Matka grillowała zawzięcie, bo dziś to ona ma urodziny. Nie powie które. Kto sie już doliczył, to wie…
Wcześniej poszła, jak zwykle, z rodziną do kościoła.
Z Maryśką w ciepłe dni jest niejaki problem, bowiem Potworek korzystając z otwartych drzwi wybiera wolność i czas spędza na pokonywaniu schodów w tę i nazad. Matka zostaje więc w środku z Janeczką a MiaUżon pilnuje dziecięcia na zewnątrz. Na nic atrakcje w kościele, nawet wakacyjne mulaciątko nie jest w stanie przyciągnąć Maryśki do ławki.
Dziś jednak stało się inaczej. Potworek dostrzegł ulubionego, młodszego kolegę, który spokojny jest nad wyraz, uśmiecha się, łapkę podaje i tak dalej. Maryśka wielokrotnie usiłowała go namówić do wędrówek po kościele, ale nie dawało się. Kawaler nic nie mówił i komunikacja była szalenie utrudniona. Na kilka miesięcy zniknął z pola widzenia i pojawił się teraz znowu. Wydoroślał przez ten czas i zaczął się odzywać, nieporadnie, ale jednak. Maryśka wzięła go więc za rękę a ten posłusznie z nią poszedł na tyły świątyni. Rodzice chłopca wpadli w popłoch. Matka obejrzała się, MiaUżon na wszelki wypadek zatarasował drzwi, ale Potworek wcale nie zamierzał wychodzić. Pokazał za to koledze klęcznik stojący pod schodami, wpakował tam gościa i zatarasował ciałkiem odwrót. Misja została spełniona.
Kumpel siedział cała mszę spokojny, jak aniołek a Maryśka pilnowała pobożności.
Rodzice chłopięcia wyrwali przez ten czas wszystkie włosy z głowy. Mieli ich sporo, bo tatuś posiadał długą, długą kitkę.
Matka nie rozumie takiej nierozwagi.
Przecież za tydzień Maryśka na pewno wymyśli dla kolegi coś nowego.
Co będą wyrywać?