Maryśka wstała dziś o jakiejś nieprzyzwoitej porze, obudzona zapachem mielonych kotletów, które Matka, korzystając z chwili spokoju smażyła od rana.
Kiedy Matka spacyfikowała ją z trudem na górę zaraz rozpoczęła wielkie mycie, żeby Potworek nie dał znowu drapaka w jakieś, sobie tylko wiadome, miejsce. Posadziła więc dziecię na blacie koło zlewu, wyszorowała zęby, ubrała i uczesała.
Maryśka swoim zwyczajem wstała do podciągania porteczek, po czym odwróciła się do lustra – tego przeklętego lustra, na które wszyscy Matce plują, kichają i oblewają je czym tylko się da tak, że wygląda, jak kolejowe – i doceniwszy, że jest czyściutkie, jak łza i bez żadnej smugi, odbiła na nim swoje tłuste łapki, po czym dorobiła parę mazajów paluszkiem.
Matka padła.
-„Czy ty nie zauważyłaś, że lustro jest czyste? Mama zlikwidowała wszystkie kropki, ślady, smugi! Wiesz, jak to trudno zrobić tak, żeby nie było nic pochlapane? Wy tylko brudzicie i brudzicie a ja nic, tylko myję!!!” – wkurzyła się rodzicielka.
Potworek popatrzył z bezgranicznym zdumieniem.
–„To NIE myj!!!” – poradził Matce.
Proste.
Krótka piłka.