Matka wyautowana wirusem nie napisała o paru rzeczach z przełomu tygodnia, więc postara sie uzupełnic braki.
Pierwsze dotyczą wyprawy do SąsiedniegoWiększegoMiasta, gdzie Matka z MiaUżonem nawiedzili giełdę kamyczkową oraz przy okazji nabyli drogą kupna nowy samochód, który póki co ma tablice rejestracyjne odebrane dziś przez MiaUżona, a fizycznie stoi cały czas w salonie.
Starym dzielnie towarzyszył Potworek, choć w drodze powrotnej podejrzanie przysypiał, co skończyło się opisaną wczesniej historią, po której Matka szybciutko musiała uprać swoje i Potworka spodnie, swoją i Potworka bluzę, swoje i Potworka kapcie oraz obrus. Do tego pozostało kilkakrotne wycieranie podłogi i rzecz najtrudniejsza – uzdatnianie laptopa nad którym Matka siedziała…
Pomijając ten jakże bolesny temat, Matka powróci do samej jazdy w SąsiednimWiększymMieście, która to jazdę Potworek mocno przeżywał.
W pewnej chwili z Maryśkowej małej piersi wyrwał się okrzyk zachwytu:
–„Mamo, mamo, zobacz szybko jaki PIEŁKNY ptak idzie po ulicy!!!”
Matka dostała zawału, udaru i czego tam jeszcze, bo nie lubi nagłych skoków decybeli podczas jazdy, ale otrząsnąwszy się, zapuściała żurawia za okno oczekując co najmniej pawia, który uciekł był z ZOO…
Pawia nie było. Nie było tez rajskiego ptaka, kolibra, dropa, kiwi ani czapli.
-„Gdzie ten ptak?” – spytała przecierając oczy i lustrując trawnik pod sygnalizacją pokazującą złośliwie czerwony kolor.
-„No TU!!!” – Potworek wylazł ze skóry i dźgnął paluszkiem szybę.
Matka wychyliła się bardziej o dostrzegła zwierza w zasiegu wzroku.
Okazał się on ni mniej, ni więcej, tylko najpospolitszym ciemnoszarym gołębiem z lekkim granatowym poblaskiem i bordowymi elementami tu i ówdzie. Takie gołębie cinquecento, jakich wszędzie pełno, chocby na krakowskim rynku. Gołąb maszerował dostojnie, kiwając sie na boki i dziobiąc różne paskudztwa, które wypadły z samochodów.
–„Nigdy nie widziałam takiego cudnego ptaszka!!!” – Potworek nie przestawał się zachwycać i wisiał cały czas nosem na szybie.
Matka lekko się zdziwiła euforią latorośli, ale szybko zrozumiała: Maryśka rzeczywiście nie widziała gołębi, albo ich nie pamiętała, bowiem w Matki metropolii ich nie ma! Ongiś bywały w dużej ilości synogarlice, ale i te się stopniowo powynosiły, zaś szlachetniejsze gołębie miewali albo hodowcy, albo nie było ich wcale. Tymczasem w SąsiednimWiększymMieście nigdy ich nie brakowało.
-„A to ty nie wiesz, co to za ptaszek?” – Matka jednak się zdziwiła, bo Potworek mimo wszystko jest nieźle wyedukowany na licznych książeczkach – „To gołąbek!!!”
Potworek spojrzał na Matkę i rozdziawił paszczę jak wrota do stodoły.
A potem nastapiła reakcja, której się Matka nigdy nie spodziewała.
Maryśka obrzuciła ponownie wzrokiem maszerującego gołąbka, opadła na siedzenie i wstrząsnął nią dreszcz obrzydzenia.
Wychyliła się jeszcze raz – i znów ta sama reakcja.
–„GOŁOMBEK?” – zapytała – „GOŁOMBEK??? U nas w pszeczkolu…”– wzdrygnęła się –„…dają je na obiad zawinięte w kapustę…”
Gdzie
Matka z MiaUżonem odstawili wczoraj Janeczkę do babci, bo wnuczę się stęskniło, natomiast Potworka zapakowali rano do smochodu i pomknęli do SąsiedniegoWiększegoMiasta w celu nabycia przez Matkę kamiennych koralików, jako że była większa okazja pod tytułem wystawa, czy giełda – jakoś tak.
Matka cieszyła się bardzo, bo raz w roku to się zdarza, ale nie przypuszczała, że wirus jeszcze sobie od niej nie poszedł, więc siedziała w samochodzie z miną cokolwiek kwaśną i trzymała się za powłoki brzuszne, które straciły trzy kilo na atrakcjach ostatnich dni.
-„Nie mam worka!” – zastrzegł zaraz MiaUżon i obrzucił trwożnym spojrzeniem welurową tapicerkę
-„Ale JA mam!” – Matki spojrzenie było bynajmniej nie trwożne, ale wręcz złowieszcze. Matka nie zamierzała zresztą używać wora, co nie zmieniało faktu, że czuła się mocno nieszczególnie. Od trzech dni jadła ze dwie kanapki dziennie i wcale nie miała na nic ochoty. Cieszyła się nawet, że może juz otworzyć lodówkę!
-„A ty sie dobrze czujesz, Kotesław?” – odwracała się co jakiś czas, bo napakowała Potworka przed podróżą Aviomarinem.
–„Yhy!” – Potworek kiwał głową, ale bez zbytniego entuzjazmu.
Matka pełna była najgorszych przeczuć. Nie dość, że Maryśka siedziała z nią w domu podczas sensacji, to jeszcze sama brała antybiotyk – sytuacja dla wirusa wręcz wymarzona.
Matka załatwiła więc zakupy koralikowe w pół godziny, potem jeszcze jedną sprawę w małą godzinkę i pomknęli z powrotem do swojej Metropolii.
Ponieważ MiaUżon wybierał się na mecz, więc Matka szybko zakrzątnęła się koło obiadu, zrobiła to, co Potworek lubi najbardziej, postawiła przed nim i MiaUżonem, bo sama na nic nie miała ochoty i…
–„Nie będę jadła…”– stęknęła Maryśka
-„A co ty?” – zdumiała się Matka, bo Potworka co jak co, ale do jedzenia nigdy namawiać nie trzeba było.
–„Boli mnie brzuszek…” – zasmęcił znów Potworek.
Matce włos zjeżył się na głowie. Boli z głodu? E, nie. Boli na dole? Inna przyczyna. Boli u góry? – wersja najgorsza!!!
-„A GDZIE cię boli ten brzuch?”- zapytała szybko.
Maryśka spojrzała na Matkę zbolałym wzrokiem:
–„DOKŁADNIE tam, gdzie sam jest…”
Matematyka po czasie
Matka dogorywa po nocnych atrakcjach. Od pierwszej w nocy nawiedział ją regularnie rotawirus, dzieki któremu spędziła upojne chwile w łazience, podczas kiedy rodzina smacznie sobie spała.
-„Ty wiesz?” – MiaUżon wrócił rankiem z przybytku – „Koło sedesu stoi kubeł na śmieci, a wszystko jest wyrzucone do reklamówki!””
-„Nic innego nie miało odpowiedniej pojemności” – wyjaśniła łamiącym się głosem Matka, bo mdliło ją sakramencko.
-„A coś się źle czujesz?” – zainteresował się MiaUżon.
-„Owszem i poproszę cię o odwiezienie Janeczki do szkoły, bo ja nie dam rady” – Matka naprawdę czuła sie podle, jak nigdy dotąd. Dowiezienie Potwora do szkoły i powrót trwa lekko licząc czterdzieści pięć minut, czyli szanse na to, żeby samochód, tudzież Matka wyglądali tak samo po powrocie były żadne.
Janeczka wylądowała więc w szkole o siódmej rano, ale na szczęście w świetlicy, mogąc się pouczyć do dzisiejszej klasówki.
-„Przepytasz mnie?” – zapytała wczoraj, a Matka była jeszcze całkiem, całkiem na fleku. Zapuściła żurawia do ksiązki i zeszytu, co natychmiast uświadomiło jej, że matematyka jest nauką trudną.
-„To wy już macie potęgowanie?” – zdumiała się Matka
-„No przecież!” – prychnęła Janeczka -„Sprawdź, czy dobrze robię rozwinięcie”
-„Roz-wi-nię-cie?” – Matka powtórzyła jak papuga, po czym udawała, że się zna.
Czego te dzieci się teraz uczą???
Albo raczej – czemu Matka ma tak krótką pamięć?
I nie wie, jak też matematyka pójdzie Janeczce, bo ta pracuje szybko, ale niedokładnie i przynosi większość czwórek.
-„A tak w ogóle to chciałam cię poinformować…” – rzekł Potwór na odchodnym – „że jeśli chodzi o moje zęby, to ruszają mi się trzy czwórki, w tym jedna piątka!”
No to teraz Matka juz jest całkiem pewna – za jej czasów matematyka wyglądała całkiem inaczej…
Zielnik z wirusem cz.II
c.d.
Matka podjechała więc pod swoją starą szkołę, bowiem na ulicy z tego, co pamiętała były jakieś kasztanowce i miała złudną nadzieję, że nie będą leżeć w całości na ziemi. Leżały. W strugach deszczu.
Matka zanurkowała w liściach ku uciesze młodzieży podążającej spiesznie do szkoły. Co wzięła w rękę liść – wszystkie jego części zostawały na ziemi a w łapsku Matki tkwił romantyczny niebywale ogonek.
Jesion – to samo – oblatywał natychmiast.
Tylko jakiś jarząbek był przyzwoity, ale jaki, to Matka nie pamiętała, więc czekało ją upojne przebijanie sie przez przewodnik po drzewach i krzewach.
-„Jadę na cmentarz!” – postanowiła Matka i tak zrobiła.
I wydawało jej się, że tam jest drzew a drzew…
Było.
Klonów.
I kasztanowców.
A Matka chciała znaleźć jawor, tylko nie wiedzaiała dokładnie jak wygląda. Pewnie i był, ale że Matka omijała wszelkie klonowate, to i on się podłączył jako mocno podobny.
Za to Matka znalazła glediczię i sie bardzo ucieszyła. Nawet długaśny, szblowaty owocnik wzięła i teraz na niego patrzy, bo Janeczka zapomniała go wziąć do szkoły.
A potem Matka wróciła do domu co i rusz tarasując ulicę, bo stawała na poboczu, wyłaziła w deszczu i grzebała pod drzewami.
Oj, coś jej się wydaje, że ten zielnik to mógł być zadany na poczatku września, kiedy liście mają normalny kolor i nie rozpadają się na kawałki…
Jeszcze napadła las pod domem z nadzieją na jakiś wiąz czy grab, ale faktycznie poza dębami i grochodrzewami – zwanymi niesłusznie akacjami – nic nie było.No, może sosny, ale te pod liściate nie podchodzą…
A potem Matka zaczęła prasować towarzystwo, które śmierdziało niemiłosierne, co jednak nie przeszkadzało zahibernowanej Janeczce. Leżała jak betka i nie ruszała żadną kończyną, ani klapą oczną.
Matka wsadziła liście w książkę, przytłukła nalewką w wielkiej butli i zaczęła poszukiwania kilku gatunków najpierw w przewodniku, potem też w internecie wspomagając się koleżanką – biolożką.
-„Słuchaj, wygląda jak dąb, ale piękny i czerwony, i taki zaostrzony na końcach falek!” – opisywała Matka obrazowo.
-„Zaraz, zaraz, czekaj, wiedziałam…” – szeleściłą kartkami koleżanka -„Mam! Dąb szkarłatny!”
-„No co ty mówisz, to też dąb?” – dziwiła się Matka, wrzucała w internet i faktycznie!
A wieczorem posadziła słaniającego się Potwora, który machnął koślawą stronę tytułową i wypisał wszystkie gatunki znalezione bądź wycyganione od sąsiadów (z ich ogródków) przez Matkę, łącznie z datą i miejscem zebrania. Matka obawia się, że dzieci będą to miały ślicznie wydrukowane z komputera, ale nie ugięła się nawet pod groźbą zarażenia się wirusem. Rękodzieło ma być i kropka!
I tak Potwór zaniósł do szkoły liście:
1.Kasztanowca pospolitego.
2.Klonu zwyczajnego
3.Klonu polnego (też ładny, ale mniejsze liście i takie zaokrąglone!)
4.Klonu jesionolistnego (ale śmieszny!)
5.Jesionu wyniosłego
6.Lipy wąskolistnej
7.Brzozy brodawkowatej
8.Topoli czarnej
9.Dębu szypułkowego
10.Dębu szkarłatnego
11.Miłorzębu japońskiego(tak, tak!)
12.Jarząbu szwedzkiego
13.Jarząbu pospolitego (jarzębiny)
14.Grochodrzewu (robinii akacjowej)
15.Glediczii trójciernistej (wbrew pozorom każdy ją widział i pewnie się dziwił)
16.Sumaka octowca
17.Magnolii
18.Buku kolumnowego
19.Buku czerwonego
20.Moreli zwyczajnej
21.Brzoskwini pospolitej
22.Wiśni pospolitej
23.Jabłoni pospolitej
24.Bzu lilaka (no czasem wyrasta jak drzewo…)
25.Ałyczy (mirabelki)
26.Śliwy purpurowej
27.Czeremchy pospolitej
28.Aronii czarnoowocowej (znów krzew, który czasem wyrasta ponad miarę)
29.Migdałowca trójklapowego (jak wyżej)
30.Wierzby rokity
31.Wierzby szarej
32.Klonu palmowego
Wsadziły kartoniki do koszulek i Matka ma nadzieję, że bedzie dobrze.
Bo przyzna się bez bicia:
Jako mała Matka, jeszcze nie-Matka zapomniała o zielniku…
Matka Matki w nocy obłożyła jej każdą kartkę z liściem celofanem, który zdjęła z kwartalników o nazwie Biuletyn Historii Sztuki. Przykleiła go najbardziej deficytowym towarem, jakim była w 1975 roku taśma klejąca (przywieziona z Londynu, bo polskiej nie było niemal wcale). I mała Matka następnego dnia wpadła w zachwyt, bo sama robiłaby to pewnie do świtu. I zastanawiała się jak spłąci taki dług, a najbardziej jej chodziło o te nieszczęsne okładki. Matka do dziś wie, które to były, bo ma te Biuletyny – jedne gołe, inne nie…
I chyba wreszcie rozliczyła się z długu Janeczkowym zielnikiem…
Nawet jeśli to było tylko zbieranie liści dla chorego Potwora.
Ale na tym koniec.
Prace domowe są dla dzieci, nie dla rodziców!
Zielnik z wirusem cz.I
Matka wietrzy chałupę po smrodzie, jaki wczoraj zrobiła prasując liście żelazkiem na pozycji „len”. Nie, nie zwariowała.
To Janeczka dostarczyła atrakcji szkolnych.
-„Tu są liście i ja je suszę do zielnika!” – oświadczyła przedwczoraj i rzuciła kupę gazet na komódkę w swoim pokoju.
-„Aha, a na kiedy?” – łaskawie zainteresowała się Matka.
-„Na piątek!” – mruknął Potwór i zajął się zupełnie czym innym, a nie była to z pewnością rzecz niecierpiąca zwłoki.
-„Na p-i-ątek?!” – zazgrzytała Matka.
-„No przecież MÓWIĘ!!!” – Janeczka spojrzała na Matkę w sposób, który otwiera tej drugiej wszelkie noże sprężynowe w każdej jednej kieszeni.
Matka zajrzała pod gazety. Na pierwszym miejscu wił się w konwulsjach najohydniejszy liść orzecha włoskiego, jaki kiedykolwiek widziała. Parchaty, dziurawy i do tego jeden – kiedy powinno być pięć, bo to dopiero stanowi komplet. Matka co prawda musiałaby kupić karton formatu A-2, zeby Janeczka to nakleiła, ale parchatość liścia dyskwalifikowała go na szczęście na starcie.
Drugim liściem okazała się wierzba, trzecim pół wierzby, czwartym wierzba nadgryziona, piątym dąb, szóstym wierzba, siódmym wierzba z parchem, ósmym, dziewiątym, dziesiątym, jedenastym i dwunastym dąb.
Trzynastego nie było, bo zaczęła się komódka.
-„Ty sobie robisz ze mnie jaja?” – Matka sie wściekła jak nie wiem co – „Kiedy to było zadane?!”
-„No co??? Dwa tygodnie temu!” – prychnął Potwór.
Matka pokryła się pianą z dużymi bąblami.
-„I myślisz, że to ma być przegląd dębów z okolicy? To ma być zielnik!” – Matka rozrzucała pianę na prawo i lewo z nadzieją, że wystarczy przelecieć potem podłogę samą wodą, bez Ajaxu. Oszczędność.
Janeczka wzruszyła ramionami.
No Matka takich rzeczy nie przeżyje. Jakiego pytania by nie zadała Janeczce to nigdy nie ma nic zadane. Trzeba dusić Potwora, żeby puścił farbę.
„Jutro zbierasz liście!” – ryknęła Matka – „A ja już je uprasuję, żebyś mogła powklejać”
-„Doooobra…” – machnęła ręką Janeczka, a Matka wyszła wściekła, bo Potwór ostatnio zapomina o wszystkim. I pałę przyniósł z religii bo się czegoś nie nauczył.
Matka przed snem przedstawiła problem MiaUżonowi, który jako ojciec pracujący wsadził go sobie głęboko, po czym padła, bo nastepny dzień zapowiadał się pracowicie.
Długo nie pospała, bo koło pierwszej zbudził ją podejrzany szelest. Nadstawiła uszu, bo otwarcie oka było zbyt dużym wysiłkiem, a do tego nijak nie mogła dotrzeźwieć po paru zarwanych nocach.
Trzasnęły drzwi od łazienki.
-„BuEEEEEEEEEEEEEEEEEEE” – do starych doszedł znajomy, aczkolwiek niekoniecznie lubiany przez ludzkość odgłos.
MiaUżon, jako ostatnimi czasy intensywnie wycieczkujący się rodzic, pognał do przybytku.
-„To Janeczka!” – oznajmił i padł na łóżko -„Mówi, że już dobrze i zaraz się kładzie”
-„To wiesz co? Może przynieś jej z pralni małą miedniczkę i postaw koło łóżka na wszelki wypadek” – zaniepokoiła się Matka.
MiaUżon nie zdążył.
Do sypialni Matki i MiaUzona wparował wściekły Potwór.
-„To wszystko przez tę surówkę na obiad!” – tupnął.
-„A przestań, wszyscy ją jedliśmy!” – oburzyła się Matka – „Nie wiesz, że teraz panuje wirus jelitowy? Kładź się, tato przyniesie ci zaraz miednicę”
-„Nie chcę miednicy, będę wstawać do łazienki, bo i tak muszę się potem umyć! I proszę mi wtedy nie przeszkadzać!” – i Janeczka odpłynęła do swojego pokoju gasząc światło.
Po półgodzinie sytuacja się powtórzyła.
-„BuEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEE!” – Matkę obudziły odgłosy z łazienki.
MiaUżon siadł na łóżku jak scyzoryk i z zamkniętymi oczami zawołał w ciemność:
-„Może ci przynieść miedniczkę???”
-„Nie chcę!”-Potwór wlazł na wysokie „c” -„To przez surówkę!”
-„To wirus…” – wysapała Matka, której śniły sie brzozy i lipy.
O drugiej trzydzieści nastapiła zmiana.
-„BuEEEEE, buEEEEEEEEEEEEEEEEEEE, buEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEE!!!” – zadudniło z łazienki.
– „Może ci przynieść miedniczkę?!” – MiaUżon przybrał natychmiast bojową pozycję siedzącą.
-„Nie chcę! To surówka!!!” – zapiekliła się Janeczka.
-„To NIE surówka, to wirus…” – mruknęła Matka.
I tak do szóstej rano z półgodzinnymi przerwami.
-„Ja muszę iść do szkoły!” – wyjęczał rano Potwór a Matka postukała się w głowę.
-„A wiesz co będzie dalej?” – spytała, choć sama wolała nie wiedzieć – „Mowy nie ma!”
Janeczka wyglądała jak śmierć na chorągwi. Nie chciała jeśc, pić i mdliło ją na potęgę. Już, do szkoły pójdzie!
I Matka zawiozła Maryśkę do przedszkola z nadzieją, że ta się nie zaraziła.
A wracając…
A wracając w strugach lejącego deszczu podjechała pod swoja szkołę, która stoi na starej ulicy, wysiadła z samochodu i…
A o tym c.d.n. jeszcze dziś.
Trójkąt miłosny
Maryśka idzie w sobotę po raz pierwszy na urodziny do kolegi z przedszkola. Urządzane są na tak zwanym buszowisku i Matka najbardziej jest ciekawa czym to się skończy – w przypadku Janeczki po urodzinach następowała dwutygodniowa przerwa na chorobę, którą częstowali ją wszelcy goście niechodzący do przedszkola z jej, czyli choroby powodu, ale wiadomo, że bal to bal, przyjść należy.
Tak czy owak Maryśka zaproszenie przyniosła, a Matka nabyła prezent drogą kupna. Jakiś samochód co to ciągnie na lawecie inny samochód – temat jakże polski i znajomy.
„Słuchaj, a co to jest za Kacper?” – spytała na wszelki wypadek Matka, która nie odróżnia ani dzieci, ani tym bardziej rodziców, bo za nowej dyrekcji imprezy integracyjne skończyły się raz na zawsze.
–„No jak to – JAKI?” – prychnęła Maryśka, po czym oczy zaszły jej szłem, wywróciła je trzy razy prawoskrętnie i osiem razy lewoskrętnie. Rękami zatrzymała wyrywające się z klaty serce i westchnęła ostatkiem sił – „No przecież ten, co to ja go kocham…”
Matka zbystrzała natychmiast. Cóż, Janeczka kochliwą była równie mocno, niestety absztyfikanci sięgali jej zawsze najwyżej do ramienia, co Matki specjalnie nie cieszyło. Maryśka jest od Janeczki dużo mniejsza, więc szanse na normalne proporcje wrastają niepomiernie.
-„Czy to ten, co tak okropnie szybko ucieka do sali, jak cię widzi w szatni?” – w umyśle Matki zakiełkowało straszne podejrzenie.
–„Ten sam!” – oczy Maryśki błądziły cały czas w okolicach sufitu a stopy niemal odrywały się od ziemi.
-„Zaraz, zaraz, a dlaczego on tak zwiewa?” – Matka bezskutecznie usiłowała sprowadzić dziecię na niziny. Nic z tego – Maryśka jak każdy osobnik ciężko zakochany głucha była jak pień.
–„Bo ja go całuję!!!” – rozmarzył się Potworek i mlasnął znów wywracając oczkami.
-„A czy on jest aby zdrowy???” – zatrwożyła się trzeźwo myśląca Matka, której kaszel Maryśki i okresowo pojawiający sie gil nie dają od dłuższego czasu spokoju.
–„Nie mam pojęncia!” – Potworek pokręcił głową.
Matka głupie pytania zadaje zakochanej bez pamięci osobie.
-„A ile razy ty go całujesz w ciagu dnia?” – Matka w swojej naiwności pomyślała, że może takie pytanie będzie bardziej racjonalne.
Potworek namarszczył się i wyciagnąwszy paluszki policzył na nich z wysiłkiem:
–„Dwa!” – oznajmił triumfalnie.
Matce kamień spadł z sreca z łoskotem.
-„I do tego Zuzia tez dwa razy!” – dokończyła Maryśka.
Matka natychmiast upchnęła sobie kamień z powrotem.
-„Jak to? To wy obie go kochacie???” – wywaliła oczy w rozpaczą.
–„No pefnie!” – odparł Potworek zupełnie nie rozumiejąc o co Matce chodzi.
-„I wam to nie przeszkadza???” – ciągnęła Matka.
–„No trochę przeszkadza…” – cmoknął Potworek ze smutkiem –„Nie mogę go całować tak często, jak chcę!”
Matka odetchnęła aż się zagięła firanka.
–„Ale za to wczoraj udało mi się aż DZIESIENĆ razy!!!” – podskoczył Potworek radośnie.
-„O ranyyy…” – Matka to się ucieszyła jak nie wiem co. Aż jeknęła. – „A co? Czyżby Zuzia się odkochała?”
–„Nie!!!” – klasnęła w łapki uradowana Maryśka -„Skorzystałam z okazji, że zachorowała i nie przyszła!!!”
Obcy – kontratak
Matkę zaatakowali Obcy. Matka nie wie co oni za jedni, ale stara się ich potraktować bordowymi owalami z trzema tajemniczymi znaczkami. Niestety po kontraataku ma koła Kaczora Donalda w oczach i trzęsiawkę ogólną. Kiedy nie kontratakuje, Obcy powodują, że Matka się dusi, wydaje inne ciekawe odgłosy i tak dalej.
Reasumując: Matka ich Ibupromem Zatoki, a oni Matkę czym się da i bez przedstawiania się!
A żeby było weselej Maryśka dopiero co się odchorowała i jeszcze rzęzi, natomiast Janeczka od wczoraj zajada antybiotyk. MiaUżon chwilowo bawi za granicą, więc oszczędzone jest Matce słuchanie koszmarnego kaszlu, jaki prezentował w ciągu całego tygodnia przed wyjazdem.
No niech to…
Matka się głęboko zastanawia, czy nie wziąć bakcyla stajkiem okupacyjnym. Zostać w domu i się okopać na trzy dni. Żal trochę Matce, bo ma sprawdzone pięćset klasówek ( Matka to durna jest, co?) i bibka na Dzień Nauczyciela przepadnie. A fajnie bywa.
Ale jak Obcy sobie nie pójdą to ona też nie.
A tyle miała do zrobienia. Dojechać do SąsiedniegoWiększegoMiasta na jazdę próbną Toledo (Seat wydzwania cały czas pytając jak tam się podobała półtoragodzinna jazda próbna i tak dalej. To się Matce podoba. Nie ma to jak napisać wkurzone pisemko grzecznie i rzeczowo. Firma zareagowała wzorcowo.) Jakieś biżu nowe wymyśleć. A tu się nie chce. We łbie łupie.
No to może trzeba jednak pochorować i zwolnić.
Matka pomyśli i zobaczy co będzie jutro.
A póki co postanowiła wziąć bakcyle na czosnek i piecze francuskie grzanki z serkiem o wspomnianym smaku, tudzieżęwersje numer dwa z serkiem chrzanowym. Całość posypana śmierdzącym, sproszkowanym szwajcarskim serkiem z ziołami Magere Kaas. Jest genialny i do dostania w Holandii.
Że późno?
Taka wyżera?
No Matka głupia nie jest.
Zadziała na bakcyle z zaskoczenia, może już śpią…?
Mknący mklik próchniczek prószy…
Matka przeczytała sobie dwa dni temu na portalu Gazety o skandalu, jakim było znalezienie larw mklika próchniczka w Kasztankach z Wawelu. No niemożliwe? Taki paskudny robaczek i nikt o nim może jeszcze wcześniej nie słyszał? Amerykanie zrzucili go z satelity?
Matce ręce opadają. Kasztanki stały się wyklęte. Wyjaśnienia Wawelu są prawdę mówiąc żenujące – ponoć robaki w przypadku zjedzenia nie szkodzą. Szkoda tylko, że mają spory kaliber i nie wyglądają jak Claudia Schiffer na wybiegu!
Czemu to Matki specjalnie nie ruszyło?
Może dlatego, że mklika próchniczka zna jak własną kieszeń.
Zawdzięcza mu okresowe, ciężkie porządki w szafkach kuchennych z wyrzucaniem jednego worka a 120 litrów różnych ciekawych rzeczy, do śmieci.
-„Mamo, mamo, latają TWOJE motyle!” – doniosła ostatnio Janeczka.
Matka otaksowała motyla w locie, machnęła ręką i znalazła na niej charakterystyczny ciemny nalot ze skrzydełek. No mklik. Motylem zwany jest z dużą dozą złośliwości.
Cztery lata spokoju. Świętego spokoju. Wcześniej parę miesięcy walki między jednym wylęgiem a drugim. Matka nie wie, jak ta cholera się rozmnaża, ale chować to chowa się dobrze. Między kartkami kalendarza, w zeszycie z przepisami i wszelkich szparach w szafce.
Matki szafeczki wyglądają jak schron w Zagubionych – każda mąka, każdy makaron jest szczelnie zamknięty w pudełku. I co? I nico!
Matka mklika przynosi w maleńkim opakowaniu orzechów laskowych znanej firmy. Dwa tygodnie i lata. Najpierw wygryza sobie dziurki w grubej folii.
Przynosi go także w rodzynkach równie znanej firmy. Rodzynki są zamknięte na głucho, opakowanie napompowane powietrzem – a wsad żywy gratis.
Strach kupić migdały – Matka zaparła się kiedyś i obejrzała je wcześniej na półkach wielkiego hipermarketu – chodziły.
Czy Wawel zobowiązany jest do wcześniejszej dezynfekcji orzechów, żeby potem się w czekoladce coś nie wylęgło? Matka nie jest przekonana, czy jest to zadanie naczelne fabryki czekolady. Bo cosik jej się wydaje, że jednak mklik szaleje w składach i hurtowniach…
Faktem jest, że mimo pedantycznej czystości mklik Matkę bezczelnie atakuje i już. A wystarczy mu potem pół ziarna groszku, które zapomniane leży w szparce szafki i zadomawia się na cacy. Ba, Matka przyłapała kiedyś robala, jak właził do słoika z mąką żytnią spacerując sobie po gwincie. Dodajmy, że zakrętka była i to szczelna. Jak się okazuje podobne osiągnięcia mają mkliki u krewnych i znajomych, tyle tylko, że trzeba ich przydusić, albo upić w celu wyciągnięcia zeznań. Znajomych, nie robale.
Temat jest więc wstydliwy i dlatego Kasztanki są szokiem dla polskiego społeczeństwa.
No przecież nikt nigdy nie widział niczego w swojej mące, paczce ciastek, którą schował na czarną godzinę czy suszonych morelach. Każdy kupuje mąkę i zjada ją tego samego dnia na sucho. Zagryzając półkilogramem rodzynek.
Matka rozumie, że w mące, którą się trzyma dłużej niż trzy, cztery miesiące i tak zawsze pojawią się charakterystyczne pajęczynki świadczące o inwazji czegoś maleńkiego, powiedzmy minimotyla, ale na litość chyba można mieć w pudełku trochę suszonych śliwek czy orzechów bez konieczności oglądania tłustych larw, które wychodzą na spacer po dwóch tygodniach…
No być może mklik zaatakował tylko Matkę i Wawel.
To póki co bierze wór, wkłada rękawiczki i pruje szafkę makaronową.
Żeby było, że to wina Kasztanków. Wyłącznie.
Nie ma to jak znaleźć jelenia.
A swoją drogą Matka nigdy nie lubiła Malagi, Tikitaków i Kasztanków.
Więc ich nie miewa.
No to jednak Amerykanie z kosmosu, ten tego, mklika zrzucili…
Jazda próbna
-„Ty wiesz co? Jakąś rdzawą kropkę znalazłem na samochodzie…” – zagaił MiaUżon kilka tygodni temu.
-„Yyyy?” – nieszczególnie zainteresowała się Matka, gdyż akurat lutowała srebrne kółeczko palnikiem i niezbyt to jej szło.
-„Trzeba uciekać z autem!” – wypalił MiaUżon z ulgą, że ma to za sobą.
-„Twoim, czy moim?”- syknęła Matka, która ma samochód do wożenia swojej tylnej części ciała, jak również dupin Potworów dokładnie z tego samego rocznika, będącego szlachetnym, ale jednak nieco odległym rokiem 1999.
-„No dwóch zmienić nie damy rady!” – obruszył się MiaUżon.
-„I oczywiście zmienimy twój, żeby mógł stać, grzać dach i sezonowac klimę na parkingu pod twoja pracą?” – zapytała Matka, która co prawda z upodobaniem jeździ Astrą Classic, ale wyrywa sobie stawy z powodu braku wspomagania i topi Potwory od kwietnia do września bez klimatyzacji. Bo sama wytrzyma, wszak kiedyś nie było wiadomo co to jest i żyło się całkiem, całkiem.
-„Ale możemy za to sprzedac twój, a ty będziesz jeździła moim kombiakiem!” – MiaUzon zachwycił sie swoim pomysłem.
-„NASZYM – chciałeś powiedzieć?” – Matka odłożyła palnik i rzuciła ślubnemu złowieszcze spojrzenie numer siedem -„Wiesz, że boję się małych samochodów, ale pociągami jeździć nie będę!”
-„Nie jest wiele dłuższy od astry!” – zaperzył się MiaUżon.
-„Ale o tyle, ze już to mi nie odpowiada!” – skończyła dyskusję Matka, która rzeczywiście jak musi, to jedzie kombiakiem, ale cofać nim nie lubi i kropka.
MiaUżon zrozpaczony zakręcił się w kółko, bo najwyraźniej dyskusja nie skierowała się na tory, o które mu chodziło.
-„Bo ja zamówiłem jazdę próbną!” – przestawił zwrotnicę bez gry wstępnej.
-„O tak?” – Matka nauczyła się od Potworka posypywać spojrzenie okruchami szkła i pieprzem – „A jakim samochodem?”
-„Alteą XL! Półtora miesiąca temu. I już kilkanaście razy do mnie dzwonili, potwierdzali, no i w sobotę o dwunastej jest ta jazda”
-„To pojedziesz na nią i z głowy” – Matka na takie drobiazgi nie zwraca uwagi.
-„No tak…” – podrapał się w głowę MiaUżon – „…ale salon jest niedaleko SąsiedniegoMniejszegoMiasta…”
-„Ty żartujesz?” – brwi Matki powędrowały nad głowe, po czym wróciły z głuchym kłapnięciem. MiaUżon nie żartował – „Przecież to jest pięćdziesiat kilometrów!!!”
I było pięćdziesiąt.
Matka w ramach wsparcia (czytaj – żeby wybić MiaUzonowi z głowy takie auto) pojechała z MiaUżonem, a Potwory siłą rzeczy również.
Salon znaleźli z niejakim trudem, bo stał na środku pola i podjechali z dokładnością japońskiego pociągu punkt dwunasta.
-„Ja nie widzę żadnej Altei XL!” – zauważyła Matka otaksowawszy sprawnym oczkiem Cordobę do jazdy próbnej, która jednakowoż jej nie interesowała.
-„Bo pewnie jest z tyłu!” – fuknął MiaUzon i wkroczyli do salonu wielkiego jak hangar na Okęciu.
Nikt na nich nie zwrócił uwagi. Matka władowała się do Leona, Cordoby, Toledo i zwykłej Altei. Potrzaskała bagażnikami. Nic. Człowieczek za biurkiem trzymał sie twardo.
-„Proszę pana!” – zagaiła Matka pięć po dwunastej a facecik ruszył cztery litery z wielką niechęcią. Maka obrzuciła go spojrzeniem, które natychmiast zamieniła na spojrzenie niechętne, gdyz pan reprezentował typ sprzedawcy, za którym nie przepada : nażelowane, postawione na sztorc rzadkie włoski, jaskrawy krawat, koszula, marynarka zapewne w kanciapie i buciki w stylu „mam czerwone, bo lepiej widać, ze trochę kosztowały”.
-„Mieliśmy umówioną o dwunastej jazdę próbną!” zaatakowała Matka
-„A tak, tak, tak, tak!”- zamachał rączynami facecik -” samochód będzie za jakieś pół godzinki, bo wyjechał do SąsiedniegoWiekszegoMiasta”.
Matkę to z wiekiem coraz szybciej trafia jasny szlag.
-„Panie” – weszła od razy na wysokie C -„Altea miała być o dwunastej, a z SąsiedniegoWiększegoMiasta to my dopiero co przyjechaliśmy. Wie pan co to jest telefon?”
-„No tak, ale to przecież będzie za chwileczkę, ja zazdwonię!” – facecik rzucił się do słuchawki.
-„Jest już bliziutko, zaraz będzie!” – starał się uspokoić Matkę, ale nic mu z tego nie wyszło.
Po kolejnych pięciu minutach Matka nie wytrzymała.
-„Ja bardzo proszę, żeby pan zadzwonił ponownie i spytał o czas przybycia tego samochodu” – zażądała Matka niekoniecznie sympatycznie.
Facecik wił się przed słuchawką, ale wykonał polecenie z szybkością światła.
-„No, za jakieś czterdzieści minut może będzie…” – wyszeptał -„…bo myśmy zapomnieli. Całkiem.”
Matka myślała, że wdepcze karalucha w ziemię. Zawalona sobota. Potwory ciągane niepotrzebnie kawał drogi i jeszcze nic a tego?
-„No cóż…” – głos Matki zabrzmiał jak styropian na szkle, ale szare komórki myslały tylko o tym, jak gościowi dołożyć. Pewnie się nie przejmie, ale co sobie Matka ulży to jej -„…chodź, MiaUżon, jak już koniecznie chcesz DZIŚ mi wpłacić na samochód, to jedziemy z ta kasą po Citroena C5. Ma taką łądna tapicerkę!”
I Matka wyszła słysząc szczęk szczęki pana na pododze. Usiłowała nawet trzasnąć drzwiami, ale zamontowali urządzenie, które zabezpiecza zwykle drzwi klatek schodowych przed wandalami i drzwi salonów przed Matką. Najwyraźniej.
MiaUżon wypadł za Matką nieco wzburzony.
-„No coś ty, palisz mosty za sobą!”
-„I tu więcej nie wrócę!” – oświadczyła Matka ładując się do astry z Potworami -„Co to za firma, która trzyma takiego sprzedawcę! A jak już tyle czasu zmarnowaliśmy, to jedziemy jeszcze zobaczyć dwa inne salony, których u nas nie ma”
I pojechali. Pojeździli sobie dobrymi autami bez wcześniejszego umawiania się, a panowie sprzedawcy zamiatali rzęsami po bruku i odpowiadali na każde pytanie. Czyli można.
I dalej nie wiadomo co tu nabyć drogą kupna. Matce szkoda forsy na coś dużego mocno, bo jeździ tym sam MiaUżon, a i to tylko pod biuro. Potem używa słuzbowego. A tylko myśleć o dwóch tygodniach wakacji? E!
A wróciwszy Matka weszła na stronę Seata, który przezornie nie podaje żadnego telefonu poza infolinią i napisała wkurzone, ale eleganckie pisemko o rzutowaniu zachowania jednego człowieczka na wizrunek całej firmy. I ciekawa jest bardzo czy będzie jakikolwiek odzew…
Krótkie słowo
Matka we wtorek otrzymała propozycję. Do odrzucenia albo nie.
I szczerze mówiąc padła.
Bo jest cholerą jak nie wiadomo co. Załatwia pewne rzeczy niemożliwe. Rozciąga często czas.
Odwozi Potwory, odbiera Potwory.
Zakupy robi.
Pierze, sprząta, gotuje, ściany maluje.
Ma czas na biżuty.
Pracuje w swoim zawodzie czyli wisi na ruszcie albo wysiaduje jajo przed sztalugą.
I wiele innych, bo jest normalną babą statystyczną.
I w ten wtorek (proszę, jak Matka szybko potrafi porzucić dygresje!) Matka dostała propozycję zostania vice…
Zamachała rękami i wzięła to za dowcip. Nie był.
Przemyślała, poradziła się i zaczęła zastanawiać.
Przeliczyła czas, zajęcia, obowiązki, wakacje i na końcu pieniądze.
Wyszło na to, że będzie musiała wyjeżdżać z Potworami do szkołoprzedszkoli o 6.30. Odbierać je minutę przed zamknięciem.
Płacić niani za ferie zimowe, wszelkie dni wolne od zajęć dydaktycznych, ale nie od normalnej pracy i ponad pół wakacji.
Zwolnić się z drugiej szkoły – a Matka tego nie chce. Bo lubi ją i nie miałaby powrotu.
Odpuścić rusztowanie, wszystkie ewentualne fuchy i biżuty.
Wyszedł debet głębokości Rowu Mariańskiego.
Matka robiłaby to dobrze. Na pewno.
I jest jej bardzo miło, że tak ją doceniono.
Ale dziś powiedziała „NIE”.
Szkoda życia…