Potworek choruje, ale ma się już na życie. W zasadzie choroba ciągnie się czas dłuższy, co przynajmniej częściowo zawdzięczamy pani doktor z tak zwanego ambulatorium, gdzie jeździ się w przypadkach nocnych, wieczornych i innych nieprzychodniowych, ale jednak zawsze wyłącznie niepokojących.
I Matka się zaniepokoiła, tak gdzieś między Holandią a Szczawnicą, bo Maryśka już w krainie wiatraków zaczęła podejrzanie kasłać. Matka durna nie jest i zabrała ze sobą torbę leków na wszelką okoliczność, więc ostatnie trzy dni podpasła Potworka Ambrosolem, ale miast być lepiej było gorzej.
-„Ty wiesz co?” – zagaiła MiaUżona, kiedy po 1200 kilometrach stanęli pod domem – „Jest piątek, dziewiąta wieczorem. Jutro też jest czynne tylko ambulatorium. Skocz ty z Maryśką, niech ją osłuchają, żeby było wiadomo czy możemy jechać pojutrze do Szczawnicy, czy nie”
I MiaUżon skoczył, choć zgrzytał przy tym zębami, bo zmęczony był jak smok.
Wróciła kupa piany trzemająca za łapkę Potworka.
-„Wyszedłem na idiotę!” – zabulgotała piana -„Nic jej nie jest, baba ochrzaniła mnie, że dajemy Ambrosol, bo nie ma po co. Możemy jedynie dać jej jakiś syropek ziołowy!”
Matka mocno się zdziwiła, bo kaszel Potworka choć rzadki, to jednak sięgający pięt był.
-„Czyli jedziemy?” – zapytała
-„No jedziemy” – rzuciłą MiaUżon, wykapał się i padł do łóżka.
W Szczawnicy Potworek był co prawda żwawy i ruchliwy, ale kaszel rozwijał się w tempie geometrycznym. Nic poza tym. Matka ukrywac nie będzie, że nie posłuchała tym razem porady lekarskiej, dawała Ambrosol dalej i oklepywała Maryśkę, aż huczało.
Po kilku dniach wrócili z duszą na ramieniu, bo był tak zwany jeden z najdłuższych weekendów nowoczesnej Europy.
-„Nie jedziemy przez Nowy Targ, bo pewnie zakopianka stoi, puszczamy się tradycyjnie przez Mszanę” – zapowiedział MiaUżon, co rzecz jasna było zaskoczeniem absolutnym i najwyższej wagi, jako, ze od lat Matka i MiaUżon inaczej w ogóle nie jeżdżą, jak tylko przez Mszanę.
Potworek siedział grzecznie (a Potwory w ogóle w podróży sa jak anioły, niezależnie od jej długości) i kontemplował olesione wzgórza, po czym zabrzdąkał z tyłu:
-„Mnie to coś boli brzuszek…”
-„Rety!” – Matka złąpała się za głowę – „Tu nie ma żadnej stacji benzynowej, poczekaj pół godzinki, Mama z toba pójdzie do toalety, dobrze?”
-„Yhy…” – wystękał Potworek – „Ale mnie też boli jakoś gahdło…”
W Matkę trafił piorun. Dotarło do niej, że gardło i brzuszek, to całkiem inne zagrożenie, niz sam brzuszek. W pół sekundy otworzyła skrytkę, wyciagnęła reklamówkę, rozczapierzyła, odróciła się i…
–„Bueeeeeeeeeee…” – powiedział Potworek i ostrzelał wszystko poza reklamówką.
-„Mamy zarzygany samochód!” – ryknęła Matka do znajomych w dwóch innych samochodach, nie bacząc, że nadaje przez CB na dziewiętnastce.
A potem pół godziny myli Potworka, fotelik i siedzenie, używając do tego gazowanej Muszynianki. Proszę nie pytać jak sie zachowuje woda gazowana w zetknięciu….bueeeeee.
Matka nie wie, czy to choroba lokomocyjna, czy raczej wirus jelitowy, który ponoć sie rozpanoszył w Polsce, dość, że Potworek siedział markotny, nie zareagował w ogóle na wizytę w McDonaldzie i obżarstwo siostry(a to już ciężki przypadek), to jeszcze w domu okazało się, że ma 38 i pięć kresek. I kaszel przecudnej urody.
-„Słuchaj, jedź do ambulatorium, teraz to juz nikt nie powie, że nic jej nie jest!!!” – zdecydowała Matka – „jak ma dostać antybiotyk, to lepiej juz dziś, niż dopiero jutro rano”
I MiaUżon pojechał, a kiedy wrócił po godzinie piana wylewała się przez uchylone okienko w samochodzie.
-„Była ta sama baba!” – ryknął -” I powiedziała, że przychodzę jej zawracać głowę z dzieckiem, któremu nic nie jest!!! Osłuchowo czysta, temperatura żadna, mam jej dać paracetamol jak się niepokoję a syrop jest w ogóle niepotrzebny!”
Matce zrobiło się czarno i biało przed oczami. Taka Republika.
O świcie zadzwoniła po numerek do pediatry Maryśki, bo to był wreszcie poniedziałek.
-„Nie ma, jest na urlopie” – wyjaśniła pielęgniarka, kiedy Matka zapytała o swoja koleżankę -„Jest za to doktor taka i taka” – tu padło nazwisko lekarki, któa leczyła jeszcze Matkę.
I Matka pognała.
Pani doktor osłuchała Potworka ze wszystkich stron i minę miała coraz bardziej zdziwioną.
-„Tu jest paskudne, obustronne zapalenie oskrzeli…” – westchnęła, słuchając jednocześnie opowieści Matki -„… i to nie jest proszę pani od wczoraj. KTO ją osłuchiwał?”
Matka nie wiedziała, choć rzecz jest do sprawdzenia. I nie będzie sprawdzać, bo jeszcze by kogoś uszkodziła.
-„Muszę dać silny antybiotyk i to w największej dawce…” – znów westchnęła – „…ale nie wiem, czy damy radę. Kontrola za dwa dni”
Matka była na tej kontroli. Było ciut lepiej, ale piszczało w oskrzelach dalej.
Dziś idzie na kolejną kontrolę i jest dobrej myśli. Kaszel jest bez porównania mniejszy, będzie dobrze.
–„Pamiętasz, co masz jeszcze powiedzieć pani doktoh?” – zapytał przed chwilą Potworek
Matka pamięta, pamięta, ale zostawia to sobie na następna opowieść, bo tu się nie zmieści 🙂
Krótki wniosek : najlepiej, żeby w Polsce każdy człowiek kończył sobie dodatko medycynę. Bo -cholera- powinien ufać TEORETYCZNIE lekarzowi.
A się nie da.
Tylko, że w tym konkretnym przypadku to chyba nie tylko o umiejętności pani doktor z ambulatorium chodziło.
Matce sie wydaje, że także o powołanie…
Jubileusz razy dwa
Matka tak nadrabia zaległości, że zapomniała całkiem wspomnieć o urodzinach. Niby to u Matki normalne, bo każda impreza jest robiona w Matki domu z takim opóźnieniem, że krewni i znajomi przekonani są o imieninach MiaUżona i Matki w grudniu (nic podobnego), a urodziny umykają w ogóle.
-„Kup coś sobie ode mnie!” – mawia zawsze MiaUżon a Matka się śmiertelnie obraża. Niestety bilans jest wtedy fatalny i Matka wskutek tego nie dostaje nic, od którychśtam urodzinoimienin począwszy, z naciskiem na zeszłoroczne czterdzieste!
-„No właśnie” – Matka w dniu swoich czterdziestych pierwszych urodzin postanowiła zmienić taktykę o 180 stopni. Nie dostałam nic od dawna, więc teraz siądziesz do netu i zamówisz mi perfumy, które ci powiem!
I MiaUżon siadł zadowolony, ze przynajmniej nie musi myśleć CO.
-„Euphoria Calvina Kleina, opakowanie 100ml, żadne mniejsze!” – zarządziła twardo Matka.
-„A…. jak to się szuka i kupuje?” – podrapał się w głowę MiaUżon.
Matka westchnęła znacząco (jak wycieraczki na allegro to wie piernik jak znaleźć!), zagrzebała w Skąpcu, wybrała sklep i przelała pieniądze, bo MiaUżon jak sie okazało NIE WIE jak obsługiwac swoje konto. A kto jest Głównym Obsługiwaczem? Matka oczywiście.
A teraz czeka na perfumę i zaciera łapki, choć wąchała tylko raz i to na koleżance. Zalatywało zdechłym szczurem i ten typ zapachu Matka lubi najbardziej!
-„A dla Janeczki kupiłaś?” – zaniepokoił się MiaUżon.
-„Pościel Opowieści z Narnii” – kiwnęła głową Matka. No przecież dała ją Potworowi w dniu urodzin, co zostało przyjęte okrzykami radości (raz trafiła).
Dla porządku więc:
20 sierpnia – Janeczka skończyła 10 lat!
21 sierpnia – Matka zaliczyła 41 (czytaj – nieustanne 29).
I wygląda samochodu z paczkowni!
A zagladającym przypomina, ze wróciła, co zaczyna być już widać, na przykład poniżej…
Damy radę, ramy dadę…?
Zacznijmy delikatnie, co tam…
Matka otworzyła dziś z trudem dawny błękit swych oczu, który już w wieku niespełna 18 wiosen kazano jej zmienić brutalnie na „szary” w dowodzie osobistym, po czym ujrzała szalenie błyskotliwosłoneczny poranek. Wprawiło ją to w szampański nastrój, wykopało z wyra (była dziewiąta), umyło i wsadziło w górę od kostiumu. Dobra, bz domysłów, na dole spodenki.
Po mniej więcej dziewięciu awanturach wstała także Janeczka, Potworek przygalopował do łazienki bez większych dyskusji i Matka mogła spuścić się na parter, żeby dostarczyć potomstwu pożywienia.
Kiedy brzuchy całej trójki były już pełne Matka zaparzyła sobie kawę. Chyba coś nie tak… Matka zalała rozpuszczalną. Przynajmniej prawdę napisze. Co potem?
Potem wywaliła foteliszcze na korzystne miejsce na tarasie i uwaliła się, obkładając zaległymi gazetami.
Po dwóch minutach obraz jej się zaciemnił i kiedy z trudem zrobiła w oku szparkę, słońca już nie było. Poszło sobie i nie zamierzało wrócić! Gęsto było tak, ze Matka czym prędzej zmieniła plany, które chytrze zakładały wymalowanie drzwi wejściowych.
-„Po co malować, się wymieni!” – mawiał od jakichś czterech lat MiaUżon i Matka zgrzytała patrząc na wyblakłe i poobdzierane pod zamkiem brązy.
I zamierzała pomknąć do Duluxa i nabyć brązik, który nie byłby czernią ani sraczką, choć obawiała się, że nie ruszy śrub dokręconych przez MiaUżona w szyldach i zamkach, a co jak co, ale Matka obmalowywać naokoło po partacku nie byłaby w stanie.
-„Nie wiesz ty, gdzie jest lista podręczników Janeczki?” – zapytała Potworka, co mijało się w zupełności z celem – Potworek bowiem nie potrafiłby w swoim roztargnieniu odnaleźć własnej nogi.
–„Y” – odrzekła Maryśka i Matka nie spodziewała się w zasadzie innej odpowiedzi.
Po godzinie kopania w bajzlu papierowym kartka się znalazła. Matka wlazła w księgarnie internetowe i zaczęła poszukiwania. W jednym miejscu było pięć książek, w innym jedenaście, tu nakład wyczerpany, a sześciu podręczników ogóle nie było.
-„Jeny, przyjdzie mi stać w kolejce!” – jęknęła.
-„Oj, co ty?” – zdumiała się koleżanka ucząca w szkole Janeczki – „Znasz tę maleńka księgarnię naprzeciwko pubu, tam kupisz, bo oni biorą wykaz ze szkoły i przy tym myślą”
Matka księgarnię znała, choć nazwałaby ją raczej kioskiem ruchu, biorąc pod uwagę gabaryty.
-„Jedziemy, bo zaraz zacznie lać!” – zarządziła i chyżo pomknęły.
W księgarence nie było żywego ducha. Matka dała grubawej pani długaśny wykaz i po niespełna dwudziestu sekundach na ladzie pojawił się stos podręczników.
-„Nie mam tylko ćwiczeń do plastyki, ale na pewno jeszcze dziś będą!” – zapewniła pani, a Matka zwróciła uwagę, ze ceny książek są identyczne jak w necie.
-„Ojej, to wszystko u pani jest?” – wywaliła oczy Matka – „To może poproszę panią o podliczenie i skoczę tylko do hipermarketu, bo tam jest bankomat.”
–
” Trzysta czterdzieści osiem” – usłyszała Matka i uwiędła.
–
-„To ja zaraz wracam” – złapała za łapkę Potworka, którego linie papilarne były już na wzystkich szklanych blatach i popędziła po szmal. Mimo wszystko kamień z serca jej spadł, że ma to z bańki, a na kiermaszu używanych podręczników nie zarobiłaby wiele, bo znakomita większość książek była tak zwanymi jednorazówkami do wypełniania. Pozwolicie, że Matka w swej nieludzkiej dobroci nie skomentuje, dobrze?
W hipermarkecie Potworek dosiadł konika i przy jego zdecydowanym sprzeciwie – wskutek braku wrzuconej w otwór złotóweczki – wprawiał go w ruch energicznym podskakiwaniem. Matka tymczasem błyskawicznie obrobiła bankomat, odwróciła się i…
-„Ach, jak dobrze, że panią widzę! Miałam dzwonić!” – rozpromieniła się na widok Matki dyrekcja szkoły, w której Matka ma więcej godzin i zacznie od września ten !%#$@& awans na mianowanego.
-„Oooo, witam panią dyrektor!” – Matka wcale się nie zmartwiła, bo nie miała najmniejszego powodu. Była wszak dwa dni wcześniej w szkole i dowiedziała się z radością, że nie tylko nie zabrano jej najciemniejszej, ukochanej klasy i nie zamieniono na unijne stanowisko komputerowe, ale jeszcze odmalowano, bo była brudna jak smok
-„Mam dla pani świetną wiadomość – ma pani pomalowana klasę…” – zaczęła dyrekcja
-„A wiem, wiem!” – przytaknęła skwapliwie Matka – „Byłam, widziałam i baaaardzo dziękuję!”
-„…i dostała pani wychowawstwo!” – dyrekcja skończyła.
Matkę zapowietrzyło.
Padła trupem.
Trup Matki ma jedną godzinę w tygodniu w pierwszych klasach. Uczy dwa dni w tygodniu.
Wszystkiego się spodziewał, ale nie tego.
-„Pani dyrektor nie mówi poważnie?”
-„Poważnie!”
Dwie ostatnie linijki można sobie przeczytać pięć razy, bo Matka za bardzo się denerwuje, żeby je tyle razy pisać, ile się upewniała. Z rozpaczą.
I błagała na wszystkie świętości, żeby zmienić ten wyrok, ale wie, że klamka zapadła. MiaUżon ją wyrzuci z domu, bo już zagryzie się tą szkołą na amen. Jakieś godziny wychowawcze musi powymyślać – matko jedyna, skąd??? Ratunku!!!
Dziennik, srennik, rodzice, klasa taka, co od lat jest zbieraniną odrzutów. Matka sobie poradzi, ale nerwów i czasu zmarnuje co niemiara, a tu na życie trzeba zarobić zgoła czym innym, bo na konto wchodzi suma trzycyfrowa i jak Matka dwie szkoły zsumuje to dziewiątki tam nie ma ani jednej…
-„Ja się zabiję” – Matka siadła w samochodzie jak zdeptana purchawka.
–„Ale najpiejhf pojedziemy po podhęczniki Janeczki?”– przytomnie upewnił się Potworek.
Matka faktycznie chyba by z tego wszystkiego zapomniała o książkach Potwora.
Odpaliła Hopla i pojechały.
-„Ooo, jest pani!” – szczerze ucieszyła się grubsza sprzedawczyni w księgarence- „Mam dla pani świetną wiadomość! W czasie, jak pani nie było przywieźli te ćwiczenia do plastyki! Praw-da, że się pa-ni CIE-SZY???”
Rzut prawie młotem
Matka wróciła do szarej rzeczywistości. Nie da rady za jednym zamachem poopisywać co ja spotkało, ale będzie puszczać farbę sukcesywnie.
Obiecywała, że z krainy wiatraków pisać będzie? Obiecywała. Nie dało się, bo za plecami czuła oddech MiaUżona. Dwa tygodnie z głowy. Potem Szczawnica i już beznecie, albo jak kto woli bezbloxie absolutne.
Ale wróciła pełna wrażeń i licznych zaległości, więc postanowiła od tych drugich zacząć natychmiast w poniedziałek. Jeszcze toreb nie rozpakowała (wieczny syndrom puchnącej odzieży, która za nic nie daje się upchnąć na dawne miejsca w szafie), a już spacyfikowała Potworka i pognała na cmentarz. Janeczka oczywiście wybrała krzaki pod domem, no a MiaUżon był w pracy.
Matce zawsze przy okazji wyjazdów późnowakacyjnych uciekają różne rocznice – a to urodziny siostry, która skończyłaby 51 lat (nie do wiary!), a to imieniny tej samej siostry, a to 26 rocznica śmierci Taty.
Tym razem było jednak znacznie gorzej i tu Matka powinna zalinkować, ale najpierw dogłębnie namówi matsę do założenia bloga tematycznego. Bloga „Moje wakacje”, które stały się „Moim koszmarem”…
Matka powie tylko tyle, że kiedy dojechała do Mszany Dolnej to wiedziała o bólu nogi Taty matsy, który wbrew pozorom zwiastował dramat. Nagrała znajomego chirurga i po niecałej godzinie, w Szczawnicy, było już wiadomo, że jest beznadziejnie. Potem przez tydzień matsa puszczała coraz to nowe wieści przedpogrzebowo-spadkowe, z których nie tylko parę blogów powstać mogłoby, ale i serial hollywoodzki. Matka ma nadzieję, że ten jeden blog powstanie, co dobrze zrobi na odreagoanie, przeynajmniej w minimalnym stopniu.
Tak więc Matka miała cztery sprawy do załatwienia na cmentarzu, z czego tą czwartą było znalezienie grobu Wujka a Taty matsy.
Dojechała więc z Potworkiem pod cmentarz, obrzuciła wzrokiem wielkie róże, zagrzebała w torbie i…
-„O niech to szlag!!!” – załamała ręce. Portfel został w plecaku, plecak w drugim samochodzie, samochód w garażu, garaż osiem kilometrów od Matki
„Nie masz pieniondzów?” – zainteresował się Potworek – „To chodź do sklepu, wyjmiesz ze ściany!”
-„Nie wyjmę, karta jest też w portfelu…” – jęknęła Matkai zaczęła intesywnie się zastanawiać co dalej.
–„A ftorbie nic nie masz?” – zapytał Potworek i oblizał się na wypadek, gdyby był tam jakiś batonik musli bez polewy.
Matka z rozpaczą zagrzebała w torbie, przesunęła na bok butelkę wody mineralnej, paszporty, Gripex, Nurofen forte, No-Spę (lekomanka???), paczkę chusteczek, drugą paczkę chusteczek, trzy zmięte reklamówki, okulary słoneczne, reklamy z aquaparku w Popradzie, patyczki od lodów (idź lodożerco i odbierz swojego Big Milka )i tysiąc innych rzeczy, aż znalazła złotówkę (skrzywiła się), potem dwójeczkę (juz lepiej), i wreszcie jeszcze jedną.
Dalsze przekopywanie torby nic nie dało, Matka została na arenie z kapitałem pięciu złotych polskich…
-„W mordę jeża, chyba kupimy dziś tylko wielką lampkę, kwiatów i tak jest od groma, pogrzeb był dwa dni temu” – zarządziła Matka, której przez to humor ani o jotę się nie poprawił.
I wybrały z potworkiem wielką, żółtą, szklana lampkę.
-„Zapałeczki dołożyć?” – spytała tleniona blondyna w wieku balzakowskim i makijażu scenicznym z pierwszego aktu Makbeta.
-„Poproszę” – zgodziła się Matka, żeby znów nie grzebać w torbie, która mimo walorów obronnych niewiele dziś pomagała.
–„To ja poniosę lampkę!” – zaofiarował się Potworek
-„Tylko nie to!” – przeraziła się Matka i oczyma wyobraźni zobaczyła jak Maryśka się potyka, przewraca, lampka wbija jej się w kolano, tętnicę i tak dalej. No, nie mówiąc już o tym, że znicz był jedyny, cięzki jak cholera i na wagę złota.
I Matka wzięła reklamówkę, Potworka za tłustą łapkę, i poszły najpierw do taty i Siostry Matki, żeby choć oprzątnąć wokół grobu i wywalić zdechłe kwiaty.
-„O, a co to?” – zaciekawił się Potworek pokazując na zgromadzenie niepopodal grobu rodziców Matki.
-„Ajajaj, pogrzeb jest…” – wyszeptała Matka – „Trzeba być cichutko”
I na paluszkach poszły, powyrywały jakieś samosiejki klonu, które rozpanoszyły się nieprzyzwoicie.
-„O rety, znów ktoś zrobił mi wystawę wypalonych zniczy” – zazgrzytała Matka i wystawiła spod ławki trzy opiaszczone grzmoty z zardzewiałymi dekielkami. Następnie wyciagnęła mumię dawnego bukieciku z wazonu, który wydawał z całych sił smród mogący powalić słonia i zdjęła uschniętą na amen różyczkę.
-„Wiesz ty co?” – podrapała się w głowę – „Nie bedziesz się paprać, bo to jest wszystko brudne, to ja obrócę dwa razy, dobrze?”
Maryśka pokiwała głową, a Matka doskonale wiedziała, że nic to nie znaczy. Puściła się więc pędem i z najwyższa dyskrecją wpuściła jedną z lampek do pojemnika na śmieci. Takiego wiecie – szczękowego na maleńkich kółeczkach.
-„Bach!!!” – odezwał się kosz, połowa ludzi z pogrzebu odwróciła się z psykaniem, a Matka zapadła się pod ziemię.
Nie wytrzymała i zajrzała. No żeż to, kosz był puściutki jak noworodek.
Co miała zrobić, wsadziła rękę, żeby było bliżej i spuściła następną lampkę.
-„Ryms” – odpowiedział kosz. Matka ciepnęła zdechłe kwiatki i poszła po Potworka.
-„A teraz…” – wyszeptała mu prosto do ucha -„…pójdziemy już razem, ja jeszcze wrzucę te jedną lampkę i chwasty.”
–„A mogem wzionć heklamówkę z lampką dla wujka?” – zawachlował oczętami błagalnie Potworek. Matka już, już miała powiedzieć, że nie, ale zorientowała się, że mimo wszystko znów się nie zabierze.
I poszły.
Matka najpierw wrzuciła samosiejki, żeby było bardziej miękko. Pogrzeb się kończył i trębacz zasuwał capstrzyk, całkiem zresztą przyzwoicie.
Trzeci i ostatni wypalony znicz zniknął w czeluściach pojemnika na śmieci.
-„Łłłup!” – zielsko nic a nic nie wygłuszyło blachy. Naród znów spojrzał na Matkę z niesmakiem, ale ta właśnie zamierzał zniknąć w alejce, kiedy…
-„JEBUT!!!” – gruchnęło coś znów w koszu. Matka zdrętwiała, bo nikogo prócz niej nie było w pobliżu poza pogrzebem, ale stanowił on zwarty peleton.
I poza Potworkiem…
Matka odwróciła się powoli jak Fantomas.
Maryśka stała za nią uśmiechnięta od ucha do ucha jak księżyc w pełni, który już się raduje na wieść, ze za 28 dni będzie wyglądał tak samo.
-„A gdzie ty masz…?” – wykrztusiła Matka i rzuciła się do pojemnika. Na dnie leżała sobie wesolutko reklamóweczka ze zniczem dla wujka…
Matka padła trupem natychmiast, wyszła ze skóry, z trudem w nią wlazła, bo znów wrzuciła nadprogramowe trzy kilo, po czym trafił ja jasny szlag.
-„Coś ty narobiła???” – ryknęła z rozpaczą nie bacząc na pogrzeb i natychmiast zajrzała do śmietnika z nadzieją, że to nieprawda.
Prawda była. Znaczy się lampka. Lampka leżała tam dalej.
Matka wyrwała sobie kłaki z głowy.
-„Coś ty zrobiła???” – powtórzyła, bo z tego wszystkiego nic innego nie przychodziło jej do głowy.- „Dlaczego wyrzuciłaś lampkę dla wujka???”
Maryśka zagrzechotała łapką:
-„Ale wyjęłam zapałeczki…”
-„Co mi zapałeczki, jak nie mam czego zapalić?” – i Matka znów zawisła nad śmietnikiem. Zagrzebała jedna ręką. Ale! Brakowało pół metra z okładem.
Zagrzebała drugą ręką. Podobno jedna ręka jest dłuższa, Matka nie pamiętała tylko która i czy aż o pół metra.
-„Pani kija weźmie!” – usłyszała dobrą radę zza pleców. Alejką przechodziły dwie starsze panie. Matka w pierwszej chwili pomyślała, że ma wykonać kijem egzekucję na Potworku, ale zaraz do niej dotarło, że powinna zagrzebać jakimś patykiem, żeby przedłużyć sobie rękę.
Po dłuższych poszukiwaniach wróciła z orężem do śmietnika. Zatkała nos, zahaczyła reklamówkę, wyciągnęłą kawałeczek i…
-„Dup!” – kij się złamał.
Matka powtórzyła manewr dwukrotnie z równym powodzeniem, uatrakcyjniła pogrzeb i wreszcie w okolicy zabrakło patyków. Kiedy miała ruszyć po czwarty, zeskoczyła z kółeczka śmietnika (trzeba sobie w końcu było dodać centymetrów), odwróciła się i stanęła twarzą w twarz z bardzo zaciekawionym księdzem, który właśnie zdejmował ornat i ewakuował się z pogrzebu.
No to Matka sczapiła Potworka i też się wyniosła. Trudno.
I jest przekonana, ze Wujek rżał z nieba jak to widział…
Ba, nawet podejrzewa, że maczał w tym palce…
Afryka dzika
Matka wróci teraz do tego, co obiecywała. Wczoraj nabywała uparcie prezenty dla zagranicznych Potworów i prawie by jej sie udało, gdyby nie to, że zapomniała o trzech. Swoją drogą za te prezenty można by pojechać sobie jednoosobowo do Tunezji poza sezonem ( tu Matka zazgrzytała bezwiednie)… Rodzina MiaUżona rozmnożyła się zgodnie z postępem geometrycznym mocno wzmożonym!
I znów dygresja, no już, już, dosyć!
MiaUżon wrócił mianowicie kilka dni temu ze szkolenia. Wrócił szczęśliwie i Matka nie miała okazji, zeby donieść o wjeździe na jakiś bliżej niezidentyfikowany krawężnik, czy coś w tak zwanej na naszym nędznym terenie „podobie”. Cóż za ohydne słowo!
Jak już wrócił, to nagle a niespodziewanie zaczął wylewać z siebie potoki słów o koledze, jego znajomych, Czarnym Lądzie, artykule w Pani Domu, Przyjaciółce czy innym babskim czasopiśmie. Matka miała akurat mnóstwo roboty z pisaniem tudzież wysyłaniem przelewów i szczerze mówiąc wypuszczała drugim uchem tekst natychmiast i bez cenzury. Nie wie więc co pisali o znajomych znajomego MiaUżona w gazecie.
-„Skończyłaś już?” – MiaUżon przedreptywał nerwowo koło laptopa, bo nie chciało mu się omijać zabezpieczeń w swoim, zeby podpiąć się do domowej sieci.
-„Zara” – mruknęła Matka i wysłała należność za gaz, prąd, wodę (czegóż to im się zachiewa!) oraz czynsz w warszawskiej chałupie.
-„No?” – niecierpliwił się MiaUżon a Matka nie była specjalnie zdziwioną, bo co wieczór ślubny przeglądał doniesienia o miejscowej drużynie koszykówki, której zawzięcie z Potworem kibicuje.
-„No dobra!” – Matka odwróciła sprzęt pleckami do siebie i poszła zająć się jakże porywającą czynnością, jaką jest odgruzowywanie kuchni po Potworach.
A MiaUżon sapał, niemal szeleścił kartkami internetu i złorzeczył:
-„Jak to znaleźć, cholera jasna?”
-„Uzyj może google?” – matka uwielbia dawać rady z gatunku dobrych.
-„To znaczy jak?” – MiaUżon wbrew pozorom jest jeszcze bardziej analogowy niż Matka.
-„Wpisz w dziurkę i kliknij!” – wytłumaczyła Matka a MiaUzon NIE rzucił jej złowieszczego spojrzenia!
Wyglądało to podejrzanie, ale Matka jakoś tego nie spostrzegła…
Po sporej półgodzinie, kiedy MiaUżon wyczytał co się dało, zapytał gapiąc się w ekran:
<BR-"Piećdziesiąt dolarów… Ile to jest pięćdziesiąt dolarów? Razy trzy piecdziesiąt?"
-„Za trzy piećdziesiąt to ja ci chętnie sprzedam te, co mi jeszcze zalegają na koncie! No co ty nie wiesz po ile są dolary?” – wkurzyła się Matka, bo co jak co, ale głupota ludzka ma swoje granice.
MiaUżon przeliczył jeszcze raz i znów zagłębił się w internecie.
-„O rany!” – jęczał – „O losie! Nie miałem pojęcia!”
-„O czym?” – zadudniła Matka znad kubła ze smieciami
<BR-"No, że ten…tego… zaraz!" – i czytał dalej.
Matka zdążyła przygotować mielone, wstawić zmywarkę, zeżreć wielkiego melona (mniam, mniam, mniam) i nalac sobie kieliszek wina. MiaUżon dalej czytał.
A potem łypnął niepewnie na Matkę raz. Drugi. I trzeci.
Boi się Matki, skubaniutki!
I dał głos, a Matkę zamurowało:
-„Może byśmy tak…” – przełknął ślinę -„…może byśmy tak…co ty byś o tym myślała… żebyśmy zrobili tę, no, ADOPCJĘ NA ODLEGŁOŚĆ?”
Walkower
Matka łazi podenerwowana. Po pierwsze nie jeździ już na ruszta, ale doszła do wniosku, że potrzebuje kilku dni z Potworami, spokojnego spakowania się, kupienia prezentów dla ponad dwudziestu osób, przejścia w stan skupienia, który umożliwi dopasowanie niewidzianych nigdy dzieci do ich wieku, matek, wzrostu i imion, no i w końcu płci.
Odreagowała sobie troszeczkę wspomnianymi niżej kolczykami, które już pomału pakuje i posyła w świat, czasem mocno daleki.
I coś jej się wydaje, ze tym razem rok szkolny dał jej popalić, choć tego w ogóle wcześniej nie odczuła. Wydawało jej się, że jest dużo lepiej niż za pierwszym razem, co w zasadzie jest logiczne, tymczasem poświadomość zaskrzeczała i wylazła. Matka chyba nie lubi dużych zgromadzeń. Szkoła – jak by nie patrzeć – ma ponad siedemset osób Druga koło sześciuset. Matka świetnie się tam czuje, ale jak widac kosztem nerwów. I kiedy na rusztach, na których zwykle bywa 4-7 osób, zasiadło nagle 23… to zrobiło się o Matkę za dużo. Gdyby nie wyjechała, to by chyba eksplodowała!
I choć wieje i leje, pralka obraca pierwsze z trzech prań, nieszczęsne prezenty jeszcze nie nabyte w komplecie, to Matka sobie odpoczywa, a konkretnie jej rozum. Musi się przeciążył!
–„Ach, jaki miałam pienkny sen!” – rozmarzył się Potworek bez otwierania klap ocznych, kiedy Matka ze zdumieniem odkryła go we własnym, Matkowo-MiaUżonowym wyrze parę minut po dziewiątej rano. Dodajmy, że sama też tam gniła.
-„A co ci się takiego pięknego śniło?” – spytała z zaciekawieniem
–„Nooo…” – pospieszył z wyjasnieniem Potworek dalej zapierając klapy – „Latałam samolotem, miał śmigło na czubku,z przodu i z tyłu ( tu wypada zapytać fizyków, czy coś takiego w ogóle wykonywałoby ruch do przodu – przypis Matki).I wchodziło się na górze przez szybkę i to był Bocian, ale ostatnio nie leciałam, tylko wsiadłam i mnie wciagnęli do takiego dużeeeeego garażu”
I Potworek przewrócił się na drugi bok i zasnął jak kamień bez najmniejszego szacunku dla późnej pory.
A Matce się przypomniało, że MiaUżon zabrał ongiś Potworka na jakieś pokazy na lotnisku aeroklubu, gdzie miał rozstawiony namiot firmy. No to już Matka wie, co robili 🙂 Potworek nieobudzony jest lepszy, niż papuga!
A teraz Matka spuści się do piwnicy, wyjmie jedno pranie ze swojej pralki, co ma klapę na jednej śrubie, a w miejscu drugiej kupę rdzy, załaduje następne, wyjmie, załaduje trzecie, wyjmie (ciekawe gdzie?!) i napisze co tez MiaUżon wymyślił, bo padła wczoraj niemal żywym trupem…
Za moment, za chwilę…
Matka dała dyla dziś z rusztowania. Ma dość. Za to zrobiła wczoraj 15 (piętnaście, tak!) par nowych kolczyków, które zaraz zacznie fotografować i wrzuci w drugi blog. Spieszy się, bo przecież w sobotę czmycha za granicę wakacjować się z rodziną, a musi dać szansę, żeby ktoś coś wcześniej może upolował? Co tam jeszcze? Aha! Tym razem sporo dłuuuuuugich. No bo zawsze Matce marudzą wszyscy, że za krótkie i za krótkie…
To Matka zmyka, namiot bezcieniowy rozkłada i foci!
I już, już powrzucała parę sztuk i działa dalej…
Green Tea…
Matka wisi na rusztowaniu, Potwory mają święty i anielski spokój siedząc w domu z dawną nianią i Babcią na przemian. Matka nie będzie mówić z kim siedzieć wolą, bo zaraz znowu wyjdzie na to, że coś do teściowej cierpi. Cieszmy się, że jest – i tyle.
Matka za to odlicza pomaleńku do wakacji, które to zaczną się za półtora tygodnia, a póki co zdycha na ruszcie, bo oczywiście cały gorąc przypłynął pod sklepienie kościoła, zaś tlen się ulotnił w sobie wiadomym kierunku. Naród, którego w tym roku pracuje wyjątkowo dużo – dyszy, ociera pot z czoła, kurzy pracowicie przemalowaniami i liczy czas od kawy do kawy. Matka zaś – jak by się nie starała – wygląda pod koniec pracy jak jedna , wielka niebieska chmurka, bo zwala na siebie te przemalowania, które za nic nie chcą wpaść do rury wyciągowej. Nikt nic nie rozumie?
I o to chodzi. Matka przecież nie napisze gdzie, co i jak.
Po polsku – Matka pod koniec dnia wygląda jak ostatnia świnia – mordę ma szarobłekitną, koszulkę, którą z obrzydzeniem niesie do samochodu w dwóch palcach – również, włosy skrzypią od samego spojrzenia i nie wolno ich trącać, bo gotowe z chrzęstem odpaść. tak samo się wygląda po cekolowaniu ścian w chałupie, tylko kolor inny i wiek pyłu też.
Matka uzdatnia się więc na miejscu, żeby wejść do samochodu, coby MiaUżon nie padł trupem, po czym w domu nie trzęsie się, żeby donieść zgrabnie pył do prysznica.
No, to już wiadomo, jak Matka wygląda.
A teraz dzień dzisiejszy – Matka wróciła, zauważyła, że MiaUżona nie ma, czyli pojechał na trzydniowe szkolenie. Matka ma nadzieję, że tym razem urwania chmury nie będzie i nikt go z krawężnika zdejmować nie bedzie musiał.
Potwory powitały Matkę typowo:
-„No to jak jesteś, to ja wychodzę na dwór!” – oznajmiła Janeczka i zniknęła tak, jakby cały dzień na tymże dworze zniknięta nie była.
–„Jesteś kochana mamulku!” – przygalopował klejący się Potworek, obłapił kucającą przed szafka z chlebem Matkę i wsadził – na całe nieszczęście – nos w Matki sakramencko zakurzone kudły, bo były akurat na jego wysokości.
–„Ojejku, coś pachnie” – zauważył.
Matka złapała się za głowę. Cholera wie, czy dezynfekcja zadziałała na ścianie i Cladosporium czy Aspergillus zdechły skutecznie, czy też żyły teraz na Matki łbie!
-„Wiesz co?” – Matka odsunęła się z lekka -” To chyba ten paskudny kurz z malowideł i on raczej brzydko musi pachnieć…”
–„Oj, nie!”– zaprotestował energicznie Potworek – „To jest bahdzo (zauważmy, ze już nie bajdzo, ale bahdzo) ładny zapach!”
Matka zastanowiła się głęboko, co przy panującym dzikim upale było szalenie wyczerpujące, aż w końcu kulka Pomysłowego Dobromira nabiła jej guza, podskakując na łbie.
-„Aaaaaaa….” – rozpromieniła się przypominając sobie, że ulubiona Arden’s Green Tea jej się właśnie kończy, ale ma już nową dużą butlę w zapasie -” To pewnie tylko pachnie moja wooooooda toaletoooowa!”
Maryśka odsunęła się, popatrzyła na Matkę badawczo i posypała spojrzenie solą, bo nie miała pod ręką tłuczonego szkła:
-„Wiesz…” – odrzekła po chwili ciężkiego milczenia ciagle badawczo świdrując Matkę oczkami –„…ja to hano wstałam hazem z tobą i jestem całkiem pewna… że …NIE moczyłaś głowy w kibelku…”
Od pierwszego do szóstego
Matka obiecywała, obiecywała i znów zaniedbała się w pisaniu! Już się próbuje usprawiedliwić:
Po pierwsze – wymieniała lokatorki w swoim warszawskim mieszkaniu. Spaliła się ze wstydu, bo zastała syf i malarię, zepsutą pralkę, zepsutą lodówkę, brak prądu z powodu strzelenia bezpiecznika na korytarzu, nerwy, bo miała nabyty bilet na Polski Express, znów nerwy, bo z lodówki ciekło z obu powodów i jeszcze raz nerwy, bo rybki nowych lokatorek czort wie ile czasu były w mało komfortowych warunkach. Na szczęście nowe lokatorki poznane przez ogłoszenie w internecie okazały się przesympatyczne i wyrozumiałe.
Po drugie – tuż przed wymianą lokatorek byłą na genialnym spotkaniu bloxowym. Nie wypada tu zdawać relacji przy okazji Matki nerwów, będzie osobno.
Po trzecie – Matka zaczęła wysiadywać na rusztowaniu poza Matki Metropolią i przeznać musi, ze choć w deszczu jeździć samochodem nie lubi, to jednak na rusztach nie ma przynajmniej dzikiego ukropu. matka siedzi tam do wieczornej mszy, wraca, pada lekko na pysk, MiaUżon jest, więc pisać sie nie da. czemu teraz się daje? O tym za moment.
Po czwarte – Matka rzutem na taśme wysłała z dnia na dzień Potwora na kolonie do małej, ale szalenie malowniczej miejscowości za Piłą. Jakiś czas temu miejscowości tej nie było na mapie z powodu stacjonującej jednostki wojsc zaprzyjaźnionego państwa. Potwór pojechał z koleżanką, warunki cenowe były preferencyjne, ale koleżanka musiała po tygodniu zwijac żagle na kolejny obóz. Potwór zaskoczył starych decyzją o pozostaniu na koloniach. Faktem jest, że opieka była świetna, warunki mieszkaniowo-żywieniowe pierwsza klasa, program napięty i ciekawy.
Co dalej? Koleżanka po tygodniu wyjechała a Potwór następnego dnia rano odwaliła scenę pt.” Zabierzcie mnie stąd natychmiast, bo ja tęsknię!!!”
Matka z MiaUżonem zdiagnozowali kryzys połówkowy, Janeczką zajęła się koleżanka Matki, będąca kierownikiem kolonii i wszystko zaczęło wyglądać dobrze.
Niestety w poniedziałek problem powrócił, Potwór chodził smętny, nie jadł (sic!), płakał niemal bez przerwy i Matka postanowiła z MiaUżonem, że ten przy okazji narady w Wojewódzkim Mieście, bedącym w połowie drogi do kolonii pojedzie i zabierze Janeczkę do domu. Nic to, że trzy dni przed końcem. Mówi się trudno. Wszak Potwór ma niecałe dziesięć lat i to był pierwszy tak długi pobyt poza domem bez starych. Dziewięć dni – i starczy. Nie chcemy złych wspomnień.
No i tu wracamy do początku – Matka pisze, bo MiaUżon właśnie jedzie z Janeczką, a ma cztery bite godziny drogi.
Po piąte – Potworek przytargał skąś choróbsko, lekarz na dyżurze w ambulatorium wlepił antybiotyk i miała chyba rację – Maryśka kaszle jak stary gruźlik a Matka dostaje nerwicy od nastawiania sobie budzika na nocne dawanie antybiotyku. Nie da się nie budzić Potworka, bo śpi jak kamień czasem ponad dwanaście godzin, a lek jest ośmiogodzinny. Matka wstaje, zachodzi do pokoju Maryśki, zarzuca komendę :”Marysiu, antybiotyk!”, Maryśka wstaje na baczność z zamkniętymi oczami i otwartą paszczą, wciąga, co trzeba, popija i pada. Rano nie wie nic.
Po szóste i ostatnie – Matka zaczęła źle sypiać. Nie wiedziała o co chodzi, aż pojawiły się koszmary senne, w których zarzuca na szyję koleżance przed ołtarzem ślubny naszyjnik. No własnie. Koleżanka Matki wyszła w sobotę, tę słynna sobotę za mąż. Matka zrobiła jej naszyjnik i kolczyki, które skończyła o trzeciej nad ranem w dzień ślubu. Najpierw miały być perły, ale rodzina postawiła veto – perły absolutnie, niezczęście gotowe! Stanęło na różu, bo takie kwiaty były w wiązance. Matka przy okazji po raz pierwszy użyła swojego palnika i zlutowała dwa zawijaski podobne do tych, które panna młoda miała na sukience. Potem, kiedy już naszyjnik został z błyskiem w oku panny młodej zaakceptowany, wymyśliła i wylutowała kolczyki. Wszystko można zobaczyć na Matki drugim blogu.
I to póki co wszystko. Nuda, nuda i jeszcze raz nuda.
Ale na spotkaniu bloxowym się działo, oj, działo.
Matka następnym razem napisze i postara się, żeby to było szybciej…
Kałuża vel zbiornik wodny
Matka obiecała wczoraj historię – to pisze. Poślizg ma w stosunku do obietnicy jednodniowy, ale trudno. Wczoraj jednak nie wyszło.
A przypomniało się Matce coś w związku z jakże fantastyczną, nastrajającą optymistycznie pogodą, jaka zastała Matkę po przebudzeniu.
Kilka dni temu mianowicie, MiaUżon wyjechał był na trzydniowe szkolenie na straszliwe południe Polski. Matka specjalnie nie rozpaczała, choć musiała co i rusz umieszczać Potwory u teściowej z racji swoich rad pedagogicznych, ale za to miała wolne wieczory i nikt jej nie plumkał, ze siedzi przed komputerem, albo co gorsza zaśmieca dom kawałkami srebrnego drutu.
MiaUżon wyjeżdżając zabiera ze soba dwie komórki i żadnej ładowarki, więc nie ma kontaktu już tego samego dnia. Inna wersja to: MiaUżon zabiera dwie komórki, które różnią sie od siebie tym, że jedna jest WYłączona, a druga WYłączona od świtu do nocy. I wreszcie wersja praktykowana najczęściej: MiaUżon śpi a z imprezy wraca nawalony współspacz, który we wszystkie leżące komórki usiłuje wbić swój kod PIN. Świtem oba telefony obrażają MiaUżona żądając od niego kodu PUK.
Innymi słowy MiaUżon na trzy dni przepada skutecznie.
Matka nawet nie próbuje do niego dzwonić w czasie dojazdu lub powrotu, bo reakcja jest jedna:
-„Ty mnie ZNOWU kontrolujesz!!!”
No to Matka przestała. I teraz gdy MiaUżon wyjechał na szkolenie służbową Yariską z jeszcze jednym kolegą, łaskawie odczytała SMS po dojechaniu : „OK”.
Czyli MiaUżon dojechał, nie padł z głodu, hotel może być, żarcie też i zaczyna się zaraz szkolenie. Matka to juz z kroju czcionki odczytuje.
Za to w dzień powrotu – i tu się zaczyna właściwa historia – Matka siedziała sobie przed Teleekspressem, bo jakieś urwania chmury tego dnia były w Polsce, kiedy zadzwonił telefon.
Na wyświetlaczu stało jak byk „MiaUżon z komórki – dzwoni”
-„Usiadł na telefon” – pomyślała Matka, ale odebrała.
-„Yyyyyyyy, wiesz co?” – zagadało MiaUżonem w komórce -„Ja to się chyba spóźnię…”
Matki to szczególnie nie wzruszyło, bo nie wiedziała ani kiedy ślubny wyjechał, ani kiedy miał wrócić, ani wreszcie ile dokładnie kilometrów miał ze szkolenia do domu. No, coś ponad czterysta chyba.
-„A coś się stało?” – zapytała uprzejmie i przez aksamitny ton głosu Orłosia usłyszała jakiś chlupot.
-„Nie, no ten, wiesz, Kazik siedzi w samych gatkach”
Matka natychmiast porzuciła słuchanie Teleekspressu, bo zaczynało być ciekawie
-„Pies mu wygryzł dziurę w spodniach?” – zainteresowała się.
-„Nie, no ten, tego, wiesz…” – MiaUżon podejrzanie się plątał -„Zmókł trochę, bo tu strasznie pada”
-„A tu – to znaczy gdzie?”
-„No, w Oleśnicy” – chrząknął MiaUżon – „Chmura się urwała”
-„Jak wszędzie, o niczym innym nie mówią w telewizorni” – Matka dalej nic nie rozumiała – „Ale po co twój kolega wychodził na ten deszcz?”
W słuchawce znów zachlupotało.
-„Nooooo…, bo musiał mnie zepchnąć…” – wydusił z siebie MiaUżon z rozpaczą.
-„Zepchnąć z CZEGO?” – Matka się już teraz zaniepokoiła.
-„Z krawężnika!!!” – wyrzucił z siebie MiaUżon z ulgą dumny, że ma sprawę z głowy.
Tak mu się tylko wydawało!
-„No ja cię przepraszam, ale chyba coś ci się pomyliło!” – zeźliła się Matka – „Jeszcze nie widziałam samochodu, który trzeba było zepchnąć z krawężnika! A co on tam w ogóle robił?”
-„Eeeeee, musiałem ominąć kałużę,eeeeee… to znaczy w ogóle nie widziałem jezdni, woda mi się wlewała przez drzwi i niechcący wjechałem na ten krawężnik…” – MiaUżonowi zdecydowanie przegrzewały się zwoje i żałował, że zadzwonił.
-„To jaki on był wysoki???” – wkurzyła się Matka
-„Eeeee…ja tam dokładnie nie wiem, ale jak Kazik przy nim stanął już bez butów, to mu siegał… do kolan…” – zajęczał MiaUżon.
-„I ty mi bedziesz mówił, że to krawężnik???” – no co jak co, ale Matka nie jest blondynką – ” No i zepchnął cię ten Kazik?”
-„Nie…” – zaszemrał MiaUżon.
-„To – CO – wy – tam – te – raz -ro – bi – cie???” – Ton głosu Matki przypominał wysuwanie przymarzniętej szuflady z zamrażarki.
Zapadła głucha cisza przerywana odgłosem lejącego deszczu.
-„Patrzymy…”- MiaUżon skręcił się z rozpaczy – „…jak nas Straż Pożarna zdejmuje z tego krawężnika…”