Metoda

Dni, kiedy nie ma czasu czegoś zjeść bywają straszliwe. Człowiek zawsze się robi głodny wtedy, kiedy zupełnie nie powinien. Burczy mu na przykład dramatycznie w brzuchu w drugim akcie Carmen – dobrze, jak akurat wtedy, kiedy panowie trzepią w talerze…

W pracy nie jest lepiej. Co Matka postawi nogę, kiedy łazi po klasie, to zaraz rozlega się bulgotanie pustki w jej żołądku. Żeby jeszcze specjalnie głodowała! W życiu! Przynosi sobie kanapeczkę i zżera na długiej przerwie. Błąd! Za wcześnie…

-„Która teraz będzie godzina?” – zapytała koleżanka z pracy, patrząc na zegarek. Wskazywał wpół do dwunastej.

-„Piąta” – odrzekła Matka bez namysłu, bo nauczyciel to człowiek, który na zegarku się jeszcze zna, gorzej z odliczaniem godzin lekcyjnych.

-„Oooo, piąta…” – zmartwiła się koleżanka – „To jeszcze nie zjem” – i z żalem obejrzała kanapkę, która zachęcająco leżała sobie na stole.

Matka nie ma tego problemu. Chce – zjada. Potem tylko ma klops z powidłem, bo dociąga po Potwory ostatkiem sił, aż jej się robi niedobrze. I każdego dnia jest inaczej – raz ta kanapka starcza, a raz nie, trudno przewidzieć.

-„Jedziemy szybciutko do domu” – zapowiedziała Matka Potworkowi w piątek, kiedy wyciagała go z przeszkolnej piaskownicy.

„Ojej…” – przypomniało się Maryśce w połowie drogi –„A fszatni został joguht dla ciebie, panie mi dały, bo ja przecież nie mogę!

-„Trudno!” – machnęła ręką Matka. Jogurt prawie zawsze albo zostaje w szatni, albo w kuchni u pań kucharek. Matka w ogóle nie zwraca na to uwagi.

-„Idziemy po Janeczkę i zmykamy do domu na obiad!” – zarządziła Matka w poniedziałek, bo ssanie miała tym większe, im bardziej przypominało jej się, że ma w lodówce jeszcze kawałeczek karkóweczki.

-„Dobha, ale weź tehaz ten joguht!” – przypomniało się Potworkowi i paluszkiem pokazał kubeczek, który zapomniany stał na szafce w szatni. Denko rozpaczliwie wysadzone było do góry, zaś boczek wciagnięty, zgodnie z równowagą sił w przyrodzie. Jogurt najwyraźniej miał już bogate życie wewnętrzne, jak przystało na trzydniowe wygrzewanie się w szatni.

-„Oj, wiesz ? Ja to go może jednak tu zostawię, panie sprzatną. On już się chyba nie nadaje…” – Matka nie wdawała się w szczegóły i szybko pomknęła po gazety. Rzuciła je na siedzenie i znów zassało ją w żołądku.

-„O rety, jak zaraz nie dojadę do domu to tu padnę” – mruknęła do siebie i odpaliła auto.

„A widzisz???” – zahuczało Potworkiem z tyłu dydaktycznie –„Mogłaś zjeść ten joguht. To by była metoda na głoda!!!”


Matka dojechała jednak jakoś na karkóweczkę.

Podejrzewa jednak, że gdyby zastosowała Potworkową metodę dojechałaby szybciej.

Znacznie szybciej.

Grzebanie nogą w kosmosie

Matka przepada za czwartkami. Dlaczego? Powód jest banalny – pracuje w szkole trzy dni, a potem może robić swoje. Zawozi rano Potwory, wraca do domu, parzy sobie kawę (no dobra,dobra – zalewa rozpuszczalną, ale zawsze dobrą) i rozkłada swoją robotę.

Dziś było podobnie. Matka co prawda lekko niewyspana, bo MiaUżon na trzydniowym szkoleniu, więc można było spokojnie posiedzieć nad biżutami jako, że cała papierowo-szkolna robota póki co odwalona jest na cacy. Rano Matka spacyfikowała Potwory przy ich zdecydowanym sprzeciwie, wróciła tylko po komórkę złorzecząc, że człek XXI wieku uzależnionym od niej jest i szybciutko odstawiła potomstwo do szkołoprzedszkoli, ponieważ miała misję. Po pierwsze zostawić koleżance w szkole Janeczki biżuty do obejrzenia, po drugie wysłać poleconym to samo stałej i ulubionej klientce.

Matka pierwszą sprawę załatwiła szybciutko i w podskokach, następnie podjechała do sklepu, gdzie spokojnie zrobiła zakupy nad zakupami – olej, mięso, nabiał wszelaki, banany, gruszki i inne takie. Już, już miała szturmowac pocztę, kiedy przypomniało jej się, że i tak ma do odebrania jakiś list do siebie, więc najlepiej bedzie jak wszystko załatwi za jednym zamachem w swojej placówce.

A dzień był piękny, choć chłodny, słońce świeciło po ślepiach, ale co tam, Matka blondynką nie jest, klapkę nadoczną sobie nastroszyła i jechała ze śpiewem na ustach, jako że zabrakło jej bitów na wzięcie radia. Jeden bit – zabrać Potwory, drugi bit – wrócić po komórkę. Matka dwubitową jest i kropka! I wcale jej z tym nie jest źle!

Co tam Matka pisała? Aha! Dzień był piękny i życie wydawało się cudem. Dziewiąta rano a tu tyle spraw załatwionych! Co prawda w tak zwanym międzyczasie zadzwoniła szkoła Matki, że trzeba zrobić dekoracje, ale ponieważ rzecz dziać się miała za tydzień, więc Matka zdusiła w zarodku wszelkie negatywne myśli i skręciła w uliczkę, z którą zwiazane były dobre wspomnienia – na niej mianowicie mieszkała kiedyś Matka Matki Matki, czyli prościej matkowa Babcia. Ponieważ dziadek pracował całe życie na kolei, więc dom stał na tyłach dworca, który szpetnym jest okrutnie, za to od jakiegoś czasu ma ładnie zagospodarowane tyły w stylu „parkingi dziwne a wielkie, na których nikt nie stoi”. Inaczej mówiąc pies nawet nie zaszczeka, gdyby nie hurtownia budowlana, to wróble by zawracały.

Matka jechała więc radośnie a kawa jej pachniała tak, że aż miała wątpliwości, czy zatrzymywanie się na poczcie to dobry pomysł. Ale co tam – będzie kolejna sprawa odfajkowana a tam człowiek czeka wszak na precjoza!

Matka zakręciła z gracją,sprzegiełko, wrzuciła dwójkę, sprzęgiełko, wrzuciła… zaraz… sprzęgiełko, sprzęgiełko, sprzęgiełko??? GDZIE JEST SPRZĘGIEŁKO???

Matka poczuła sie jak Kaczor Donald, którego wystrzelili z armaty i rozpaczliwie maca wokół siebie szukając podłoża.

Wyciagnęła nogę i nadusiła przestrzeń. Raz, drugi – sprzęgła nie było.

Co tam sprzęgła – nie było pedału!!!

Matka pamięta takie numery dwadzieścia lat temu w dużym Fiacie, kiedy zabrakło płynu – trzeba było nogą pedał sprzęgła odciągnąć i jakoś szło dopchać się do warsztatu.

Tym razem jednak grzebanie nogą w kosmosie nie dawało nic. Matka ostatnimi podrygami zjechała na bok i przyblokowała jakiegos tira na wspomnianym oszałamiającym i bezcelowym parkingu. Wytaszczyła swoje wkurzone zwłoki z auta i zajrzała oczkami bez specjalnej ciekawości.

Pedał był a jakoby go nie było, bowiem za wszelką cenę starał się udawać podłogę. No nie te numery z Matką! Ta – sposobem blondynki – ręcznie pedał odciagnęła, na to ten zrobił uprzejme „DUP” i się schował.

Matce robić takie numery? TAKIE NUMERY? Jak w bagażniku mięso się kisi???

I wtedy Matka zauważyła, że na wycieraczce coś leży. Coś jest srebrzyste, ma jakieś 15 centymetrów długości, wysteje z niego pęk stalowych drutów i udaje, że nie jest urwana linką od sprzęgła.

Matce czarno się zrobiło przed oczami. A potem przypomniało jej się, że drugim bitem wróciła dziś rano po komórkę, czego zwykle nie robi. No w końcu kobiecie drugi bit może sie przydać na przykład do prowadzenia samochodu?

Matka wykonała szereg telefonów, w których głównym słowem na opisanie awarii było „@&^%^$#$^$&^” i wszyscy natychmiast Matkę zrozumieli, łacznie z MiaUżonem, który pisał właśnie egzamin poszkoleniowy. Po kilkunastu minutach przyjechał kuzyn, który ma warsztat, poinstruował Matkę jak się jeździ jedynką bez sprzęgła i pokazał palcem, że ma stanąć tam, a tam, bo warsztat okazał się być w zasięgu wzroku.

A potem Matka zabrała siaty z rzeczami szybkopsujliwymi i potruchtała na dworzec, skąd dał jej dyla autobus, kursujący raz na pół godziny, więc użyła środka komunikacji zwanego taksówką, bo nawet nie wiedziałaby za ile kupić bilet autobusowy. Matka kompletną inwalidką bezaucianą się okazała!

Kierowca taksówki wchłonął Matki jad jak najlepsza kozetka psychoterapeuty, bo był po podobnych przejściach.

-„Dobrze, że to się pani stało w mieście, a nie gdzieś daleko od domu!” – rzucił złotą myśl.

Matka uświadomiła sobie, ze mogła wszak stać w polu dwa tygodnie temu wraz z teściową, której odlatywał samolot do Szwecji, a na pociechę miałyby słynna naleweczkę żołądkową na dziurawcu… O ile teściowa przyznałaby się, że ja w ogóle ma!

-„Home, sweet home!” – pomyślała sobie Matka trzaskając drzwiami i wstawiając wodę na kawę trzecią ręką – „Jak dobrze, że jest chwila ciszy, Potworów nie ma, Janeczka się nie kłóci o byle co, Matka jej łba nie urywa – no żyć nie umierać!”

Zadzwonił telefon. No wreszcie MiaUżon się zmartwił czy Matka aby nie leży koło samochodu.

-„Dzień dobry, tu Holly_goli!” – odezwał się znajomy głos w słuchawce -„Wiesz, ta Holly_goli od Gwoździ z Bloxa.”

Jasne, że Matka wie działa jaka Holly vel goodnews.

-„Przyjeżdżam do ciebie w sobotę i robię z tobą reportaż na temat bycia supermamą!” – oznajmiła holly i spróbujcie jej powiedzieć, że nie!

Matka ma wizję. Wizję Janeczki, która woła, że Matki nienawidzi, bo ciagle jej wszystkiego zabrania. Wizję Maryśki, która spada ze schodów, więc jest dzieckiem niedoplinowanym. Wizję MiaUżona, który ma za złe, że wszędzie się walają srebrne druty i Matka mogłaby robić te biżuty u siebie w pracowni.

O matko.

O rety.

Jasny gwint!


Potwór chusteczkowy atakuje

Matka zauważyła, ze co robi zakupy w Lidlu, to wrzuca do koszyka chusteczki. Ma takie swoje ulubione, w pudełku z tulipanami – kiedyś czerwonymi, teraz komputerowo zmienionymi na żółte, a „ulubioność” polega głównie na tym, że w pudle znajduje się aż 200 sztuk i tak szybko się nie kończą.

Fakt – Matka rozstawia te chusteczki wszędzie. W pokoju Potworka – raz. W pokoju Janeczki – dwa. W sypialni Matki i MiaUżona – trzy i cztery. W łazience – pięć, w kuchni sześć, w pracowni – siedem. Najcześciej wymienia w łazience i kuchni, ale w sezonie letnim idzie to raczej opornie – katarów nie ma, w zasadzie wyciera się jakąś rozlaną wodę koło zlewu i tak dalej. Zimą to co innego, ale i tak nie jest tak źle, jak w tej chwili!!!

Dodajmy, że brzoza w zadnym razie nie ośmiela sie pylić, więc MiaUżon nie jest uczulony. Matka dawno już (tfu, tfu, tfu!!!) nie była chora, Potwory troszkę posmarkują, ale tak na trzy, cztery chusteczki dziennie. Czyli nic.

A Potwór Chusteczkowy łazi i kradnie chusteczki!!!

Co Matka zagląda do pudła w łazience – tam dno!!!

Za piatym razem się zorientowała, że coś nie tak.

Tropienie Potwora przez miesiąc psu na budę się zdało. Chusteczki znikały dalej.

Matka zaczęła jednak znajdować błędy Potwora Chusteczkowego – co kilka dni na podłodze odkrywała zmiędoloną chustkę.

-„Janeczko, znów rzuciłaś obsmarkaną chusteczkę na podłogę, zamiast do kosza!” – zdenerwowała się Matka.

Potwór osobisty, czyli Janeczka wywalił na Matkę ślepia oburzony:

-„To przecież nie moja! Ja nie mam kataru!”

No fakt. Nie miał. I do tego robi mniejsze kulki z chusteczek a ta była widocznie porzucona w pośpiechu.

Matkę sprawa dręczyła miesiąc. Do wczoraj…

-„Idziemy spać! Jutro odwozi was tato i trzeba raniutko wstać!” – zarządziła Matka wieczorem.

To, co nastapiło potem należało do klasyki Potwornych Wieczorów Matki i MiaUżona: Janeczka się stawiała, wymyślała coraz to kolejne powody, dla których musi zejść natentychmiast do kuchni, natomiast Potworek robił miast porządku coraz większy bardak w pokoju.

-„No dobra, koniec tego dobrego, do kąpania Maryśka!” – Matka wzięła Potworka za pludry i zaprowadziła do łazienki mimo zdcydowanego oporu.

-„Ściągamy bluzę!” – trach, Matka zdjęła -„I koszulkę!”

A potem zrobiła oczy jak guziki i zatrzymała się w pół drogi ze zdejmowaniem podkoszulka tak, że Potworek mało co widział.

Dziecię odziane było w kostium kapielowy…

-„A CO ty masz na sobie?!” – wykrztusiła Matka zdumiona dobrowolnym wpakowaniem się Potworka w gumowaną odzież.

-„Jak to co?” – zapiszczało dziecię ochoczo i pomacało się po brzuchu. Potem po plecach. Znów po brzuchu… Znów po plecach…

Spod podkoszulka buchnął czarny, gryzący dym.

Potworek wpadł. Wpadł po uszy!!!

„Iiiiiii…..” – zapowietrzył się – „Iiiiiii… ja muszę mieć ten kostium!!!” – wypalił szybko i znów zadymił.

Matka nie po to malowała ściany, żeby kopeć na nich teraz osiadł!

-„A PO CO ci kostium kiedy chodzisz w bluzie?!”

Maryśka zdjęła sobie sama z głowy podkoszulek i spojrzała na Matkę z rozpaczą.

„No po to…” – jeknęła dramatycznie -„…Żeby mi BIUST nie wypadł!” – i stanąwszy nad sedesem zaczęła wrzucać doń tony skłębionych chusteczek, które wyciągała sobie zza dekoltu.

Matka siadła na koszu z brudną bielizną i zamieniła się w słup soli.

-„Ale czemu wyrzucasz teraz te chustki?” – zatroszczyła się o sedes, któremu groziła niemoc wskutek nieprzerobienia tych ilości celulozy. Czystej celulozy

„No chyba nie uważasz…” – Potworek odrzucił z czoła grzywkę z godnością –„…że będę jutro nosić UŻYWANY BIUST???

Dajemy na zapowiedzi :-)

Matka donosi, że własnie obrabia zdjęcia nowej – powiedzmy to szumnie – kolekcji. Nic niezwykłego, bo jak idą kamienie to wszyscy sie boją, więc sa jedne kamienie Matki, a poza tym szkło w różnych odsłonach. Mocno szklane i przejrzyste, ale także udające z powodzeniem ceramikę. I tym razem generalnie krótko, kompletowo, ale nie tylko. I zapowiedź długich perłowych kropli w jednym z pięciu odcieni…

No bo za długa juz przerwa była i trzeba było coś zrobić. Od wieczora niedzielnego wrzucamy po kolei. Miłego oglądania, link w zakładkach u góry…

Prawie jak Chanel

Matkę jak weźmie na kupowanie na allegro, to tylko trzyma się za kieszeń, teraz jednak musiała poszukać czegoś konkretnego, czego nie ma w sklepach, więc jest usprawiedliwiona. Potwory siedziały sobie ciuchutko z oczami utkwionymi w ekran telewizora, z którego dochodziły ryki pełnometrażowego, fabularnego Asterixa (nawiasem mówiąc Matka za czterdziestym trzecim razem w ciągu ostatnich czterech dni zauważyła, że to świetny film!), więc Matka mogła poświęcić chwilę na ustrzelenie jakiejś okazji, w związku z czym otworzyła stronę ofert, które właśnie się kończą…

Otworzyła – i oczy zapłonęły jej blaskiem jak pochodnie – oto bowiem za dwie minuty kończyła się licytacja perfum, za którymi przepada, a właśnie taki sam nabytek ze sklepu bezcłowego na petersburskim lotnisku zaczynał bezczelnie ukazywać swoje dno.

Matka wpadła na stronę, przeczytała, że 100ml (Matka w mniejsze pojemności się nie bawi), że marka taka, a taka i rodzaj taki, a taki. „Kupiłam okazyjnie za granicą, tylko pudełeczko jest lekko uszkodzone, stąd taka cena”. No dobra, pudełko się wyrzuca, Matka sama zna takie sklepy w Krainie Wiatraków, gdzie za 1/10 ceny można kupić markowe perfumy z likwidowanych drogerii i tak dalej.

Co w takim wypadku Matka zrobiła? Zalicytowała inteligentnie i wygrała aukcję z jakąś panienką na spółkę. Cena? 1/4 sklepowej – no bajka!

Przesyłka przybyła po dwóch dniach, po prostu błysk. Matkę zmroziło tylko to, że miast w pudełku (a cena przesyłki 11 złotych skłaniała do przypuszczeń, że byłaby to dobrze zapakowana paczka) perfumy nadeszły w bąbelkowej kopercie i miały półtoracentymetrowe pęknięcie na butelce. Na razie bezpieczne.

Niestety na tym koniec plusów. Bo pudełko Matce wydawało się znajome, ale jego wykonanie już nie w każdym szczególe.

A butelka na pewno podpadała. Matka pognała do łazienki, wyciagnęła starą – inne szkło, ładniejsze. No co tam, mogli coś zmienić! Internet i przeszukiwanie internetowych sklepów – zaraz się okazuje, że połowa korzysta z jednego i tego samego zdjęcia! Trochę lepiej – butelkę lekko zmienili, ale ziarenko niepokoju kiełkowało w Matce dalej. Swoją drogą, gdyby nie miała prawdziwej butli w domu, to by nie poznała!

Dała na wstrzymanie, ale dłużej niż jeden dzień nie zdzierżyła. Nie Matka!

Zajrzała na aukcje, a tam panienka wystawia znów kupione w promocji takie okazyjne. I już piętnaście razy tak robiła, po dwie sztuki – to z jaką ona walizką za tę granicę jechała? Na kółęczkach z podwozia tira???

Przecież Matka do niej nie zadzwoni! Ale założyć lipne konto może i zadać pytanie jako Gosia Iksińska, co to chce prezent zrobić dla cioci, ale ta tylko oryginały uważa, więc krótka piłka – prawdziwe te perfumy czy nie?

Na odpowiedź Matka czekała dwie i pół minuty. Panienka jest chyba zintegrowana z pamięcią podręczną komputera.

-„Kupujący mówił, że oczywiście oryginały, ale ja tego nie mogę zagwarantować…”

#@$&^%#% Matkę krew zalała. No żeż jak ty zagwarantować nie możesz, to nie chrzań, że za granicą kupiłaś okazyjnie! Okazja sama do ciebie przyszła i miała skośne oczy!

Matka przerzuciła regulamin Allegro i sprawa stała się jaśniejsza, niż przypuszczała, choć Matka jakoś nieprzytomnie nie otwierała przesyłki na poczcie i nie spisywała protokołu. Nie było na szcęście o tym mowy w regulaminie. Po namyśle Matka weszła w formularz kontaktowy, wyłuszczyła sprawę konkretnie i uprzejmie, a nastepnie podała numer aukcji, bo bez tego się nie dało i zapytała co w takim wypadku uczynić powinna…

Nadszedł mail automatyczny, że w ciągu maksymalnie trzech dni odpowiedzą. No dobra. Matka pojechała do szkołoprzedszkoli po Potwory.

Kiedy wróciła, a trwało to godzinkę z okładem, czekał na nia mail od prawnika allegrowego – bardzo miła pani napisała to, co Matka juz wiedziała : jeśli próby dogadania się ze sprzedającym nie powiodą się w ciągu miesiąca, do akcji wkracza allegro, zgłasza sprawę Policji, a ta wszczyna natychmiast postępowanie przeciwko sprzedającemu. Matka ma tu zdecydowanie rację, a sam proceder handlowania podróbkami jest w tej chwili na takim topie, że szkoda gadać!

Matkę to bardzo podbudowało, zamknęła wiadomość, patrzy – a tu kolejna, tym razem od panienki!

-„Ach czemu pani nie napisała, że jest niezadowolona z zakupu? Bo co było tak od razu? Zwróciłabym natychmiast pieniążki i po sprawie!”

Czyli allegro zareagowało nie tylko natychmiast, ale też bardzo konkretnie!

Matka odpisała panience bardzo grzecznie i współczująco. Nie odeśle jej tej butelki, bo wskutek niewłaściwej przesyłki ma pęknięcie i nie przeżyłaby ponownego transportu. Nie wystawi jej żadnego komentarza, bo nie jest świnią. Ale pieniądze mają się znaleźć na jej koncie w okamgnieniu! Bo inaczej to ona lepiej wie, niż Matka co będzie!

Po trzech minutach pieniądze wyszły od panienki.

Za godzinę Matka ma księgowanie przychodów w jej banku i sprawdzi…

Drżyj panienko!

Ale miałaś tak pełne portki strachu, że na pewno wysłałaś walory!

A potem Matka podziękuje pani prawnik z allegro.

Bo Matka może sobie kupić dżinsy za 19,90. Ale nie jest na nich napisane Wrangler! Może nabyć podkoszulkę za 4,90, ale nie z napisem Chanel!

Może być masło za 2,30, ale nie Miksełko!

Czekolada za 1,05, ale nie wyrób z masy tłustej!

Brr!



Nawiasem mówiąc panienka wystawiła następne perfumy w rzekomo „uszkodzonym” pudełeczku.

Mat-ka się łat-wo wku-rza…

Kontrabandzistka J-23 i pół

Matka sobotę miała pod znakiem nerwów i sytuacji kompletnie niecodziennej.

Powód?

Prosimy bardzo – teściowa wyjechała za granicę!

A Matki teściowa nie wyjeżdża nigdzie poza granice metropolii, pomijając jednokrotny incydent, kiedy MiaUżon zabrał ją na trzy dni do Holandii na pogrzeb ciotki. To się nie liczy.

Teraz teściowa wyjechała, co tam wyjechała, WYFRUNĘŁA do Szwecji do swojej córki, a Matki szwagierki. Po raz pierwszy i zaraz na dwa miesiące, co akurat jest logiczne.

-„Tylko ja chciałbym, żebyś kupiła mamie bilet na sobotę, bo w inny dzień jej nie będę mógł odwieźć na lotnisko” – zarządził groźnie MiaUżon, który, podobnie jak cała rodzina ma z siostrą na ostrym pieńku, czemu się Matka absolutnie nie dziwi i nie komentuje.

Szwagierka ostatecznie „się określiła” i nabyła bilet za astronomiczną sumę 79 złotych polskich, przeliczonych z koron szwedzkich na nasze.

Babcia zaczęła się pakować dwa tygodnie przed terminem.

-„Ja to bym zapomniała co zapakowałam” – zdziwiła się Matka, ale co tam, nie jej cyrk i małpy.MiaUzonowi było wszystko jedno, byle torba nie musiała nieśc Babci, która co prawda świeżo po zabiegach, ale jednak ze zwyrodniałym mocno kręgosłupem, co odbija się na chodzeniu.

-„Mam nie bierze tego ręcznika! Tam dadzą!” – próbował negocjować MiaUżon, ale równie dobrze mógłby mówić do meduzy.

Kiedy przywiózł torbę Babci Matka wyszła ze skóry usiłując ją unieść.

-„Tam jest świeży trup, czy co?” – stęknęła Matka przesuwając ją nogą. Torba nie tylko balansowała na granicy magucznych dwudziestu kilo, ale też miała rozmiary do noszonego słoniątka.

-„Na szczęście ty się bedziesz martwił targaniem tego sprzętu!”- matka z nieukrywana radościa zatarła rączki, kiedy…

-„No, ekhem, ekhem…” – chrząknał MiaUżon i rozejrzał się za katapultą -„…właśnie się okazało, że mam szkolenie i nie będę mógł pojechać…”

-„No żeż @^%$^%^#$” – pomyślała Matka i nie omieszkała po chwili jednak włączyć głośników powtarzając frazę ze wzystkimi szczegółami.

Matka ukrywać nie będzie – nie znosi jeżdżenia po Warszawce w charakterze kierowcy, zwłaszcza bez wsparcia z drugiej strony. Babcia na wsparcie nie wyglądała i Matka podejrzewała, że po pierwsze się z nerwów po…no, zwymiotuje, a dodatkowo mogła dostać tej, no, no, tego, rozstroju, na wypadek czego Matka zabrała jeden woreczek z nadzieją, ze Babcia obu tych czynności nie będzie wykonywac jednocześnie, jeno chronologicznie.

-„Kurczę, ostatnio byłam na lotnisku siedem lat temu i wracałam autobusem z niższego poziomu, Nawet nie wiem jak tam u góry wygląda!” – podrapała się w głowę Matka, która musiała jeszcze załatwić nianię na jakieś dramatycznie ranne godziny, łącznie z opłaceniem jej taksówki, bo autobusy akuracik zrobiły sobie półtoragodzinną przerwę.

-„Dam ci CB radio!” – MiaUżon wyrwał sobie część ciała, którą dostał od Matki na Gwiazdkę i położył koło samochodu – „A torbę Babci już masz od tygodnia w bagazniku”.

-„A w niej szwajcarski ser?” – zaniepokoiła się Matka, a MiaUżon lekko obraził.

-„Mama będzie miała jeszcze torbę podręczną i swoją małą torebkę” – oznajmił i tyle go Matka widziała. Pomknął na wspomniane szkolenie.

Matka świtem podjechała po Babcię, która w asyście sąsiadki czekała już na ulicy.

Najpierw Matkę zabiła torebunia podręczna, która miała chyba gęstość ołowiu.

-„Co mama tam włożyła???” – Matka upchnęła sobie ręką żyły, które wyszły jej na czole.-„Chyba nie jakieś szkło???”

-„A skąd?” – żachnęła się teściowa. – „Mówiłam ci, że zamiast wina biorę kiełbaskę krakowską”

Chyba z całego mamuta…

-„A te drugą torbę poznajesz?” – zapytała przymilnie teściowa podając torebusie damską, która ponownie przygięła Matkę do ziemi.

Matka obejrzała dokładnie torebkę – skórkowa, częściowo łatkowa, cześciowo z litej skóry, ładna.

-„E-e” – pokiwała głową przeczącą.

-„No przecież to jest torba twojej mamy, co to mi ją dałaś!” – teściowa zdziwiła się mocno, że Matka ma amnezję.

Matka pamięta fakt. Dała teściowej nowa torbę swojej mamy, z którą ta przyjechała do Matki metropolii na święta nie przeczuwając, że już nigdy nie wyjedzie.

-„O rany…” – Matka obejrzała jeszcze raz torbę z prawdziwym podziwem – „…nie wiedziałam, że ona może TAK wyglądać…”

No bo wyglądała jakby stała sie rosiczką, która skonsumowała 1/3 populacji wszystkich owadów świata.

I pojechały.

Matka zabawiała Babcię rozmową i co chwila upewniała się, czy aviomarin działa.

Nie było problemu.

-„Mama nie ma w bagażu żadnych noży, pilniczków, podejrzanych płynów i tak dalej?” – Matka nie dawała za wygraną. Teściowa zapewniała, że nie.

W końcu Matka zaparkowała na parkingu piętrowym zgodnie ze wskazaniami MiaUżona, bo przecież na pewno na tym położonym przy Etiudzie nie bedzie miejsca i wytaszczyła torby na asfalt.

-„Patrz, tam jedna babeczka odstawiła wózek!” – zauważyła teściowa szarpiąc rączki od najwiekszej torby.

-„Mam to zostawi!” – ryknęła Matka, której zależało, żeby choć Babcia doszła bez wózka do lotniska. Pognała po porzucony wózek błogosławiąc nieznaną babeczkę, bo w promieniu kilkuset metrów innych wózków nie było. Chyba zabiłaby się mokrą szmatą!

„To jedziemy!” – natarła na pojazd wcześniej ujrzawszy gdzie jest sama, a gdzie pieprzona Etiuda. MiaUżon nie przeżyje jej powrotu!

-„Zrobiło się lekko późnawo, galopujemy!” – i poszły, na ile Babci nogi pozwalały.

Na lotnisku panował uroczy burdel rodem z PRLu.

-„Staję w ogonku!” – Babcia wskoczyła na wysokie obroty wspominając dawne czasy spod rzeźnika ( U Matki w metropolii nie mawia się )-„Pan mi się tu nie wpycha, pierwsza byłam!”

Matka zapadła się pod ziemię, bo Babcia natychmiast ustawiła pół kolejki nie bacząc na to, że stoją tam Szwedzi, Japończycy i inne nacje.

-„Pasażerowie do Malmo przejdą do przodu, bo zaraz zamykamy odprawę!” – wybulgotała panienka przez megafon a Matka struchlała. Babcia gotowa jeszcze niechcący zostać w kraju!!!

Ale Babcia natarła, a Matka udając, że nic nie rozumie zasuwała za nią z wózkiem najeżdżając co u rusz odnóża pasażerów.

-„Tam dalej nie możesz?” – wyczytała Babcia u góry a Matka wzruszyła ramionami.

-„Dopóki nie włożę tej torby na taśmę to się stąd nie ruszę” – i Matka raźno przesunęła się pod urządzenie do prześwietlania wrzucając na nie świeżego trupa w opakowaniu.

-„Teraz mama ściąga żakiecik i kładziemy go do skrzyneczki” – Matka dojrzała procedurę podręczno-bramkową. Pnie i panowie sprawnie pozbywali sie drobnego sprzętu, który przechodził przez kolejny prześwietlacz.

-„Mowy nie ma, w moim żakiecie nie ma kieszeni!” – teściowa zaparła się przed brameczką a panie WOPistki z zainteresowaniem zaczęły przyglądać się Matce, która za wszelka cenę starała się zedrzeć odzienie z Babci, zeby samolot nie poleciał w cholerę.

Teściowa w końcu dała za wygraną. Matka przepuściła żakiecik, pożegnała się i wsadziła obie gęste torby Babci na taśmę. Już, już znikała za zakrętem, kiedy intuicja kazała jej jednak wrócić.

Torby wypluło z powrotem.

Celniczka prześwietlająca położyła je na boczku i dawaj jeszcze raz…

Tym razem zainteresowała się druga, włożyła białe rękawiczuszki i rozpięła suwak. Matka czegoś takiego nie widziała! Torba była nabita tak, że nic nie dawało sie z niej wyszarpnąć.

-„Pani chyba lepiej poczeka!” – pomachały zza bramki do Matki WOPistki. Cholera, cztery baby nad jedną Matki teściową!

A tymczasem celniczka wyciągała z torby Babci wszelakie dobra, wyraźnie czegoś szukając.

Woda mineralna – raz.

Szampon „Czarna Rzepa” – dwa.

A potem wyjęła z torby rękę i ze zdumieniem połączonym z obrzydzeniem obejrzała butelkę, którą trzymała.

Matka skręciła się w piruecik.

Celniczka krzepko dzierżyła podejrzany płyn w kolorze lurowatej kawy zamknięty w piersióweczkę z napisem Rum Jamaica…

-„Pani da jakąś reklamówkę” – zarządziła WOPistka i przelazła do Matki za bramkę – „Pani jest córką?”

-„To moja synowa!” – oznajmiła zaraz Babcia

-„Nie wie pani, że żadnych cieczy nie wolno?” – groźnie zmarszczyła brwi WOPistka i podała Matce wszystkie trzy płynne składniki bomby. Matka umierała z ciekawości i zaraz wyjęła rum.

-„Słuchaj no!” – Babcia porzuciła bagaże i przepruła z powrotem przez brameczkę -„To miała być naleweczka na żołądek, wiesz, z dziurawca i miodku, ale rozumiesz, miodek mi sie skończył, dałam cukier i wyszło dlatego mętne…”

-„A pani dokąd poszła???” – wkurzyła się WOPistka na dobre -„Pani jest po odprawie!!!” – i przeciagnęła Babcię na stronę bezcłową.

A Matka oddaliła się w podskokach, bo kolejka rżała jak koń arabski.

-„Niech MiaUżonuś ją wypije, dobrze mu zrobi na żołądeczek!” – usłyszała Matka echo tłukące się pod halą odpraw -„I powiedz mu, że tak wygląda przez ten miodek, co to mi go zabrakłoooooo…”

Bomber Potworek

Matka siedzi przed komputerem z obłędem w oku. Jednym. Drugie potrzebne jej do pisania.

Trzydniowe poszukiwania w internecie uświadomiły jej, że albo nie ma nic do zerżnięcia, albo jest, ale opublikował to półdebil czy inny idiota. Normalni najwyraźniej nie publikują wietrząc podstęp. Poza tym Matka ze swoim nauczanym przedmiotem może szukać wiatru w polu. Jak ktoś go uczy, to jest polonista albo historykiem i robi awans ze swojej głównej profesji…

Tak więc Matka siadła, nastroszyła się, ustawiła Potwory rykiem i fukaniem i… gniła przed komputerem pół dnia bez sensu. Bo najgorzej jest zacząć. A zacząć się nie da, jak się nie wrzuci tabelki. A to już trzeba chcieć.

Tymczasem wpadł pan z gazowni, następnie listonosz z pudłem cudnych, nowych koralików (trzeba było wnikliwie sprawdzić, czy wszystkie są równie ładne, albo i ładniejsze), potem sąsiadka się odmeldowała wyjeżdżając nad morze na trzy dni, weszła koleżanka z pracy przynosząc na karcie pamięci zdjęcia z Egiptu( Matka przy pięćset osiemdziesiątym trzeciem zapytała drżącym głosem jakąż pamięć ma ta karta i oczywiście okazało sie, że 2 giga…),następnie Matka postanowiła uprane dywany wypsikać na roztocza, więc przy okazji machnęła sofy i fotele, a jako, że jeden smród, to i mole ewentualne potraktowała Raidem, potem pojechała po cebulki tulipanów, odebrała Potworka z przedszkola, skoczyła po gazety do kiosku, wróciła znów pod szkołę po Janeczkę, zrobiła naprędce obiad i znów usiadła, ale już nic nie pamiętała. To wszystko przez to, że lubi pisać zdania bez końca…

W końcu wyrwawszy sobie połowę kłaków z głowy wyszmonciła piękną tabelkę i zaczęła ją zalewać treścią.

I lała…

I lała…

I lała punkt za punktem, paragraf za paragrafem kiedy…

-„A my w przedszkolu oglądaliśmy dziś bajkę o BOMBIE!!!” – zapiszczał znienacka Potworek, który wyrósł swoim zwyczajem przed Matką bez ostrzeżenia. Matka to podejrzewa nawet, że maryśka musi się jakoś teleportować ze swojego pokoju, bo Matka faktu schodzenia Potworka po schodach nie odnotowuje, chyba, że towarzyszy temu huk spadania.

-„Bajkę o bombie?” – powtórzyła bezwiednie Matka podnosząc szarość nieprzytomnych oczu znad tabelki.

-„No, o BOMBIE!!!”– zapiszczał Potworek i już, już miał się znów teleportować, kiedy do Matki dotarło…

-„O bombie…?” – wytrzeszczyła ślepia i zamarła.

Pokazują dziecku filmy instruktażowe o bombach? Znaczy się – jak robić bombę? Jak ro-bić bom-bę???

Bombę normalną, wodorową, atomową?

Co to ma być – przedszkole zastępcze dla niepoznaki, a tak naprawdę szkolenie dla młodocianych terrorystów?

Przez głowę Matki niczym huragan przelatywały obrazki o kamikadze, porzuconych na dworcach torbach,karabinach, granatach…

-„Mów mi zaraz o jakiej bombie!!!” – ryknęła przerażona.

„Noooooo…” – zapiszczał Potworek i skurczył się ze strachu –„…tak jak zawsze pani nam puszcza…o „Bombie… Budowniczym”



Wniosek prosty – awans zawodowy nauczycieli szkodzi…

Życie jest piękne

Matka siadła sobie dziś nad śniadaniem i pomyślała, że życie jest piękne!

Po pierwsze: MiaUżon zawiózł dzieci do szkołoprzedszkoli i Matka po wyprawieniu Potworów mogła paść jeszcze na godzinkę.

Po drugie: Matka tradycyjnie ma w czwartki i piątki wolne od szkoły.

Po trzecie: wstawiła już pierwsze pranie, trzy czekają.

Po czwarte: ma do uprania trzy dywany.

Życie już chyba nie jest tak bardzo piękne…

Po piąte: na poddasze nie daje się wejść, tyle jest tam rzeczy Potworów, ktróe trzeba przebrać i dyplomatycznie wywieźć.

Po szóste: te pioruńskie dywany leżą właśnie na poddaszu, zwinięte.

Po siódme: ocieplają obok domek, Matka nie zauważyła, że MiaUżon uchylił okna od tej strony, więc ma w chałupie pełno styropianowego śniegu.

Po ósme: nie a rady – trzeba się wziąć za ten nieszczęsny plan rozwoju zawodowego, bo już dawno po terminie.

I tu okazało się, że życie wcale, a wcale NIE jest piękne!


No to czas na kawę i Matka zaczyna normalny dzień. Trudno – się mówi.


A czy już wspomniała, że udało jej się dyplomatycznie wywinąć z wychowawstwa?

No to jak lider pewnej – powiedzmy – partii może teraz znowu zmienić front i powiedzieć:

-„Jednak życie jest piękne!”

Radosny powrót do szkoły – bezcenne

Jak w tytule.

Napis był przy kasie w hipermarkecie.

Pani kasjerka może być pod koniec dnia sina od pobicia.

Oczywiście zrobią to ci, którzy nie rozumieja dowcipu, bo nie mają karty MasterCard…



Matka odstawiła dziś zdenerwowaną lekko Janeczkę na rozpoczęcie roku w czwartej klasie. Poważna sprawa – oceny, nowa wychowawczyni, zeszyty 32kartkowe, różne sale i po siedem lekcji!

Potwór przeżywa od wczoraj.

-„Musze wziąć do szkoły mundurek!!!”

-„Idziesz przecież na galowo!” – obruszyła się Matka, której się zaraz przypomniało, że trzeba ten cholerny mundurek we wtorek odebrać – czytaj: stać w kolejce, wraz z mniej więcej czterystoma innymi rodzicami, bo bezpośrednio w firmie nie da rady.

-„Ale ja nie mogę przyjść we wtorek bez mundurka!!!” – rozerwał szaty Potwór i zakręcił się w piruecik.

Matka zna takie numery – mundurek bedzie najatrakcyjniejszym ubiorem przez jeden dzień, po czym stanie się ohydnym i wstrętnym. Klasyka w wydaniu Janeczki.

-„Póki co to ja muszę załatwić świetlicę i zapłacić za obiady!” – wkurzyła się Matka, która zamierzała powitać nowy rok szkolny dziś kilkakrotnie, ale niekoniecznie u Janeczki.

I załatwiła.

A wcześniej odstawiła wytęsknionego Potworka do przedszkola, ale nie tak normalnie, oj, nie!

-„W przedszkolu zaczęliśmy tydzień temu remont!” – usłyszała Matka w słuchawce i przez chwilę miała nadzieję, że to na przykład automat telefoniczny, który mówi głosem jakiegoś znanego Mariana czy innego Jarosława. Nic z tego. Głos gadał dalej-„Nie było wcześniej przydzielonych pieniędzy! Zmieniamy całe centralne i zrywamy dach!”

Matka padła.

-„Niech się pani nie martwi, przydzielono nam kilka przedszkoli zastępczych, dzieci przechodzą z całą grupą i paniami” – i tu padł numer przedszkola, ktróe jest doklejone do szkoły Janeczki. Matka odetchnęła. A nie trzeba było.

Dziś zobaczyła piękne, przestronne przedszkole. Maryśka będzie w sali w piwnicy. Ani jednego okna i zapach pleśni. Psiakrew!

-„A jak długo bedzie ten remont?” – oparła się o scianę, bo zrobiło jej sie lekko słabo.

-„Mówią, że miesiąc, ale ja nie wierzę…” – skrzywiła sie pani przedszkolanka.

-„Dajmy im dwa miesiące, a potem przez kolejne dwa Sanepid nie dopuści pomieszczeń, bo bedzie śmierdziało.” – orzekła sprawnie Matka a pani przedszkolanka tylko pokiwała smętnie głową.

No brawo dla tych, którzy rozdzielają pieniądze w drugiej połowie sierpnia!

Matka poprzeżywała i dała spokój, bo nic to nie da. Zajrzała do swoich szkół, ponarzekała na plan i pomyślała, że czas uzupełnić zapasy zeszytowe, bo kupiła Potworowi za grube.

-„Jedziemy do hipermarketu, wybierzesz sobie sama wzory, przynajmniej nie będziesz marudzić” – zarządziła Matka.

Na miejscu odsiała błyskawicznie zapędy Potwora do posiadania rzeczy marki Herlitz czy Witch i pozwoliła nabyć ze średniej półki, bo szaleć na wyprawkę do świetlicy nie zamierza.

-„A co ty mi tu wkładasz?” – zeźliła się, kiedy po raz trzeci Janeczka wtryniała jej w koszyk dwa najdroższe korektory paskowe.

-„No chyba żartujesz, że nie będę miała korektora?” – wydął się Potwór a Matkę natychmiast trafił jasny szlag.

-„Jeśli nawet to nie taki!” – Matka nie wie co to za pioruńska moda z tymi korektorami! Nic, tylko smarowanie na biało w szkole! Sama to ma na klasówkach, potem rozkleja je z trudem w domu. Już nie można po prostu skreślić czy zrobić strzałki. Zamalowuje się całe strony i potem pisze na tym aż tynk odpada.

Za Matki czasów, żeby było w zeszycie elegancko, robiło się jedną i ważną rzecz – najpierw się MYŚLAŁO. Teraz pilnie poszukiwany jest wynalazca papierowego zeszytu wyposażonego w klawisz „delete”. Będzie Nobel!


-„Ty wiesz?” – przerwała idealistyczne myślenie Matki Janeczka -” Teraz to ja już NIE BĘDĘ na przerwach szaleć, tarzać się, jeździć kolanami po podłodze i tak dalej!”

-„O, tak?” – uniosła z zainteresowaniem brwi Matka, która ciężko się zdziwiła zarówno szczerym wyznaniem córki, jak i tym, że ta tarzała się kiedykowiek na korytarzu. – „A CO w takim razie na tych przerwach będziesz robić?”

-„Nooo…” – wywróciła oczami z niesmakiem Janeczka, bo Matka zadała wszak głupie pytanie -„…przecież przerwy służą do tego, żeby się na nich ZAŁATWIAĆ!”

Wzornik Duluxa a Matka

Matka wróciła z wyżyn intelektualnych, czyli pierwszej w tym roku szkolnym rady pedagogicznej i natychmiast postanowiła zrobic coś kompletnie bezmyślnego, niewymagającego zaangazowania komórek mózgowych i tak dalej. Wszak mamy ostatni dzień wakacji – czyż nie?

Tak naprawdę matka taką akcję zrobiła już we wtorek, co doprowadziło MiaUżona do ataku szału zakończonego kompletną obojętnością. Bo to jest – proszę państwa – sposób MiaUżona na przetrwanie. Charakteryzuje się głośnym przemieszczaniem się, demonstracyjnym cmokaniem, trzaskaniem lodówką i bulgotaniem pianą. No, to ostatnie to robi raczej piwo nalewane do szklanki, bo zajęcie żony nie dość, ze jest dla MiaUzona obłędnie stresujące, to jeszcze mu przeszkadza!!!

I jest nagłe a niespodziewane.

Matka doszła bowiem do wniosku, że hasło:

-„Trzeba wziać fachowców i położyć gładź tynkową!” – przeterminowało się. Matka je słyszy od dobrych sześciu lat, kiedy to zaczęło być widać pierwsze oznaki starzenie się powłoki malarskiej (zwanej w niektórych kręgach wymalowaniami) w pokojach na piętrze.

-„No to bierzemy” – odpowiada zawsze Matka i wie, co będzie dalej.

-„Ile tu worków cekolu wejdzie na taki mały sufit…” – i MiaUzon demonstracyjnie wywraca oczami i liczy drobne w kieszeni.

Matka wie, że nie chodzi o drobne. Tu chodzi o rozpieprz w domu i że Matka nie da się wrobić w samodzielne chodzenie wokół tak zwanych fachowców, którzy od dawna są w Irlandii.

W takim układzie Matka zauważyła, że mieszkają w domu ponad dziesięć lat, wszędzie biało i biało, czyli szaro nad oknami i rabnęła z koleżanką rok temu parter. ładnie wyszło, oj, ładnie, z przecierkami tak. Matka pisała.

A teraz wzięła wzornik z Duluxa, wybrała kolory do sypialni na piętrze, w liczbie trzy sztuki, wykombinowała po trzy kolory do każdej z nich ( o, szalona) i pojechała nabyc droga kupna farby.

„Dzięł dobhy panu!” – powitał sprzedawcę radośnie Potworek, który okrutnie sie podpalił do malowania swoich włości.

-„Dzień dobry!” – odrzekł pan i słowa mu uwięzły w gardle – „Czy to nie pani kupowała u mnie farbę rok temu?”

-„To ja!” – odparła Matka, która postanowiła się nie zastanawiać dlaczego to pan pamięta i szybciutko nabyła kolory tak zwane gotowe, gdyż te, które sobie wydumała zapewne miały szczerozłoty wsad, jeśli litr zwykłej farby miał kosztować 70 zł. Poza tym różniły się tylko ćwierćtonem – jak sie później okazało jedno ćwierć poszło w lewo, drugie ćwierć w prawo i Matka ma w pokojach impresje szalonego daltonisty.

Tak więc Matka wykonała dziesięć telefonów konsultująch do MiaUzona (żeby nie było, że machnie na lila bez jego zgody) choc nie zauważyła zadnego zainteresowania w kwestii kolorystycznej,kupiła, przywiozła, zgarnęła majdan Potworów i zakryła folią.

Potworek zaproszony był na noc do sąsiadki, więc teren zdawał się być czysty, Janeczka mogła spać w pokoju na strychu.

Matka zaczęła od szpachlowania róznych dziurek i nierówności, po czym postanowiła machnąć na wieczór sufity, żeby dobrze wyschły i dało się przykleić nastepnego dnia rano na górze ściany taśmę papierową, która po odlepieniu da śliczny biały marginesik.

Wsadziła swojego przecudnej urody ławkowca do kubła z farbą, wlazła na drabinę, obcykała elegancko pół sufitu, kiedy w drzwaich stanął MiaUżon.

-„A ty co, kurna, robisz?” – zapytał wkurzony jak nie wiem co.

Nie, no Matka gruszki na wierzbie wiesza.

-„Nic mi nie powiedziałaś, że bedziesz malować!” – zaryczał – ” Ja nie jestem przygotowany!”

-„A do czego?” – zdziwiła się Matka, ale nie za bardzo, bo juz dawno zna takie teksty.

-„No, do malowania!”

Dodajmy, że MiaUżon pracuje. Wyjeżdża o siódmej i wraca o siódmej.

Jak Matka maluje, to Matka maluje. Jak nie maluje, to nikt tego nie robi. Juz dawno zauważyła, że nie ma robót domowych samorobiących się.

-„Ale ja nic od ciebie nie chcę!” – zauważyła Matka, której bardzo zależało na świętym i anielskim spokoju.

MiaUżon się obraził, co wyglądało dokładnie tak samo jak gdyby tego nie zrobił.


Bo tu nie chodzi proszę państwa o malowanie na taki czy inny kolor.
Tego czy innego pokoju.

W poniedziałek czy wtorek.
Latem czy zimą.


Chodzi o to, że Matka bez łaski robi coś o co powinien chyba jednak zadbać mężczyzna w domu.

Nie marudzi, robi – i to nieźle.

A tu cierpi męskie ego.

Matka przeprasza bardzo, ale nie powie gdzie to ma.

Za stary wróbel jest.

Za to Janeczka ma pokój zielono – błekitno- żółty.

Maryśka granatowo- błękitno- zielono-żółty.

Matka zaszalała, a co!

A teraz się oddali w podskokach malować sypialnię w odcieniach fioletu.


A za jakiś czas usłyszy rozmowę MiaUżona z dowolną osobą (-ami):

-„No i w końcu sierpnia POMALOWALIŚMY wszystkie pokoje na piętrze!!!”