GLT-3

Matka stanęła przed koniecznościa szybkiego zakupu, który nie był do końca niebolesny i wymagał pojeżdżenia po Matki metropolii. Nic to. Matka najpierw obdzwoniła sklepy i doszła do wniosku, że wyraża się albo nieprecyzyjnie, albo sprzedawcy sa średniokompetentni. Postanowiła wytaszczyć brykę i objechała całe dwa sklepy.

-„Potrzebuję takiego bardzo kobiecego gadżetu, jakim jest palnik gazowy, najlepiej Termet GLT-3”- zagaiła Matka w pierwszym sklepie.

-„Ależ jest!” – wykrzyknął pan i zanurkował pod ladą.

W Matkę wstapił duch.

-„Mam!” – pan wynurzył się i starł grubą warstwę kurzu z pudełka -„Perun!”

Matka skrzywiła się:

-„Nie chcę Peruna!” – zamachała rękami -„Niech pan go pokaże”

Pan wyciagnął pioruna, paruna czy innego Peruna a Perun okazał się miec drewnianą rączkę.

-„A co on tak po rusku wygląda? Drewniany?” – Matka nie była zachwycona

-„Kooprodukcja z zakładami w Petersburgu!” – napuszył się pan.

Nie, no Matka ma dosyć ruskiego sprzętu w domu. Doskonale sie sprawdza jako balast do łodzi, hamulec do drzwi i tak dalej.

A poza tym spod kurzu wychynęłą data 2005 rok, więc Matka postanowiła nie nabywać złomu.

Pojechała do drugiego i ostatniego sklepu, gdzie wisiał dumnie palnik, o który Matce chodziło, ale w komplecie z czterema końcówkami, które były drogie i całkowicie niepotrzebne.

-„A może tak pan mi sprzeda ten palnik tylko z jedną końcówką?” – tu Matka zawachlowała rzęsami złorzecząc w duchu, że juz dawno nie robiła sobie henny, stąd wachlowanie było całkowicie niewidoczne.

-„Uuuu, nie da rady dzisiaj” – pan rozłożył rączyny – „Ale zadzwonię w poniedziałek do hurtowni, bo dziś mają inwentaryzację i jak będą mieli taki palnik bez koncówek, to ja go pani sprzedam, potem go sobie przywiozę i dołączę te koncówki, co to je dla pani odłączyłem”

Matka zgubiła się po pięciu słowach, ale pamietała, że ma dzwonić dopiero w poniedziałek.

-„Ale ja go potrzebuję na gwałt!” – zajęczała, bo miała pilną robotę do wylutowania.

Pan zrobił dziubek numer trzy:

-„Naprawdę nie da rady, no nie mogę, nie mogę” – i niemal otarł łzę.

Matka polazła do domu niepocieszona, a wczesniej objeździła sklepy w poszukiwaniu najtańszej butli turystycznej.

-„Słuchaj, mieliśmy kiedyś butlę turystyczną i twoi rodzice też, mógłbyś przynieść jedną z garażu, to dam do legalizacji?” – wczesniej Matka zarzuciła problemem MiaUżona, bo butla tanią sie nie okazała i warta była paru minut szukania.

MiaUżon po dwóch tygodniach Matki jęczenia wszedł do garażu babci i po sekundzie go opuścił z poczuciem doskonale wykonanej misji.

-„Ty chyba żartujesz, że ja mam znaleźć jakąs butlę w tym garażu!” – oznajmił i zasiadł przed telewizorem.

-„Przecież butla to nie szpilka i jest czerrrrrrrwona!!! I sa dwie!” – wkurzyła się Matka, ale na nic to się zdało.

Poszukała więc nowej butli i wyszło na to, że jest znów u pana „Żyły”.

-„Skoro mamy ci poszukac butów do garnituru, to pojedziemy również do sklepu pana Żyły, nabedziemy droga kupna butlę i zaraz ją napełnimy!” – oświadczyła Matka w piątek, bo MiaUżon wziął wolne, co charakteryzowało się urywaniem telefonu i nerwowością ogólną właściciela tegoż aparatu.

-„Nie ma sprawy!” – odrzekł MiaUżon co Matkę niepomiernie zdziwiło, ale musiał być w końcu miły, bo sam by za Chiny Ludowe butów sobie nie wybrał.

Pojechali. Za ladą siedział sam pan Żyła i kogoś obsługiwał.

-„To jest właśnie ten palnik, co mi ten łobuz nie chce go sprzedać” – Matka szepnęła MiaUżonowi na ucho – „A tu są butle, te zielone, chyba wezme trójkę, bo jest tylko cztery złote droższa od dwójki”

-„Dobra, niech będzie trójka” – MiaUżon się zgodził bez szemrania i Matka za bardzo nie wiedziała o co chodzi.

Tymczasem pan Żyła zakończył obsługiwanie klienta i zwrócił się do MiaUżona.

-„A wiiiiitam, WI-TAM KO-LE-GĘ!!!” – i uścisnął energicznie MiaUżonowi dłoń.

Matka zrobiła oczy jak guziki.

-„Tu była moja żona i jest zainteresowana tym palnikiem, tylko podobno jest inwentaryzacja w hurtowni i możesz zadzwonic dopiero w poniedziałek?” – zagaił MiaUżon.

-„A to żooooona? To trzeba było tak od razu!!!!” – pan zrobił dziubek specjalny numer osiem – „Jaki poniedziałek, jaki poniedziałek? Od razu dzwonię!”- i rzucił się na słuchawkę- „Nie ma, oj i nie będzie?”

Matka zazgrzytała zębami, na co pan zamachła rączynami i wystukał następny numer.

-„Czy to jest jedna hurtownia?” – rozpromienił się -„Też nie ma?”

Matka znów zazgrzytała.

-„No nie mają” – znów pojawił sie dziubek numer trzy, przełamany natychmiast dziubkiem numer dziesięć – „Ale to nie ma znaczenia!” – i pan rzucił się na palnik.

-„Pani potrzebuje tylko rączkę?” – upewnił się

-„Jaką rączkę?” – wykrztusiła Matka, która nie nadążała za dziubkami – „Cały palnik i butlę, tylko końcówek tych trzech nie chcę!”

-„Ach CAŁY palnik???” – panu Żyle znów usmiechnęła się buźka -„No to w ogóle nie ma sprawy – bardzo proszę!”

I pan natychmiast położył palnik na ladę, przyniósł butlę, podłączył, spalił pół sklepu demonstrując, odłączył, wsadził do pudełka, postawił nową butlę, rozrzucił konfetti, wykonał piruecik i zamarł.

-„Toooo…to ja mogę go kupić?” – zapytała niepewnie Matka.
<BR-"Ależ naturalnie!!!" – podskoczył pan, nadmuchał perłowe balony, rozwiesił choragiewki i odpalił petardy – "Od ra-zu trze-ba by-ło tak mó-wić!!!"

Nie, no kurka wodna, Matka po chińsku dwa dni wcześniej mówiła!!!

MiaUzon stał napuszony i rozkładał ogon jak paw.

Baj de łej, czy z pawi można ugotowac rosół?

-„A ile to kosztuje?” – spytała Matka

-„Ależ!” – pan machnął ręką, wykonał salto i obrzucił resztą konfetti MiaUżona- „Dla kolegi będzie cena specjalna, proszę teraz brać palnik i go używać, a ja zadzwonię i pani przeleje pieniądze!”

Matka wzięła sprzęt i spłynęła.

-„Tak się załatwia sprawę!” – mrugnął MiaUżon i odpalił -już teraz Matki-nissana.

A Matka zabiła go wzrokiem.

Dwa dni w plecy!

MĘS-KIE SZO-WI-NIS-TYCZ-NE ŚWI-NIE!!!

Ot co!!!

W oku cyklonu

Matka obudziła się wczoraj w nocy, spojrzała na budzik i ze zdumieniem spostrzegła na nim godzinę pierwszą. Na wszelki wypadek upewniła się, że jest to pierwsza w nocy, a nie w dzień, o czym świadczyło niezbicie posapywanie z pokojów Potworów i zaleganie MiaUżona obok.

Matka przewróciła się na drugi bok, ale sen nie nadchodził! Wróciła na bok stary – dalej nic. Postanowiła sie więc zastanowić, jakaż jest przyczyna takiego stanu rzeczy i zaraz ją nieprzyjemnie zamrowiło w podgardlu, o ile człowiek posiada taki instrument. Mrowienie świadczyło o stresie.

„Pięknie” – pomyślała sobie Matka – „Już nawet przed poniedziałkiem tak się dzieje, choć Matka leci do szkoły i odbębnia obgadany wcześniej sześciokrotnie temat”.

Złorzecznie nie pomogło. Dusiło Matkę coraz bardziej i trzęsło. Zwlokła się więc na parter i łyknęła dwie tabletki melisy, popiła woda mineralną i wróciła do wyrka z nadzieją, że za jakiś czas jej przejdzie.

Pomyślała sobie na pociechę, że ma tydzień od ciężkiej cholery, choroby nie obrażając:
– Ryzę klasówek do sprawdzenia. Masakra wręcz, bo pytania opisowe na ogół.

-Kolekcję do przygotowania do nowpowstającej Galerii wirtualnej, w której Matka będzie wystawiać. A może galeria padnie, albo co? Pomartwić się zawsze można za miliony – Matka jest w tym świetna.

-Zrobienie zdjęć tejże kolekcji

-Koczowanie pod angielskim Janeczki, bo MiaUżon ma jakiś mecz i jej nie odbierze.

-Jakiś aerobik dla nauczycieli, na który ciągnie Matkę koleżanka. Matka będzie tam sapać i chlastać sadłem na boki – perspektywa średnia, ale korzyści będą. Tylko ten czas, czas, czas.

-Jakieś narady przed próbnymi maturami

-Jakaś zaległa gazetka do zrobienia, co to już czekać nie może i gotowa jest zrobić się sama i Matce dać w mordę.

-Kupa prania

-Kupa prasowania dziesięć razy większa od kupy prania. Matka doda tu jednak, że kupa osiadła wdzięcznie i udaje, że połowa już się sama uprasowała…

-Bal andrzejkowy u Maryśki, czyli strój do poszukania. Obskoczy trzeci raz w tym samym – trudno. Dobrze, że za szybko nie rośnie…


I chyba starczy na jeden tydzień.

Matka siadła na łóżku, poprzewracała oczami i poczuła, że się dusi. No najwyraźniej jej się przelało i nie wyrabia… Pojawił się charakterystyczny oddech, jak u śledzia wyrzuconego na brzeg i wymiędolonego wcześniej przez mewę w dziobie.

Po półgodzinie jednak Matka padła, choc budziła się co jakiś czas i ciągle nie było szóstej.

-„Nie wstajesz?” – MiaUżon ryknął jej nad uchem, kiedy nie usłyszała budzika.

-„Wstaję, wstaję, tylko…” – Matka siadła i zauważyła, że dalej dyszy jak mewa. Nie jak mewa, jak ten, no, jak śledź – „…tylko czuję sie okropnie trzęsąco, tak jak wtedy, kiedy wiatr strasznie wieje. Wiesz – duszę się, serce mi wali, koniec świata”

-„Tak, jak wiatr wieje?” – MiaUżon popatrzył na Matkę jak na śledzia, ale takiego w puszce, occie i przeterminowanego dwa tygodnie – „To spójrz przez okno, jak piździ!”

-„Coś ty, przecież nie słychać?” – zdziwiła się Matka i nie uwierzyła.

-„Bo nie ma liś-ci!!!” – odrzekł MiaUżon i wyniósł się do pracy, bo nie rozumie problemów meteorologicznych Matki, które to miała jej Matka, a mała Matka wtedy nie rozumiała jak wiatr może przeszkadzać w życiu.


I okazało się, że wszelkie klasówki, kolekcje i aerobiki plus pranie to pryszcz. Matka funkcjonuje, jak należy.
<BR.
To tylko ten przeklęty wiatr…

Typy paliwa a wampir

_
„Mamo, co to jest rhopa?” – zapytała Maryśka, która w dalszym ciągu miewa problemy z wymawianiem „R”

Matka stała akurat w straszliwym korku, bowiem jesień jest najlepsza porą na robienie remontów dróg.

-„A o jaką ropę ci chodzi?” – spróbowała uściślić, żeby nie okazało się, że Potworkowi chodzi po głowie sepsa na przykład.

„No tato mówi, że ma somochód na rhopę!”

-„Aaaaa…ropa?” – ucieszyła się Matka -„Ropa to jest takie paliwo!”

Maryśka podrapała się w czapkę, aż poszły iskry z polaru.

„A co to jest…paliwo?”

No Matka to jest cymbał. Do dziecka trzeba mówić prosto.

-„Paliwem jest na przykład benzyna i gaz. Trzeba wlać do samochodu, ono sobie krąży i dlatego samochód może jechać”

Potworkowi rozbłysły natychmiast oczka.

-„To coś takiego jak w człowieku krhew?”

Teraz Matka się podrapała w łeb, ale obyło sie bez efektów, bo nie nosi czapek.

-„Noooo….powiedzmy. Krew to też trochę takie paliwo” – załatwiła sprawę, choć nie była do końca przekonana, że odpowiednio.

” A taki komarh?” – Maryśka wyraźnie się rozkręciła – „Taki komarh to może zrhobić w człowieku dziurhkę i wypić mu te krhew?”

-„Ee, no całą to nie!” – machnęła reką Matka -„Tylko troszeczkę”

Maryśka odrobinę się uspokoiła.

Pomyślała.

Podrapała się znów w czapkę, aż ta się przekrzywiła.

„To łatwe!!!” – zawołała i klasnęła w obrękawiczone łapki.

-„Co – łatwe?” – zaniepokoiła się Matka – i słusznie.

„Łatwo można złapać komarha, ugrhyźć go i zabrhać krhew z powrhotem!!!”



No to Matka się odgórnie i oddolnie zrzeka wszystkich winnych jej coś do tej pory i w przyszłości komarów.

Może to nawet załatwić notarialnie…

Nowy

Matka wybiera się jutro do knajpy na wielką czterdziestkę koleżanki. Prawie sześćdziesiąt osób. Matko jedyna…

W co się ubrać, w co się ubrać?

Rozpacz Matkę ogarnia!

I półtora dnia tłukła młotkiem i przypalała gazem prezent. Nawet troszkę jej żal go oddawać…

Pokazała go na drugim blogu. Link w zakładkach.

Chyba koleżanka będzie zadowolona…?

Ciotka

Matka wspominała kiedyś, że z rodziny Matki ojca zostały dwie siostry, obie mieszkające dość daleko od Matki. Jedna z nich czternaście lat z okładem walczyła z nowotworem, który w końcu ją pokonał. Zmarła tego samego dnia, co papież, tyle, że rano. Matka zawsze z chęcią z nią rozmawiała przez telefon, przyjeżdżała z Potworami. Fajna była ciotka, bez dwóch zdań.

Druga z sióstr mieszka trochę bliżej Matki metropolii, jadąc do drugiej ciotki zawsze najpierw wpadało się do pierwszej. Zawsze stół się uginał, ciotka stawała na głowie, a przyznać trzeba, że gotuje naprawdę dobrze. I robi pyszne wietrzniki! Kto nie wie co to – niech zgaduje. Matka kiedyś nie zgadła…

I ta mieszkająca bliżej siotra ojca ma córkę lekarza, dzięki czemu wyłapano w bardzo wczesnym stadium nowotwór piersi. Nie obyło się bez mastektomii i chemii, ale wyniki były potem świetne i jakiś czas temu Matka zadzwoniła kontrolnie po raz enty:

-„I jak ciociu?” – zapytała

-„A wiesz?” – ciotka na to – „Byłam w klinice na badaniach i jest elegancko”

-„No to super!” – ucieszyła się Matka -„A czy to przypadkiem nie minęło już pięć lat?”

-„Minęło!” – potwierdziła ciotka

-„No to trzeba otworzyć szampana!!!”- Matka zaraz się zaklepała na opijanie sukcesu

-„I lekarze mi też to powiedzieli”- zgodziła się ciotka i umówiły się w wakacje na jakiś pierwszy wolny czas.

Matka nawet miesiąc temu rozmawiała z córką ciotki, tą lekarką – i znów się umawiały. Kiedyś, gdzieś.


A wczoraj zadzwoniła synowa pierwszej siostry ojca.

-„A co tam słychać u was, może wiesz co u naszej ciotki?” – zapytała

-„A u nas to to i to” – Matka zarzuciła ją opowieścią o chorym Potworku, który znów bierze antybiotyk -„A u ciotki to wszystko super, mam wiadomości sprzed trzech tygodni”

-„No właśnie, a ja z nią wczoraj rozmawiałam i ty wiesz – nijak nie mogłam się dogadać!”

-„Jak to – nie mogłaś się dogadać?” – zdumiała się Matka, której ciotka jest wyjątkowo trzeźwo myślącą i działającą osobą – „Była po jakiejś imprezie?”

-„Eeee, chyba nie, nie wiem” – odparła kuzynka -„Ale coś wspominała o tym, że była w szpitalu na badaniach i tak raz, jakby mnie nie poznawała, potem trochę lepiej…”

-„O rety…” – Matka się zaniepokoiła -„No coś by nagle wyskoczyło? Ja się jutro dowiem, bo dziś to już za późno!”

I matka siadła jak zwiędły kalafior, spojrzała na godzinę mocną nieprzyzwoitą i jednak wykręciła numer do kuzynki-lekarki.

-„Ja cię strasznie przepraszam, że tak późno dzwonię, ale muszę zapytać, czy jest coś nie tak ze zdrowiem cioci? Bo…” – i tu Matka zrelacjonowała opowieść synowej pierwszej ciotki.

-„Właśnie trzymam w ręku wyniki, o których mama jeszcze nie wie” – odrzekła kuzynka -„Nie chciałam mówić jej dziś, bo miałam dyżur…”

Matka siadła.

-„…Mama ma raka wątroby. Za kilka dni będzie wiadomo, czy jest pierwotny, czy to przerzut…”

Ale Matka już nie słuchała.


Nie odkładajcie wizyt u rodziny na lepsza pogodę.

Żebyście niezależnie od niej nie spotykali się potem tylko na pogrzebach.

Matka uczy i ją uczą

Matka wróciła ze szkoły doszczetnie zżuta i wypluta przez siedem klas, z których dwie były klasą ta samą, ale szczerze przez Matkę i resztę grona znienawidzoną. Trudno jest bowiem wytrzymać z klasą niemal dorosłych ludzi, którzy konsekwentnie zachowują się jak pajace w wieku lat góra trzynastu. Rzadko się zdarza, żeby niemal cała klasa dobrała się jak w korcu maku. Ech…

I Matka jeszcze miast wypić kawę na okienku, żeby przepłukać gruntownie przewód pokarmowy na calej długości, oglądała ich po raz drugi na zastepstwie. Już czwarty raz zrobili taki numer Matce!!! Następnym razem wywiesi ogłoszenie, że odda to zastępstwo obojetnie komu i jeszcze mu dopłaci…

Jak nic!

I kiedy wreszcie Matka wyczołgała się po ośmiu godzinach ze szkoły, w której grzali jak wściekli, a klamek w oknach nie ma w większości klas, nadszedł upojny czas odebrania Potworów z przybytków szkolno-przedszkolnych. Popadywał fantastyczny wręcz mokry śnieg, który wpędził Matkę w totalna depresję przedzimową, związaną z odśnieżaniem podjazdu, więc czym prędzej wsiadła w nieujeżdżonego jeszcze przez nią nissanka i pognała.

Jak się dobrze rozpędziła, to osiągała szybkość 20 (słownie – dwudziestu) kilometrów na godzinę oglądając co chwila zupełnie nie wiadomo jakim cudem stojące na środku zakazy wjazdu, ruchu i tym podobne. Nie ma bowiem jak robić nowe nawierzchnie w listopadzie…

Po godzinie kręcenia Matka nabiła szesnaście kilometrów i dojechała do chałupy po to tylko, żeby wrzucić sobie i rodzinie coś na ruszt, i wystartować po kwadransie znów w trasę.

Dokąd?

Już Matka wyjaśnia. Szkoła funduje nauczycielom trzydzieści godzin bezpłatnego angielskiego. Chwała jej za to! Rok temu Matce nie pasowała godzina późnowieczorna, bo wszak kładzie Potwory. Tym razem pasuje.

Matka po ośmiogodzinnej rozrywce z dziećmi prasuje sobie więc rozum i z najwyższym obrzydzeniem, odrazą,tudzież wzdryganiem się, udaje się do szkoły językowej. Tam udaje, że rozumie, walcząc z pogłosem w pustej sali, ale nawet jej to od biedy wychodzi. Gorzej, kiedy musi otworzyć paszczę…

Za to pan mówi szybko, połowę zjada – no po prostu mówi normalnie, nie jak dla idiotów. I Matka nasłuchuje wszystkimi otworami czaszkowymi, nastawia radary i czułki, które okrutnie jej się przez to nadwyrężają. Matka nawet oczy rozostrza, żeby jej w słuch poszło. I idzie.

I jak wraca to ciągnie wszelkie czułki po ziemi, bo jej się okropnie przez to nadsłuchiwanie rozciagają. I przytrzaskuje je drzwaimi od samochodu, kłuje o agawę w przedpokoju i oblewa herbatą.
Jak mątwa.

Chyba sobie kupi Lużne Gadki. Gatki. Czy jakoś tak.

Ochronnie…

Szaro i nijako

Matka siedzi na grzędzie i ma za złe. Zwariowała? Nie, to ta pogoda. Ciemno, ponuro i popadująco.

Najlepszym rozwiązaniem są zakupy, więc Matka szybko nabyła na Allegro etui na klucze dla siebie i MiaUżona. Wydatek niewielki a przyjemność duża. Kombinowała, wybierała i znalazła u jednego człowieka dwa interesujące rodzaje. Dziś przyszło…

Dla MiaUżona super, dla Matki inny kolor i inny fason. Psiakość!!! Matka wie, że to tylko 22 złote, ale jak wybrała sobie etui z kieszonką po jednej a napisem z drugiej, to nie chce takiego, co ma obie te rzeczy po jednej stronie i do tego suwak metalowy, a nie plastikowy!. Pewnie się skończy na handlu wymiennym z MiaUżonem, ale póki co Matka napisała do pana i czeka co z tego wyniknie.

A potem Matka postanowiła przestać przypominac wkurzonego lwa i wykonała telefon do swojej fryzjerki, która chadza już wyłącznie po domach. Telefon odrzekł, że nie ma takiego numeru i Matka zaraz sobie przypomniała, że fryzjerka ostatnio podawała jej numer do córki, bo za chwilę będzie on jej własnym. Gdzie Matka go zapisała? Na gazecie. Gdzie jest gazeta? Złe pytanie. Gdzie BYŁA gazeta kilka dni temu? W kominku…

I jest po tak zwanej herbacie…

No to Matka umówiła się w zupełnie nowym salonie, strasząc panie swoimi sztywnymi kłakmi w wielkiej ilości i z duszą na ramieniu oraz wężem w kieszeni uda się na postrzyżyny. Oj, nie lubi Matka takich nowości, nie lubi! Bo mało kto potrafi zrobić z niej człowieka, a zwłaszca w taki sposób, żeby Matka umiała potem odtworzyć fryz bez brzydkiego odzywania się do lustra. Ech…

A teraz Matka poczeka sobie na paczuszkę z papilotkami. Tak! Z papilotkami! Takimi papierkami, w które wkłada się trufelki robione według przepisu niezastąpionej jutty. Rok temu Matka pierniczyła pod jej wpływem, teraz trufelkuje, a dobra trufelka ładnie podana jest ważna, stąd papilotki.

A żeby czasu nie marnować wykręci jakieś nowe kolczyki miedzy tymi, które i tak zrobić musi.

Czyli dzien jak codzień.

Miły, bo bez szkoły, choć szary.

O!

Niecodzienny środek lokomocji

Matka z MiaUżonem sprzedali w sobotę rankiem Potwory Babci i ruszyli do SąsiedniegoWiększegoMiasta niezwykłym środkiem lokomocji. Ów środek, albo owa lokomocja nazywała się pociąg. Pociąg pospieszny.
-„Ty masz pojęcie?” – złapał się za głowę MiaUżon – „Nie jechałem pociągiem od studiów!!!”
Matka postukała się w głowę, ale jak policzyła, to wyszło, że faktycznie.
-„Ty wiesz, że to siedemnaście lat?” – zdumiała się -” Koniec świata! Ja to jechałam z osiem, dziesięć razy, tyle, że sypialnym, nie wiem czy to się liczy…”
-„Będziecie umieli wsiąść do pociągu?” – zapytali znajomi, którzy niczym innym się nie poruszają jak tylko rowerem albo pociagiem.
Matka nie była pewna, kiedy MiaUżon zarządził ustawienie się na peronie dwadzieścia minut przed czasem. Matka doda tu od razu, że na peronie nie ma nic do podziwiania – wysepka na środku, między dwoma torami, drugi i ostatni peron pod samym, ohydnym, albo najohydniejszym z ohydnych dworców a poza tym chaszcze i stare lokomotywy gnijące na zardzewiałych bocznicach.
-„Ty wiesz, jak tam wieje?” – spytała krótko i nie jest pewna czy przytoczyła tu zdanie w jego faktycznym brzmieniu.
-„A jak nie zdążymy?” – MiaUżon był spanikowany jak dziesięć groszy na dnie portfela.
„Przecież na peron masz dziesięć kroków!”- odparła Matka i popędziła za plecami MiaUżona niknącymi za zakrętem podziemnego przejścia.
Środek lokomocji przybył naturalnie z kilkuminutowym spóźnieniem, Matka poczuła się więc niemal jak w Japonii i władowała do pustego przedziału, który po chwili był już napełniony w połowie.
-„Ja siadam przy oknie!!!” – MiaUżon rzucił się na siedzenie -„A swoją drogą to jaki syf był – taki jest!”
Matka spojrzała wymownie na nowiutkie, pluszowe siedzenia w ciapki, białe zagłóweczki, nieporysowany lakier i tak dalej, po czym postanowiła zaatakować.
-„No ty chyba masz pamięć nie w porządku – porównujesz ten smród sprzed dwudziestu lat z takim odpicowanym pociągiem? Przecież on wyszedł dopiero co z fabryki!!!”
Ale MiaUżon nie słuchał. Wisiał łapskami na szybie i dźgał palcem wykrzykując co chwila:
-„O,o, mój rejon!!! To pole do tej miedzy to ja ubezpieczam!!! O! A tu moja agentka robiła polisę, rzepak tu był!!!”
Matka nie przyglądała sie polom, bo miała wrażenie, że za chwilę wyparuje od gorąca.
-„Przecież tu jest regulacja ciepła, jaki problem?” – MiaUżon ochoczo dopadł do wajchy koło śmietniczki, która tradycyjnie ani drgnęła mimo szarpania w obie strony -„No wreszcie coś znajomego!!!” – ucieszył się.
A potem dojechali na miejsce, którym był niewiele mniej ohydny dworzec SąsiedniegoWiększegoMiasta, ale przynajmniej czekał na nim pan z salonu i zabrał Matkę i MiaUżona, żeby odebrali swoją nowa brykę.
A ona stała i czekała. Po półgodzinie, kiedy MiaUżon złożył wszelkie wymagane podpisy i został poinstruowany jak obsługiwać pilota od alarmu, można było wyjechać z salonu i Matka natychmiast zarządziła odwiedzenie centrum handlowego, w którym udało się nabyć dla MiaUżona zimowe buty.
A potem konieczne okazało się wykonanie telefonu do salonu, bowiem MiaUżon nijak nie umiał sforsować drzwi od samochodu… Naduszał jeden przycisk, potem drugi, trzeci i czwarty, aż zablokował wszystko na cacy, ale dało się to odkręcić.
-„No trochę się zmieniło przez te osiem lat!”- westchnął i pojechali. I nawet Matce się trafiło i przyznać musi, że jeździ się rewelacyjnie, i to od pierwszej chwili.
A teraz przesiadła się do MiaUżonowego nissana, który trzymany był do tej pory na długim kiju, a Matka kiedy go pożyczała mogła spodziewać się trzech telefonów na godzinę w rodzaju:
-„Dojechałaś już?”
albo:
-„Na pewno nigdzie nie przytarłaś???”
czy:
-„Pamiętaj, że on ma wspomaganie!!!”
A teraz wyjmuje z szuflady kluczyki i nikt ją o nic nie pyta!!! Drugi dzień jeździ i nic! Komórka milczy!!!
A wieczorem MiaUżon siedzi w garażu i czyta w samochodzie instukcję. Matka nie zamierza. Raz na dwa lata uczy się odbierania nowego telefomu komórkowego i to całkowicie wyczerpuje jej dwubitowość. Opanowała jako-tako laptopa. Nagrywarkę DVD omija szerokim łukiem – co sobie coś nastawi, to nagra śnieg. Koniec!!!
A nissan na szczęście ma pokrętła i przynajmniej udaje, że jest równie analogowy, jak Matka…

A nowe auto wygląda tak, z tą różnicą, że jest metalicznie czarne.