Przyśnił mi się dzisiaj nasz stary samochód. Nie wiem czemu, tak bez powodu.
A był to pojazd taki, że ho, ho. Tato kupił go w 1974 roku. Fiat 125p, na włoskiej licencji, jeden z pierwszych egzemplarzy o pojemności 1500. Wersja zwana przejściówką, czyli tablica rozdzielcza jeszcze w kolorze nadwozia i pionowe światełka z tyłu. Ale drążek zmiany biegów już w podłodze. Co to była za bryka! Ojciec o nią dbał, w zimę rozkładał na części pierwsze. Wyglądała szaleńczo, mimo ośmiu lat. Potem Ojca zabrakło, nam został samochód. Pucowałam go jak mogłam, ale nigdy juz taki czysty nie był, jak za Ojca. Mieliśmy go 18lat i sprzedaliśmy. Pojeździł jeszcze trochę!
Ale ja nie o tym. Przypomniała mi sie mianowicie śmieszna historia w związku z fiacikiem…
W roku bodajże 1989 udaliśmy się na wieś, na komunię do siostrzeńca mojego, wtedy jeszcze narzeczonego a za niedługo MiaUżona.
Jak to na wsi, ludzi przybyło w cięzki pysk, więc szwagierka zrobiła imprezę w garażach, balony, stoły w podkowę, te rzeczy. Zaczęli zjeżdżać się goście, pojęcia bladego nie miałam kto. Rozpoczęła sie więc giełda prezentów, kto przywiózł lepszy i droższy, no makabra. Równolegle z giełdą podarków odbywała się druga: kto czym przyjechał.
Wszyscy zaparkowali bowiem na podwórzu, czyli tuż pod stołami komunijnymi. Samochodów było ze dwadzieścia, a że niepodlegli byliśmy od roku, więc i asortyment poprawił się. Drzewiej ludzie przyjeżdżali maluchami a tymczasem podwórze zastawione było hyundaiami pony (krzyk tamtejszej mody), daihatsu szaradami, fordami escortami, VW passatami i Golfami. Goście podpatrywali kto czym przyjechał, nie podchodzili, Boże broń, bo przecież nie będą się czyimś samochodem interesować, na pewno ukradł, cholera jedna.
Całe towarzystwo siedziało więc, siorbiąc rosół, zzieleniałe i o niczym innym nie myślało.
Nagle, co nie było niczym dziwnym i nikogo nie zainteresowało, zza zakrętu wyszła kura. U szwagierki swojego czasu kur było od ciężkiej cholery, z setka pewnie, w tym około 70 kogutów, bo machnęli się w kurczakowni i szwagierce źle sptrzedali. Na podwórku cały czas latały pióra, bo koguty walczyły o nieliczne kury, więc szwagierka wywalała je za oborę, tam była kupa gnoju, świetny punkt obserwacyjny dla wodza koguciego.
Znowu dygresja mnie zgubiła. No więc wlazła kura na podwórko. Po chwili przybiegła druga. Trzecia. Czwarta. Pierwsza pobiegła pod kupę gnoju. Za moment na podwórko wali z trzydzieści kur. Za nimi nogi urywa kilkadziesiąt kaczek. Znowu czterdzieści kur. Kaczki. Hałas, jak cholera a tu impreza poważna. Powłaziły te żywioły wszelkie między samochody, tłuką się, przepychają.
Goście odłożyli łyżki, coś się dzieje!
Ktoś poszedł zobaczyć, w międzyczasie stratowało go pędzące stado kaczek pekińskich.
Nie wytrzymałam, polazłam. I co widzę?
Nagle zapadła cisza, cały inwentarz skupił sie wokół jednego samochodu. W ogóle nie zwracają uwagi na inne…
Kury stoją jak zamurowane, po chwili dopychają się następne, potem kaczki i znowu kury.Dwie bite godziny nikt ich nie mógł stamtąd ruszyć!
Jak myślicie, który samochód najbardziej im się podobał???
Tak, fiacik Matki Polki! Bo bryczka w tej wersji miała chromowane zderzaki i kapsle na koła!
I ptactwo miało okazję po raz pierwszy przejrzeć się w lustrze. Co z tego, że „lekko” wygiętym…