Przyplatąła się nam dzisiaj na tarasie wielka mucha. Śmietnikowa taka, jedno ohydztwo. Wielka, brzęcząca, namolna i powoli latająca. Bombowiec z czasów II wojny światowej po prostu.
Machanie nogą nie pomagało. Ręką też nie. Szmata w ogóle nie robiła na niej wrażenia. W końcu paskudny owad odleciał na schodki prowadzące w dół, do ogródka.
Maryśka poczuła przypływ sił i doszła do wniosku, że teraz jej chwila.
Doszła do muchy i wrzasnęła jej nad uchem. To znaczy tam, gdzie ucho być powinno, gdyby mucha była człowiekiem.
–„Śpadaj mucho!!!” – i pokazała owadowi północ.
Mucha posłusznie udała się we wskazanym kierunku.
-„I co? Udało się!” – podsumowała Matka zaskoczona skutecznością metod Potworka, choć miała niejakie zastrzeżenia do formy i elegancji…
–„Nic siem nie udajo!” – zdenerwowała się Maryśka
-„Jak to – nie udało się?” – zdumiała się Matka
–„No bo ona pojeciaja a ja myśjałam, zie spadnie ze schodów!!!„