Teraz to pranie nudne jest…
Matka wkłada rzeczy do pralki, sypie odpowiedni proszek, wlewa coś tam jeszcze, żeby pachniało, plamy zlazły i oślepiało bielą – i tak się robi.
Nie to, co kiedyś…
U Matki w domu pojawiła się pralka automatyczna. Pierwszy możliwy Polar, taki ze światełkami w metalowej obudowie i chromowanym pokrętłem. Matka była w starszakach, więc musiał być rok chyba 1972…
Najpierw rodzice trzy dni chodzili naokoło pralki i kombinowali. Może jednak Franię z wyżymaczką przyniesć?
W końcu kupili proszek. Wtedy były dwa możliwe – BIO i Pollena.
Zadzwonili po znajomego pana Jurka. Tak na wszelki wypadek. Przybył z odsieczą i ręcznikiem. Dorzucił ręcznik do prania, żeby miec namacalny dowód, że się jednak pierze.
Matka Matki nastawiła pranie zgodnie z instrukcją, która zawsze leżała potem na pralce, bo to przecież szczyt automatyki polskiej był.
Znajomy zasiadł na wannie i nie ruszył się stamtąd przez dwie godziny, aż pralka odwirowała.
-„Oooooo! Jest! Jest!” – ryczał radośnie pan Jureczek za każdym razem, kiedy migał mu w polu widzenia jego ręcznik.
Pralka więc prała. I to jak prała!
Ojciec Matki mawiał, że jest szalenie interesująco, bo nigdy nie wie, w jakim kolorze będzie chodził…
Za każdym razem bowiem, kiedy Matka Matki nastawiała białe pranie, wychodziło ono w innym odcieniu.
Zawdzięczaliśmy to ówczesnej technologii proszkowej. Biała podkoszulka biała była jedynie do pierwszego prania. Najczęstszym uzyskiwanym kolorem był żółty.
Ale niekoniecznie. Bywało, że chodziliśmy w bieliźnie sinej, fioletowawej lub szarej. A zależało to od proszku i ewentualnych wtrętów. Bo jak się zaplątała jakaś skarpetka a Matka Matki wygotowała towarzystwo to umarł w butach…
Matka poszła raz do Siostry Matki w odwiedziny. Siostra Matki bywała w tamtych czasach na zagranicznych, dolarowych wycieczkach i przywoziła stamtąd rzeczy takie, że mózg stawał.
Mała Matka weszła – a tam Ciotka siedzi i ma łzy w oczach. Na korytarzu, na sznurku wisi pranie.
-„Co się stało, ciociu?” – zapytała wystraszona Matka
-„Zobacz, zobacz” – zachlipała ciotka-” Przywiozłam Leszkowi z Włoch taką piękną firmową koszulkę Pumy…”
Matka z ciekawością się rozejrzała. Na sznurku wisiała porażająco piękna, seledynowa koszulka z pumą i napisem. Kolor nieprawdopodobny w komunistycznej szarzyźnie połowy lat siedemdziesiątych.
-„O matko, jaki piekny, zielony kolor!” – jęknęła mała Matka
-„No właśnie!” – zalała się łzami Ciotka – ” co ja powiem Leszkowi? Przed praniem była cudownie błękitna!”
O! I gdzie tu teraz takie niespodzianki?