Prądy

Ostatnio mamy w domu energetycznie. I nie chodzi bynajmniej o bioprądy, ale o prąd zmienny.

„Mamujku, cemu pakujes cajnik do pudejka?” – zdziwiła się Maryśka

-„Przepalił się” – westchnęła Matka i zagrzebała w poszukiwaniu instrukcji, gwarancji i faktury. Matka odkąd nabyła kilka ładnych lat temu pierwszy czajnik bezprzewodowy w Makro, choć za ciężki pieniądz, przestała kupowac te drogie. Zorientowała się mianowicie, ze nie ma żadnej różnicy w psujliwości. Gwarancja minęła i w czajniku pękła skala. Woda gotowała się na blacie miast w czajniku. Matka nosiła więc sprzęt do punktu, jadąc siedem kilometrów, potem pojawiała się tam następnego dnia, żeby się dowiedzieć, że panowie zapomnieli i odbierała go dopiero za trzecim razem.

Przywoziła do domu uszczęśliwiona, no bo przecież bez czajnika nie ma życia, włączała i okazywało się, że skala leci, ale tym razem bokiem. Wracała, po trzech dniach odbierała, pan nalewał wody na dowód, Matka w domu włączała a ta cholera leciała dopiero wtedy, kiedy woda się w niej zagotowała.

Koszt – dwadzieścia pięć złotych plus dwa baki benzyny. No bo jeszcze raz trzeba było jechać.

Manewr powtarzał się trzy razy w roku i kiedy w hipermarketach pojawiły się czajniki za 19.90, Matka je nabywała. Jak szlag je trafiał w ciągu 12 miesięcy – w porządku. Reperowali w momencie albo dawali nowy. Bardzo często można było więc zobaczyc Matkę w dziale AGD jak niucha. Nie w poszukiwaniu lepszego modelu ale w celu wyeliminowania smrodów. To takie czajniki, z których woda jedzie chemią na odległość i nie zmieni tego żadne wygotowywanie. Matka wie, bo po trzech miesiącach oddała taki z powrotem do sklepu.

-„Ooooo! Kolejny śmierdziel do zwrotu!” – zawołał wesoło pan gwarancyjny i wrzucił opakowanie z urządzeniem do kosza z podobnymi „markowymi”. Matce bardzo takie podejście pana do sprawy odpowiadało…

A teraz ucieszyła się ogromnie, że czajnik wrócił w jednej chwili.

Mysli tylko tak sobie, że nie pamięta o czym miała napisać.

Aha! Że wróciła do domu a tu nie ma prądu!

O czternastej dwadzieścia.

I nie byłoby problemu, gdyby nie to, że Matka ma wszystko w kuchni wyłącznie na prąd.

Jak wtedy człowiekowi się chce gorącej kawy, obiadu, powiszenia przed otwartymi drzwiami lodówki, włączenia pralki, mikrofalówki i włączenia radia. A kontaktami jak pstryka!

I jak ten sam człowiek, czyli Matka zadzwoni z telefonu w korytarzyku, bo przecież wolnosłuchawkowe też nie działają, do Pogotowia Energetycznego i dowie się, że to poważna awaria na słupie wysokiego napięcia i że ho, ho, nieprędko miła pani, nieprędko, straszyć nie chcę, i nażre się w związku z tym kanapek, jako i zrobi je dla teściowej, a potem natychmiast ten prąd włączaja, no to Matkę trafia szlag jasny.

Ale nie do końca, bo pisze.

Dzięki prądowi…

Dodaj komentarz