Wczoraj wieczorem MiaUżon zszedł po coś do garażu. Garaż, ze względu na szczupłość działki mamy, że tak powiem, w piwnicy, więc jak coś się w nim dzieje, to jest to dla nas ważne.
Z garażu doszły mnie wrzaski miaUżonka. Siedziałyśmy z Maryśką i oglądałyśmy Teleekspress, żadne hałasy nie były w stanie nas ruszyć.
MiaUżon próbował przebić się przez Orłosia, psiakość, udawało mu się.
„Nastaw łapkę!” – mówię
„Nie!!!To coś innego!”
Przygnębiło mnie to lekko
„Takiej na szczury nie ma” -wołam – „nigdy nie było szczurów! Kup trutkę!”.
Cholera, nie usłyszałam, co Wrona mówił.
Z garażu dochodził rumor, jak nie wiem co.
„Pocionk poichał!” – powiedziała Maryśka – „idziemy tatusia?”.
Poszłyśmy.
„No co tam masz?” – zapytałam uprzejmie.
„Nie wiem” – on na to – „okropnie długie, schowało się za deski”
„A jakie długie?” – zaniepokoiłam się nie na żarty.
„A o, takie” – pokazał mi wielkość małej płoteczki.
„Dżdżownica” -zawyrokowałam.
„E tam, dzdżownica, szybciej szło.Wlazło tu, zaraz to odsunę te dechy.”
Maryśka cały czas ładowała się z przodu, żeby „To” zobaczyć. Spacyfikowałam ją a MiaUżon działał.
Po paru minutach teren był oczyszczony i ze szpary wypełzł jakis pyton. Rozwinął swoje walory, których było około pół metra i zasyczał.
„To chyba nie żmija?!”-zatrwożył się miaUżon – „ma zygzaki?”
„A ty myślisz, że żmija wie, że powinna mieć zygzaki? Zwłaszcza w ciemnym garażu?”
Wzięlismy szczotkę, zeby zachęcić żmijopytona do opuszczenia naszej posiadłości. Nie chciał. Zadomowił się, gad jeden.
„Wezmę szufelkę” – mówi miaUżon – „myślisz, że on ma zęby?”
„Nie, no wcale!” – ja na to.
Co było robić? Wsadziliśmy jakoś pytona na szufelkę i wynieśliśmy do lasu. To znaczy ja z Maryśką zostałam, bo ta koniecznie chciała odprowadzić zwierzątko.
Wieczorem wyciągnęłam encyklopedię.
Szarozielony, dwie żółte plamy z tyłu głowy.
Zaskroniec.