Matka zakończyła chorowanie Potworka. Toż to koniec świata! Trzeba tylko pamiętać, kiedy należy udać się do przybytku przedszkolnego w celu uiszczenia opłaty, która różni się podejrzanie mało od opłaty pełnomiesięcznej.
-„Ale jej nie było trzy tygodnie!” – Matka zawsze sie dziwi. Tak już ma.
-„No to odliczyłam posiłki, a tańce, angielski, gimnastyka korekcyjna zostają, bo jednak Marysia tydzień chodziła…” – marszczy się pani referentka.
Kiedyś za tydzień liczyli połowę. Psiakość.
Matka więc płaci, zgrzyta i gna po Janeczkę, która sezon chorób zakończyła dzielnie na jedynym i pierwszym od roku przeziębieniu.
-„A może jednak coś ją uczula?” – Matka zamieniła się w jeden wielki pytajnik a MiaUżon popatrzył znad skoków nieprzytomnym wzrokiem.
-„Wypryskam na roztocza” – oświadczyła Matka i urządziła egzekucję dzięki specyfikowi z ulubionego sklepu, który był w świetnej cenie i Matka zaraz wysłała MiaUżona po sześć takich pryskaczy.
-„Pyli coś”- MiaUżon skoczył Małyszem i szybko zademonstrował podeszwy papci, na których nie było reklam.
-„Ale ona nie ma uczulenia na pyłki!” – zauważyła przytomnie Matka
-„Nie miała” – poprawił MiaUżon w oczekiwaniu na dekorację i hymn -„Ale ja też nie miałem, a mam”.
-„No, masz” -zasępiła się Matka i uświadomiła sobie, że za chwilę zaczną pylić brzozy, więc MiaUżon po trzech dniach straci głos i będzie cisza przez miesiąc. Matka musi wtedy odbierać telefony i robić za sekretarkę a cała reszta świata uważa MiaUżona za gbura, który nie chce podejść do telefonu.
-„To chyba trzeba się przejść do lekarza, bo te leki coś nieskuteczne ostatnio są” – zapowiedziała Matka i wpisała sobie w grafik, że w przyszłym tygodniu musi o tym poważnie pomyśleć. Bo pójść to nie wie, kiedy bedzie mogła. Zapowiada się wariactwo a tu jeszcze mówił ktoś, ze jakaś Wielkanoc się szykuje?
Matce kompletnie wyleciało z głowy…
Musi wreszcie pomalować jajka z Potworami, bo nigdy (tak, tak, nigdy) tego nie robiła. Nie nadążała po prostu z robotą. A maszynki do malowania są. Dwie. Przynajmniej Potwory się nie pozabijają…
Klapa
Znów prywata wrzucona na moment, bo Matka wsadziła na drugi blog trzy zdjęcia. I nawet nie wie, czy dawać znać, bo jak daje, to potem robi całe noce jeden wzór dla połowy Polski:-). I zamawia nowe partie szkła w fioletach tracąc przy tym sumy mocno trzycyfrowe na pozostałe kolory, które ją zachwyciły.
-"Sorka uważa, bo to wciagające strasznie jest…" – powiedziała kiedyś Matce uczennica a Matka nie uwierzyła.
No to teraz wierzy.
I jedzie po chorego Potworka i rekolekcyjną Janeczkę, bo przyjedzie kurier z drugą partią szkła. A MiaUżon , który nic na razie nie wie, musi zanieść skrzynkę pocztową do spawania, bo listonosz usiłując wepchnąć kopertę z dwoma kilogramami paciorków do skrzynki urwał klapę. Matka tu doda, że przesyłka była bardzo mocno warta siebie i oczywiście polecona.
-"Tu mi sie troszeczkę rozdarła koperta…" – miauknął i zniknął, bo Matka przytomnie nadjechała z miasta.
_"Łup" – klapa grzmotnęła o płot a Matka odwróciła się, żeby zamordować pana. Na próżno.
Tak, czy owak jest nowy towar. Drżyjcie!
Objawy starości
Matka gna, gna i jeszcze raz gna. Ale wreszcie rozpoczęła sie pora roku, która nastaraja optymistycznie – bo temperatura temperaturą, ale Matka ponad wszystko nie znosi rannego wstawania po omacku. Potwory wtedy porykują, no, Potwór to jeszcze jakoś wstaje, ale Potworek zakopuje się w kołdrę i szukaj wiatru w polu.
–„Fcale mnie tu nie ma!” – piszczy oburzony spod kołdry i zionie ogniem.
Matka tłucze się między łazienką a pokojem Maryśki i wyłazi ze skóry. Gasi światło, zapala światło, gasi i znów zapala.
-„Kiedy będzie ta wiosna?” – jęczy.
Ale nie jest źle. Krokusy oszalały, za to tulipanki rachityczne nadzwyczaj i Matka podejrzewa, że przyspieszone kiełkowanie zrobiło im najgorzej, jak tylko mogło. Nieważne. Grunt, że rano świta, jak Matka staszcza swe zwłoki.
-„Niedługo przesuną czas!” – Janeczka pospieszyła dziś z radosna wiadomością.
-„Uuuuuuu…” – przypomniało się Matce – „Ale ten manewr wiosenny jest bolesny, znów rano będzie ciemno!!!”
I Matka pogrążyła się w przygnębieniu wielkim, jak Giant Ice Bag Oldenburga. Kto nie wie o co chodzi, niech sobie w Google poszuka.
-„Mamujku! – Potworek zjawił się przed rodzicielką jak duch i zamierzał Matkę niewątpliwie pocieszyć –„Ty to jesteś staja!!!”
Matka straciła głos z oburzenia.
-„JA – stara? No ty sobie chyba żartujesz!” – i przejrzała się profilaktycznie w drzwiczkach od piekarnika.
–„Fcale nie! Staja jesteś!” – Potworek znó przygrzał z grubej rury.
-„Nie moge byc stara, bo ty masz tylko cztery lata!” – Matka wytknęła jezor na Maryśkę z triumfem -„A takich małych dzieci nie maja starzy ludzie!”
Maryśce zadymiło z uszu, czyli styki się przegrzewały, więc Matka zamierzała zaatakować znów, ale…
-„A to babcia mi mówiła, że ty jesteś stara!” – Maryśka odzyskała staraconą pozycję.
Matka poprzysiegła zemstę.
-„To babcia jest stara, a tatuś i mamusia są młodzi!” – wkurzyła się nie na żarty.
-„Niepjawda!” – zaperzył się Potworek – „A babcia…”
-„Nieważne co babcia, ja ci to mówię!” – Matka postanowiła przerwać Potworkowi
–„A ja ci mówię…” – Maryśce wyrosły różki do samego sufitu – „…że młody to jest ten kto jest mały – jak ja. Potem jest Janeczka i babcia. A wy to jesteście dużo wienksi, bo mieliście czas, żeby ujosnonć! WIENC JESTESCIE STARZY!!!” – i Potworek odpłynął w siną dal na pełnej szybkości.
A Matka umówiła się do fryzjera na balejaż, wyciagnęła karnet na fitness, żeby sie w końcu zapisać i sprawdziła, czy ma w szafce hennę.
Tak – oczywiście – bez żadnego, konkretnego powodu…
I OCZYWIŚCIE nikt nie ma innego zdania?
Pan z Klanu
Matka siadła z bólem głowy i zlokalizowała Potworka. Siedział przed telewizorem. Znów chory. Tydzień w przedszkolu, dwa tygodnie w domu, znów tydzień w przedszkolu i trzy tygodnie w domu. Teraz minął kolejny tydzień i znów dom.
-„Rodzice przyprowadzają chore dzieci, proszę pani. I udają, że to alergia! A my mierzymy temperaturę i po godzinie dzwonimy, bo dziecko sie przelewa przez ręce!” – załamała ręce pani – „Połowa dzieci w grupie nadaje sie do łóżka!”
Matka wie. Co rano ogląda sobie dzieci z żółtymi gilami, wycieranymi pospiesznie przez mamusie i babcie.
-„Ja muszę zrobić kotlety, to go przyprowadziłam, bo inaczej będzie mi przeszkadzał!” – oznajmiła pewna babcia na fleku Matce, która o nic nie pytała. Matka wykazała się OCZYWIŚCIE zrozumieniem. Czymże jest choroba wobec kotletów!
Wracając do Maryśki, która siedzi w domu…
Matka ma w planach zrobienie obiadu, przygotowanie lekcji, poprawienie klasówek i jeszcze wykręcanie kolczyków, których musi zrobić szybciutko całą masę. I jeszcze jakieś nowe wymyśli.
Matka łyknęła więc pyralginę, zahibernowała się i po dwudziestu minutach lekko przejrzała na oczy.
-„A co ty robisz?” – odblokował jej sie czujnik rodzicielski.
–„No jak to – co?” – zdumiała się Maryśka –„Oglondam Jedyneczkę!”
Matka pobłogosławiła twórców programów dla dzieci.
-„Oooooo, no faktycznie!” – ucieszyła się -„I popatrz, nawet jest ten pan, co gra w Klanie!” – rozpoznała aktora z kędzierzawymi włosami.
–„Nie, nie!” – Maryska pokręciła energicznie głową.
-„Jak to – nie?” – Matka przyjrzała sie uważniej -„Ten sam! Gra wspólnika Beaty Lubicz!”
–„No taaaaak!” – łaskawie zgodziła się Maryśka –„Ale to nie jest tak, że tu gra pan z Klanu. To w Klanie gra PAN Z JEDYNECZKI!”
Cóż. To chyba jednak robi różnicę…
Prywata absolutna
Matka zajęta była ostatnio klasówkami. Nadojadło jej na tyle (tu Matka świadomie posłużyła się rusycyzmem, który lubi), że przerwała to na moment i wreszcie powrzucała zdjęcia w drugi blog – biżutowy. Link w zakładkach na samej górze.
Zdjęcia momentami koszmarne – nie jest łatwo, Matka wszak analogową mocno dalej jest. Co lepsze rzeczy rozlazły się zanim zdjęcie w ogóle zostało zrobione. Z czasem krucho.
Nic to. Ale działa i Matka uczy się czegoś nowego każdego dnia.
I tu należą się podziekowania dla justinehh, która nie tylko udzieliła Matce pierwszych wskazówek, ale nabyła tez drogą kupna oksydę i wysłała pocztą (to takie coś do czernienia srebra).
I to tyle.
A dla leniwych wejście tu
Potworek kobietą
Matka zapomniała całkiem napisac o wczorajszym święcie. Może dlatego, że Matka go wcale, ale to wcale nie obchodzi, ale postanowiła w tym roku nie być wreszcie frajerem i zarządziła:
„Słuchaj, MiaUżon! Dla mnie tego święta nie ma, ale proszę mi tu nabyć w ramach prezentu wodę toaletową, o, tę!” – i Matka dźgnęła w reklamę Rossmanna.
MiaUżon okrutnie się ucieszył, że Matka daje mu wszystko na tacy, po czym oznajmił wieczorem, że perfumę wykupili. Matka doda tu od razu, że dźgała tydzień temu… MiaUżon się specjalnie nie spieszył. Trudno. Jak zwykle Matka nic nie dostaje, jak sobie sama nie kupi.
Nieważne. Matka nie miała pisać wszak o sobie.
Dzień Kobiet zaczął się przecież także dla Potworów!
Matka nie szła tego dnia do pracy, więc mogła Potwory podrzucić do szkoły i przedszkola pietnaście minut później. Jest to błogosławiony czas, kiedy MiaUżon okupuje łazienkę a Matka śpi. W koncu jednak musi się zwlec i tu wczoraj nastąpiła niespodzianka.
Matka spuściła nogi z łóżka i trafiła na tłuczone szkło…
Kiedy jako-tako doszła do przedpokoju lawirując między odłamkami o najostrzejszych na świecie brzegach, zobaczyła tam rozrzucony, zlodowaciały śnieg…
W drzwiach łazienki leżały stosy opiłków żelaznych, miejscami nieźle przerdzewiałych…
Gdzie nie spojrzeć, tam szkło, ostre przedmioty i śnieg…
Matka ostrożnie wsadziła łeb do łazienki.
MiaUżon przerwał szorowanie zębów i brodą wskazał Matce tron, na którym zasiadał ogromny kłąb piany. Matka rozpoznała pianę dzięki klapeczkom Maryśki, które wystawały na samiusieńkim dole..
-„Co tu sie stało, u licha?” – wykrztusiła Matka, która w końcu odzyskała głos.
-„Właściwie to nic…” – MiaUżon splunął do zlewu resztkami pasty, ale minę miał niewyraźną -„Wszedłem dziś do pokoju Maryśki, żeby ją obudzić i złożyć życzenia…”
Tu przerwał, bo piana zatrzęsła się z oburzenia i sypnęła znów opiłkami i tłuczonym szkłem.
-„No i mówię do niej: Wszystkiego najlepszego…” -zaczął znów niepewnie spoglądając na spieniony tron – „… MOJA KOCHANA DZIEWCZYNKO z okazji Twojego święta!”
Piana urosła do sufitu.
-„O, widzisz?” – MiaUżon szybko pokazał palcem Matce co sie dzieje – „A ona tak zareagowała!!!”
-„Oczyfiście!!!” – piana prychnęła wściekle głosem Potworka i wyrzuciła z siebie znów pół tony gwoździ-„Bo ja jestem pszeciesz KO-BIE-TOM!!!”
Święte urodziny
Matka wróciła do normalności. Wszyscy wyzdrowieli, Matka zachorowała. Wszyscy są w pracy, szkole i przedszkolu a Matka jest w pracy.
Zdanie bez sensu?
Oczywiście. Ale za to prawdziwe.
kazda bab je zna.
Bo baba nie ma prawa chorować.
Ba, pojęcie chorej baby nie istnieje.
A jak nawet jest chora, to łazi, więc chora nie jest.
Matka zabrała więc do szkoły wór chusteczek i o mały włos pewna klasa nie napisałaby sprawdzianu, bo co parę sekund chórkiem życzyła Matce „na zdrowie”.
Nieważne.
Grunt, że reszta ozdrowiała, choć Matka ma pewne wątpliwości co do jej poczytalności…
Kiedy bowiem MiaUżon oddawał się niezwykle zajmującej czynności, która zżerała mu 99% RAMu,czyli przeglądaniu świeżej gazety, z góry przybył z gracją Potworek.
_”Drogi tatulku!”– zaczął bez ogródek –„Nie wiem czy wiesz, ale jutjo mam ujodziny!!!”
Matka szybko oprzytomniała i wyszło jej z katarem czy bez, że Potworek powienien spodziewać się urodzin jednakowoż w połowie maja, mało tego, mamy jedyny rok w życiu dzieci, kiedy to Janeczka jest równo dwa razy starsza od Maryśki. Pięć lat i dziesięć. Nigdy wiecej to się nie powtórzy.
MiaUżon nie oprzytomniał, ale z wysiłkiem skierował w stronę Potworka ostatni procent wolnego RAMu i zapytał udając niezykłe ożywienie:
-„O, tak? A które?”
–„Oczywiście pijełtnaste!” – rzuciła Maryśka bez mrugnięcia okiem Od dawna wiadomo, ze pijełtnaście jest dla Potworka sumą magiczną, czego dowód dał kiedyś o, tutaj.
-„Aha!” – zgodził się MiaUżon i przeszedł do konkretów – „A co byś chciała w prezencie?”
–„Och, nic!” – Maryśka machnęła łapką lekceważąco i zasiadła wygodnie na kanapie-
„Nie musisz się przejmowac, tatusiu. Przecież pjezęt przyniesie mi jutjo sifienty Mikołaj!”
Bond. Potworek Bond.
Matka wróciła właśnie od lekarza, który dał jej trzy dni zwolnienia na dzieci. Nie dało rady – babcia chora, MiaUżon chory, Potwory kaszlą, jak szalone. Klasówki przepadną – trudno. Są w życiu priorytety. Do tego wszystkiego Matka woli sobie nawet nie zaglądać w gardło, bo widoki ma mniej więcej takie, jak pewna pani w reklamie leku Piiiiiiiiii…, której szaleją na języku rysunkowe bakcyle. Gdyby jeszcze zaczęła gadać na lekcjach, to w ogóle byłoby cudnie.
Potworom tymczasem polepsza się leniwie, czyli zużywają tonę chusteczek i litry syropu od kaszlu, nie mówiąc o wszelkich antybiotykach, naszych – jakże ulubionych – Eurespalach i tak dalej. Matka pójdzie z torbami. Maryśka nawet kiedy spokojnie zasypia, budzi się po paru godzinach i uprzyjemnia czas starym wrzaskami nocnymi przezsennymi.
„NIE!!!”
Matka siadła na łóżku i sprawdziła stan konta.
-„Śpij!” – mruknął MiaUżon, któremu Matka nagłym zerwaniem się zrobiła przeciąg.
Matka padła.
–„NIE CHCEM!!!” – Matka znów siadła i zakłożyła na wszelki wypadek konto dolarowe.
–„UUUUUUUUuuuuuuuuuu!” – Potworek rozsmarkał się i sprawa zaczęła wyglądać beznadziejnie. Jak smarka to kaszle, jak kaszle to się budzi, jak się budzi to albo płacze, albo nadciąga.
-„Daj spokój, zaraz zaśnie!” – MiaUżon naciągnął kołdrę na uszy i chrapał, jak najęty.
-„Janeczka! NIE! RU! SZAJ! NIE! NIE! NIE!”
-„Czy one nie mogą śnić o czymś miłym? Zawsze tylko wrzaski opętanych…” – jęknęła Matka i całym swoim jestestwem starała się zasnąć, co udało jej się o 3.30.
Potworek bladym świtem wtargnął do sypialni rodziców.
–„O matko!” – otarł niewidzialny pot z jakże widzialnego czoła –„Jaki miałam okjopny sen!!!”
Matka znów siadła, rozkleiła oczy i nie wiedziaa, czy sprawdzać saldo, zamykać konto, czy też przelewać walory w bezpieczniejsze miejsce.
-„Jaki mamy dzień?” – zarzęziła okropnie.
-„Masz chorobowe!” – łaskawie doniósł MiaUżon spod kołdry a Matka odetchnęła.
-„A co takiego ci się śniło?” – zainteresowała się, bo przypomniały jej się nocne wrzaski.
–„MAKABJA!” – Potworek poczuł sie dowartościowany i stanął nad Matką penetrując własną piętą osobistą, Matczyną przestrzeń międzypiszczelowo-goleniową –„Janeczkę zamknęli w stjjjjasznym zamku z okjopnie gjubymi, szklanymi drzwiami!!!”
-„O, tak?” – zdziwiła się Matka uprzejmie, której wrzaski nocne i ich charakter nijak nie pasowały do snu. Przynajmniej nie tego – „I jak sobie poradziłaś z tymi drzwiami?”
–„Oczywiście jozbiłam je renkom!!!” – odrzekł uroczyście Potworek i spuchł z dumy.
-„Ręką?” – przeraziła się Matka. Sen snem, ale może potrzebny jest lekarz? – „GOŁĄ RĘKĄ???”
–„Gdzie tam gołom!” – Potworek spojrzał na Matkę, jak na niedorozwinięte zjawisko -„Akujat trzymałam w niej okulajy słoneczne…”
4400 chorych
Matka siedzi w domu – czytaj: usiłuje przygotować się do zajęć w kolejnym tygodniu, ponieważ czwartek i piątek są dniami poświęconymi właśnie na tę, jakże porywająca czynność – i wysłuchuje rzężenia Potworów, które były uprzejme zachorować w komplecie. Zdaje się, że ostatnio Matka żaliła się, że chora jest Janeczka, co należy przyjąć w kategoriach kataklizmu, jako że Potwór nigdy nie opuścił jeszcze żadnego dnia w szkole. Babcia z poświęceniem przyjęła pacjenta pod swój dach, czym Matka nie była specjalnie zachwycona, bo w weekend nic nie stoi na przeszkodzie, żeby Potwór siedziała w domu. Babcia wszak nie jest osobą najmłodszą i z całą pewnością odporności nie ma jak młody bóg.
Babcia chciała jednak uchronić Maryśkę przed bakcylami.
Nie dało się.
–„Ekhe, ekhe, eeeeekhe!”– zarzęził Potworek we wtorkowy poranek a Matka usłyszała chrzęst, grzechot i inne, niekoniecznie ciekawe, odgłosy, które tym razem nie dochodziły ze zwojów mózgowych latorośli, jeno z jej wnętrza.
-„Chyba zamówię numerek do lekarza…” – złapała się za głowę Matka.
I zamówiła.
Potworek rozchorował się jak mały smok po baranku.
Babcia pomogła. Matka miała we wtorek lekcje i gdyby nie klasówki, które wpisała miesiąc temu to nawet by się nie zastanawiała i zaraz wzięła L4.
Po pracy Matka przybyła do teściowej, któa otworzyła jej drzwi w stanie skrajnego rozkładu. Nie drzwi w rozkładzie. Teściowa.
Matka pomyślała sobie coś, czego nie napisze.
-„Co to za bakcyl zjadliwy???”- Matka wyrwałą sobie 17% włosów z głowy starając się nie narobić sobie łysin plackowatych.
-„Ja nie wiem” – wysapała Babcia -„Ale mam 39 stopni i idę zaraz do lekarza!”
-„No to idziemy razem, bo ja mam dla Potworów tez numerki!”
I poszły każda w swoją stronę.
Matka wykonała telefon do MiaUżona.
-„Słuchaj, jest dramat, pomór i w ogóle, bierz choć raz jeden dzień chorobowego na dzieci, bo ja mam jutro sześć klasówek i jak nie przyjdę, to potem mam wolne dni do ich wpisania za miesiąc!” – wyrzuciła z siebie Matka. Tak to jest, jak się ma jedną godzinę w tygodniu.
-„Ty chyba oszalałaś!” – odezwał się optymistycznie i życzliwie Pan i Władca oraz Jeden z Dwóch Żywicieli Tej Rodziny – „To W OGÓLE nie wchodzi w grę! Wiesz, ile ja bym stracił?”
Też prawda. Dziesięć razy tyle, co Matka, ale misja jest misją i Matka nie była w stanie zrozumieć MiaUżona. Zero tolerancji i sytuacja kryzysowa. Matce adrenalina wylewała się z uszu. No raz na dwa miesiące są klasówki i koniec, kropka.
Matka postanowiła odczekać i przeprowadzić jeszcze raz rozmowę na żywo. Zawsze przecież można wywrzeć nacisk przez machanie rękami i inne gesty, których normalnie przez komórkę nie widać.
Kiedy wróciła od lekarza MiaUżon już był. Leżał przed telewizorem przywalony kołdrą.
-A ty co?” – wkurzyła się Matka, bo co jak co, ale pościeli się na dół nie znosi.
-„Yyyyyyyyyyy….” – wycharczał MiaUżon – „Chyba źle ze mną….”
-„Mierzyłeś temperaturę?” – spytała Matka, która nie miała czas na litość, tylko na konkrety i własnie obmyślała statut Domowej Rady Kryzysowej i zastanawiała się czy wynagrodzenie jej, czyli Prezesa, pójdzie z kieszeni podatników.
-„Mierzyłem, trzydzieści siedem i sześć!” – wyszeptał MiaUżon zbolałym głosem.
-„Uuuuu… to już nie żyjesz?” – odezwała się Matka głosem przepełnionym troską, bólem i współczuciem a szare komórki bezgłośnie zatarły łapki w jej mózgu. Matka nie miała na to wiekszego wpływu, wszak złośliwa jest i ma to w genach.
-„Czyli sprawa sie rozwiązała, jutro jesteś w domu z dziećmi a ja idę normalnie do szkoły?”
-„No ty chyba…!” – MiaUżon ożył w momencie, po czym osunął się pod kołdrę -„Ja jutro jestem w Sąsiednim Dalszym i Wojewódzkim Mieście na szkoleniu!!!”
Matka postukała się w czoło a MiaUżon naciągnął do 38 i dziewięciu kresek.
A rano pojechał, czego Matka nie zamierza komentować, zaś sama załatwiła nianię, która szczęśliwie miała wolne od opieki nad innym maluchem i była zdrowa. No cud na kiju.
Za to Maryśka dziś ma temperaturę, jak smok, zapchany i cieknący nos (jak to jest, że ten katar tylko w jedną stronę chce lecieć???) i kaszel taki, że Matka chyba nabędzie sobie stopery. Jak zaczynają razem z Potworem koncert, to Matce się wydaje, ze od poniedziałku wyląduje na zwolnieniu, bo i sama nie da rady i dzieci też nie wyzdrowieją do tego czasu.
-„Ty zobacz mama…” – Potworek dał głos z łoża boleści -„Ja jestem choja. Janeczka jest choja. Tatulek jest choji. Babcia jest choja. Janeczka i tatujek som chorzi. Ja jestem choja. Babcia jest choja. Janeczka z tatujkiem som chorzi. Babcia ze mnom jest choja. I ja sama tez jestem choja. I babcia jest sama choja! O jety, o jety! To znaczy…” – i tu Potworek złapał się za rozpaloną głowę -„…to znaczy, że choji jest CAŁY TŁUM!!!”
Bronchit tu mamy!
Matka zwolniła się dziś ze szkoły, żeby w razie czego nadciągnąć z odsieczą i szumem husarii, ale szczęśliwie okazało się, że wystarczy broń biała krótkiego zasięgu. Janeczka bowiem zachorowała i po raz pierwszy w życiu nie poszła do szkoły. Matka doda tu od razu, ze fakt ten jest najogrszym nieszczęściem w życiu Potwora, który nie nauczył się jeszcze, że czasem warto pochorować i mieć wszystko w pewnej części ciała…
Dolegliwość okazała się powszechna, a Matka nadzwyczaj czujna, bowiem zawlokła Janeczkę do przychodni w piątkowe popołudnie zaraz po szkole. Matce w zasadzie nie spodobał się kaszel Potwora, który wstawszy zademonstrował swoje możliwości aż zachrzęściło. Po chwili wyglądało już lepiej i Matka zastanowiła się nawet, czy Potwór nie zeżarł czegoś zakazanego potajemnie, bo i tak bywało.
-„Ale do szkoły idę!” – Janeczka zamachała ogonem, a Matka w zasadzie się zgodziła, bo nic innego Potworowi nie dolegało.
-„A zaraz po szkole do lekarza, żeby cię osłuchał, już mam numerek!” – kiwnęła głową i sprawa była załatwiona.
W przychodni była jakaś lekarka na zastępstwie. Wyglądała jak UFO, ale wypytała o wszelkie przyjmowane leki, inne infekcje, uczulenia na antybiotyki i tak dalej, co Matkę nastroiło do niej bardzo pozytywnie.
-„Wie pani co?” – zasępiła się, kiedy osłuchała Potwora – „Ja tu mam wyraźne szmery w oskrzelach. Nie ma wyjścia, dajemy antybiotyk.”
Matka nie jest od dyskutowania z lekarzem i tego nie robi.
-„Uchwyciła pani chorobę w dobrym momencie, leki powinny szybko zadziałać!” – dodała na pociechę lekarka.
-„A moge nocowac u babci?” – Janeczka zawachlowała oczami do pani doktor.
-„U babci tak, ale do szkoły w zadnym wypadku!” – zgodziła się lekarka a Potwór ucieszył się z pierwszego członu zdania jak nagi w pokrzywach.
-„Znowu antybiotyk?” – zabiadoliła Babcia
-„Jak – znowu?” – żachnęła się Matka -„Przecież Janeczka ostatnio była chora w ferie zimowe rok temu!”
I pognała z Maryśką do domu, zeby Potworek nie złapał bakcyla jako niedawno ozdrowiały.
Wieczorem Matka siedziała sobie z Miaużonem, kiedy zadzwonił telefon.
-„Co ona dała za antybiotyk?” – usłyszała Matka i natychmiast odstawiła słuchawkę na pół metra, choć podejrzewa, że telefon w ogóle nie był Babci potrzebny. Mogłaby założyć nową sieć bezprzewodowa i czerpać z tego zyski… -„Janeczka ma 39 i sześć kresek!”
„O, cholera” – jęknęła Matka -„Ale antybiotyk zadziała najwcześniej jutro wieczorem, może nawet pojutrze. Tak koło dwóch dób trzeba poczekać”
I wysłała MiaUżona do Babci z Ibufenem, żeby postawić Potwora na nogi.
A dziś wreszcie temperatura spadła, o czym Janeczka zawiadamia Matkę średnio co godzinę, dokonując kolejnych pomiarów. Matka spodziewa się nawet, że Babcia przedstawi jej za to rachunek i nie będzie specjalnie zdziwiona tym faktem.
Takie to wieści z frontu mamy.
W szkole zresztą nie lepiej – pomór w klasach okrutny, czasem brakuje jednej trzeciej młodzieży a z pozostałych kilkoro nadaje się do izolatki. Do przedszkola Maryśki nie przychodzi równiutka połowa dzieci, czyli pięćdziesiątka.
Teraz Matka czeka, kto następny.
Zima, zima, zima, ach, to ty….