Róża

Matka wróciła dziś z Maryśką ze ślubu sąsiadki, która to uroczystość obfitowała w mocne wrażenia, zwłaszcza dla Matki. MiaUżon z konieczności był lekko wyautowany, gdyż pełnił odpowiedzialną rolę kierowcy Państwa Młodych, więc co chwila wyskakiwał przed kościół, żeby sprawdzić czy samochód sąsiada (bo nim przyjechał) jeszcze stoi i ma się dobrze.

Janeczka siedziała znudzona przy Matce i a to zsuwała się pod ławkę, a to kręciła zawijasy z sukienki czy ziewała rozdzierająco. Maryśka tymczasem zainteresowała się szalenie kwiatem, który Matka nabyła w związku z uroczystością i co chwila z nim znikała, korzystając z kiepskiej podzielności uwagi rodzicielki. Matka była dość mocno zainteresowana utrzymaniem rośliny w odpowiedniej kondycji do momentu wręczenia, gdyż jak zwykle przeżyła mały horror w związku z jej kupowaniem.

Matka wymyśliła sobie mianowicie, że da jedną różę, ale za to ogromną. Kiedyś taką nabyła w białym kolorze z zielonkawymi końcówkami i zamarzyła jej się dziś taka samiutka. Pojechała więc do najbliższej kwiaciarni, tej samej, w ktorej wlulono jej kiedyś różę przyozdobioną drutem cynowym i postanowiła jasno – tym razem – wyrazić swoje żądania.

Już na wstepie skrzydełka jej opadły, bowiem okazało się, że zielonkawe róże owszem są, ale wielkości dość przeciętnej, czyli nic z tego. Matka zlustrowała więc pozostałe, tradycyjnie odrzucając kolor czerwony i w oko wpadły jej wielkie, kształtne kwiaty w kolorze powiedzmy pomarańczowobrązowym, cieniowanym i nieokreślonym tak do końca, co Matka bardzo lubi.

-„To ja poproszę jedną taką różę” – zarządziła pewnym głosem Matka

-„Bez przybrania?” – upewniła się panienka

-„W zasadzie bez, ale właściwie z takim oszczędnym i inteligentnym. Żeby coś było, ale prawie jak nie, byle nie drut!” – powiedziała Matka i ciekawa była, czy panienka załapała, bo nie wyglądałao na to. Matka w upale może wyrażać się nieprecyzyjnie i tak chyba było.

-„Wie pani, może takie kłaki zaplatać gdzieś…” – próbowała jeszcze ratować sytuację.

Panienka zaczęła spoglądać na Matkę z lekką odrazą.

-„Proszę pani! A ta róża to na co?”- zapytała krótko i konkretnie.

-„Noooo” – podrapała się w głowę Matka, ale tak nie za bardzo, żeby nie musieć znowu układać kłaków -„Właściwie to na ślub…”

-„Na ślub?!!”- wytrzeszczyła z oburzeniem oczy panienka -„Ależ proszę pani! Na ślubie to róża musi ZAISTNIEĆ!!!”

I panienka zniknęła na zapleczu, skąd doszły Matkę odgłosy walki z materią tudzież psikanie. Po chwili róża wyszła i nie wyglądała już tak dobrze. Po bokach doczepione miała jakieś żółte chwaściory, pozawijane listowie, sterczace piki i zielsko takie, jak Matka wyrywa czasem z trawnika.

Kiedy panienka podała cenę, do klubu Niedobrze Wyglądających dołączyła także Matka.

Po przybyciu do kościoła i otaksowaniu przyniesionego przez gości kwiecia, Matka nabrała całkowitej pewności, że różą nie ma żadnych szans.

A potem Maryśka upłynniła się z kwiatkiem, kilka razy dźgnęła nim gości, przyrżnęła MiaUżonowi i pewnej pani, wykrzywiła go na ławce, wytarła nim klęcznik i pół posadzki a przez pozostałą część mszy przemieszczała się z nim trzymając go jak tablicę informującą o nazwie kraju podczas rozpoczęcia igrzysk olimpijskich.

Kiedy Matka wręczała go Pannie Młodej doszła do wniosku, że róża musiała być bardzo świeża, bo wytrzymała to wszystko bez uszczerbku na piękności.

A i panienka wiedziała, co mówi…

Róża bez wątpienia na tym ślubie … ZAISTNIAŁA.

Dodaj komentarz