo nie ma…

Kod

Matka załatwiła zakupy w śmierdzącym hipermarkecie. Idzie dziś do szkoły i jutro, i pojutrze, więc nie było wyjścia. Nie pojechałaby w ogóle, gdyby nie kupon z ponaklejanymi Mikołajami, wart 75 złotych, który trzeba zrealizować do niedzieli.

Matka naostrzyła sobie zęby i postanowiła, że kupi za to coś dla SIEBIE na poprawę nastroju. Matka takiego zwyczaju nie ma a czasem pewnie przydałoby się.

Kiedyś Matka miała, ale odkąd są Potwory, to wydaje jej się, że jak coś kupi, to kosztem dzieci. Więc kupuje Potworom. Albo MiaUżonowi.

To jest takie COŚ zakodowane, że szkoda gadać.

No i jak już pojechała do tego sklepu i pojeździła biegiem między półkami, nawrzucała jajek, papierowych ręczników, soków i dżemów, i co tam jeszcze, to brakowało jej do wykorzystania tego kuponu tyle, że ho, ho.

Zęby lekko już zdążyły się Matce stępić przez ten galop, więc naostrzyła je dodatkowo na słupie z czytnikiem do cen.

No i kupiła SOBIE…

Kupiła…

Kupiła…

Dwie ładne weekendowe koszule dla MiaUżona…

No już tylko nic Matce nie mówcie…

PatyczAki

Janeczka wczoraj rano przypomniała Matce, że nie ma patyczaków.

Matce to wtedy wypada wszystko z rąk. Bo rano to już nic załatwić się nie da. Żaden sklep papierniczy nie czeka na Matkę o 7.40!

Matka pojechała więc po patyczki (choć Janeczka z uporem twierdzi, że są patyczakami) przed odebraniem Janeczki ze szkoły.

Weszła do sklepu i zapytała panią, czy są. Tylko, że Matce świtało coś, że trzydzieści lat temu to mówiło się na nie liczmany…

Chyba jednak nie, bo pani wyciagnęła jakieś tekturowe lizaki z wielkimi cyframi a Matka wywaliła gały.

„E-e” – pokręciła głową – „nie takie. Takie patyczki chude kolorowe miały być”

Pani wzniosła z obrzydzeniem oczy do góry.

„To trzeba było ZARAZ mówić, ze patyczki. Mam je w INNYM miejscu”

I wyciagnęła przejrzyste pudełeczko -z tureckimi zresztą – patyczkami.

Matka się bardzo a bardzo ucieszyła i pani wydrukowała paragon. A potem Matka zajrzała do portfelika – a tam skórka i wyściółka. Pałęta się jeden lit (którego Matka wtrynia w koszyki) i 5 centów litewskich. I jeszcze jakieś miedziane dwadzieścia. Bo Matka tak ma, że walutę z kilku lat nosi w portfelu.

Ale złotówek to tam nie ma.

A pani twardo trzyma paragon na 1 złoty 50 groszy!

Matka zatrzepotała oczętami i zapytała z mina Osła w Shreku:

„A czy przyjmujecie państwo kartę…?”

Przyjmowali.

Matka tylko starała się nie zamykać oczu, bo od razu widziała siebie jak leci, wywalona potężnym kopem Pani, przez drzwi, z miedzylądowaniem w kałuży…

Sąsiad

Wczoraj wieczorem ktoś zadzwonił do furtki. Ciemno było, deszcz lał a Matka własnie żarła bułkę z serem, bo była siódma godzina. Potwory patrzyły w dobranockę – słowem kilkanascie błogosławionych minut.

Jak widać – nic bardziej mylnego.

Matka otworzyła drzwi, patrzy, sąsiad stoi.

Sąsiad ma istotną i palącą potrzebę, bowiem zszedł w Sylwestra do piwnicy po grzybki i zobaczył, że w piwnicy poziom podniósł mu się o pół metra. I nie była to woda…

MiaUżon miał mu dać namiary na dwóch hydraulików, posiadających sprężynę elektryczną, taki rodzaj czołgu, co przepycha rury kanalizacyjne, łączące dom z uliczną studzienką.

Matka wpuściła więc sąsiada i popędziła kilka stopni w górę, na parter, bo Maryska oczywiście pojawiła się jak duch i dawaj schodzić.

Przytrzymała więc Matka Potworka a sąsiad nachylił się, żeby zzuć buty.

Matka okrutnie tego nie lubi i zawsze protestuje, bo dom ma normalny i podłogę kamienną, ale tym razem sąsiad był ubłocony, jak nieszczęście. Matka mimo to nic nie rzekła.

Właściwie to nawet chciała i otworzyła paszczę, ale rozległo się z niej piszczenie:

„Ajesz pjosze, pjosze! Nie cieba sciomgać bucikóff. Pjosimy pana somsiadu na góje!”

I Matka zamknęła paszczę. No bo po co się wietrzyć?

A Potworek zadowolony przyholował pana sąsiada do stołu.

No i dziś wieczorem Matka polata sobie na mopie…

Rozmowa kontrolowana

Wczoraj szukałam czegoś na strychu z MiaUżonem. Niespecjalnie nam szło, więc Maryśka, znudzona czekaniem wlazła na górę.

Zrobiłam barykadę, żeby nie rozmazała mokrego obrazka, ale nie była potrzebna. Potworek zajął się papierami koło fotela. Studiował zawzięcie foldery reklamowe samochodów, Stare Komputer Światy, Moje Gotowanie i Dziecko.

Po dłuższej chwili zaczął udawać, że dzwoni. Telefonem może być wszystko. Zepsuty Pikachu, klocek – nieważne.

„Wujek Stasio? No ceść! Co jobis? Taaak? No coś ty!!! No to pa!”

Jaki wujek Stasio? Nie mamy żadnego wujka Stasia…

Nieważne!

Maryśka była zajęta i przeprowadzała coraz to inne rozmowy.

Jedne bardziej intymne, inne mniej.

Kulturalnie, z powitaniem i pożegnaniem, i zainteresowaniem losami danej osoby w środku konwersacji.

Gadała tak z 15 minut.

Zadowolona z siebie była nad wyraz.

My też.

Dopóki nie zobaczyliśmy, że wlazła na poręcz fotela i to wszystko nadaje przez- czynny oczywiście – domofon…