Bocian biały

Matka dostała dziś paczkę z nowymi koralikami, więc siedzi i przekłada torebeczki z miejsca na miejsce jak świstak. Maryśka potraktowała to jak święto lasu, zrobiła Matce sakramencki bajzel, po czym odcumowała i odpłynęła w siną dal.

„Włąłcz mi Odlotowe agentki” – zaordynowała, a Matce nóż się otworzył w kieszeni.

-„Znowu???” – zajęczała, bo agentki leca trzy razy dziennie od tygodnia. Matka doda, że na nic jej nabywanie Słonia Benjamina i innych Pomysłowych Dobromirów – Maryśkę wzięło na szpiegostwo i kropka.

-„Znowu!” – Potworek kiwnął łepetyną i zasiadł w loży.

Matka zapuściła rysunkowy odpowiednik Aniołków Charliego, czy coś w tym rodzaju. Przyznać musi, ze ongiś była zorientowana kto zacz słonik Dumbo czy król Lew, ale już nie nadąża.

Film skończył się zanim Matka poukładała koraliki w pudełkach.

-„Jeszcze poczekaj!„- zamachał łapkami Potworek -„est jakis pjogjam dla dzieci!

No był. W telewizorni pokazywali różne ptaki i ich tańce godowe. Matka nie zamierzała wyjasniać po co tak machają skrzydłami, ale sama z ciekawością zapuściła żurawia w ekran.

Były cietrzewie, perkozy i inne kaczkopodobne.

-„Czaple często przerywają swój lot, żeby odpocząć i pomachać skrzydłami na lądzie” – oznajmił spiker a w telewizorze wylądowały czaple i dawaj ćwiczyć wygibasy na piachu. Matka miała wrażenie, że lecące czaple nic innego nie robią, tylko tymi skrzydłami machają, ale w końcu normalnie chodzący człowiek też chadza na aerobik, żeby pomachać w inne strony.

„Ojej!” – ucieszył się Potworek -„Jakie duże ptaszki!

-„To są czaple siwe” – błysnęła intelektem Matka -„takie trochę podobne do bocianów”

-„No tak! – zgodził się Potworek –„Bociana to ja widziałam i dobrze wiem, jak wygląda!”

Prawda. Maryśka nie raz miała okazję widzieć bociany i to nawet w dużej ilości.

„Bocian ma czajne skrzidła, biały brzuch i długi, czejwony dziób!” – Potworek postanowił błysnąć wiedzą

-„Ma!” – ucieszyła się Matka i spuchła z dumy, że ma takie inteligentne dziecko.

„I jeszcze jednom rzecz ma!” – Potworek wywrócił oczami z chrzęstem i postanowił zdradzić Matce najwiekszą, bocianią tajemnicę -„On ma okjopnie, ale to przeokjopnie WIELKIE i CZEJWONE OKA!!! „

Jeden wzorek

Matka zawiozła Potwory do miejsc szkolno-przedszkolnych i nabyła pączki. Co roku obiecuje sobie, ze nigdy więcej, po czym wchodzi do piekarni i…

-„Piętnaście poproszę!”

A potem dieta pięciodniowa!

Nie, póki co Matka na swoją dietę nie ma ochoty, bo trochę sadełka działa mocno ciepłolubnie, a Matka wczoraj w klasie miała szesnaście stopni i tkwiła tam sześć godzin. Wystarczy, że kuzynka matsa zajada się dziś twarogiem cierpiąc okrutnie, więc Matka poprzestanie na zrzucaniu kalorii przez dzielne sekundowanie. A swoją droga robić sobie dietę w Tłusty Czwartek to jakis horror i masochizm!:-))

Wracając do pączków w dłoni Matki to były one gorące, więc Matka za wszelką cenę chciała je wyłożyc na talerz, żeby się nie posklejały. Sprawne oczko Matki dostrzegło jednakowoż coś w skrzynce na listy, więc trzecią ręka wydłubała porywające pisemko z gazowni.

A potem zamyśliła się, bo dopiero co zapłaciła jeden rachunek, na półce szczerzył zaś zęby następny. Matka dodać musi, ze te rachunki zwykle szalenie smutnymi były ze względu na ogrzewanie, ale Matka w tym roku pieca nie odpaliła i leci na kominku z płaszczem wodnym, który błogosławi pod niebiosa. Najlepsza inwestycja ubiegłego roku!!!

Przez plastikowe okienko Matka dojrzała napisik : „numer sprawy”. Nie „monit”, nie „wezwanie do zapłaty” tylko jakas sprawa!!! Ciśnienie Matce skoczyło, bo wrażliwa na takie słowa jest jak licho!

Ciepnęła pączki i rozdarła kopertę.
Wzywamy Panią/Pana do niezwłocznej, należnej nam, w terminie, wyłączymy, komornika naślemy, obciążymy kosztami sądowymi, wznowimy, kosztami znów obciążymy. Suma – 22, 34.

Dwadzieścia dwa złote i trzydzieści cztery grosze???

Matka jako żywo takiego rachunku za gaz nie płaciła, ani nie dostała. W ogóle nie schodzi poniżej 80 złotych latem a zimą sumy bywały mocno trzycyfrowe.

Matka przeczytała pisemko jeszcze cztery razy, wyłuskała numer telefonu i zadzwoniła wycierając piane co jakiś czas chusteczka, żeby nie zapluć otworków w słuchawce, co obniżyłybo komfort korzystania ze słuchawki telefonicznej w przyszłości bliższej i dalszej.

Poprosiła panienkę, która pisemko wystawiła.

Nawet bardzo uprzejma była (Matka) i grzecznie zażądała sprawdzenia co i jak.

Zgadzało się.

-„Wie pani, ale ja takiego rachunku nie dostałam. Nigdy. Za to cztery dni wcześniej był inny, normalny i go zapłaciłam”

-„A wie pani, to może wynikać z różnicy cen gazu, coś tam wzrosło i przysłaliśmy rachunek uzupełniający!” – ucieszyła się panienka, bo znalazła wreszcie rozwiązanie.

-„I straszycie mnie komornikiem nie z mojej winy?” – Matka święcie się oburzyła i poprzestała na tym, bo panienka naprawdę chciała pomóc i miłą była nadzwyczaj.

-„Oj, bo proszę pani mamy jeden WZOREK pisma. A pani to jest jedna na sto, co co jest niewinna. A pozostali nie płacą, bo nie!”

Matka na konto niewinności zeżarła dwa pączki i nieopatrznie wypiła kawę, więc zapewne ma ciśnienie w granicach dwustu na sto czetrdzieści.

Mają jedno pisemko!

Jedno!

Bo jakiejś biurwie nie chciało się napisać kilku wzorów na parę okoliczności.

Bo jesteś obywatelu złodziejem niezależnie od burdelu w naszym przedsiębiorstwie.

Wszystkim po równo?

Matka ma wrażenie, ze te czasy już minęły…

Open – close

Czy Matce się wydaje, czy jej tu nie było? Była, była, zaglądała, ale jakoś nie miała ochoty na pisanie. Potworek tradycyjnie po balu w przedszkolu się rozsmarkał i rozkasłał, więc siedział trzy przedpołudnia u Babci a teraz wisi Matce na głowie. Formę ma nieco lepszą, ale za to poczęstował zarazą Janeczkę, która trzyma się dzielnie, ale Matka nie wie do kiedy.

Za to u Matki proza życia – szkoła, szkoła i szkoła. I zaczęły się kolczyki, kolczyki, kolczyki. Matka wykonała pierwszych dziewięć par a MiaUżon zabrał je do pracy, żeby pokazać. Matka miała tam nawet jedne upatrzone i z całą pewnościa niezagrożone, więc dała je bez wahania. A poza tym jakieś takie, co by sama chetnie włożyła i takie, co za skarby.

MiaUżon zadzwonił po godzinie.

-„Poszły te, co za skarby, z koralowcem i te, co sobie upatrzyłaś!”

No jak na trzy babeczki to nieźle… Ale gust Matki jednakowoż się różni od gustu ogółu… I trzeba sie przekonac do robienia czegoś, czego by się samemu nie włożyło, a nie jest to łatwe. I nie dlatego, że Matka myśli, że to byłby obciach nosić takie, czy inne kolczyki. Matka generalnie wkłada kuleczki na sztyfcie i czuje sie okropnie ubrana… A korali nigdy. Ech…

Ale jak już Matka się trochę wprawi, to powrzuca zdjęcia na jakis inny blog i da cynk. Cynk da dlatego, że będzie tam pod innym nickiem. I zablokuje komentarze. Żeby się coś nie rypnęło. I od razu uprzedza, że nie bedą tam żadne odkrycia, bo Matka ani czasu, ani takowej inwencji jeszcze nie posiada. Tu dziewczyny w okolicach dwudziestki biją Matke na głowę – odwagą przede wszystkim.

Ale Matka ględzi i ględzi a o Potworku miała napisać!!!

No bo siłą rzeczy musiała go zabrać dziś na chwilę do szkoły, zeby załatwić pare papierków. I jak juz go zapakowała w jakiejś obrzydliwej i mokrej śnieżycy do fotelika, omiotła brykę i wsiadła, to natychmiast zapomniała, że dziecię siedzi z tyłu. Jechała sobie do szkoły i jechała, machała wycieraczkami i dmuchała dmuchawą a czas płynął powoli i Matce zaczęło się nudzić. Nadusiła radio, ale wlazły jej w paluchy złote igiełki, bo panel oczywiście został w domu.

-„Żeż w mordę!” – jęknęła Matka – „Nie cierrrrrrrpię nowych urządzeń, które trzeba wkładać i wyjmować, wkładać i wyjmować. Bo zawsze je wyjmuję, a nigdy nie wkładam!”

Coś zaszurało. Matce spadły papiery z fotela na dywanik. Mokry dywanik.

-„Cholera jasna!!!” – Matka warknęła i zanurkowała pod fotel, po czym otrzasnęła reklamówkę z resztek błota -„Co za świnia tu jechała z MiaUżonem i naniosła tej brei? To w końcu moje miejsce na torbę, zakupy i ważne dokumenty!”

Zatrąbiło.
Matka rzuciła nienawistne spojrzenie w lusterko i dojrzała pług, który zamierzał wyprzedzić Matkę lewym pasem o szerokości półtora metra.

-„Nie spiesz się baranie…” – Matka dałą natychmiast dobra radę -„…tylko przejedź się lepiej po mojej ulicy, która jest cała biała!”

A potem zobaczyła w lusterku dwa oczka.

Pomacała za sobą i natrafiła na dwa ciepłe kolanka. Rety!!!

-„Eeeeeeeee…..” – zmieniła temat. Że też zawsze musi gadać do siebie w samochodzie! – „Eeeeeeee… a powiedz – co ciebie tak w ogóle NIE SŁYCHAĆ Marysiu…?”

Zapadła cisza.

-„Hmmm… może dlatego…”– Potworek otrzepał śnieg z powiek –„…że mam zamkniętą paszczę?”

Nasza zima zła

Matka wyjrzała dziś za okno i nie może powiedzieć – ucieszyła się niezmiernie. Co prawda pół nocy nie spała, bo wyło za oknem, ale trudno – taki już najwyraźniej przywilej jej wieku. Jednak widok zaokienny zrekompensował wszystko – przed domem leżało zaledwie kilka zdechłych placków śniegowych.

Matka nic na to nie poradzi, że zimę lubi najbardziej w górach i to wtedy, kiedy nikt nie każe jej tam jechać. Tak, tak, ośnieżone smreki, szusowanie z górki na pazurki – Matka już to przerabiała. Fajnie było, ale jakiś czas temu. Każde ferie w górach, raz Tatry, raz Pieniny. Matka posiadała narty śladowe o wysokości Matki plus wyciągnięta ręka do góry – coś ponad dwa metry piętnaście. I nikt jej nie powie, że były poręczne!!!

Nieistotne. Teraz zima Matce się kojarzy ze spruwaniem Potworów kwadrans wcześniej, zmiataniem zwałów śniegu z samochodu, szuflowaniem, żeby wyjechać, dmuchawą, która urywa Matce łeb zimnym powietrzem na czwartym biegu, bo inaczej paruje i tak dalej. Kto rano musi być na czas i jeszcze wydostać się z jakiejś wsi to wie. A jak nawet wie, to kilkudziesięciu baranów jadących przed nim nie wie i zasuwa ciężką dwudziestką, odczas kiedy można by bylo rozwinąć rączą czterdziestkę…

Matka znowu w jęki wpadła.

A Potwory?

-„Mamo, mamo, FAN-TAS-TYCZ-NIE!!!”-Potwór odbił Matce żebra kolanem i władował się do łóżka mimo, ze nie było tam dla niego miejsca.

-„Minus dziesięć!!!” – wyskoczył znów i ponownie spenetrował żebra rodzicielki.

-„O rany…” – zamruczała Matka spod kołdry kilka dni temu -„Na szczęście tego śniegu jest ZA MAŁO na sanki!”

-„No to sobie wyjrzyj!” – rzucił krótko MiaUżon i poszedł lokalizować samochód w celu uzdatnienia go do jazdy, bowiem jechał do pracy.

matka nie raczyła wyjrzec, bo te kilka dni robiły róznicę, a Matka miała wtedy ferie. I była szósta rano.

-„Będę jeździć na sankach, będę jeździć na sankach!” – Janeczka wyraźnie wyaziła ze skóry -„Idę obudzić Maryśkę!”

-„Nie waż się!!!” – ryknęła Matka. Za późno. No trudno – o tej porze Potworek i tak jest sztywny, więc nic nie groziło.

„Jest śniek? Jest śniek?” – zapiszczało Matce nad uchem dwie milisekundy później.

I Potwory przystąpiły do wyciągania sprzętu z piwnicznego bunkra. Matce udawało się oszukać Potworka gdzieś do południa. Janeczka szalała na górce przed domem a Maryśka pertraktowała z Matką.

„No wyjć ze mnom, albo pójde sama!

-„Jeszcze co! Sama!” – Matka była nieugięta – „Zaraz z tobą wyjdę”

I w końcu wyszła. Wsadziła na siebie dwa dresy, sweter, kurtkę i wszelkie drobniejsze akcesoria, wzdrygnęła się i avanti!

-„Ale jak powiem, ze masz wracać do domu, to zrozumiesz od słowa?”

-„Oczy wiście!” – zawachlował oczkami Potworek oburzony, ze Matka śmie w ogóle pytać o takie banały.

A potem Matka patrzyła jak Potwory zjeżdżają z górki na sankach.

Patrzyła pietnaście minut.

Pół godziny.

Czterdzieści pięć minut.

Poruszyła palcami w bucie – palców tam nie było.

-„Maryśka, idziemy do domu, zmarzły mi nogi!!!”

-„Jeszcze nie!” – rzucił Potworek przejezdżając obok Matki.

-„JUŻ!” – tupnęła Matka

-„Za chfilę!” – Maryśka wdrapała się znów na górkę.

Matka cierpliwie odczekała osiem chwil.

-„Ale teraz to juz idziemy!” – zakłapała paszczą i zadzwoniła zębami.

-„Oj, jeszcze trochę! – Potworek w ogóle nie zwracał uwagi na Matkę a słowo honoru, które dawał najwyraźniej przymarzło do zwrotnicy.

-„Chodź w tej chwili do domu…” – Matka wytoczyła najcięższe działo -„…bo mnie zaraz trafi jasny szlag!!!”

Potworek znieruchomiał, zagrzechotał oczkami i zadymił ciężkim myśleniem. Najwyraźniej przegrzał styki, bo nóżki z sykiem zagłębiły mu się w śniegu, ale po chwili otrząsnął się i przygalopował do Matki.

-„Mam sifietny pomysł, żeby ciem nie tjafił szlak! – klasnął w łapki.

-„O, tak?” – zaineresowała się Matka, która też znała wyjście z sytuacji, ale podejrzewa, ze NIE to samo.

„Tak!” – podskoczył Potworek –„Po pjostu PRZESTAŃ mnie wołać!!!

Mroczny przedmiot pożądania Matki

Matka ma humor pod zdechłym psem. Ferie się kończą – to raz. Zima nadeszła – to dwa. Co do zimy to cóż – w zasadzie mooooożna było się jej w tym czasie spodziewać. Ewentualnie, chociażby, zresztą, przecież. Ale żeby oprócz śniegu jeszcze dokładało wiatrem? I MROZEM??? Brrr!

Matka wystawiła dziś nos z konieczności, wsadziła do bryki Potworka, zostawiła Janeczkę szalejącą na sankach przed Matki chałupą ( Matka nie będzie tu ukrywać, że nie cierpi zostawiać Potwora na dworze, wyobraża sobie natychmiast wzelkie najcięższe przypadki i w ogóle) i pognała załatwic sprawy koneiczne związane ze szkołą a potem w celach wybitnie rozrywkowych udała się na sąsiednie osiedle.

Celem rozrywkowym był mianowicie naostrzaczodorabiacz, który miał Matce wykonać kopię kluczyka, naostrzyć cążki, które MiaUżon zanosi do wyżej wymienionego pana, będącego zresztą jego klientem, jakieś cztery lata z okładem oraz wygładzić szczypce półokrągłe zagięte, co to były uprzejme być nietknięte w środku chińskimi rączynami, choć powinny – za to zaspawano je pracowicie w pancerną folię, zeby nie denerwować Matki przy zakupie.

Matka weszła więc do pracowni pana i usiłowała stanąć na ćwierćnodze przed ladą, bowiem pan przeznaczył dla klienta dwadzieścia dwa centymetry na sześćdziesiat, stała tam już jedna pani a Matka wcisnęła się z Potworkiem uważając, ze jak jeszcze ktoś każe jej wydmuchowac się na mrozie to padnie.

Matka podała panu kluczyk a Potworek zachwycił sie tysiąc dwieście trzydziestoma siedmioma rodzajami kluczy, jakie wisiały u pana na metrze kwadratowym pracowni.

-„O rety!” – teraz i Matka zapuściła żurawia i dostrzegła, ze pan posiada na swoim stanie coś pięknego -„Pan posiada coś, co jest mrocznym przedmiotem pożądanie kobiety takiej, jak ja!!!”

Pan naostrzacz upuścił klucz, obrzucił bacznym, kontrolnym spojrzeniem osobisty rozporek i wywalił na Matkę gały. Pani klientka również.

-„Takie małe, maluteńkie szczypczyki z okrągłymi noskami, których nie mogę nigdzie dostać!!!” – Matka wpadła w dziki zachwyt.

-„Jaaaaa…” – wyjąkał wreszcie pan -„…ja je kupiłem w elektrycznym, tu, za rogiem.”

-„O rety, to ja lecę!” – uradowała się Matka.

-„Hmmm…” – kobietka klientka odzyskała głos i poprawiła rude afro -„Ja to bym coś innego…” – mrug, mrug -„u pana znalazła mrocznego… Ale żeby jakieś kombinerki?” – i spojrzała za Matką z obrzydzeniem.

A Matka wsadziła Potworka pod pachę i nabyła szczypczyki za całe pięć pięćdziesiąt z vatem i nadzieją, że wytrzymają do nadejścia pocztą owych zaginionych.
I zaraz zacznie tu kółeczka kręcić biżuteryjne.

A miała donieść o Potworku i sankach, i znów wpadła w dygresje.

Ale tak to bywa z mrocznymi przedmiotami pożądania…

Kawał sztuki mocno nowoczesnej

Matka zarzuciła patelnię kotletami, przygotowała sałatę, rozrobiła winegret i już, juz miała podejrzeć, czy panierka sie zrumieniła, kiedy za plecami pojawiła się jak duch Janeczka i rozpoczeła dyskusję na wyższym poziomie:

-„Niektórzy to wcale nie umieją rysować!”

Matka z najwyższym wysiłkiem i łyżką w paszczy wzmogła czujność – wszak mogło chodzić o nią, ale nie podejrzewała Potwora o AŻ taką podłość.

-„Uuuuuuu?” – zapytała o konkrety.

-„No tak!” – Potwór zaperzonym był okrutnie, co nie wróżyło szybkiego jego spłynięcia – „Nie umieją rysować oczu, rąk…”

-„Wiele osób nie umie” – Matka przeflancowała kotlety na lewą stronę i miała chwilkę czasu. Poświęciła ją więc wyciąganiu talerzy z szafki.

-„No ja wiem, ale jeśli się nie potrafi narysować oczu prosto, tylko jedno wyżej, drugie niżej, to nie powinno się w ogóle rysować! I malować!” – zamachał rekami Potwór, aż Matce uniosła sie grzywka.

-„Noooo….” – Matka zastanowiła się mocno -„…ale wiesz, nie da sie nikomu zabronić malowania…”

Rzecz była drażliwa, bo Matka ma genetycznie jedno oczko wyżej. I ucho. Ze strony ojca taki mały prezencik. Potworek ma za to oczka MiaUżona, ale po mamusi ich usytuowanie. Nikt tego nie widzi, ale Matka o tym wie i starczy!

-„No to niech maluje dla siebie, ale nie pokazuje innym! Łapy jak kartofle, szyja węża a nóg wcale!” – Potwór nie odpuszczał i Matka była niemal pewna, że długo tak będzie.

-„Yyyyyyyy…” – kiwnęła głową, bo próbowała sos.

-„I jeszcze to drukują!” – wypaliła Janeczka i zapuściła żurawia w stos gazet, klasówek i różnych materiałów Matki, które kwitły od niepamiętnych czasów w kącie.

-„A……” – Matkę tknęło -„…a jest tam coś jeszcze napisane?”

„Nie wiem, bo wystaje tylko kawałek tej poczwary!” – wystękał Potwór i zabrał się za rozwalanie kontrolowanego bałaganu Matki” – „No jest! Takie dziwne słowo…”

-„A przeczytasz?” – Matka pognała z patelnią w kierunku stołu.

-„Eeeeeeeee….” – Potwór zasępił się,namarszczył i z obrzydzeniem przeczytał:

-„Jakiś…” – wzdrygnął się – „Picasso…”

Higiena jamy ustnej według Maryśki

Matka ma ostatni wolny wieczór – jutro MiaUżon w koncu wraca. Matka nie ukrywa, że pięć dni spędziła ze wszech miar niehigienicznie i jest z tego powodu bardzo szczęśliwa. Mogła wreszcie kłaść się o trzeciej trzydzieści i nikt jej nie marudził. Mogła wisieć w sieci i szukać czego dusza zapragnie. Nadrobiła wszelkie zaległości korespondencyjne, zeżarła wszelkie czekoladki, wypiła butelkę wina (no tu akurat nie szalała zbytnio – cóż to jedna butelka na cztery wieczory) i czuje, że miała ferie. A teraz zapowiada się cięższy tydzien, ale tak to jest, kiedy nie robiło sie tego, co sie zaplanowało.
Czy to jednak ważne? Grunt, ze Matka zadowoloną jest a robotę i tak trzeba będzie zrobić, i tak.

Potwory lekko tęsknią za MiaUżonem, ale nie dramatycznie.

-„Tatuś wraca jutro- Janeczka co jakiś czas liczy.

-„Jutro wieczorem!” – kiwnęła głową Matka

-„Ahaaaaaaaaaaaaaaa” – zmartwił się Potwór, ale zaraz dał się zauwazyć w jego oczku błysk -„A może zrobiłabyś dziś na obiad ziemniaczki smażone, a nie gotowane?”
-„Nie ma problemu!” – zgodziła się Matka, bo smażonych ziemniaków nie robiła dobre parę miesięcy. A robi niezłe. Surowe, pokrojeone w talarki, z ziołami prowansalskimi i odrobiną cebulki.

I Potworowi natychmiast się polepszyło.

Maryśka tymczasem znosi nieobecność tatulka z godnością i Matka dałaby sobie głowę ściąć, że niemal jej jego nieobecność nie wzrusza, gdyby nie podsłuchała…

Gdyby nie podsłuchała wieczornego pacierza Maryśki.

Potworek załatwia mianowicie najpierw sprawy z Aniołem Stróżem, potem obmadla się za całą rodzinę, która była nieuprzejma przenieść się w zaświaty, wymieniając wszystkich z imienia i funkcji, i na koniec prosi o zdrowie dla całej reszty, wyzczególniając co ważniejsze osoby. Ma tu kłopoty z wujkiem, który właśnie zmarł, więc pojawia sie on w gronie i żywych i zmarłych, ale Matka myśli, że mu to już specjalnie nie przeszkadza.

Koncówkę pacierza Potworek ma krótką i węzłowatą:

„Dziekuję Ci Panie Boże za szczenśliwy dzień i pjoszę o nastempny, amen”


Tym razem jednak było inaczej. Matka usłyszała, że przemówienie jest dłuższe, ale nie zdażyła dojść do pokoju latorośli. Zaczaiła sie więc następnego dnia i dowiedziała, że Potworek bardzo, ale to bardzo tęskni za tatusiem.
Na swój sposób.

„I pjoszę Cię, Panie Boże o szczenśliwy powjót czajnej tojby tatusia, bo w tej tojbie jest nitka do zembów, co jom tatulek zabjał i nam jej okjopnie bjakuje, amen!”

Batuta Edwarda Griega

Matka siedziała wczoraj przy stosie prasowania i dochodziła stopniowo do niezwykle odkrywczego wniosku, a mianowicie zauważyła, ze stos uprasowany i poukładany zajmuje zdecydowanie mniej miejsca. Matka dochodzi do tego mniej więcej co miesiąc, kiedy urządza sobie sesję prasowalniczą, ale tym razej przerwa trwała chyba zdecydowanie dłużej, bowiem Matka zaczęła wyławiać z bałaganu podkoszulki noszone przez nią na Słowacji.

Kiedy juz sytuacja sie zaróżowiła, co – trzeba tu wyraźnie powiedzieć – było złudzeniem, bo pralka mełła właśnie kolejne dwie porcje, do Matki raczej udanych uszu, a jest do chyba jedyna rzecz, która Matka ma udaną, zaczęły dochodzić dźwięki. Można by powiedzieć – uszy służą do tego, żeby słyszały, ale Matkę zaintrygowała linia melodyczna, która choć była znajomą, to jednak wzbudziła zaraz w sercu matki iskierkę podejrzenia. Podejrzenia, ze Potwory dobrały się do płytoteki Matki. Na szczęście jeden wprawny rzut okiem wystrczył, żeby podejrzenie stłamsić i wdeptać w ziemię, bowiem na płytach panoszyła się tak gruba warstwa kurzu, ze ruszyć którąkolwiek bez wzywania pogotowia z powodu duszności byłoby nierealne.

Czemu się Matka dziwi?

A już wyjaśnia.

Z pięeterka dochodziły piskliwe, ale czyste pierwsze takty skomponowane przez niejakiego Griega do suity Peer Gynt, konkretnie do utworu zwanego „Poranek”. kto nie wie, o czym Matka pisze niech natychmiast uzupełni luki w edukacji, bo Poranek jest sztandarowym kawałkiem muzyki poważnej, którym katowano dzieci ongiś w szkole podstawowej, każąc malować obrazek do tego, co usłyszały. Matka co prawda była fanką „W grocie Króla Gór” i „Pieśni Solveigi”, ale „Porankowi” trudno odmówić bycia hitem. Skąd go jednak znały Potwory – Matka nie ma ojęcia i nie maczała w tym palców.

-„Mama, mama!” – Potwór zatupotał papciami na schodach i wyrósł przed Matką jak duch -„Co to jest batuta?!”

-„No coś ty?” – Matka oderwała się od renesansu – „Przecież wiesz, to taka pałeczka, którą dyrygent używa…”

-„I dryguje?” – przerwała Janeczka

-„DYryguje!” – Matka zapuściła żurawia dalej w renesans, bo odezwała się już tylko do prądu powietrza, który pozostał po Janeczce.

Dżwięki „Poranka” dochodziły nadal. Niestety po piętnastu minutach na górze zakotłowało się. Tradycyjnie Maryśka uderzyła w bek, więc Matka zaryczała w kierunku schodów i Potwór nadęty, jak nieszczęście spuścił się na parter.

-„Co ty jej tam znowu robisz?” – wkurzyła się Matka.

-„Ona używa słów, których znaczenia nie rozumie!!!” – zamachał rękami Potwór -„I ja już nie mogę słuchać tego piłowania!!!”

-„No oczywiście, jak zwykle siostra ci przeszkadza!” – Matka była zła, jak nie wiadomo co -„Niech ona tu zejdzie, mi przezkadzać nie będzie!”

Matka równie dobrze mogła sobie założyć stryczek na szyję…

Z góry przybył Potworek siejąc strzępami chusteczek higienicznych i siąkając demonstracyjnie nosem.

Matka powycierała mu gaźnik i doprowadziła do ludzkiego wyglądu.

-„No co tam sie stało, powiedz!” – zainteresowała się na wszelki wypadek, gdyby się miało okazać, że to Potworek był winowajcą.

-„Janeczka powiedziała, że ja nie wiem co to jest BATUTA!” – zachlipała Maryśka

-„No a ty wiesz?”

„Wiem” – smarknął znów Potworek – „To jest takie coś do machania!”

Matka spuchła z dumy – wszak dziecię podało definicję batuty niemal rodem z encyklopedii PWNu.

„I Janeczce się nie podoba piosenka, co ją śpiewam z tym słowem!!!”– Maryśka znów poczerwieniała i łzy zakręciły jej sie oczach.

-„Wiesz co?” – szybko wymyśliła Matka, która potrzebowała spokoju do napisania klasówki – „To ty zostań na dole i pośpiewaj tę piosenkę dla mnie, dobrze?”

Potworek wpadł w dziki zachwyt.

A matka nie napisała ani słowa, bo nie była w stanie.

Na melodię „Poranka” Edwarda Griega Maryśka wykonała czterysta pięćdziesiąt osiem jednakowych zwrotek z następującym tekstem:


ZguBIłam baTUtę, zguBIłam baTUtę,

WiDZIEliście ORła co w TORbie ją niósł?”



P.S. Gdyby ktoś widział przypadkiem przelatujący nisko klucz orłów z torbami, Matka prosi o wiadomość. Nawet gdyby to był tylko orła cień…

Smuteczki

Matka siedzi sama w domu. Za oknem leje, obok stos prasowania (Matka przynosi sobie z pralni tak ze dwie pralko, żeby nie zwariować), Potwory coś oglądają w telewizji, MiaUżon w trasie. Matka denerwuje się jak nie wiem co, bo MiaUżon jedzie do Holandii. Matka nie. Nie byłoby sensu ciągnąć Potworów w tę i z powrotem, zwłaszcza, że okazja niekoniecznie rozrywkowa.

-„Wracam w poniedziałek” – zapowiedział MiaUżon.

Matka się nie zmartwiła. Woli kilka dni nieobecności ślubnego, niż szybszy powrót z zakończeniem na drzewie. MiaUżon mianowicie osobą chętnie zasypiającą jest i juz kiedyś oko mu się w samochodzie przymknęło. Nawiasem mówiąc podczas jazdy z wujkiem, na którego pogrzeb MiaUżon właśnie się przemieszcza.

Matka powiadomiła wszelkiech znajomych, którzy pamiętali wuja z czasów „polskich”, znajoma zamówiła mszę, która odbedzie się w tym samym czasie, co w Holandii, wydrukowana została klepsydra i w zasadzie na tym rola krajowa się skończyła. Jedno jest pewne – wujek przeżył lat 86 i było to niezwykle ciekawe i barwne życie. No bo jaki Holender się tak na przymusowych robotach zakocha w ciotecznej babce MiaUżona Polce, żeby dwadzieścia lat pracować jako kierowca PKSu? Wyjezdża potem do Holandii z jedna pierzyną, bo na więcej nie pozwolili, zdobywa dom i po roku ściąga ciotkę z piątką dzieci? I jeszcze sprawia sobie szóste? I wychowuje je na wspaniałych ludzi, zżytych ze sobą nieprawdopodobnie?

To dlatego Matka nie zaglądała na blog. A jeszcze dziś idzie na pogrzeb mamy pediatryczki Potworów, z którą to pediatryczka siedziała w jednej ławce.

Jakoś tak rok nie zaczął się najlepiej.

Ale bedzie dobrze.

Matka jest tego pewna, jak nigdy!

Świąteczny batalista

Matka robiła sobie wieczorem w kuchni jedną z porywających czynności kobiecych, jaką jest usiłowanie rozciagnięcia zmywarki, żeby poradziła sobie za jednym zamachem z dwoma metrami sześciennymi brudów poobiednich. Niestety – za kazdym razem zostawał Matce albo jeden kieliszek, albo szklanka, więc Matka łomotała wściekle, bo przecież posiadanie zmywarki i mycie czegokolwiek w zlewie nie uchodzi!
Matka żartuje. Faktem jest jednak, ze wydawała odgłosy zakłócające wszelkie inne oznaki życia z domu, więc zdziwiła się niezmiernie, kiedy po zatrzaśnięciu drzwiczek od piekielnej machiny doszedł ją delikatny skrzyp, jaki może tylko wydawać długopis przesuwający się po papierze.
Była to Maryśka. Siedziała sobie cichutko przy stole i – oczywiście- na czystym arkuszu A-4, który gwizdnęła Matce smarowała coś zawzięcie długopisem. Jest to bowiem najlepszy narząd do malowania, gdyby jeszcze ktoś nie wiedział. Niech sie chowają wszelkie kredki, olejne pastele, farby akwarelowe i plakatówki!
Matka z daleka zapuściła żurawia i z lekka się zaniepokoiła. Maryśka Picassem nie jest, ale jak już narysuje Matkę, to wiadomo, że bedzie na głowie chchoł, dłuuuuugie nogi i kwiatki zamiast rąk. Takie tam udoskonalone głowonogi.
Tymczasem Matka ujrzała niebiesko na białym korpus, lufę i pocisk – Rudy w akcji jak nic!!! Potworek nie powinien czegoś takiego rysować z powodów oczywistych – jakoś nie ma ostatnimi czasy okazji, żeby oglądać ów hit polskich seriali w telewizji. Matka podejrzewa nawet, że za chwilę Janosik może się okazać politycznie niepoprawny… Tak, czy owak Matkę na chwilę zatrwożył fakt świetnej znajomości uzbrojenia polskiej armii w czasach drugiej wojny światowej i późniejszych. A potem odebrała telefon i zatopiła się w rozmowie, a kiedy już skończyła, przypomniała sobie o Potworku bataliście.
A Potworek własnie skończył szkic dwubarwny i podziwiał swoje dzieło.
Matka przygalopowała, spojrzała i kamień, co tam kamień, kamienica z serca jej spadła. Gotycka, z warsztatem i stajenką.
Na rysunku widniał mianowicie ni mniej, ni więcej tylko taki osobnik:

-„Ach, jak cudny Mikołaj!” – wyrwało się Matce z piersi westchnienie ulgi – „I jaka ma P-I-Ę-K-N-Ą czapkę!!!”
Potworek wstał i rzucił Matce przeciągłe spojrzenie, na którym zawisły po chwili delikatne, ledwo widoczne kryształki lodu.
„Kochana mamusiu…”– rzekł i zdmuchnął kryształki z grzywki –„…powinnaś wiedzieć, że Mikołaje chodzom WYŁOŁNCZNIE w takich czapkach…”