Matka koło siódmej wieczorem robi zawsze kolację dla Potworów. Oczywiście jeśli napatoczy się akurat MiaUżon i zakwita przed telewizorem, Matka natychmiast staje się najbardziej zajętą osobą świata i stara sie za wszelką cenę wmanewrować tatusia w robienie kanapek. Nie po to karmiła Potwory w sumie pięć lat, żeby dalej to robić, kiedy jest ktoś inny pod ręką… Podła ta Matka niesłychanie.
Potwory zresztą wolą kolację tatusiową, bo naciągają MiaUżona na różne jedzeniowe rzeczy, których Matka spożywać nie pozwala na przykład z racji alergii. Ogórka dostają na ten przykład. A złą Matka tylko pomidora daje.
Ostatnio jednak MiaUżona nie było, bo oddawał się urokom koszykówki na żywo, więc Matka zarządziła bułeczki z wędliną. Nie z Matką numery jedzenia dżemu od rana do nocy, oj nie!
-„I ja popjoszę pomidojjjjjja na wełndlinkę” – zażyczył sobie Potworek sprzed Muminków.
Matka zapuściła żurawia do lodówki i szybko zorientowała się, że wspomniane zwierzę musiało nawyraźniej być tam wcześniej samo, bo po pomidorach śladu nie było. Matka nie bedzie tu wcale ukrywać, że dostaje dzikiej piany na pysku, kiedy znajduje w lodówce puste miejsce po czymś, co się wyjadło samo i po cichutku, zostawiając najczęściej nastroszone opakowanie, żeby Matki czujność uśpić na amen.
-„Nie miałam pojęcia, ze żółty ser ulega sublimacji*!!!” – rzuca czasem Matka w przestrzeń, ale zwykle jej słowa zachowują się jak bumerang, co grozi trwałym kalectwem.
Dodać tu należy, że do najczęściej sublimujących produktów należą: śmietanka do kawy, twaróg kupiony na sernik, tiramisu bądź inną ważną a konkretną rzecz, rzodkiewki, czekolada na polewę do ciasta, schowane żelki, schowane biszkopty na sernik na zimno, najnajgłębiej ukryte rodzynki oraz suszone śliwki i morele do schabu. Te ostatnie sublimują w takim tempie, ze szafka powinna pokryć się szronem!
No i oczywiście znika polopiryna, wapno i wszelkie tabletki przeciwbólowe…
Ale Matka miała o Potworku.
-„Nie ma pomidora!!!” – obwieściła Matka grobowym tonem zatrzaskując lodówkę.
-„To może dasz mi keczupu…?” – zawachlował klapami Potworek, bo wiedział, że keczup należy do produktów przeciwPotwornych.
Matka westchnęła.
-„No dobra” – i postawiła Potworkowi parę mikroskopijnych kropeczek na szynce.
Maryśka nadciagnęła do kuchni bez ryku fanfar i zlustrowała kanapki z lekkim niesmakiem. Ot, dziecko się wyinteligentniło!
-„Tak to ja już wiencej nie chcę” – oświadczyła, bo przypomniała sobie, ze niektóre ugryzienia są zalane keczupem, zas inne łyse –„Pjoszę mi ten keczup…” – zagrzechotała z wysiłku oczami, bo właściwe słowo uciekło – „…jozmasować jówno na wełndlince”
* Sublimacja – przemiana fazowa bezpośredniego przejścia ze stanu stałego w stan gazowy z pominięciem stanu ciekłego.
Największy przyjaciel człowieka
Matka robiła sobie właśnie poranną kawę i już, już miała siorbnąć pierwszy łyk, kiedy Maryska wpadła z ogródka do kuchni i…
–"Mamo, mamo, nie masz pojencia kto do mnie pszyszet!!!"
Matka wytarła sobie kawę z koszulki, blatu kuchennego i podłogi.
-"Dobra, teraz mogę posłuchać – kto!"
Potworek zamachał z przejęcia łapkami:
-"Mój najwienkszy pszyjaciel!!! Nie było go cały jok!!!"
Matka podrapała się w głowę, zagrzebała pamięcią w kosmosie i do żadnych odkrywczych wniosków nie doszła.
-"A gdzie ON jest?" -zapytała ostrożnie.
–"Tam!!!" – zapiszczał Potworek i Matka wcale już nie była taka pewna, ze przyjaciel nie dał dyla -" I kuca!!!"
-"I kuca…?" – Matka bez kawy nie była zbyt rozgarnięta.
–"Zjóp nam zdjencie!!!" – Maryśka odgarnęła grzywkę z czoła, co wcale nie przeszkodziło włosom natychmiast wrócić na swoje miejsce.
Matkę przyjaciel bardzo zaintrygował i miała cicha nadzieję, że jest w ogóle widoczny. Wytaszczyła aparat i wyszła do ogródka.
Przyjaciel jeszcze był. I kucał. Nie było tylko wiadomo, jak go zmieścić w kadrze razem z Maryśką.
-"To ty się nachyl nad nim" – zaproponowała Matka manewrując rozpaczliwie obiektywem.
Przyjaciel profilaktycznie się odsunął.
-"No to raz-dwa, żeby nam nie uciekł!" – zarządziła Matka i trzask – Maryśka ma zdjęcie ze swoim najlepszym przyjacielem.
-"A ty pamiętasz chociaż jak się twój przyjaciel nazywa?" – zapytała chytrze Matka
–"No pszeciesz!" – oburzył się Potworek.
I faktycznie pamiętał co to za jeden, ten przyjaciel.
No to prosimy bardzo:
Zapachy
Matka odbierała któregoś bardzo ciepłego dnia Maryśkę z przedszkola jakoś wcześniej, niż zwykle, bo klasa jej dała dyla z ostatniej lekcji, co rzecz jasna Matki nie zmartwiło specjalnie, bo najgorszą rzecza dla nauczyciela jest dyl śródlekcyjny niepełny, czyli przed salą stoi siedmiu wspaniałych i czeka na błyskotliwe zajęcia. O czym to Matka zaczęła? Aha, o Maryśce.
Dzień był gorący niesłychanie, za to poranek niemal przemrozkowy, więc Maryśkę Matka ubrała w kurtkę, czapeczke i jedwabny szalik z nadzieją, że panie nie wtrynią tego wszystkiego na Potworka, kiedy słonko przygrzeje. Nie wtryniły, ale mimo to Maryśka ociekała, bowiem jedynym właściwym sposobem przemieszczania się przed przedszkolem jest podskakiwanie i dzikie gonitwy – to oczywiste.
Ponieważ nieopodal znajdował się spory pawilon, w którym łaskawie umieszczony był sklep z odzieżą dziecięcą, więc Matka zakleszczyła sobie łapkę Potworka w swojej i udała się na zakupy, aby nabyć drogą kupna cienkie a kolorowe legginsy. Po drodze trzeba było jednakowoż przemknąć koło szalenie wykwintnej cukierni, która kusiła stolikami z parasolkami, tudzież koło baru z frytkami, zawiewającego dzikim smrodem.
Matka nie omieszkała nawiedzić nowej drogerii, która wyrosła jak grzyb po deszczu w miejscu budy z tanimi gatkami i wyszła z niej z torba specyfików służących do redukowania, wzbogacania, dotleniania i oczyszczania. Jeśli Matce się nie pokićka i zaaplikuje je sobie w miejsce właściwe to ma szanse zostać Pamelą Anderson. Póki co zapewniła sobie dobry humor z posiadania kilku tubek więcej a na konto do internetu sprytnie nie zajrzy…
Wracając do Potworka (wiosna przyszła, to Matka wpada częściej w dygresje), to oczywiscie okazało się, ze mamy ciezka zimę i w sklepie królowały barchany, polary i futra. Ani śladu po sandałach, legginsach i innych letnich rzeczach. W lipcu będą.
Matka wkurzona jak jasny gwint zawachlowała połą podkoszulki i wyszła z Potworkiem zastanawiając się jakąż też temperaturę osiągnął jej samochód, tkwiący na pełnym słońcu.
-„Jedziemy do szkoły po Janeczkę!” – zarządziła i wrzuciła piąty bieg w celu sprawnego wyminięcia wspomnianej frytkowni, cukierni i innych zagrożeń.
I właściwie się udało. Skręciły za pawilon, skąd było już widać przedszkole i postawiony pod nim samochód, a łba mało Matce nie urwał przeciąg osiedlowy.
-„Coś tu OKJOPNIE śmiejdzi!!!” – zakomunikował nagle Potworek fortissimo.
Matka szybko pociagnęła nosem, ale ten był zgoła na innej wysokości, niż Potworkowy i Matka kompletnie nic nie poczuła. Zauważyła za to stojącą nieopodal taksówkę z otwartym oknem, z którego wygladał mocno nieświeży kierowca palący jakiegoś peta.
-„Jasny gwint!” – pomyślała w ułamku sekundy Matka – „Zaraz Maryśka mi tu wyjedzie, ze śmierdzi od gościa, ten wyjdzie i strzeli Matce w pysk. Przy tych wszystkich pączkożercach, którzy biesiadują przy kawiarnianych stoliczkach i oczywiście nie maja nic lepszego do roboty, niz gapić się teraz i słuchać co Maryśka ma do powiedzenia”
I to pomyślawszy Matka szybko wyciągnęła rękę, żeby złapać Potworka i zamknąć w samochodzie.
-„Nie pszejmuj siem Mamujku!” – Potworek machnął tłusta łapką zanim ją wsadził w Matkowa grabę –„To nie śmiejdzi od TEGO pana, tylko z tamtego SJACZA” – i uprzejmie wskazał druga rączką Matce mijany właśnie kubik TOI-TOIA…
Hobby Maryśki a listonosz
Matka zaczęła okres gorący. A to zakończenie roku maturzystów, a to sama matura, a to jakies parady i inne no, no, inne takie. Matka wyrażać się przecież nie będzie.
Teraz należy zanosić modły, zeby Potwory nie wstawiły w ten grafik swoich choróbsk, Maryśka zwłaszcza, bo znów kaszel sie doplątał, ale cóż – ciepło, zimno, ciepło, wiatr.
Do kompletu nadciagnęła rodzina holenderska, ale szcześliwie zamieszkała trzydzieści kilometrów dalej, zażywając przejażdżek konnych. Matka musi jednakowoż odchwaścic ogródek, żeby odsłonić elewację rezydencji, jak równiez wykonać ponad dwadzieścia biżutów, bo takie zamówienie kuzynka przywiozła dla swoich krewnych i znajomych.
–„Kiedy zjobisz coś nowego?” – zadał niewygodne pytanie Potworek a Matka zazgrzytała.
-„Jak skończę dla cioci, to zaraz coś wymyślę” – obiecała
–„A ja pogrziebię w kulkach!” – uradował się Potworek a Matka nie wyprowadzała go z błędu, bo nie miała czasu na porykiwania z rozpaczy.
-„Najpierw to pojedziemy do szkoły po Janeczkę, potem kupimy coś do pomalowania drewutni…” – zmieniła temat Matka zerkając niecierpliwie przez okno, bo czekała na listonosza. Tym razem chadzał wysoki i chudy, który odznacza sie wiekszą inteligencją i nie wrzuca MiaUżonowych przesyłek przez płot na śnieg, ani nie wtrynia Matkowych koralików wartych trzysta złotych do urwanej skrzynki.
Matka czekała zaś na bigle, czyli te pizdryki, na których wiszą kolczyki i dzieki nim trzymają się w uszach. Bez bigli nie ma kolczyka, wiadomo. Matka wyliczyła sobie, że jak listonosza nie dopadnie dziś, to odbierze przesyłkę dopiero za tydzień, bo godziny pracy Matkowej poczty są na tyle powalające, że nijak nie można tam nic załatwić. Od 9.00 do 16.30. I do widzenia.
–„A tfój list?” – zainteresował się Potworek
-„No właśnie!” – Matka doskoczyła do okna, ale chudego listonosza znów nie było.
Gość miał poza tym fantastyczne wyczucie chwili. Przybywał w momencie, kiedy Matka miała łeb pod kranem, telefonowała za granicę albo kosiła trawę. Za każdym razem wychodząc z domu ze zdumieniem wyciągała awizo ze skrzynki pocztowej, a po listonoszu pozostawał jedynie przeciąg i opadający kurz.
-„Nikt nie dzwonił jak myłam głowę?” – świdrowała oczami Maryśkę
–Dzfonił! – radośnie przytakiwało dziecię – Ale TY nie słyszałaś!
Jaaaaasne. Na dzieci zawsze można liczyć!
Matka postanowiła liczyć na siebie, co robi w zasadzie od dawna, ale jak widać nieskutecznie.
-„Cholera, muszę jechać, bo mi zamkną świetlicę, a tego drania nie ma! Wpół do czwartej, a zawsze był przed jedenastą!” – mruknęła Matka do siebie, wskoczyła do łazienki, ściagnęła domowy polarodresik, skarpetki bezuciskowe w porażającym seledynowym kolorze i….
-„DING DONG!!!”
Matka wpadła nosem w pudło z brudami. No tak, samochód stoi, więc kumpele Janeczki myślą, ze ta już jest i wyjdzie na dwór. Matka postanowiła wytknąć głowę przez balkon i ryknąć, ze Potwora nie ma. Pognała więc w jednaj skarpecie i bez góry do okna.
No żeż w mordę! Oparty o płot stał chudy listonosz i wtykał wypisane awizo do skrzynki…
O nie! Matka go już z rąk nie wypuści!
Rozejrzała się rozpaczliwie po pokoju i doszła do wniosku w jedną milisekundę, że nie zdąży wsadzić na siebie i majtek, i dżinsów, i całej góry. Chwyciła więc polarek i zbiegając po schodach wrzuciła go na siebie od góry, następnie na półpiętrze wtryniła jedną nogę w spodzień, a przed samymi drzwiami w drugi.
Otworzyła drzwi i wypadła na wycieraczkę bez kapci, w jednej skarpecie i podciągając spodnie.
-„Jak dobrze, że pan jest!” – wypaliła radośnie i podskoczyła- „Czekałam na pana, jak na królewicza z bajki!!!”
Chudego listonosza zamurowało przy furtce na beton podwójnie zbrojony. Obejrzał niepewnie Matki list z biglami i rozejrzał naokoło.
-„Eeeeeeee….” – podrapał się w głowę raz, drugi i trzeci -” Szkoda, że nie wiedziałem, to bym się wcześniej umył…
A Matka do dziś jest zapadnięta pod ziemię…
Atrakcje basenowe
Matka zawiązała się ostatnio w supełek, wsadziła sobie pióro i udała się wreszcie na szkolna wywiadówkę Potwora. Dawno tam Matki nie było, bo Janeczka ma w tym czasie angielski i Matka musi ją wywieźc za metropolię do nauczycielki, więc MiaUżon chadza w Matki zastępstwie. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie drobny fakt, ze Matka jest jedna trzecią trójki klasowej…
Pozostałe dwie panie jednak się mocno przyjaźnią i Matka jest im potrzebna raczej jako nazwisko na liście, ale dwa razy do roku być jednakowoż wypada. Za chwilę Dzień Dziecka, zielona szkoła (o zgrozo!) i inne atrakcje związane z przejściem do czwartej klasy.
Matka nie pojawiła sie jednak z miłości do trójki, ale z powodu Janeczki przypadłości, która może przez jednych uważana być za wstydliwą, przez drugich za obrzydliwą, a trzecich za nieważną, ale Matka wytoczyła działo i zamierzała z niego ostrzelać rodziców.
-„Coś mi się zrobiło pod stopą!” – oznajmił Potwór miesiąc temu i próbował wyłamac sobie nogę, żeby to lepiej zobaczyć.
-„Pokaż!”- Matka zabrała Potwora w oświetlone miejsce i zapuściła zurawia pełna najgorszych przeczuć.
Janeczka pokazała Matce niewidoczny punkcik, który wyczuc można było
sposobem zwanym popularnie obmacywaniem, ale widać nie było nic.
-„Wiesz co?” – pomyslała sobie na głos Matka -„Może ci się zrobił pęcherz tak głeboko, że nie widać, ale przeszkadza?” .
I zapomniały o sprawie.
Minęły trzy tygodnie.
-„Ja to nie mogę chodzić!” – nadciągnęła Janeczka i podetknęła Matce pod nos ustopienie spodnie.
Matka ponownie zapusciła żurawia i padła. Na stopie Potwora widniał obiekt o średnicy jednego centymetra i udawał wielki odcisk.
-„Masz to jeszcze gdzieś?” – spytała Matka
-„Nie!!!” – Janeczka pokręciła energicznie głową, a Matka kazała sobie pokazac drugą nogę.
-„Tak!!!” – ujrzała drugi obiekt i wydał jej się znajomy, choć sama takim obdarzona nigdy nie była.
I pojechały zaraz po szkole do koleżanki pediatry.
-„Uuuu” – skrzywiła się wyżej wymieniona -„Brodawki stóp złapałaś!”
Czyli Matka dobrze poznała.
-„Nie ma mowy o basenie, bo to jest wirus i to bardzo zaraźliwy!” – oznajmiła
koleżanka i nabazgrała receptę ze specyfikiem -„Jak nie pomoże, to pozostanie wizyta u chirurga, który to wytnie albo zamrozi,
ale musicie mieć świadomość, że to nie koniec choroby. Wirus będzie siedział i wyrzucał te
brodawki w dowolnym momencie…”
Potwór zalał się łzami.
-„Przeciez ja nie mogę NIE chodzić na basen!!!”- wychlipał.
-„Ale coś ty, przecież nie możesz pozarażać koleżanek!” – oburzyła się Matka
-„One już mają to samo!” – z oczu Potwora trysnęła kolejna porcja łez-” I chodzą do chirurga wycinać! A mamy im każą mówić nam, że to są odciski! Majka ma, Kasia ma, Zuzia ma, Jola ma, a Gosia to ma nawet jeszcze jakąś grzybicę!!!”
I Matkę tafił szlag, wyszła ze skóry i zalała ją krew.
Zadzwoniła do pani od basenu.
-„Wie pani, ja jak uczę pływania pietnaście lat to nigdy o czyms takim nie syszałam!” – prychnęła
panienka
-„Ale podobno dzieci zostawiają klapki z boku i ustawiają sie w dwuszeregu na boso – to po co te klapki?”
Szkoda czasu na pisanie jak przebiegała rozmowa.
Matka wzięła więc wspomniane działo i pognała na wywiadówkę.
Wychowaczyni uprzedzona [przez Matke o problemie wybąkała kilka słów patrząc na boki i płoniąc się, więc Matka przejęła pałeczkę:
-„Nie ukrywam, ze chodzi o Janeczkę. Wiem jednak, ze inne dzieci tez mają tę przypadłość…”
-„Tak, tak, mój syn też ma coś takiego! I mój! I mój! I moja córka!” – zaszumiało
w klasie.
Matka triumfowała.
-„No właśnie, sprawa jest poważna, uciążliwa w leczeniu i zaraźliwa. Poza tym
leczy sie długo i opornie, czasem trzeba korzystac z interwencji chirurga,
a to kosztuje” – Matka katem oka zauważyła, że klasowy chirurg zaczął szukać
długopisu pod ławką.
Pani wychowawczyni czekała na dalszy ciąg, zadowolona, ze sama tego nie musi mówić.
-„Ja oczywiście zapewniam państwa, że Janeczka nie pokaże się na basenie,
dopóki nogi nie będa cakowicie wyleczone, ale słyszałam, ze sa dzieci, które
chodzą na zajęcia, choć mają te same doleglowości. I GRZYBICĘ, którą leczą,
czyli rodzice mają świadomość, że dzieci są chore. „
Klasowi rodzice siedzieli cicho jak myszki.
– „Domyślam się, że każdemu z nas zależy, żeby zdrowe dzieci się nie zaraziły i będziemy na tyle odpowiedzialni,żeby za cenę przyjemności własnego dziecka nie narażać zdrowia innych? – i Matka potoczyła wzrokiem po klasie.
A rodzice:
a) – szukali pod ławkami długopisów, kluczy, ołówków, komórek – tu wpisz co
chcesz
b) – podziwiali pejzaż zaokienny
c) – przygladali się pracom plastycznym na bocznej ścianie klasy
d) – sprawdzali, czy aby na pewno lampy nie spadają im na głowy
e) – albo czy dywan z tyłu jest dalej brudny…
A matka:
a) – wyszła na przewrazliwioną histeryczkę
b) – jędzę, która śmie podejrzewać rodziców, że nie oglądają swoich dzieci w poszukiwaniu schorzeń
c) – francę, która oskarża ich o ukrywanie przed dziećmi żródła choroby i jej zaraźliwości
d) – sadystkę zabraniająca własnemu dziecku rozkosznego pluskania się w krystalicznej wodzie miejskiego basenu
e) – cholerę, co żałuje własnemu Potworowi grzyba – przecież życzliwa koleżanka na pewno sie z Potworem podzieli
f) – i tak dalej, i tak dalej
Matka franca żegna was więc i póki co pacykuje Potworowi nogi specyfikiem za złotych trzydzieści mając nadzieję, że nie bedzie potrzebowała kilkuset na chirurga.
I pozostaje cholerą, która nie posyła na razie Potwora na basen.
I Potwór ma jej za złe.
A GDZIE Matka ma rodziców klasowych , to już zachowa dla siebie …
Footloose
Matka posłała Potworka od wczoraj znów do przedszkola. Ciekawe na jak długo…
Policzyła sobie bowiem, że od stycznia Maryśka w przedszkolu bywała srednio tydzień w miesiącu. A Matka co sie pojawia, to wisi kartka, ze właśnie trzeba płacić!
-„To ile za Marysię, bo jej właściwie nie było?” – zapytała ciekawie Matka, zastanawiając się co sobie strzeli za sumkę, która jej zostanie.
-„Sto dziewięćdziesiąt dziewięć!” – referentka wsadziła sobie na nos okulary i wyczytała z rozpiski.
No okulary musiały być mocno powiększające!
Matka zaoszczędziła jakieś trzydzieści złotych polskich za obiady…
Bo tak jak zwykle wszelkie tańce, angielskie i gimnastyki korekcyjne poszły w całości. Matka już chyba żaliła się na ten temat, ale za każdym razem smutno jej płacić za niebycie, choć rozumie, że ktoś przychodzi i wypruwa z siebie żyły bębniąc na pianinie na przykład, a Maryśka tymczasem śpiewa Matce Rubikiem do obrzydzenia – w domu.
-„Muszę na jutro przynieść halówki!” – oznajmiła Janeczka grobowym głosem -„Mam eliminacje do Sprawnego Misia. Lekcji nie ma, bo jest egzamin szóstoklasistów, ale my musimy przyjść!”
Matka nie miała nic przeciwko zawiezieniu Potwora do szkoły, tym bardziej, ze zrobił to MiaUżon, ale zaniepokoiło ja hasło „halówki”.
-„No co ty, przecież wy halówki trzymacie w szkole, w szafce w klasie!” – zdziwiła się.
-„Ja nie trzymam. I w ogóle to nie wiem, gdzie są, ale chyba w mojej szafie!” – i Janeczka ruszyła do przepruwania czeluści swojej szafy, w której z racji jej narożnikowości mieszczą się trzy tony śmieci , a nie dwie, jak w szafie zwykłej.
Matkę trafił jasny szlag na miejscu, a kiedy wreszcie po kwadransie odpuścił – weszła na piętro i padła ponownie, gdzyz trzy tony wszelakiego dobra wiły się u stóp Potwora.
-„NIE MA!” – otrzepała ręce janeczka i nogą usiłowała umieścic dobytek z powrotem w szafie.
Nadciągnął MiaUżon i Matka natychmiast spłynęła. Była okazja nie być przez moment Najohydniejszą i Czepiającą się Wszystkiego Matką.
-„Halówki masz w szkole i poprosisz panią o otworzenie sali i szafy!” – ryknął.
Matka dalej nie słuchała, ale po dziesięciu minutach stanęło na MiaUżonowym.
-„Ja juz teraz wiem, dlaczego jej nowiutkie papcie wyglądają jak z chlewa!” – zauważyła delikatnie Matka, kiedy MiaUżon przybył na partery. Ten obrzucił ją nienawistnym spojrzeniem solidaryzując się z Potworem w uważaniu Matki za Czepiającą się Jędzę a po Matce to spłynęło jak zawsze bystrym ciurkiem.
-„No i co?” – Matka obejrzała się za siebie, kiedy Potwór wsiadł do samochodu po eliminacjach – „Były halówki w szkole?”
Janeczka rzuciła Matce spojrzenie Bazyliszka numer trzy a Matka szybciutko podniosła lusterko wsteczne do góry sprytnym przełączniczkiem, o którym zapominają kobiety, a który istniał od kiedy Matka pamięta, w dużym Fiacie sprzed trzydziestu trzech lat także.
-„Były!” – wrzuciła worek z halówkami na przednie siedzenie – „Ale są za małe!!!”
Matka nie była specjalnie zdziwiona. Coś, co leży w szafie od września nie ma prawa się rozciagnąć…
-„I na jutro muszę mieć nowe!”
I Matka zajechała pod sklep z butami najbardziej badziewiastymi z badziewiastych, i nabyła drogą kupna białe ( z braku innych) halówki w rozmiarze 37, który to rozmiar był na styk, ale w większym Potwór grzebał jednakowoż paluchami z wielkim luzem.
A jutro musi pojechać z Janeczką do lekarza w celu oględzin i zgrzyta na samą myśl, bo wie, co Potwór nabył. Trzeba tylko wziąć recepte na specyfik, który nie musi wcale pomóc. Ale o tym następnym razem, zeby Matka nie zeszła wieczorem ze zgryzoty…
Wielkanoc 4

Nieśmy zawsze ludziom dobrą nowinę,
dostrzegajmy w każdym człowieka
dzielmy się radościami i smutkami.
Niech te święta będa dla Was okazją do spotkań rodzinnych
i dawania dobrego słowa…
Z najlepszymi życzeniami
Mattka z Potworami
(Palma z Wilna, jaja z Petersburga)
Pole powierzchni Matki
Matka obejrzała sobie wieczorem Potworka i stwierdziła, że naszedł sezon wiosenno-letni, czyli dziecię rozrabia, grzeje się i do wieczornego kąpania trzeba cześciej, niż zwykle dołączyć mycie włosów. A ponieważ Maryśka kończy za miesiąc pięć lat (czy to możliwe???), więc Matka parę miesięcy temu porzuciła – przy gwałtownym sprzeciwie zainteresowanej- szmpony dziecięce, jako średnioskuteczne. Protest wynikał oczywiście nie z koloru i zapachu, ale szczypliwości szamponów dla dorosłych, która to brzydka cecha złośliwie ujawniała się zawsze, kiedy Potworek wachlował klapami podczas zalewania mu głowy wodą.
Matka nadawał się więc po wieczornych ablucjach Potworka w zasadzie również do kąpania, bo była cała mokra od wrzasków, które zaczynały się natychmiast. Mogła nie brać nawet szamponu do ręki, ba, nie trzeba było nawet do tego odkręcać wody.
Wczoraj jednak Maryśka nagle dorosła, poczuła się kobietą i wystawiła łebek do polewania. Matka tak sie uradowała, że wyciagnęła swój szampon, który nie jest zupełnie niczym szczególnym, ale Potwory ubzdurały sobie z niewiadomych względów, że używanie go to ósmy cud świata i najwyższy zaszczyt. A to tylko Timotei z brązowymi drobinkami… I odżywka do tegoż.
-„Nie wiem, czy zwróciłaś uwagę, jakim szamponem myję ci głowę?” – zagaiła Matka, bo Potworek siedział dumny i blady i zakrywał oczy łapkami, az bielały mu koniuszki palców.
-„Nie zwjóciłam, ale ładnie pachnie!” – zapiszczał Potworek i zjadł pianę o zapachu paczuli.
-„Moim!” – Matka szybko namydliła głowę Potworka drugi raz i spłukała – „A teraz użyję mojej odżywki!”
–„Ojeeeeej!” – westchnął Potworek i spuchł, przez co Matka zużyła dwa razy więcej mydła do mycia.
A potem wytarła go do sucha i zrobiła na głowie turban. Maryśce urosły bowiem juz całkiem długie włosy i wytrzeć tak – ot, nie można było.
–„Spada mi, spada!” – zawołał Potworek z czeluści brodzika, po czym ręcznik spadł z efektownym plaśnieciem. Matka nie dziwi się specjalnie, bo chyba w sumie był cięższy od całej Maryśki.
Matka pozbierała go i zarządziła:
-„No dobrze, a teraz wychodzimy i ubieramy się w piżamę!”
-„Zajaz – Maryśka podetknęła sobie pod nos mokry kosmyk włosów, bowiem osiągnał on już tę długość, kiedy taka sztuka była możliwa. –O jety, jak mi włosy pienknie pachnom!!!”
-„Prawda?” – podtrzymała rozmowę Matka, wycierając Maryśce paluszki u nóg.
–„Pjawda! Jestem ci okjjjjopnie wdzienczna za ten szampon i chyba z tej okazji pocałuję cię we FSZELKIE POWIERZCHNIE!!!”
?
??
???
Wiosenne zmartwienia
Matka miała napisać coś wesołego, ale dziś nie jest dzień na wesołości. Zapamięta więc wczorajszy tekst Potworka i sprzeda go jutro.
Tymczase pakuje Potwory do samochodu i jedzie postawić Matce Matki świeczkę, bo minęło dziś osiem lat, jak odeszła. Wierzyć się nie chce…
I żonkile położy ulubione.
A potem powinna napisać SMSa do swojego zeszłorocznego ucznia, który leży w wielkim i dobrym szpitalu w stolicy. I boi się.
Szymonowi rok temu zmarł nagle tato. Mama przed świętami Bożego Narodzenia zachorowała na raka. Jedna operacja, druga, przerzuty na wątrobie, sprawa beznadziejna – wiadomo. Bierze chemię, czuje się okropnie.
Szymon, przemiły chłopak, przeżywał to wszystko strasznie, chodził szary, nękały go bóle głowy.
-„To ze stresu” – myśleliśmy.
-„Symulant!” – mówił doktor, do którego chodził.
Szymek tak udanie symulował przez pół roku, ze kilka dni temu zaczęła mu opadać powieka.
-„Tętniak” – orzekli lekarze po wykonaniu tomografii głowy. I wysłali do CZD.
-„Nowotwór” – powiedzieli w CZD po powtórnych badaniach i przewieźli natychmiast na oddział onkologii innego szpitala.
-„Operujemy!” – zadecydowali lekarze i Szymon dwa dni temu miał zabieg.
-„Są przerzuty do rdzenia kręgowego w odcinku szyjnym” – doniosły Matce dzieci z klasy.
Matka ma nadzieję, że to nieprawda. To wieści sprzed operacji.
Nie jestesmy w stanie zrozumieć Bożego planu, jeśli wydaje się tak okrutny. Matka mimo wszystko wierzy, że jest w tym jakis cel.
I zrozumiemy to kiedyś, Tam.
A póki co boli…
Bajka półszlachetna
Matka zauważyła postepującą sklerozę. Jak nie siądzie i nie napisze od razu, to natychmiast zapomina. A potem tydzień się nie pojawia, bo usiłuje sobie przypomnieć, co miała napisać i tak w kółko macieju.
Czy to się aby przypadkiem starość nie nazywa?
Ale teraz wróciła z pianą na pysku i zaraz donosi.
Potwory od piątku są w cięzkiej rozpaczy – Matka zamówiła nowa dostawę koralików, a tej jak nie ma, tak nie ma. Matka codziennie zaklucza na moment Potwory w samochodzie, gna na pocztę i w minutę wraca, bo paczki nie ma. Matka dodac tu musi, że cała jej osiedlowa poczta ma jakieś 20 metrów kwadratowych, a paczki zamknięte są w małej szafie pancernej. Nie można nie znaleźć paczki Matki!
Matka wykonała e-maila do sklepu. Dostała natychmiast numer nadawczy i wczorajszym późnym wieczorem, po pięciu dniach oczekiwania, zadzwoniła na pocztę główną. Podała numer.
-„Paczka została awizowana!” – orzekła panienka.
-„Ale u mnie nikogo nie było!” – zaprotestowała Matka, która czatowała cały piątek na samochód z poczty.
-„Musiał być! Awizo w skrzynce było?”
-„W życiu!” – Matka dzień w dzień wywracała na lewą stronę swoja skrzynkę z blachy kwasoodpornej. Dzień w dzień biegała na pocztę i kazała przewalać szafę, tudzież kwitki. Nic!
-„Niech pani pojedzie w takim razie jeszcze raz na swoja pocztę, a gdyby dalej paczki nie było, to trzeba będzie zadzwonić do nas jeszcze raz!”
Matka wyrobiła sobie pogląd na cała sprawę i przez całą noc zgrzytała zębami ze złości.
Rano rozrzuciła Potwory i zaatakowała poczte osiedlową o dziewiątej, czyli w godzinie otwarcia. Zamach na klamkę skonczył się obiciem pyska Matki, bo w końcu któż otwiera przybytek punktualnie?
Matka potupała nogami, bo chłodno było i pięć po dziewiatej uało jej sie w końcu wkroczyć do lokalu.
W okienku stała panienka. Panienka, która trzymała coś w ręku.
-„Mam pani paczkę!!!” – oświadczyła z triumfem.
Prorok, czy co? Wiedziała, że Matka nadciągnie? Objawienie?
Matka zapieniła się natychmiast.
-„A tu jest napisane, że paczka była awizowana już w piątek!” – obejrzała dokładnie papierki – „Czyj to podpis?”
-„Eeeeeeeeee….” – panienka nie spodziewała się takiego obrotu sprawy -„Aaaa to taki nowy pracownik. Dwa dni dopiero…”
-„I o dwa za dużo!” – rzuciła Matka i odpłynęła pod pełnym ożaglowaniem z mocnym postanowieniem zrobienśa komus koło pióra.
-„Na jaki adres składa się skargę na pracownika?” – zadzwoniła do Działu Reklamacji.
-„A o co dokładnie chodzi?” – zatrwożyła się pani.
Matka wyłuszczyła od poczatku a pani sprawdziła numery.
-„Och, prosze pani, juz wiem! To jest taki nowy pracownik, który wczoraj dostał reprymendę i na pewno z tego wyciągnie wnioski.”
-„Bez watpienia, a ja mu w tym pomogę! Poproszę adres do wysłania skargi!” – matka nie dawała się zbić z tropu, bo jak nowi pracownicy beda tak zaczynać, to skończa w kryminale.
-„Halo!” – zawołała pani.
-„Ja jestm” – spokonie odrzekła Matka -„I czekam na adres”
Pani podała.
-„Halo!” – znów pani.
-„Dziekuje, zapisałam” – odezwała się Matka
-„I ciągle chce pani napisać skargę?” – zabrzdakało w słuchawce.
-„Oczywiście!” – Matka była nastawiona wojowniczo jak nigdy.
-„Bo mi się właśnie przypomniało, że ten nowy pracownik, pan R. to w piątek złamał przy roznoszeniu przesyłek obojczyk. I tak okropnie płakał! To niech pani już nic nie pisze a ja panią bardzo przepraszam i obiecuję, że to sie więcej nie powtórzy!” – wyrzuciła z siebie pani.
Matka nie kupiła opowieści.
Najwyraźniej skargi na pracowników odnoszą skutek i Matka musiała wywrzeć na pani groźne wrażenie.
Paczki na poczcie osiedlowej nie było. Matka daje sobie głowe ściąć. Przyjechała dziś rano z głównej. Jak na złamany obojczyk wiadomość o awizowaniu przesyłki była wpisana na potwierdzeniu całkiem sprawnie.
Gdyby Matka nie wiedziała, że w ogóle coś do niej będzie, paczka wróciłaby do nadawcy albo… zmieniła właściciela.
W środku były kamienie półszlachetne, porcelanki i cliosonny za trzysta złotych polskich. Piękne jak marzenie.
Matka jakoś nie wierzy w wersję pocztową. A niektórzy poczciarze się rozbisurmanili.
Matce już jedna przesyłka w styczniu zginęła na amen. Z tym samym.
Kupić opowieść czy napisać skargę?
Matka poczeka na Wasza opinię.