Pogoda kreta

Matka dziś wstała i pomyślała sobie, że skoro na dworze taka ciemnota, to oznacza ni mniej, ni więcej, że jest środek nocy. Rzuciła okiem w prawo i zdziwiła się – MiaUżona nie było… Rzuciła więc tym samym okiem w lewo, co wymagało nieco większego wysiłku, bo oczko było prawe, więc było tak samo trudno, jak z parkowaniem w dziurze z prawej strony. Oj, Matka chyba wpadła w dygresje i sama sie zakałapućkała, trudno. W każdym razie była 8.15, czyli nieprzyzwoicie późno.

Matka truchcikiem pogalopowała do łazienki, wypicowała się w kwadrans, co należy do cudów wielkich i wpadła do pokoju Potworka, z którego dochodziły cięzkie gwizdy. Dziecię spało jak kamień, ale ku radości Matki tym razem dało się spruć bez większego problemu.

-„Jedziemy do przedszkola, kochana!” – zarządziła Matka – „Zaraz zobaczę jaka jest pogoda i uszykuję ci ubranie”

I Matka znów wykonała rzut okiem, tym razem za okno. Jak już to zrobiła to doszła do wniosku, że oczko od rzucania musiało jej się nadwyrężyć. Dojrzała bowiem 15 stopni i ścianę deszczu, która to ściana wyginała sie ekspresyjnie na wszystkie strony z powodu niewidocznych sił zwanych popularnie wiatrem – i tu Matka bedzie delikatna i więcej nic nie napisze. No, może tylko to, ze wreszcie do konch jej uszu doszły odłosy dochodzące z komina, które brzemiały mniej więcej jak „huuuuuu huuuuuuuuu”.

-„W mordę jeża!” – pomyślała sobie Matka – „Za nic nie wytknę żadnej kończyny z domu…”

I nie wytknęła. Potworek wpadł w czarna rozpacz.

„Ale ja chcem do pszeczkola!” – załkał i dostał z przejęcia czkawki.

-„Coś ty!” – zamachała rękami Matka – „Przecież nawet nie dojdziemy do samochodu i będziemy calutkie mokre!”

I Matka musiała przeżyć pełne nienawiści spojrzenia Potworka, który miał dzień stracony bez przedszkola, takież same spojrzenia Potwora, który zapewne miał niecne plany na czas nieobecności Matki, kiedy odwoziłaby Maryśkę bądź co bądź dziewięć kilometrów w jedna stronę, jak również spojrzenia własne, gdyz na poczcie leży paczuszka z dwoma zestawami kamieni, na które Matka ostrzy sobie zęby.

Ale za to Matce przypomniała się historia z MiaUżonem sprzed dni kilku, dramat w jednym akcie z deszczem związany, który Matka opisze dziś jeszcze, bo rozbawił ja setnie, choć śmieszny był nie do końca.

Niewatpliwie, chociażby, zresztą, przecież.

W końcu nosa z domu nie wytyka, leje dalej…

Okołoszkolnie i wściekle

Matka zakończyła rok szkolny. Za-koń-czy-ła!!!

No, jeszcze te dwie rady pedagogiczne to pryszcz, wytrzymamy, ale lekcji już nie ma, bo Matka w czwartki ma wolne.

Dziś zresztą również nie było „normalnych” lekcji, tylko podsumowanie różnych konkursów, wystawy, wspólne doświadczenia, mecz w sali gimanstycznej i pokazy tańca towarzyskiego. Jednym słowem czas Matka spędziła miło, bo było na co popatrzeć. Dowiedziała się też, że poprzedniego dnia był Turniej klas Pierwszych, który wzbudził jak zwykle szalone emocje wśród wykonawców i widzów.

I tu się zacznie część wkurzona…

-„Ty wiesz, Kasi nie było w szkole ani w poniedziałek, ani we wtorek, a miała rolę w tym Turnieju, i dziś jej też nie ma!!!” – zaczepiła Matkę na korytarzu wychowawczyni jednej z klas.

-„Może zachorowała?” -zaniepokoiła się Matka – „Ty masz tu telefon i dzwoń!”

Kto to jest Kasia?

Kasia to uczennica, która ma średnią 5,0. Ambitna, miła i utalentowana. Złoto nie dzieciak.

Kasię wraz z rodzeństwem zabrano z domu do placówki opiekuńczo-wychowawczej kilka dni temu, kiedy Policja interweniowała po raz nasty, bo rodzice byli pijani w trupa. Inne słowa nie wyrażą tego stanu rzeczy.

Tatulek z wyrokiem, śpiący, Matka biegająca z ostrym narzędziem i niebezpieczna dla otoczenia – po raz któryś z rzędu.

Matka była szczęśliwa, że wreszcie udało się zabrać piatkę dzieci, z których Kasia jest najstarsza i tak naprawdę byłą matką dla pozostałych. Karmiła, prała, kładła spać, budziła i pomagała w nauce. Jak na dziewczynę w pierwszej klasie liceum to aż nadto. Nerwica wyhodowana jak ta lala.

Wychowawczyni poszła zadzwonić do placówki co też się dzieje z Kasią.

-„Nie uwierzysz…” – padła na krzesło, kiedy wróciła.

-„Obawiam się, że jednak tak, ale gadaj!”- Matka zamieniła się w słuch.

-„Placówka w tym tygodniu w ogóle nie wyśle dojeżdżających dzieci do szkoły,bo stopnie są wystawione, więc po co? Trzeba CIĄĆ KOSZTY!!!”

-„Nie wierzę…” – Matka postawiła oczy w słup i wykonała telefon do MiaUżona, który jest na drugim koncu Polski na bardzo ważnym szkoleniu.

-„Ja cię bardzo przepraszam, możesz mówić?” – zagaiła Matka niepewnie

-„Siedzę na wykładzie” – wyszeptał MiaUżon na wdechu -„Coś ważnego?”

-„Ważnego!” – jak już odebrał to Matka nie odpuści -„Czy jak pracowałeś w tej placówce za dawnego dyrektora to zdarzyło się kiedykolwiek nie wysłać dojeżdżających dzieci do szkoły ze względu na CIĘCIE kosztów?”

-„W ŻYCIU!!!” – zaryczał MiaUżon do słuchawki mimo szkolenia i Matka natychmiast wiedziała, że była to sytuacja niewyobrażalna. Była. Ale już nie ma dawnego dyrektora…

I Matka tak sobie myśli. Wystawione stopnie są? Są!

Ale czy szkoła tylko uczy?

Czy dla dzieci z rodzin patologicznych bodajże nie ważniejsze są takie właśnie zajęcia integracyjne? Wyjazd choćby na chwilę z placówki, gdzie młodzież jest naprawdę bardzo różna. Sa pokrzywdzeni przez los i krzywdzący innych. MiaUżon pracował tam lat dziesięć z okładem. Przez ten czas dzieci załatwiły mu skradzioną pensję, klucze do dwóch mieszkań, dokumenty, pieniądze, liczne drobiazgi i wreszcie samochód. Ten ostatni kiedy Matka chodziła w ósmym miesiącu ciąży z Janeczką.

Dla Kasi na pewno byłoby lepiej przyjechać do szkoły niż siedzieć w placówce.

Turniej trafił szlag, bo miała jedną z głównych ról.

I na pewno rozpaczała biorąc pod uwagę jej poważne podejście do nauki. Matka podejrzewa, że innym dzieciom jeszcze bardziej przydałyby się takie zajęcia w szkole.

Ile kosztuje bilet, do cholery?

Cztery złote? Góra pięć!

-„Żeby ktos nas zawiadomił to byśmy się złożyły!” – jękneła pedagog.

Jasne, że tak.

Pozostaje pytanie, czy można ciąć koszty oszczędzając na nauce?

Takich dzieci?

Matka jest zawścieklona tak, że szkoda gadać.

I coś wymyśli.

Są gazety.

Nie odpuści, jak to Matka.

No bo chyba nie można?

Aż trzy pieczenie na jednym ogniu…

Czy wiecie, że będzie spotkanie bloxowe? A Matka na 99% wtedy w Warszawie? Nie ukrywa, że ma interesy dwa, ale ponieważ spotkanie jest rzut beretem od Matki osobistego mieszkania to zrobi wszystko, żeby na nim być, choć koliduje jej to z rusztowaniem i bije po kieszeni.
Ale co tam – czasem trzeba wyjechać z Metropolii, zostawić Potwory pod opieką MiaUżona, poszaleć po biżuteryjnych sklepach licząc po cichu na spotkanie z justinehh, która wielokrotnie dowiodła, że jest nieoceniona. I spędzić raz na parę lat noc poza domem nie myśląc o reszcie świata.

Matka ma nadzieję, że upiecze wszystkie pieczenie na jednym ogniu i szcześliwie dokona wymiany lokatorek w swojej chałupie. Nie jest to miły zabieg i sresuje Matkę okrutnie, więc miłe spotkanie się przyda.

A może ktoś jeszcze się na nie wybiera?

A może ktoś w ogóle o nim nie wie?

Tu wszystko jest: http://spotkanie2007.blox.pl/2007/06/Lista-obecnosci.html

Końcówki pedagogiczne

Matka zapuściła się. Zapuściła się z pisaniem tak straszliwie, że aż chyba wstyd? Potwory kończą pomału edukację przedwakacyjną, Matka też już wystawiła stopnie i zamierza coś ze sobą zrobić, żeby dziatwa przestała ją molestować o jakieś podwyższania ocen.

-„Soreczko, ja to bym tak chciała piątkę na koniec, bo średnia, do babcia, bo pasek, bo wyjazd…(tu wpisz sobie co chcesz)”

Matka zagląda do kajetu, a tam tróje jak żołnierze. A Matka nie ma odpowiednio dużej fantazji. Chyba nie jest dobra artystką 🙂

Janeczka tymczasem konczy edukację śmieszniejszą, czyli 1-3 i zaczyna poważną naukę. Matka czuje w kościach, że skończyła się oto zabawa i trzeba będzie sobie odświeżyć wiadomości z geografii, tudzież innych przedmiotów.

-„Tu masz listę książek, bedzie kiermasz w szkole, może cos kupisz?”

Kiermasz bedzie w godzinach pracy Matki, więc tak zwana kicha. Matka zapuściła więc żurawia do wykazu, który jednoznacznie jej pokazał dziobem, że większość książek znów jest jednorazowa.

-„Tych książek jest siedemnaście!” – oznajmił Potwór dumny jak paw, a żuraw natychmiast kłujnął go w rozłożony ogon.

-„Zauważyłam” – zazgrzytała Matka i złapała się za kieszeń.

Potem zaś odłożyła sprawę książek na później, żeby się niepotrzebnie nie martwić.

-„A jak tam mundurki?” – zagaiła Janeczka i znów rozłożyła ogon.

Matce zaraz się przypomniało, że ma jeszcze jedno spotkanie jako jedna z sześciu osób, które mają zadecydować o kolorze, kształcie i materiale, z którego wykonane będą ubranka. Łącznie z wybraniem wykonawcy tychże.

-„Dziś mam spotkanie” – jęknęła wiedząc, że zaraz potem zostanie zlinczowana przez BabskaKtórymSięNicNigdyNiePodoba.

-„A pamietasz, że w świetlicy jest Dzień Matki I Ojca, a ja jestem złą wróżką?”!!

-„Pamiętam, pamietam” – machnęłą ręka Matka -” Zdążę”

Bo ma tak zapisany grafik, że aż głowa boli. Pakuje kolczyki, bo to jest najważniejsze. Tysiąc razy sprawdza dzienniki, czy aby wszystko zapisała i odhaczyła. Gazetki z pracami dzieci wiesza, bo warto, należy im się. Tym dzieciom.
I nie patrzy w przyszły tydzień, bo ma cztery rady pedagogiczne. Cztery. Zabije się mokrą szmatą i odcisków dostanie na pewnej części.

Ale zaraz potem są wakacje i choć roboty wcale nie ubędzie, tylko zmieni się jej charakter, to odpadnie spruwanie Potworów i wstawanie o 6.00. Teraz Matka spokojnie będzie mogła zwlec się o 6.30 a to jest kolosalna różnica.

I tym miłym akcentem kończy swoje utyskiwania obiecując poprawę.

Howgh!

Zielono w zbożu

Matka wygląda jak jamnik długowłosy w zbożu. Widzieliście kiedyś jamnika w zbożu? Biegnie, biegnie, biegnie – a potem wyskakuje do góry, szybko rozgląda się gdzie jest, wyostrza kierunek i znów biegnie. Uszy idą do góry, nieruchomieją i opadają wraz z jamnikiem.

Co to ma wspólnego z Matką? Ano po pierwsze Matki fryzjerka wzięła sobie urlop, a potem zwolnienie. Matka podejrzewa, że już jej w tym zakładzie po prostu nie zobaczy, a ponieważ niechętnie zmienia oprawców, więc wygląda ostatnio jak skrzyżowanie Marii Dąbrowskiej z Chopinem tuż po odegraniu Etiudy Rewolucyjnej opus niepamiętne. Nie dość, że zarosła kłakmi, to jeszcze musi wstawac piętnaście minut wcześniej, bo już trzy minuty suszarką nie wystarczają…

Dlaczego zaś skaczący jamnik? Bo Matka wyskakuje co jakiś czas zza stosu 450 klasówek, żeby sprawdzić, czy akurat nie musi jechać po Potwory, iść sama do szkoły, dostarczyć pożywienia rodzinie itp. Ale już, już koncówka. Jeszcze zrobić sprawdzian jednej klasie pozostało i jakieś niedobitki dopieścić, co to zużyły najmniej atramentu Matce, wskutek postawienia klasycznej i krótkiej, pionowej linii prostej w kratce dziennika.

Nawet trzy kilo muszli leżą i czekają na jakieś wakacyjne wytwory biżutowe. No jeszcze trzy dni i po sprawie. Matka wróci do życia.

Tymczasem koncówka roku u Potwora przebiegła w sposób niezwykle urozmaicony, bowiem na Zielonej Szkole…

Matka nie przejęła się tym zbytnio, bo Janeczka nie jest ani płaczliwa, ani nie ma problemu z zasypianiem – ednym problemem mogła byc pogoda, ale ta spisała się nadzwyczaj i poza upałem pojawił sie jakis deszczyk, ale nie te nawałnice, które zapowiadano.

-„Pani powiedziała, że ma być upał, więc już nie muszę brać kaloszy!” – oznajmił Potwór dwa dni wcześniej i wykreślił wspomniane obuwie z listy rzeczy absolutnie niezbędnych.

Nastepnego dnia zapowiedzieli grad wielkości piłek na Euro 2012. Matka natychmiast objechała sklepy, żeby przekonać się, ze tradycyjnie w asortymencie są kalosze albo za małe , albo za duże.

-„Mam nieużywane w rozmiarze 38” – odezwała się sąsiadka -„Mogę jej pożyczyć”.

I Janeczka przywiozła na rowerze dwa kilo kalosza w kolorze jadowitej zieleni.

-„Co tam jeszcze masz na tej liście?” – zapytała Matka spoglądając nerwowo na zegarek, bo godzina była późna a Potwór powinien był się wyspać przed podróżą. Sto kilometrów, ale jednak wyjazd wcześniej niz zwykle.

-„Mam już dres, mam kurtkę przeciwdeszczową, mam obuwie sportowe na piesze wędrówki…”- tu przerwał zaniepokojony – „…mam sportowe obuwie?”

-„No jasne, adidasy. Przecież nie bedziesz chodziła po lesie w sandałach, jak pewne jest, że będzie padać. Kalosze się raczej nie przydadzą, ale adidasy jak najbardziej!” – i Matka wystawiła Potworwi na rano sandały, bo w końcu nie było co się smażyć bez potrzeby w sportowych butach, które choć porządne bardzo i drogie, to jednak adidasami nie były. Upał zaś zapowiadali koszmarny i takiż był.

-„I jeszcze tu jest napisane, że nieodzowny jest telefon…” – Potwór zawiesił głos i zaświdrował oczkami w Matkę, która od dawna odporna była na takie zabiegi jako Bazyliszek w pierwszej linii.

-„Ale Ty nie masz telefonu i mieć na razie nie bedziesz!”- odrzekła i strzepnęła z siebie spojrzenie Potwora swidrujące, a następnie dwa inne typu nienawistnego.
-„No to środek na kleszcze i komary…” – zazgrzytała Janeczka a Matka wrzuciła specyfik do torby.

-„A teraz idź spać, bo wszystko już mamy, tylko wsadzić buty, ale to juz sama zrobię” – westchnęła Matka, która nie cierpi pakowania a Potwora zdmuchnęło na górę do osobistego łóżka.

Matka siadła do klasówek, podczas gdy MiaUżon jak zwykle załatwiał jakieś pilne sprawy porządkowe w samochodzie w garażu.

Minęła północ i Matka doszła do wniosku, ze szkoda poświęcać swój cenny sen dla nauczania ludzkości, więc zarządziła odwrót wojsk.

-„Zajrzyj tylko, czy nie trzeba PRZYPADKIEM wyczyścić adidasów Janeczce” – rzuciłą mimochodem doskonale wiedząc, że buty są wręcz nierozpoznawalne zza grubej warstwy skorupy ziemskiej przynoszonej w niewiadomy sposób przez Potwora z dworu.

-„Ło matko, umyję je w pralni…” – zaryczał MiaUżon uszczęśliwiony nocna fuchą, ale posłusznie poszedł.

Z myciem nie było problemu, buty były stosunkowo nowe i po umyciu błyszczały biela na odległość. Matce naprawdę udał się ten zakup – łdne, wygodne i odpowiedniej wielkości – a to w przypadku Janeczki nie było łatwe.

-„I jak?” – podniosła się słysząc człapanie MiaUżona z piwnicy. Buty wyglanowane były na dziki błysk, ale MiaUzon miał minę cokolwiek dziwną.

-„Ty co?” – przeraziła się Matka.

-„No nic, sama zobacz…” – westchnął tatulek -„Myłem, myłem, aż poczułem, że mi mokro…”

I odwrócił buty podeszwami w stronę Matki.

-„Pękła podeszwa???” – Matka wywaliła oczy na wierzch z przerażenia.

-„Eeee, nieeeeee” – i MiaUżon pokazał Matce całkiem co innego…

Na obu butach w miejscach wielkich paluchów widniały dziury o rozmiarze 2 x 3 centymetry…

Na wylot.

Przesłaniała je jedynie wkładka, nadszarpnięta zresztą.

Matka padła trupem.

-„Zakleisz jakoś?” – spytał MiaUżon przekonany, że Matka zakonserwować potrafi wszystko.

-„Takie lochy?” – oburzył sie trup Matki – „Nigdy mi się to nie uda i przy pierwszym deszczu się odklei, epoksyd jest za sztywny!”

-„Ale jak ona to zrobiła?” – MiaUżon z niedowierzaniem oglądał buty z obu stron.

-„I czemu jej to nie przeszkadzało?” – dodała Matka przypominając sobie, że od pewnego czasu nie mogła doprać skarpetek Potwora.


O piątej trzydzieści nie wytrzymała i obudziła Janeczkę.

– „Czemu ty mi nie powiedziałaś, ze masz taaakie dziury w butach?” – zapytała Matka z wyrzutem, bo pół nocy szukała obuwia zastępczego i padło na wiosenne buty na styk, które trzeba było wygrzebać na strychu.

Potwór przybrał skruszoną minę:

-„Zapomniaaaaaałam” – wyszeptał.

Janeczka, dla której każde buty są naohydniejsze i najmniej modne po trzech włożeniach, za małe, za duże, za w ogóle, zapomniała powiedzieć, że ma pewnie od jakiegoś miesiąca dwie ogromne dziury na wylot…

Matce do dziś to się w głowie nie mieści.

No i musi znów szukać dla Janeczki butów…

Netto, brutto, tara…

Matka w piąte urodziny Potworka, a więc całe dziewięć dni temu (no prehistoria całkowita) jak zwykle wieczorem dziecię kąpała w brodziku. Dzień bez kąpieli jest dniem nie tyle straconym w Matki rodzinie, co w ogóle niemożliwym do wykonania. Nie ma czegoś takiego, jak walnięcie sie do łóżka bez mycia. Matka by zeszła śmiertelnie natychmiast! Na szczęście gen szopa pracza przeszedł na dzieci i te również myją się, tudzież różne rzeczy wokół, czym Matka nie jest już tak zawsze i do końca zachwycona.

Wracając do Potworka – Matka dziecko myje w tempie ekspresowym, żeby uszczknąć cokolwiek z wolnego wieczoru, jeśli takowy sie przydarza raz w miesiącu. Tak było i tym razem. Najpierw Potworek w całości, potem szczegóły takie jak uzębienie, nie zapominając o Zyrtecu i inhalacji, które trzeba machnąć przed zębami. Włosy, piżamka, paciorek i lulu.

„Ty wiesz?” – odezwał się znienacka Potworek, kiedy Matka wytarmosiła mu górną połowę ciała i uwolniła paszczę –„Jeśli ja mam dzisiaj ujodziny, to znaczy, że jestem malutka i możesz mnie tejaz wzionć na jączki, noooo i zanieść do łóżeczka” – rozmarzył się.

Matce natychmiast zajęczało w plecach, przeskoczyło w krzyżu i komar z dębu spadł.

-„Ty chyba żartujesz?!” – zrobiła oczy jak młyńskie koła – „Przecież ja bym się urwała!”

„Napjawdę?” – zainteresował się Potworek

-„Oczywiście!’ – skwapliwie potwierdziła Matka -„Ty masz pojęcie ILE ty ważysz???”

„Ile ważę?” – zastanowił się Potworek i spojrzał na Matkę ze zrozumieniem, po czym własnonożnie wylazł z brodzika – „Mam jusz pienć lat, wienc chyba przynajmniej z osiemdziesiont trzy stopnie…”

Konkurencja dla kadry kierowniczej

Matka zawiozła Potwory do szkołoprzedszkoli, zrobiła zakupy i wróciła szybciutko do domu. MiaUzon tymczasem szkoli się w znanej nadmorskiej miejscowości, więc Matka ma trzy dni chate wolną. Nikt nie bezie jej truł, że siedzi do pierwszej w nicy i coś dłubie. Wypije sobie trzy kawy, dopcha megapaczką żelek i utyje dziesięć deko. No dobra. Nie dopcha. I tak znów nie mieści się w zeszłoroczne ciuchy i musi zrzucić ze da kilo, bo to tańsze niż wymiana garderoby…

Jak wyglądaja szkolenia to Matka dobrze wie. Straszliwa nauka w dzień i piękna balanga od wczesnego wieczora. Ale ile narzekania, że się jedzie!

-„Ty to myślisz, że mnie to bawi!” – prychnął ostatnio MiaUżon.

Jasne, że bawi. Matka tez by chciała przynajmniej raz w roku wypuścić się na trzy dni i nie myśleć ani przez chwilę o zapewnieniu pozostałej części rodziny wiktu, opierunku, ciepła, płaceniu rachunków, otwieraniu okien, zamykaniu okien i tak dalej. I suszy w ogródku.

-„Nie, no ty to w ogóle poszkodowany przez los jesteś!” – wkurzyła się Matka.

-„A właśnie, że tak!” – odciął się MiaUżon i ponowił próby zadzierzgnięcia krawatem, który uparcie nie chciał się zawiązać – „Kto to widział, żebym ja musiał jechać w wolną sobotę na jakiś piknik i szczerzyć zęby reprezentując firmę!”

Oj, no rzeczywiście. Makabra. Jak można robić pikniki w wolne dni??? I z jakiej racji zapraszać sponsorów?

-„Przecież to dyrektor miał jechać!” – zauważyła przytomnie Matka.

-„Miał, miał!” – mruknął wściekle MiaUżon i zapakował się w marynarkę – „A nie może, więc wydał polecenie, żebym to ja gnał kawał drogi!”

-„No ale wiesz…” – rozmarzyła się Matka -„…takie pikniki organizowane przez gminę to jest fajna rzecz w małym miasteczku. Kiełbaski, ciasta, piwko…”

Potwory na wieść o kiełbaskach oblizały się aż do brwi jak smok z animowanej bajki na widok baranka.

-„Jakie tam piwko, samochodem jadę!” – zapieklił się na odchodne MiaUżon i tyle go Matka widziała.

I co siedziała nad swoja robotą, przerzucała pranie z pralki na balkon albo obierała ziemniaki, to myślała sobie o tych sernikach dla sponsorów, grillowanych żeberkach, pączkach i czekoladowych ciasteczkach.

Koło trzeciej postanowiła wybadać sytuację, bo ziemniaki właśnie się dogotowywały.

-„Ja na ciebie oczywiście NIE czekam z obiadem?” – rzuciła Matka w słuchawkę strzygąc uszami, bo dobywała się z niej rozdzierająca, piknikowa muzyka.

-„Stoję w korku niedaleko domu i zaraz będę!” – ryknął MiaUżon, który oczywiście słuchał radia w samochodzie na granicy ogłuchnięcia.

I nadciągnął, kiedy Matka dosmażała kotlety.

-„No to powiedz, jak było” – przełknęła pospiesznie ślinę Matka, żeby nie napluć Potworom do talerzy.

-„Powiem, tylko najpierw daj mi jeść, bo mi żołądek przysechł do kręgosłupa!” – zajęczał MiaUżon i dopadł do talerza Matki, bo zszedłby był niewątpliwie przez dwadzieścia trzy sekundy, w których Matka nałozyła czwartą porcję.

-„Nie dali ci jeść???” – Potwory skrzywiły się zdegustowane. W końcu nazwa PIKNIK zobowiązuje.

-„Jakie jeść? Jakie jeść? Trzy godziny robiłem z siebie głupka stercząc i uśmiechając się na wszystkie strony. Słońce wypaliło mi łeb! Koło czwartej mieli częstować grochówką, toż bym padł do tego czasu!” – fuknął i wyżarł resztę sałaty z miski. – „Zobacz sobie tam program!”

Matka zajrzała, doszła do piętnastej konkurencji typu konkurs plastyczny dla dzieci o bezpieczeństwie na drodze, pokaz palenia się starego samochodu, gaszenie go przez dzielną jednostkę OSP, tresurę psa policyjnego itp, kiedy Janeczka przejęła pałeczkę i odczytała resztę programu.

-„Tatusiu, mogłeś wygrać coś ładnego w konkursie!!!” – westchnęła i rzuciła MiaUżonowi spojrzenie spaniela, któremu spryskuje sie przed jedzeniem miskę Domestosem.

-„W jakim znowu konkursie?” -ślubny skrzywił się z niesmakiem -„Nie przypominam sobie żadnego konkursu!”

-„Bo wyjechałeś przed grochówką!” – załkał Potwór – „A tu był taki wspaniały konkurs!!!”

Matka zapuściła żurawia w zaproszenie i natychmiast dołączyła się do żalu Potwora:

-„No chyba żartujesz, że ty nie poczekałeś do tego konkursu! A fe!”

MiaUżon wyrwał zaproszenie z rak Potwora, przeczytał, wcisnął mu z powrotem w rękę i poszedł na górę się przebrać, z każdego schodka rzucając rodzinie nienawistne spojrzenia.

Matka nie rozumie.

Jak można było…

Jak można było…

Jak można było NIE poczekać na konkurencję „RZUT WAŁEM KORBOWYM”???!!!

PIĘĆ lat

Przepraszam, Matka nic nie napisze, bo zaczyna robić rogaliki z dżemem. Chciałaby z budyniem, ale my nie możemy jeść. Z makiem też nie, bo plujemy skórką pomarańczową. I mama coś tam marudzi o nadciąganiu teściowej, chociaż urodziny będzie chciała mi wyprawić specjalnie, jak przyjedzie Matka Chrzestna z Rodziną. Takie z pompą, tortem i w ogóle. W końcu raz się kończy pięć lat, no nie? I tylko raz w życiu Janeczka jest dwa razy starsza…

To ja mogę przyjmować teraz życzenia a Mama niech tam zasuwa w kuchni.

Całuski

Maryśka

Prezent, prezent oraz prezent

Matka odwiozła dziś Potworka rankiem do przedszkola i pognała w te pędy do hipermarketu, bo tylko on był o tej porze otwarty, i Matka nie ukrywa, że nastawiła się na liczne promocje towarzyszące Dniu Dziecka, i Komuniom, i tak dalej.

-„Mam zaproszenie od Kuby do Telepizzy!” – Potwór położył przed Matką kartkę – „I od Kasi na urodziny do domu” – znów kartka -” I od Asi na urodziny, ale trzeba bedzie pojechać do Miasta Wojewódzkiego”

-„Że jak?” – Matka wybałuszyła oczy – „Sto kilometrów???”

-„Tak, bo to będzie w Family Parku” – spokojnie odrzekł Potwór a Matka się zatrzęsła – „Nie bój się, tato Asi nas zabierze i potem odwiezie”.

Matka oczyma duszy zobaczyła wszystkie drogowe nieszczęścia naraz i nie wie, czy powierzy nieznajomemu facetowi w drogim i szybkim samochodzie swoje dzieci. No naprawdę nie wie.

-„Ktoś dzwoni do furtki!” – Janeczka przerwała zwidy Matki.

-„Pewnie Monika, żebyś wyszła na dwór” – machnęła ręką Matka a Potwór pogalopował do furtki. Wrócił podejrzanie szybko i trzymał w ręce kartkę.

-„Zaproszenie na przyjęcie komunijne do Moniki” – a paszcza śmiała mu sie od ucha do ucha.

-„Na kiedy???” – spytała Matka

-„Za dwa dni!” – wyczytał Potwór

Matkę trafił jasny szlag. Co, goście nie dopisali?

-„Kochana, bez dwóch zdań – gdzieś NIE pójdziesz! Ja banku nie obrabuję!” – Matka poszła w zaparte – „Może do kolegi, co?”

-„Może być” – zgodził się Potwór, bo i tak zostały mu trzy imprezy.

Matka musiała więc kupić pilnie dwa prezenty, ale hipermarket świecił pustkami. Po godzinie błąkania się między półkami Matka nabyła dwie jednakowe, grubaśne encyklopedie dla dzieci. Jakaś „Ksiega pytań i odpowiedzi” czy coś w tym stylu. Nic innego rozsądnego nie było. Przyjęcie komunijne z głowy (a będzie o 17.00, czyli chyba jakiś drugi rzut, skoro msza o 10.00. Może dzieci mają wyjeść to, co zostanie? Oj, Matka złośliwa dziś jest za bardzo, ale jakoś jej sie wydaje, ze dwa dni przed Komunią to się na nią nie zaprasza) a i dzisiejsze urodziny koleżanki załatwione.
<BR<Matka wróciła do domu i padła zła, że zmarnowała tyle czasu.

Zadzwonił MiaUżon.

-„Oczywiście pamiętasz?”

-„Pamiętam, pamiętam” – burknęła Matka -„Dwa prezenty już mam. Encyklopedie kupiłam”

-„Encyklopedie?” – MiaUżona z lekka zatkało

-„No przecież lalki Barbie nie kupię! Dwudziestej piątej!”

-„No tak, ale jak ona jeszcze nie umie czytać…” – bąknął MiaUżon

-„Jak – nie umie czytać?” – wkurzyła się Matka

-„A o kim my mówimy?” – MiaUżon zadał pytanie pomocnicze.

-„No o kim?”

-„Ja to mówię o Maryśce!”

-„A co Maryśka?” – zdziwiła się Matka

-„Jutro…” – zazgrzytał MiaUżon -„…kończy pięć lat!!!”


O w mordę. Matkę zakręciło.

Trzeba kupić prezent. O.

A swoją drogą jaka miła odmiana.

Matka dawno już nie szukała żadnego prezentu :-))