Potwory zajęły się wczoraj praca naukową przy stole w jadalni. Jak ktoś woli, to można napisać – w salonie. U Matki to jest jeden wielki salon, bo telewizornia, kominek, stół i kuchnia – wszystko razem. Dzięki temu Matka nie musi nadwyrężać szyi i widzi Potwory, jak na patelni.
Wracając do Potworów – siedziały przy stole jedzeniowym i pisały. Janeczka co chwila wołała:
-„Mamaaaaaaa, a jak się pisze …..?”
I Mama odpowiadała. Po jakichś trzydziestu różnych słowach Janeczka zaczęła je przedyktowywać Maryśce. Potworek siedział okropnie ważny i nabzdyczony, i bazgrolił uczenie na kartce długopisem we wściekle różowym kolorze. Długopis zakończony był serduszkiem i piórami marabuta czy innego strusia, Matka nigdy nie wie, z czego te pierzaki są.
Po dłuższej chwili Janeczka narobiła mnóstwo hałasu:
-„Mama, mama, chodź prędko, zobacz, co ona wyczynia!!!”
Matka nadciagnęła.
Potworek siedział z miną „czego wy ode mnie znowu chcecie”. Na kartce wściekle nabazgrolone. Na obrusie też… Jakieś pół metra hieroglifów, wykonanych z ogromna pasją i zaangażowaniem.
-„A ty, koteczku, co? Po obrusie piszesz matce?”
–„Dajaś mi za majom kajtkę! A na objusiku tyle miejsca…” – zawachlował rzęsami Potworek.
Co tam! Dzisiejsze proszki wezmą wszystko…