Matka zaczęła ferie. Potwory również. Oznacza to dla Matki ni mniej, ni więcej tylko to, ze bedzie miała wszędzie ogon. Ogon, który będzie wiecznie niezadowolony, że się go ciąga. Na szczęście Janeczka pomału zaczyna dostrzegać dobrodziejstwa samotnego zostawania w domu i Matce zdarzyło się już ze trzy razy z tego korzystać.
-„A zrobisz z nami anioły w ferie?” – przypomniało się Janeczce, a Matką zatrzęsło.
Matka bowiem powitała nadejście nocnej wichury w pełnej gotowości bojowej siedząc w kuchni. Nie, nie robiła pierników. Nie, nie piekła ciasta ani mięsa.
Malowała.
W kuchni???
W kuchni.
Malowała 180 aniołów. Słownie: sto osiemdzisiąt. Nie, nie zwariowała. Dała wczesniej do malowania dzieciom w szkole, które z zapałem pracę wykonały. Niestety następnego dnia okazało się, ze część aniołów wypaćkana jest farbą olejną, która nie zamierza wyschnąć, inne potrzaskały, bo jakaś niebieska farbka była za mocna, reszta była zaś pomalowana byle jak i anioły wyglądały gorzej niż surowe.
Matka podrapała się w głowę i żeby nie urazić uczuć artystów ukręciłą mniej więcej te same kolorki, machając skrzydlaki ponownie. Jak już nie mogła, to malowała tym, co miała pod reką. Potem jeszcze na koniec złotko i anioły wyglądały przyzwoicie. Kilka się połamało w transporcie, Matka wyciepnęła je więc do kosza, ale elegantsze skleiła jednakowoż epoksydem.
Do sprzedaży zgłosiło się około dziesięciu osób.
Przyszły trzy dziewczyny.
Norma.
Za to uwijały się tak skutecznie, że aż miło było patrzeć!
A rodzice? Rodzice dopisali ilościowo średnio – wszak oceny czastkowe znali, sródroczne z reguły też. Matka popatrzyła na stoły pełne aniołów i straciła werwę natychmiast.
-„Może ci się nie udać, zostaniesz z tymi aniołami!” – postraszyli koledzy w pokoju nauczycielskim -„Dzis bedzie słaba frekwencja!”
Była.
Były też plakaty zachęcajace do kupna. Wyjaśnienia, ze akcja jest charytatywna. Miłe słowa zachęty. Rodzice pryskali na prawo i lewo.
-„Ja posługuję się tylko kartą!” – opędził się od uczennic pan w markowym garniturze – „Nie ma pani terminala?”
-„Bardzo mi przykro!” – zawachlowała rzęsami Matka -„Obiecali nam dopiero na przyszły rok!”
Pan nie zrozumiał.
-„To, czy kupię zależeć będzie od ocen mojego syna!” -warknął inny pan i oddalił się w podskokach.
-„Za dużo tatusiów dziś mamy…” – jęknęła Matka. Na stołach leżało ponad dwieście dwadzieścia aniołów pogrupowanych cenowo.
Dochodziła szósta, rodzice zaczęli szturmować drzwi. Matka niemal zachrypła od zachęcania, ale mimo późnej pory koło stołów zagęściło się. Niestety później wszyscy biegli już do klas.
-„Jak będziemy wracać, jak będziemy wracać!” – obiecywali.
-„Rety, co my zrobimy z tymi aniołami?” – Matka miała humor pod zdechłym psem.
Dziewczyny niewiele lepszy.
Po niecałej godzinie zastukały obcasiki. Wychodziły futra.
-„A kogo teraz stać proszę pani?” – rzuciła pani w biegu, okrywając nędzę norkami do samej ziemi.
Zatrzymywały się różne wyleniałe kurteczki, kolorowe swetry i sztruksowe garnitury. Niektóre dobrowolnie, ale zdecydowana wiekszość wyłapywana była tuż przed skrętem do wyjścia.
-„Ojej, one są ładne!” – dziwili się niektórzy.
-„Bardzo ładne!” – zacierała ręce Matka. Na horyzoncie pojawiła sie nadzieja.
I panowie w garniturach.
-„Sorko, oni wyciagają telefony i udają, że bardzo pilnie z kimś rozmawiają!” – odkryła prawdę życiową jedną z uczennic.
-„A ja to bym sobie wybrał jakiegoś anioła!” – nadszedł jeden z tatusiów, który obiecał, że dokona zakupu w powrotnej drodze.
-„A bardzo prosimy!” – Matka się rozdwoiła na oba stoiska. Tatus zapuścił żurawia miedzy anioły i ku zdumieniu Matki wybrał dość koszmarny egzemplarz – krzywe skrzydła, zez i zwichrzone kłaki.
-„O rety!” – rozpromienił się i niemal padł na kolana -„Biorę tego!!!
Matkę przytkało.
-„On wygląda zupełnie jak moja żona!!!” -wyjaśnił i zadowolony wsadził anioła pod pachę, troskliwie owijając go w folię.
-„Już wszyscy wyszli, możecie się zwijać!” – donieśli nauczyciele wychodzący ze szkoły.
Matka nie ukrywa, że nie zmartwił jej ten fakt.
-„Sorko, zostało siedemnaście sztuk” – uczennice policzyły anioły.
Siedemnaście, czyli nic. Poszło ponad dwieście!
-„Liczymy pieniądze i piszemy protokół” – zakręciła się Matka – „A potem rozwiozę was do domów”
I policzyły.
Zabrakło dwanaście złotych do sumy czterocyfrowej…
Matka nie spodziewała się takiego sukcesu!
Są więc obojętne futra i garnitury, ale przytłoczone przez rodziców normalnych. Rodziców, którzy cieszyli się, że ich dzieci robiły coś z potrzeby serca. Matka ma nadzieję, że i ci, którzy pracowicie lepili anioły za kilka lat staną się takimi rodzicami.
Nawet, jeśli kupią sobie mercedesa czy futro…
Nowe pomysły Matki
Matka to jest typ nieuleczalny. Marudzi, zrzędzi i jęczy, bo zawsze jej coś nie w smak. Paskudny chrakter taki, że aż strach! Matka to by się z taką Matką wcale nie przyjaźniła, gdyby nie to, że nie ma wyjścia. Cóż, widać taki marudny charakter być musi, ale przynajmniej coś z tego marudzenia wychodzi i poczucie spełnionego obowiązku jest, a to juz bardzo duzo. Matka finiszuje mianowicie z aniołami, które wystawi na aukcję, albo raczej napadnie rodziców i im sprzeda, zeby wspomóc dzieciaki, które tego potrzebują. Dzieciaki mordowały się dziś i malowały, jutro też zamierzają, a Matka miota się w tym wszystkim, przerzuca Potwory, odsiaduje jajo na radzie pedagogicznej i prowadzi normalne, planowe lekcje. W czwartek zaś kończy malowanie i zapewne poprawia, gdyz niektóre anioły zdają się wyglądać z polichromią znacznie gorzej, niż surowe… W środowisku Matki mawia sie wtedy, ze nie sa pomalowane, ale, ze uległy pomalowaniu.
Nieważne, grunt, ze młódź serce ma szczere i znów sie dobrze bawi!
Ale Matka nie o aniołach miała, tylko o czymś, co znowu sobie wymyśliła.
Bo Matka czasem wymyśla sobie zadanie – poszukać czegoś na temat odśnieżarek – takie, rozumiecie, czysto babskie zajęcie. I Matka czytała, czytała i w końcu zamówiła nie tylko odsnieżarkę, ale też odkurzacz do liści, o którym MiaUzon snił od jakiegoś czasu. Matka nabyła odkurzacz z nadzieją, że oto ślubny zacznie od tej pory snić o niej. Nie pomyślała tylko, ze może mu się dla odmiany przyśnić jakiś mercedes, ale trudno. Ryzyk – fizyk.
I Matka tak klikając wlazła przypadkiem na forum Rękodzieło. jak wlazła, tak została!
I już ma nabyte materiały do dekupażu wraz z piękna półeczką wieszaczkowo-szufladkową. Na razie się boi, ale jutro dziewczynka zdolna ma dekupazować anioły, więc Matka chytrze sobie podpatrzy i myśli, że ze swoim zawodem powinno jej wyjść dość szybko coś względnego. A ferie blisko, parę dni…
Ale Matka niekoniecznie na tym zakończy. Bo wlazła jeszcze dalej i popatrzyła sobie na bizuterię. I jak spojrzała, to oczy jej sie zrobiły jak guziki a potem deserowe talerzyki. teraz Matka czyta, czyta, boi się i czyta. I okazało się, ze tam nie tylko zielonaherbata bywa, która od dawna cudeńka z koralików robi, ale także poznana w realu justinehh, która tak cudne biżuty robi, że Matce do talerzyków deserowych doszedł bardzo zielony kolor, miejscami przechodzący we wściekłą żółcień.
Żeby pozbyć się tego niekorzystnego wyglądu (Matce nie jest dobrze w zółtym), Matka zaczęłą brnąć w te strony biżutowe, zapluła całą klawiaturę i wprawiła Potworka w szampański nastrój.
–„Ja to chcę te! I te!” – klaskał w tłuste łapki Potworek i dźgał w ekran – „I te też mogą być!”
No to Matka wie, co będzie robić w ferie…
Ale warsztatów biżuterii w szkole potem nie zrobi, o nie. Trochę cena inna niż mąka i sól – na szczęście. A poza tym zanim Matka się nauczy…
Zanim jej się zacznie podobać to, co robi…
No cóż – jedno jest pewne – Janeczka włoży wszystko, co dynda i błyszczy!
Najwyżej będzie jedyną wielbicielka Matki biżuterii…
Jeśli Matka oczywiście się odważy!
Weselne plotki, gorączka złota i sobotniej nocy
Matka obiecała, że doniesie o weselu. No to bardzo proszę:
Wesele weselem, ale najpierw należało wykonać prace lekko stresującą, czyli zdjęcia na ślubie. Matka zaopatrzyła się wiec w filmy, świeże baterie, aparat analogowy i – na wszelki wypadek – w cyfrówkę. Pogoda dopisała, bo nie lało, więc Matka odetchnęła z ulgą, że nie zrobi jej się na głowie chochoł, jak już sobie pracowicie coś ułoży z osobistych drutów.
-„Ja nie idę!” – oswiadczyła nagle Janeczka, która szykowała się na ślub od dwóch tygodni – „Pójdę z Olą na łyżwy!”
matka zrobiła zmartwiona minę, zacierając w duch łapki, bo spadł jej jeden kłopot z głowy.
–„A ja idę!” – przed Matką wyrósł jak duch Potworek i sprzedał wiadomość dnia.
-„Idziesz, idziesz” – mruknęła Matka szamocząc się z sukienką, którą pakowała do wielkiej torby -„I bedzie też babcia, która cię będzie tam pilnować razem z tatą.
I Matka ubrała się w garniturek, żeby nie zmarznąć, bo rzecz jasna musiała zrzucić z siebie kurtkę, żeby nie wygladać jak nasi polscy fotoreporterzy na oficjalnych uroczystościach. Musiałby co prawda zarzucić jeszcze trzy torby na ramię, założyć bandankę i opaskę na czoło, ale najlepiej będzie, jak porzuci tę dygresję i przejdzie do meritum sprawy.
W kościele panowały warunki jak w hotelu lodowym, Matka zakłapała więc zębami, ale rozebrała się posłusznie. Po chwili zrobiło się lepiej, bo pojawił się kamerzysta, podobno z telewizji i zaczął świecić Matce po oczach jakąś małą, ale pioruńsko jaskrawą lampą. Matka czegoś takiego jeszcze nie widziała. Stać naprzeciwko kamerzysty się nie dało, pozostało więc przemieścić się w jego pobliże. Matka została więc kilka razy zdeptana, bo gość zapomniał chyba, że ma takie urządzenie jak zoom i filmował wszystko pół metra od młodych. Kiedy zaś Matki nie deptał, to jednostronnie grzał jej w łeb lampą i Matka zaczęła się nawet w połowie mszy zastanawiać, czy zaryzykować swój skalp i tkwić przy kamerzyście dalej, czy rozwiązać sytuację inaczej.
Wybrała to drugie i potraktowała pana w sposób ostateczny, czyli z łokcia. Podziałało!
I zaraz potem pojawił się kolejny problem.
–„Witaj mamuniu!” – odezwał sie piskliwy głosik i Matka miedzy swoimi nogami ujrzała głowę Potworka -„Nie będę ci przeszkadzać!”
Matka padła. Potoczyła wzrokiem po kościele, namierzyła MiaUżona z teściową i zabiła wzrokiem. Nie doszło. Matka zmieniła przysłonę, wycelowała jeszcze raz i znów spojrzenie bazyliszka.
Nic z tego. Babcia pobożnie sufitowała a MiaUżon udawał, że nie wie o co chodzi. Za duży dystans.
Matka daruje sobie dalsze atrakcje, przemieszczanie się Potworka z miejsca na miejsce i z powrotem, bo się zagotuje. Babcia była bowiem poproszona do kościoła wyłącznie w celu doglądania przeciwobciachowego dziecka, które miało nie zakłócać uroczystości.
A jeśli chodzi o wesele, to Matka nie będąc na takiej uroczystości z piętnaście lat z okładem zapomniała, że jedzenie jedzeniem, tance tańcami, ale najwazniejsze jest towarzystwo. I tu pojawił sie problme, bo wesele przewidziane było na mniej, niz 40 osób. Jedna trzecią stanowiły małolaty o połowę młodsze od Matki, kilka osób w wieku sprzed wojny rosyjsko-japońskiej, zaś reszta prezetowała dumnie swe bardzo niewyszukane tatuaże. Takie na przykład jak kropka pod okiem czy między palcami, kotwica na ramieniu i tak dalej. Matka szybko wybrała opcje małolatów, którzy wypiwszy nieco stali się nawet rozmowni, niestety bardzo szybko opuścili lokal ze względu na niejaki brak kontaktu z otoczeniem.
A potem nastapiła tradycyjna inwazja lwów parkietowych, których zbudziła do walki niewielka ilość wody ognistej. Mieliśmy więc przysadzistego kurdupla z wyciągniętą koszulą prezentującego Gorączkę sobotniej nocy z głównym akcentem położonym na pracę rąk. Następny był amator-wspominacz, który bezskutecznie wieszał się na szyjach kolejnych gości zmierzających na parkiet i zasypywał ich dykteryjkami ze swego bogatego życia. Niestety tym razem skromne gabaryty powodowały wleczenie nieszczęśnika na piersi ofiary z miejsca na miejsce.
Ale najlepszy był zdecydowanie Texas Ranger. Matke bawił dopóty, dopóki nie zaczał rwać do tanca wszystkich dam jak leci, a miał niemiły zwyczaj kręcenia kółek w odwrotną stronę.
Ranger ubrany był w niebieski spodzień, grubą marynarkę w czarno-białą pepitkę, sraczkowe kowbojki i biżuty. Na głowie plereza rodem z NRD.
-„Ja nie mogę!” – MiaUżon postawił oczy w słup, gdy ujrzał rangera po raz pierwszy
I trudno sie dziwić. Ranger miał na każdej ręce po trzy ogromne sygnety i po jednej, ale za to mniej więcej półkilogramowej bransolecie ze złota próba 383.
-„Chyba musi mieć na działce żyłę złota!” – jęknął MiaUżon, gdy już się jako-tako otrzasnął.
-„I miedzi” – dodała złośliwie Matka, która w przeciwnym razie nie byłaby sobą.
Kiedy więc się przerzedziło na sali, Matka z MiaUżonem dali tak zwanego w niektórych kręgach dyla ciesząc się, ze za kilka dni studniówka.
Matka tylko nie wytrzymała i przy okazji zdjęć zapytała Młodych o rangera.
Okazał się być chrzestnym, zamieszkujacym od dłuższego czasu Australii.
Matka nie za bardzo jest zorientowana w złotonośności gruntów australijskich, ale podejrzewa, że Melbourne Ranger takowy posiada.
Bo jeśli chodzi o gust to cóż, dyskutować chyba nie warto?
Zima ciężka niesłychanie
Eeeech, początek roku a Matka wpadła w depresję okołoszkolną. To nie do pomyślenia, żeby drugiego stycznia nie było wolne! Cały Nowy Rok od zarania zepsuty – a to trzeba było przygotowywać się do szkoły na jakąś klasówkę, a to biec na pociag, żeby zdążyć na uczelnię, bo o godzinach rektorskich zapominali, a to znów teraz szkoła – w kółko macieju. A Nowy Rok jest wszak do dogorywania!
Matka wpadła więc w wir pracy i jak tylko weszła do pokoju nauczycielskiego to usłyszała:
-„Wszystkiego dobrego z okazji – psiakrew – nowego roku!”
-„A nawzajem, nawzajem!” – uprzejmie odrzekła Matka -„Również psiakrew!” – i zaraz jej sie lepiej na sercu zrobiło, że nie jest jedyna w klubie uciemiężonych.
-„Jeszcze tylko dziewięć dni!” – oświadczył przytomnie fizyk
-„Do czego?” – zapytała nieprzytomnie Matka, której system zdecydowanie odmawiał posłuszeństwa o ósmej rano.
-„Do ferii!” – odrzekł chórem ogół, który już wielokrotnie o tym fakcie został poinformowany przez fizyka.
No w istocie. Potem być może będzie płacz, ze semestr taki długi, bo Polak zawsze znajdzie sobie przeciez powód do narzekania, ale tymczasem można zacząć odliczanie. Matkę bowiem krótkie ferie świateczne jedynie rozjuszyły!
-„Będziemy jeździć na sankach!” – rozmarzyły się Potwory wywracając ślepiami.
-„Tak, tak!” – przytaknęła ochoczo Matka -„Zamówię armatki snieżne i ratraki, żebyście miały komfortowo!”
-„Że jak?” – wybałuszyły oczy Potwory a Matka machnęła tylko ręką.
-„To kupujemy tę odśnieżarkę w Realu?” – MiaUżon na słowa kluczowe dotyczące zimy natychmiast wysunął głowę znad fotela.
Matka postukała się w czoło a potem zaraz pomyślała sobie, że jak spadnie znienacka pół metra, to padnie na pysk i znów popędzi do pracy taksówka, o ile ta bedzie miała podłoże poduszkowca.
-„To może te nasz bony na to pójdą, co? Te świąteczne.” – zaproponowała.
MiaUżon na to przystał.
Matka nabedzie więc nieznany elektryczny sprzęt, być koże zresztą na spółkę z sąsiadami.
A jutro sprzeda ploteczki weselne. Oj, egzotycznie było!!!
Sukienka mocno wieczorowa
Matce trafiły się w tym roku dwie okazje: wesele i studniówka. No co jak co, ale na weselu Matka nie była lat piętnaście – całe towarzystwo albo pożeniło się wcześniej, albo ich dzieci jeszcze do wesel nie dorosły. Potwory wpadły w dziką rozpacz – studniówkę jeszcze jakoś mają zamiar przeżyć, ale wesele oprotestowały głośno, tym bardziej, że za mąż wychodzi ukochana niania Maryśki. Ta sama, co to co chwila leży w szpitalu.
Matka przyznać musi, że na ślubie będzie raczej służbowo, bo robi zdjęcia. Fucha lekko stresująca, ale zapewniająca zdecydowanie najlepsze widoki. Nawet ksiądz ma gorsze – uważa Matka – bo co chwila musi jednakowoż zaglądać do mszału.
-„Weźmiesz nowy aparat?” – zapytała zaraz fachowo Janeczka
-„Nigdy w życiu!” – zaprotestowała od razu Matka i zapisała na kartce, że ma kupić trzy Superie. Nie po to ma analogowego Nikona, zeby robic zdjęcia jakimś bździdłem wakacyjnym. Bździdło było jednak potrzebne, bo Matka nie odpusciłaby sobie starego przyjaciela Nikona, zamieniając go na cyfrową lustrzankę. Jeszcze nie teraz.
Nie o tym być miało.
Bo jak bale, to niestety i ubranko, a Matce takie okazje nieczęsto się trafiają i szafę ma pustą. Rok temu obskoczyła studniówkę i teraz drugi raz w to samo ubrac się nie ubierze. Byc może chadza w spodniach, ale bal jest balem i kobieta kobietą.
-„To kupisz sobie NOWĄ sukienkę?” – Janeczka wywróciła oczami z zachwytu
-„Pójdę i zobaczę” – mruknęła okrutnie nieszczęśliwa Matka, która zaraz sobie wyobraziła, że bedzie musiała porzucić w sklepie ukochana skórzaną kurteczkę, ściagnąć portki, buty i w zasadzie całą resztę i tak w kółko macieju.
No i poszła.
Do oblecenia było kilka wielkich sklepów z niezliczonymi stoiskami. Matka już kilka tygodni wcześniej wykonała genialny manewr taktyczny, który polegał na wyjeździe do Sąsiedniego Większego Miasta, gdzie znajdują sie ogromne galerie. Skutek był taki, że ilekroć zawieszała oko na jakiejś sukience słyszała radosne:
-„Dzień dobry sorko!!! Mamo, mamo, zobacz, to nasza sorka ze szkoły!”
Nie pomogło ewakuowanie się do bocznych uliczek – cała Matki Matropolia ruszyła na poszukiwanie sukienek do Innego Miasta.
Matka wróciła z niczym, dowiedziała się, że trafiło się i wesele, i studniówka jest wyjątkowo wcześnie, więc wpadła w najczarniejszą z rozpaczy, i o sprawie zapomniała.
Ale przyszła kryska na matyska i za trzy dni trzeba sie ubrać. Najpierw spodniowo – bo te zdjęcia, potem elegancko, no bo ubaw.
Matka przejrzała oferty sukienkowe. Odrzuciła wprawnym, wirtualnym gestem wszelkie krótkie i na ramiączkach cienkich, jak włos lub bez nich. A potem rozerzała się zdumiona, bo zostały jej ze trzy szmaty w kolorze różowym lub błękitnym i kroju wsiowym typu : „remiza, w mordę i wylot”.
-„Ja bardzo przepraszam” – Matka podrapała się w głowę -„Nie ma teraz sukienek, pod które można włozyć normalną bieliznę? Nie taką ze sznurków?”
-„A nie, no są!” – panienka wyciagnęła kolejne wersje, tym razem trumienne chyba.
Matka spojrzała z zazdrością na kobietkę mierzącą właśnie sukienkę królewny Śnieżki.
-„A rozmiaru 34 pani nie ma?” – spytała kobietka ogladając się krytycznie w lustrze a Matka zabiła ją wzrokiem natychmiast.
I poszła dalej, a potem pojechała, i kręciła nosem raz tu, raz tam. A to cena oscylowała wokół czterech cyfr, a Matka zdrową na umyśle jest bardzo, a to krój wsiowy, a to wreszcie wszędzie to samo.
-„Niech pani spojrzy, jak piękna jest ta w kolorze starego złota!”- zachęcałą Matkę starsza pani.
No piękna to ona była. W ośmiu stoiskach taka sama.
Matka siadła w samochodzie, obmacała swoje korzonki i wykonała telefon do MiaUżona:
-„Załatw mi te zabiegi natychmiast, bo ja czuję, ze nie wysiedzę na weselu ani minuty!”
Plecy rypały Matke okrutnie. MiaUżon uwinął się w trzy minuty. Nareszcie. Matka za moment biegnie na różne fizjoterapie. Niestety nie wiadomo, czy pomoga piorunem. Raczej nie. Jak ją pognie, to o sukience będzie mogła tylko pomarzyć.
Wróciła do pierwszego sklepu.
-„To ja przymierzę te sukienkę!” – pokazała palcem kieckę królewny Śnieżki w kolorze brązowym i wzdrygnęła się.
-„Bedzie pani wyglądać pięknie!” – pojawił się małżonek pani sprzedawczyni, a Matka od razu miała na sumieniu kolejne morderstwo.
A potem wsadziła na siebie halke z jakimiś drutami, na to spódnicę, gorset, który córka pani zasznurowała jej z poświęceniem, i bolerko. Było więc bezpiecznie od góry. No, w miarę bezpiecznie.
-„Mało miejsca!” – wystękała Matka, próbując przejrzeć się w lustrze.
-„Alez nie, nie, niech pani wyjdzie!”- zaprotestowała pani właścicielka -„Tu jest wielkie lustro!!!” – i pokazała Matce przyrząd, który znajdował się w odległości pół kilometra od stoiska.
-„Tak mam wyjść???” – Matce stanęły włosy dęba na głowie.
-„No a jak?” – pani wytaszczyła Matkę z przebieralni. Nie było wyjścia.
Matka otrzepała pióra i podeszła do lustra.
-„O, w mordę!” – mrukneła do siebie.
-„A widzi pani?” – klasnęła w łapki pani.
-„Bedą się za panią oglądać wszystkie chłopaki!”- pan przygrzał komplementem z grubszej rury.
-„Nie, no wie pan, jeden to się już obejrzał jakieś dwadzieścia pięć lat temu…”- zaprotestowała Matka
-„Ty stary durniu!” – właścicielka trzepnęła małżonka w rękaw.
-„Oj, fajna sukienka!” – jakaś kobietka zachwyciła się przechodząc.
No fajna. Matka nie sądziła nawet. I nabyła ją szybko.
-„Pokażę wam jak wyglądam, ale nic macie nie mówić tacie, zrozumiano? Bo sukienkę facet ogląda dopiero wtedy, kiedy sie wychodzi na bal. ” – uzgodniła Matka z Potworami, kiedy odebrała je od Babci.
Pokiwały energicznie głowami, wpadły w zachwyt i Matka się rozebrała, upychając sukienke do szafy.
-Mamy tajemnicę, mamy tajemnicę!” – uradowały się.
Wieczorem przyjechał MiaUżon i poszedł do sypialni sie przebrać.
Matka usłyszała galop Janeczki.
-„Witaj tatulku!” – zawołała – „Mam dla ciebie pytanko za trzy punkty : jak sadzisz, jaką sukienkę kupi sobie mama na wesele?”
Matka zazgrzytała na dole zębami.
A potem usłyszała tętent delikatniejszy, należący bez cienia wątpliwości do Potworka.
–„A MY to mamy sekret z mamą i wcale się od nas NIE DOWIESZ, że mama kupiła sobie piekną, nową sukienkę, która wisi tu, w szafie, bo to jest nasza TAJEMNICA!!!” – i Potworek przesunął drzwi z tę i z powrotem.
A Matka Potwory zamordowała natychmiast i nie wie, o czym Wam bedzie dalej pisać. Ot, co!
Pierniki bez Potworów

Matka siadła wreszcie, zrobiła zdjęcia piernikom, które znikają w zastraszającym tempie ("Mamusiu, czy nie uważasz, że ten ci sie nie udał?" – i Matka zawsze tak uważa…)i wysyła życzenia.
-"Nie włożymy w tym roku czapek Mikołaja i nie damy sobie zrobić zdjęcia do życzeń!" – zapowiedziała Janeczka.
-"A dlaczego?" – zdumiałąa się Matka, która odsunęła stół, żeby uzyskać jednolite tło, włączyła aparat i naostrzyła zęby.
-"Bo nie możemy znaleźć czapek!" – oświadczył Potwór stanowczo i bez najmniejszego żalu wyniósł się na górę.
A Matka postanowiła wysłać wirtualne pierniki, bo nie wpadła na żaden inny, o odkrywczym nie mówiąc, pomysł.
Cóż – kapusta z grzybami, z grochem ani barszczyk sie raczej nie nadają, choć Matka wielokrotnie zdobyła w tej konkurencji mistrzostwo świata. jakieś takie lekko niefotogeniczne są.
A pierniki owszem, które to wyroby zawdzięczamy w tym roku Jutcie – DZIĘKI WIELKIE. Mamy je w postaci rzeczywistej i autorskiej (Jutta przysłała cztery wzorce absolutne!) i również w postaci nędznych kopii, których Matka wykonała trzysta z okładem. Mniej więcej koło dwusetnego uzyskała wreszcie odpowiednią konsystencję lukru (jak się okazało bardzo ważna rzecz jest to!) a wszelkie niedoskonałości w piernikach witrażowych postanowiła zamaskować chytrze, bo tu już poległa na polu walki…
Nieważne!
A Wam – kochani – wszyskiego co najlepsze życzymy, spokoju, pogody ducha i zdrowia! Uśmiechu szczerego, dobrych słów dla wszystkich i daru przebaczania tym, którzy nas krzywdzą!
Do zobaczenia za chwilę, a tymczasem miłych spotkań przy stole!
To byłam ja – Matka Polka z Potworami
Jasełka – show
Matka w przerwach między wigiliami w pracy pierniczy. Dosłownie. Napiekła różnych krzywulców i postanowiła je naprostowac lukrem, ale jak to bywa pierwszy raz – wyszło jeszcze bardziej koślawo. No bo Matka zobiła sobie tutkę z za dużą dziurą…
Najgorsze jest to, ze leżą przed nią pierniki nadesłane przez juttę i traktowane są przez Matkę jako wzorzec piernika z Sevres pod Paryżem. na próżno. Jutta jednak twierdzi, że te pierniki wypieka już siedem lat, co Matkę pociesza, nic jednocześnie jednak nie zmieniając w kwestii krzywizny własnych. trudno.
MiaUzonowi i tak sie podobają, ale Matka podejrzewa to podstep chytry – wszak gdyby im cokolwiek zarzucił, Matka odstawiłaby go od stołu, co byłoby kara najgorszą. MiaUżon należy bowiem do tego samego gatunku, co Matka – znajdzie słodycze nawet tam, gdzie ich wcale nie ma. Mogliby się właściwie zatrudnić i dorabiać sobie do pensji na lotnisku, gdyby tylko przewożenie słodkich rzeczy było nielegalne.
Ale Matka tu wpadła w piernicząca dygresję, a wcale nie o tym miała donieść.
Wspomnieć nalzy mianowicie o jasełkach, które odbyły sie w maryśkowym przedszkolu i dziecię było tam przebrane za Panią Lato.
Matka pojawiła się pół godziny wcześniej, dzięki czemu miała okazję ujrzeć Maryśkę, która pojawiła się w szatni służbowo i co zostało już wcześniej opisane. Kiedy więc Matka pozbierała szczękę z podłogi i przestała wietrzyć jamę gębową, udała się w podskokach do sali powiedzmy to gimnastycznej i zapusciła korzenie w pierwszym rzędzie. Wkrótce zaczęli napływać rodzice, którzy szybko zajęli miejsca siedzące, a spóźnieni stali murem za krzesłami. Tłum był gęsty.
Nadciagnęły maluchy, a potem czterolatki i stanęły półkolem wokół kreski narysowanej przez panią. Niby trochę wojsko, ale w końcu trzeba było zostawić odrobinę miejsca dla występujących. Maluchy stały z wypiekami na twarzy – za chwilę miał się przecież pojawić Mikołaj. Czterolaty jedne przebrane, inne nie, ale też przejęte występem.
-"Witamy państwa serdecznie na jasełkach w naszym…" – zaczęła pani dyrektor.
Głos zabrał Piotr Rubik. Zapitolił najnowszym (powiedzmy to) "hitem".
-"A witam, witam pani kierownik!" – ucieszyła się mamusia koleżanki Maryśki -"Niedługo będę w pracy to wyśle pani maila! Słucham? Tak, zrobiłam wszystkie zestawienia! Oczywiście! Zaraz wysyłam. Ma się rozumieć, zdążymy!" – i hukneła klapką Motoroli.
Dzieci zafalowały.
-"Dzieci przygotowały dla państwa…" – pani dyrektor znów się przebiła, ale Michał Wiśniewski był szybszy. Polifoniczny.
-"Już wysłałem samochód! Paczka poszła! A ja nie wiem, proszę pana, są święta, to zależy od poczty. Moze na jutro dojdzie. Świeże, jasne, że świeże!" – zaryczał tatuś z ostatniego rzędu.
Dzieci zagłuszyły pana pasterzami, co przybieżeli do Betlejem. Wykorzystując chwilę ciszy zaczęły jasełka.
-"Przybyli za gwiazdą trzej… trzej…trzej…" – zaczął chłopczyk w czerwonym sweterku ściskając mikrofon, aż leciał z niego sok.
-"To znowu pan?" – zaryczał tatuś z tylnego rzędu – "Niech pan dzwoni na pocztę i się dowiaduje!"
-"Przybyli trzej…"- chłopczyk zrobił podkówkę i zaciął się na amen. Z pomocą pospieszył kolega i wyrwał mikrofon z ręki czerwonego sweterka.
-"A ja bym kciał, bym kciał, żeby ten Mikołaj, co to zara przyńdzie, przyniósł mi robota. RO-BO-TA!!!" – wrzasnął
-"Trzej królowie, gdzie są trzej królowie?" – zatrzepotała rękami pani.
Trzej królowie nadeszli z darami. Pierwszy wygłosił kwestię do mikrofonu i z przejęcia przekazał następcy wielkie, pluszowe berło.
Melchior sie wkurzył.
-"Nie dawaj mi berła, palancie!" – wykrzyknął – "Mikrofon daj!"
Nie zdążył.
-"Niech ten Mikołaj sie nie pokazuje bez robota. RO-BO-TA!" – kolega znów pojawił się w eterze. Wzmocniony.
A potem zaatakował monofoniczny Krzysztof Kiljański.
-"O matko, przepraszam, przepraszam!" – jakas babcia taranowała gawiedź przepychając sie do wyjścia i naduszając wszelkie przyciski, żeby wyciszyć Kiljańskiego – "To CÓRKA dzwoni!" – informowała kolejne rzędy.
Matka bawiła się świetnie. Odłożyła aparat, bo na scenie kotłowało się kilkunastu rodziców szukając miejsca do zrobienia zdjęcia Mikołajowi, który miał nadejść po zakończeniu jasełek. O ile by do tego doszło.
Matka zza pup mamuś i tatusiów dosłyszała,że Potworek jak czołg wygłosił swoją kwestię Pani Lato i pomyślała sobie, że zrobi mu zdjęcie potem i dorobi najwyżej mikrofon w Photoshopie.
I wykonała kilkanaście fotografii, na których widać albo tyły Maryśki, albo wręcz jej ułamki. I zastanawia się, co pokazać. No może zdjęcia poimprezowe? Tu jest trochę lepiej.
Bardzo więc proszę:

Zjawisko paranormalne
Matka wzięła wczoraj wolne i popędziła na jasełka do przedszkola. Dobrze, że poprzedniego wieczoru Potworek raczył mimochodem przypomnieć o imprezie, bo plama byłaby na całego – Maryśka do instytucji chadza w getrach i podkoszulkach i raczej na jasełka się one nie nadają. Tym bardziej, ze przecież dziecię miało wygłosić tam kawałek jakiejś roli o jagódkach i poziomeczkach, czy czymś takim. Może o grzybkach zresztą?
Matka przepruła więc szafę wzdłuż i wszerz w poszukiwaniu kiecki, co jest w domu Matki przedsięwzięciem bardzo karkołomnym – równie dobrze można szukać jej było w garniturach i koszulach MiaUzona. Zapewne ma tyle samo spódnic, co i Matka…
Na szczęście znalazła sie okrutnie bożolnarodzeniowa sukienka w czerwoną, szkocką kratę, z wstawką z czarnego aksamitu na biuście i w mankietach, kokardą i białym kołnierzykiem. Do tego zestawu Matka dorzuciła czerwone rajstopki po Janeczce i przepaskę z króliczkiem Bruni (czy jakoś tak). Nie trzeba dodawac, że była to sukienka, której Potwór nigdy w życiu na siebie nie włożył jako zbyt obciachowej.
Potworek wpadł jednak w dziki zachwyt!
Matka nie miała więc problemu z jego porannym wstawaniem, bo na hasło „czerwona sukienka” wyprysnął między szczebelkami łóżeczka i pogalopował do łazienki. Umył się, ubrał i wyglądał prześlicznie. Matka zatarła rączki, bo wiedziała, że Maryśka na pewno zwróci w przedszkolu uwagę rodziców swoim wyglądem.
-„Tylko nie oblej się zupą przy obiedzie!” – przestrzegła Matka Potworka i pojechała robić zakupy.
W sklepach zeszło jej piorunem i w zasadzie zostało tyle czasu, że do domu jechać się nie opłacało a do przedszkola było jeszcze za wcześnie. Matka wykombinowała sobie jednak, ze przyjdzie pół godziny przed czasem i przynajmniej usiądzie w pierwszym rzędzie, żeby choć raz móc robić zdjęcia bez problemu.
Weszła do szatni a tam cisza głucha, dzieci zapewne jadły właśnie obiad. Nikogo z obsługi, ochraniacze na buty przygotowane, wieszaki też. Matka spokojnie się rozebrała, powiesiła kurtkę na wieszaczku Maryśki i podeszła do drzwi i przejrzała się w lustrze, kiedy nagle usłyszała szelest. Szelest był bardzo szlachetny i kazał jej się natychmiast odwrócić…
Do szatni bez słowa weszła dziewczynka ubrana w zjawiskową, żółta sukienkę do samej ziemi, przybraną kwiatami. W rączce miała koszyczek z płatkami róż, a na głowie cudny, słomkowy kapelusik, na którym mieniły się wieloma barwami inne kwiatki.
Matka pomyślała sobie o wczorajszym szukaniu sukienki dla Potworka, kiedy mało co nie straciła życia stojąc na nocnej szafce z pekniętym blatem. Pomyślała bardzo krótko, bo dziewczynka wyglądała tak pięknie i uroczyście, że Matce oczy przybrały wygląd półmisków do karpia w galarecie, szeroko otworzyła się paszcza ze zdumienia i szczęka opadła na podłogę. I Matka zastygła w takiej pozycji.
Dziecię obrzuciło Matkę szybkim, królewskim spojrzeniem, podeszło do swojej szafeczki i usiłowało z godnością wsadzić poprzednie ubranko do przegródki, co niekoniecznie się udawało, ale materia w końcu została pokonana bez konieczności odstawiania koszyczka z kwieciem na ziemię.
Matka dalej stała jak wryta, porażona widokiem sukienki. Tymczasem do szatni weszły jeszcze dwie mamy i wykonały analogiczny opad szczęki z wmurowaniem w podłogę włącznie.
Dziewczynka odwróciła się na pięcie uważając na fałdki sukni i wolno popłynęła w kierunku korytarza, żeby zniknąć w sali za zakrętem.
Matka z trudem sie pozbierała i zdążyła tylko wykrztusić w ostatniej chwili:
-„Eeeeeeee….dzień….dobry!”
Dziewczynka nie zatrzymując się lekko skinęła głową:
-„Dzień dobry…” – odrzekła bardzo uprzejmie -„…mamusiu!”
Never more!
Matka padła na pysk po tej lekcji poglądowej na temat wyrobu aniołów. Siedziała w szkole od ósmej rano do siedemnastej, zeby posprzatac ten bajzel. I tak, jak przewidywała – młodzież raczyła przyjść w ilościach nieprzerabialnych na pierwszych dwóch godzinach, a potem sytuacja normalniała.
Trup ścielił się gęsto, fruwały kulki z masy solnej, gawiedź patrzyła i darła paszcze. Matka sypała do misek, które dało się policzyć na palcach jednej ręki, makę, sól i lała wodę. Macała masę, czy dobra, czy nie. Łapała się za głowę, bo każdy robił swojego maszkarona i nie zamierzał nikogo słuchać. Z jednej strony Matka miała dobrze, bo nie przemęczała się dodatkowo, ale z drugiej – plon pracy jest taki, ze ciężko powiedziec, czy ktos go nabędzie…
Mamy więc połowę aniołów z downem, jedną czwartą niedorozwiniętych, potem parę procent inwalidów życiowych, do tego dochodzą anioły upadłe, punki, skiny i poczwary. Ile tego było Matka nie wie, ale zasłała cała podłogę w kanciapce, zakluczyła i finał. Zajrzy po świętach. Jakaś setka będzie, albo lepiej.
No jest parę aniołów możliwych a nawet bardzo ładnych i to jest sukces. Poza tym jakieś trzydzieści osób siedziało murem, no, może i z czterdzieści nawet, i mordowało się z jęzorami na wierzchu i prawdziwą przyjemnością.
Matka odsiewała element nawiewający z lekcji, trafiał ją jasny szlag, bo porżnięto na kawałki ręcznie dzierganą z nitki, zjawiskową koronkę- wstawkę z sukienki Babci Matki, jakieś osiemdziesiat lat z okładem miała ta koronka(zabrana bez pozwolenia ze stolika Matki) i padała z pragnienia, i głodu.
A potem posprzątała z kilkoma osobami aulę, żeby panie woźne nie wyzionęły ducha i przeniosła anioły jeden po drugim w bezpieczne miejsce.
-„Nigdy więcej!” – zawołała Matka przechodząc pustym i ciemnym korytarzem – „Nigdy więcej nikt mnie na nic podobnego nie namówi!!!”
-„Rok temu mówiła pani to samo, pamiętamy!” – woźne wystawiły głowy z dyżurki.
-„Naprawdę?” – zdumiała się Matka.
-„Naprawdę! Przy okazji dekoracji bożonarodzeniowych! – przytaknęły panie woźne.
No faktycznie.
Bo człowiek to jednak bestią zapominającą jest.
I dobrze.
Bo już nikt by nie kiwnał palcem.
Nigdy.
A kiwa!
Szum skrzydeł znów
Matka jednak pomalowała anioła, ale tylko dużego. W poniedziałek będzie uczyć dzieci. Ma przyjść 186 osób, ale na szczęście rozłożone na pięc godzin – co nie znaczy, że na jedną nie bedzie chciało się wbić ze sto…
Matka teraz siedzi i przelicza ile ma kupić mąki i soli.
Jakby nie kombinowała to bagażnik w samochodzie jej się zarwie!
A co dalej, to woli nie myśleć.
Bardzo proszę: anioł przed i po.
