Matka przypomniała sobie pewną dziwną noc przed świętami Bożego Narodzenia – pierwszymi spędzanymi bez Ojca Matki, który zmarł nagle w wakacje. Śnieg leżał ogromny, wisiały nisko chmury i czerwonawe światła na ulicy odbijały się w nich tak, że było na dworze jakby jaśniej, niż zwykle. Matkę obudził dziwny odgłos, a przecież wtedy ruchu nocnego praktycznie nie było i w centrum miasta cisza dzwoniła jak na wsi.
Matka- pierwszoroczna, beztroska licealistka wstała wtedy i podeszła do okna bez okularów. Szyby się trzęsły i Matka wiedziała tylko, że to nie sąsiad i jego wściekła syrenka.
Wyjrzała na ulicę i wróciła do biurka po okulary.
Spojrzała znów, wywaliła oczy jak talerze do spaghetti i pognała po Matkę Matki.
Ta przyszła, wykonała po chwili manewr okularowy i bez słowa podeszła do telefonu.
Odłożyła słuchawkę i włączyła radio.
Wyłączyła i rzekła krótko:
-„To już”
Matka nie wiedziała za bardzo co JUŻ, ale cieszyła się póki co, że nie strzelają.
Z tego czołgu, co stał do rana pod oknami…
Anioł zaleciał
Matka przylazła sobie na okienko do domu. Nie, nie ma blisko, ale siedzenie w szkole jest czasem zmarnowanym – poprawiać klasówek się nie daje, zresztą Matka ma to już chwilowo z głowy.
Kawka? W domu też smakuje.
Dodatkowa robota? Dziękujemy bardzo. Matka woli oblecieć szyby w drzwiach i wstawić pranie. Innymi słowy okienka w pracy już jej nie bawią.
A w domu zawsze można coś przygotować do kolejnej lekcji, albo i machnąć sporo na obrazku.
Matka jest tak zachwycona brakiem obrazu na sztaludze (oby ten stan nie trwał jednakowoż wiecznie…), że postanowiła się nauczyć robić aniołki z masy solnej. Przejrzała internet, w którym jak sie okazało nie jest aż tak wiele i zrobiła replikę jakiegoś małego aniołka – świeczniczka. Poeksperymentowała następnie z różnymi masami, doszła do wniosku, że nie ma to jak masa świeża, nie zadna lodówkowa.
Potem zaszła jeszcze do pokoju Maryśki, zdjęłą ze ściany nieco nadwyrężonego sporego anioła – mroczny przedmiot pożądania Janeczki – i znów zrobiła takiego samego.
Niestety w internecie mnóstwo jest tandety, która wygląda tak okropnie "niemiecko" – błyszczące krasnale i inne stwory. To już Matka woli słodkie anioły, pod warunkiem, że są dobrze pomalowane. Czesto niestety wyrób z masy solnej wygląda pięknie, dopóki się go nie zachlapie farbą…
To Matka aż się boi.
A chciała zrobić dzieciom w szkole warsztaty lepienia, tylko czy nie za wcześnie aby? Jak Matka sama nic nie umie…
Póki co wydaje majątek na prąd, co to suszy jej trzy aniołki w piekarniku. Suszy, suszy i skończyc nie może. Bo jak sie okazało różne masy różnie schną. Masa lepsza schnie wolniej, psiakość!
To to by wyszły zajęcia chyba wielkanocne w ten sposób.
Jeśli jednak ktoś ma jakies piękne wzorki aniołkowe, przepisy sprawdzone i tak dalej, to Matka się poleca.
A najlepsze jest to, że Potwory pocmokały nad Matki wyrobami (ale cmokają nad wszystkim, więc Matka zdziwiona nie jest, można je zadowolic na szczęście byle czym) i wcale, ale to wcale nie miały ochoty ulepić czegokolwiek. Nawet nie zapytały.
I tu Matka nie wie czemu, ale siedzi cicho.
Taka wstrętna jest.
Ale jak juz sztukę opanuje to coś z nimi zrobi, nie będzie taka.
A póki co – zdjęcie małego aniołka przed malowaniem.
Takiego całkiem własnopomysłowego.
Gość prosto z pieca:

Dziś pytanie, dziś odpowiedź
Matka pognała dziś z rodziną do kościoła nieco wcześniej, bo Potwór miał przyobiecane w zeszłym tygodniu, że odczyta modlitwę wiernych. Jedno wezwanie oczywiście, ale i tak sprawa była poważna, bo wszak Janeczka nie należy do szkoły w swojej dzielnicy, więc opuszczają ją wszelkie takie przywileje. Ostatnimi czasy siadywała jednak wraz z innymi dziećmi, więc siostra postanowiła z nieznanych Matce powodów zaryzykować i od świtu Janeczka była zwarta i gotowa.
Siadła w pierwszej ławce a Matka kątem oka zauważyła, że dostaje ofoliowaną, sporą kartkę, czyli dobra nasza. Gra i buczy. Niestety oko ma dwa kąty i w drugim usadowił się Potworek, który zapuścił korzenie przy Janeczce i wcale nie myślał wracać do starych. Ci z tego powodu nie wpadli w specjalną rozpacz, ale sytuacja była nowa, trudno zaprzeczać.
Matka trochę obawiała się jak też to będzie, bo inne dzieci miały okazję poćwiczyć w domu, ale Potwór czyta płynnie, wyćwiczony na Tomkach w krainie oraz gazetkach Witch.
I można było siedzieć spokojnie, bo Janeczka położyła towarzystwo na łopatki. Po koncercie dziatwy czytającej dukająco, egzaltowanie lub piejąco Potwór przeczytał wezwanie z godnością, głosno i wyraźnie. Po prostu normalnie.
Matka spuchła z dumy i był to zabieg w danym momencie bardzo pożądany, bowiem leżała była na posadzce, która z punktu widzenia parteru atrakcyjną nie była i należałoby opisać ją jako chropowaty beton. matka znalazła się tam za sprawą… ale może od początku:
Wikary w parafii Matki ma zwyczaj ppodczas mszy dla dzieci, zwanej zresztą mszą z udziałem dzieci, bo i dorośli się za bardzo nie nudzą, wychodzić z mikrofonem na środek i zapraszać dziatwę do siebie. Janeczka bywała też na środku cierpiąc straszliwe, bo nigdy nie udawało jej się dopchac do mikrofonu -takie sa skutki parkowania ciała na szarym końcu.
Dziś wikary nawiązywał do nadchodzących świąt Bożego Narodzenia i zadał wyjątkowo niewygodne pytanie jak to jest, ze Pan Jezus umarł na krzyżu, ale czekamy co roku na Jego narodziny. Dzieci odrzekły ochoczo, że nie na narodziny, ale na urodziny a to duża różnica. Janeczka znalazła się w chwalebnym gronie mlodocianych dźgających paluchami w stronę mikrofonu, co Matka zauważyła wprawnym, osoczewkowanym oczkiem.
-„A które to urodziny Pan Jezus w tym roku obchodzi?” – spytał wikary i zdumiony nie ujrzał lasu rąk.
-„No jak to?” – brwi powędrowały mu poza granice administracyjne głowy – „Przecież to bardzo proste!” – i wysunął mikrofon nad głowy dzieci.
Zapadła głucha cisza.
-„No ile lat miałby Pan Jezus gdyby dziś żył?” – nie dawał za wygraną wikary, ale mina mu zrzedła -„O, mamy odpowiedź!!!”
I przemieścił się w kierunku chętnego do jej udzielenia. Matka nic nie widziała, ale po chwili złapała się za serce.
Usłyszała bowiem znajomy grzechot oczek, który przez głośniki rozszedł się echem po kościele.
–„Eeeeeeee…..” – zapiszczał Potworek i podał najwyższą znaną sobie liczbę jako wiek Pana Jezusa. Głośno, wyraźnie i tonem nie znoszącym sprzeciwu –„PIJĘŁTNAŚCIE!!!”
A tylko spróbujcie zaprzeczyć!!!
Red
Matka wróciła właśnie z Sąsiedniego Wiekszego Miasta, w którym była u tak zwanego oprawcy. Zawiozła swój, a właściwie już nie swój obrazek i nawet go nie obejrzy jak też wygląda w ramie, ale sama myśl, ze będzie musiała znów jechac kilkadziesiąt kilometrów napawa ją obrzydzeniem. Matka nie znosi bowiem pozamiejskiego ruchu kołowego o miejskim nie wspominając. Ktos kiedyś zapytał Matkę:
– „Lubisz jeździć samochodem?”
Matka zamysliła się, a w tym czasie większośc społecznośc w róznych rejonach świata na takie pytanie odpowiedziała:
-„Samochodem? Ależ O-CZY-WIŚ-CIE!!!” Ten zapach benzyny, szum kół, klakson, adrenalina, światła, Hi-Fi, szybkość! Nie wyobrażam sobie zycia bez samochodu!!!”
Matka chyba tez sobie nie wyobraża. Odkąd pamięta zawsze w domu był samochód. teraz z MiaUżonem maja dwa, bo jedno dojeżdża do roboty do innej miejscowości a drugie rozrzuca Potwory, nabywa pozywienie dla tychże, przyrzuca Potwory i siebie przy okazji i tak dalej. Ale zaraz lubi?
Matka jada chleb, ziemniaki, chodzi, oddycha i jeździ samochodem. Normalka.
-„Samochodem?” Korek na moście, smród oleju, czerwony na mordzie z irytacji taksówkarz, upaćkany błotem samochód, Potworek z brudnymi kolanami od takich samych progów – w końcu nóżki ma jeszcze krótkie, mamo- gorąco, mamo- duszno, mamo otwórz okno, mamo – wieje, mamo- siku, SIKUUUUUUUUU!”
Nie! Matka nie lubi jeździć samochodem. Nawet jeśli w srodku jest zawsze tak czysto, ze można jesć z podłogi. Bo samochodem zawsze się gdzieś pędzi, gubiąc po drodze widoki, rozmowy i spojrzenia. Bo tak się żyje – w wiecznym biegu.
Ale nim jeździ, bo inaczej to już całkiem by było do chrzanu.
Ale Matka nie o tym miała.
Wróciła, ma pustą sztalugę i nic przez najbliższych kilka dni nie musi.
Przygotuje się do zajęć w szkole na przykład – o, jaka porywająca robota.
Może aniołki z masy solnej nauczy się robić? Nigdy nie próbowała.
Prezentów poszuka…
Uuuuuu…prezentów…
-„Napisz koniecznie kartkę do świetego Mikołaja!” – zawołała sąsiadka do Potworka – „I wrzuć ją do mojej skrzynki!”
Maryśka sie przejęła misją.
-„Popjosze kajtkę, długopis i będę pisać!” – rozsiadła się przy ławie, wywaliła jęzor i zaczęła.
Matka dostarczyła tylko kwadratowej, pomarańczowej kartki i zerkała przez ramię, ale nic nie było widać.
-„Skończyłam!” – obwieścił Potworek z triumfem i pokazał dzieło.
Na bumadze nasadzonych było z pięćdziesiąt pionowych kresek, pijanych mocno i różnej długości, choć domniemywać należy, ze miały wyglądać jak zołnierze przed przepustką.
-„A tejaz się ubiejamy i idziemy wrzucić do skrzinki!!!”- zarządził Potworek i ruszył w celu nadziania obuwia na ustopienie.
Matka spojrzała z rozpaczą przez okno i dojrzała strugi deszczu.
-„Ale może jednak innym razem…?”- zapytała.
-„Tejaz!!!” – Maryśka posłała jej spojrzenie bazyliszka przetykane nitkami z jadu – „Chcesz, żeby Mikołaj odjechał?”
Matka nie chciała.
Ubrały się, poszły i wrzuciły.
-„Myslisz, że pani sąsiadka będzie wiedziała o co chodzi?” -zagaiła Matka chytrze.
-„Pani somsiatka może nie, ale Mikołaj na pewno!” – Potworek postukała na wszelki wypadek w skrzynkę i sprawa była załatwiona.
Następnego dnia Matka jechala z Maryśka i janeczka do szkołoprzedszkoli, kiedy sąsiadka wyszła na balkon i oczka miała cokowiek duże.
-„Marysiu, znalazłam kartkę do Świętego Mikolaja…”- zaczęła – „…ale nie bardzo wiem, czy on sie domyśli o co chodzi” – i mrugnęła znacząco do Matki.
Potworek rozpromienił się i zamarł, kombinując zawzięcie.Matka usłyszała grzechot oczek. Znajomy grzechot.
-„To może mi powiesz na uszko?” – zachęciła sąsiadka.
-„Dobja!!!” – podskoczył Potworek i wyszptał coś na ucho sąsiadce a tej oczy robiły sie coraz większe, i większe, i większe. A potem pognał w kierunku samochodu a Matka wykorzystała moment do szpiegostwa.
-„Co napisała?” – mruknęła Matka nie kłapiąc paszczą
-„Chce wszystkie prezenty, jakie ma tylko Mikołaj i duuuużo CZERWONEJ miłości!” – wysapała sąsiadka.
No to jasne.
Zwłaszcza ta miłość.
Czerwona.
Raz…dwa…trzy…próba łącza
Matka nastawiła mycie naczyń, padła na kanapę, pomyślała sobie, że MiaUżon właśnie bankietuje aż piszczy, ale za to jutro wraca i będzie impreza. Karkówka wyciagnięta z pieca, schabik też, ciasto lodowe się chłodzi i makowczyki wyciagnięte, choc skubańce jedne opadły – tak to sie kończy używanie gotowej masy makowej a nie swojej własnej…
A na jutro zostało zrobienie galaretki z przygotowanego juz kurczaka, zalanie klopsa – zwanego elegancko w niektórych kręgach pieczenią rzymską – galaretą, szynki nadziewanej Matka nie wie jeszcze czym – również oraz sałatek.
I teraz pytanie główne – czy Matce padło na munio, że miast kłaść się spać pisze takie głupoty w środku nocy?
Odpowiedź jest prosta:
Matka testuje zainstalowaną właśnie neo.
Działa.
Matka nie wie, czy to carrie_c maczała w tym palce, ale dziękuje z całego serca. Bo coś czuje, że przynamniej częściowo tak było.
Tak czy owak – Matka wraca w pełnym wymiarze godzin.
Złośliwa, marudząca i pamiętliwa.
Jak zawsze.
I z Potworami!
But inaczej
Matka siedzi i tak sobie myśli o tym, co w komentarzu napisał jej no nie. Kupujesz Matko po pierwsze MiaUżonowi buty. No Matka podejrzewa, że gdyby tego nie robiła, to szłaby za MiaUżonem na ulicy jak żona Bułgara albo innego Pakistańczyka. Ale co tam! Jojczysz Matko. Jojczysz? Ależ oczywiście!
Matka jednakowoż potrafi bardzo pięknie nie jojczyć. Godność osobista, literacki język i tak dalej. Matka co prawda ma znaczne braki w literaturze współczesnej, żeby nie powiedzieć, że braki całkowite, bo jedyną lekturą ostatnimi czasy bywają gazetki z hipermarketów, wiadomości w lokalnym szmatławcu oraz literatura fachowa – i tu już żartów nie ma, fachowa ona jest niezwykle i Matka wkuwa do lekcji jak najęta.
Ale spróbuje.
Spróbuje przedstawić swoją rzeczywistość tak, jak przyzwoitość nakazuje.
No to ostatnia notka o butach w wersji grzecznej.
Avanti:
Matka zgodnie z prośbą swego jedynego i ukochanego męża udała się w sobotę – dzień wytchnienia po całym tygodniu ciężkiej i mozolnej pracy – do miasta. Kiedy Maria i Janina, córki Matki i jej męża otworzyły rano błękity swych ocząt i zarzuciły rączyny swym rodzicom na szyję, wszyscy zgodnie siedli do porannego posiłku a woń kawy i świeżych bułeczek raźnie roznosiła się po domu. Mąż Matki poprosił ją następnie nieśmiało, żeby udzieliła mu wsparcia w trudnej dla niego decyzji, jaka jest wybór eleganckiego obuwia do garnituru. Cóż – sprawa łatwą nie była. Stopa męża jest bowiem dość znacznych rozmiarów i do tego posiada wysokie podbicie, stąd większość z wybieranych par butów okazała się nie do przyjęcia. Personel sklepu okazywał Matce i jej mężowi wsparcie, co napawało jej serce otuchą i pomagało znosić te trudne chwile. Niecierpliwość męża okazała się być do przezwyciężenia dzięki hartowi ducha Matki, układnemu zachowaniu się Marii – drugiego z dzieci tychże. Starsze dziecko w tym czasie miło spędzało czas w towarzystwie teściowej Matki bawiąc ja lekką pogawędką. Skutkiem sobotnich zakupów był jakże udany zakup trzewików do garnituru, rozmiar 45, kolor czarny. Matka z mężem i Marią wrócili z uśmiechem na ustach do domu, zjedli przepyszny obiad składający się z dwóch dań i trzymając się za ręce poszli na spacer…
Nie, no żeż Matka zaraz się …
Może starczy?
Tak ma być?
Grzecznie, ładnie i układnie?
Czyżby..
🙂
Wyautować się przez but…
Matka ma niejasne wrażenie, że spotkały ją wszelkie plagi egipskie. Klasówki w ilości sztuk czterysta pięćdziesiąt trzy, poprawkowych nie licząc, szkolenie BHP, czyli cztery poniedziałkowe popołudnia z głowy, organizowanie wystaw dla dzieci, dekorowanie szkoły na Boże Narodzenie w perspektywie, (która to perspektywę Matka skutecznie czyni coraz bardziej żabią), wywiadówka, kończenie obrazka do kościoła w DalekimDużoMniejszymMieście MiędzyPoznaniemaKoszalinem, kronika szkolna nietknięta od półtora roku i jeszcze parę atrakcji. No bajka.
Matka – żeby nie zwariować – umyła sobie osiem okienek domowych, bo pogoda była tydzień temu przecudna. Zadowolona z dobrze spędzonego czasu Matka z czystym sumieniem oddała się w piątek siedzeniu przed komputerem w celach czysto zawodowych. Skanowała kucając na podłodze, siedząc na niej i klęcząc a w sobotę pojechała z MiaUżonem, żeby nabyć droga kupna buty tak zwane garniturowe.
-„Eeeeeeeee…” – mawiał MiaUżon w drzwiach sklepu a Matka energicznie wpychała go kolanem.
-„Proszę pani…” – zaczynała Matka szybko cały czas kontrolując z niepokojem otwór wejściowo-wyjściowy-„…poprosimy wszelkie czarne, eleganckie buty rozmiar 45”
I MiaUżon mierzył, otrząsając się z obrzydzenia.
-„Mówiłem, że wyglądam, jak idiota!” – żalił się spoglądając w lustro i ściągając obuwie z szybkością światła.
-„No to teraz te!” – Matka stawiała przed nim następne, równie drogie, firmowe, piękne i w ogóle.
-„Jakieś takie długie są!” – jęczał MiaUżon chowając czubki pod taboret.
-„A jakie mają być, jeśli się miewa taki rozmiar???” – wkurzała się Matka, bo za każdym razem wysłuchuje tego samego. Dodać należy, że Matka odrzuca wszelkie buty z zadartymi noskami, szpicami, klamerkami i innymi wieśniackimi ozdóbkami. Pozostają wtedy zwykle trzy pary, z których MiaUżonowi udaje się wbić na swoje wysokie podbicie jedną, góra dwie.
-„Idziemy dalej” – w końcu MiaUżonowi udaje się wyrwać ze sklepu.
-„Ale dobre są któreś, czy w ogóle odrzucamy?” – Matka się nie cacka. Nie będzie biegać po sklepach po próżnicy.
-„No jedne mogą być” – wije się Miaużon i Matka dobrze wie, do czego zmierza.
-„No to teraz tu!” – Matka weszła do sklepu firmowego, gdzie Miaużon przymierzył pięć par.
-„Te są fajne! „ – rozpromienił się i przetruchtał po sklepie w rzeczywiście ładnych butach.
-„Ale ich nie kupimy…” – ostudziła jego zapał Matka-„…bo są połączone z zamszem i nie będę wysłuchiwać, że ci przemiękają, deformują się i maja zacieki z soli!”
Małżonek był uprzejmy obrazić się śmiertelnie i wszelkie inne buty, w których wyglądał jak młody bóg dyskwalifikował na starcie. Nawet G&R, które podobały mu się nadzwyczaj.
-„To ja się zastanowię i za tydzień któreś kupię!” – rzekł i dał dyla do samochodu.
-„Jeśli myślisz, ze one będą na ciebie czekały i zacierały sznurówki to się grubo mylisz!” – wpiekliła się Matka – „I kupisz sobie je sam, o ile będziesz pamiętał, które to!!!”
Podziałało.
Nie ma bowiem nic gorszego, niż samodzielna decyzja dotycząca kupna czegokolwiek o ubraniu nie wspominając.
Miaużon objechał kwartał i wrócił pod sklep.
-„To były te?” – zapytał z obłędem w oku i dźgnął palcem buty, które mierzył przed pięcioma minutami.
-„Te” – mruknęła Matka i wolała nie patrzeć jak z konta ucieka całkiem pokaźna sumka. Droższych nie było, psiakrew!
A potem wróciliby sobie normalnie do domu, gdyby nie to, że Matka nie nawykła do wsiadania do auta od strony pasażera. Wsadziła lewa nogę na dywanik, wykonała zamach i…i tak została.
-„A ty co?” – zainteresował się MiaUżon po dłuższej chwili oczekiwania.
-„Korzonki!!!’ – zawyła Matka i pomyślała sobie coś, czego może litościwie nie przytoczy.
A potem wsadziła się ręcznie do samochodu, wyjęła też każdą nogę osobno i szła od furtki do drzwi jakieś pięć minut.
I w ten to prosty sposób Matka zwolniła tempo, nawiedziła lekarza, wzięła cały, okrągły dzień zwolnienia, bo przecież klasówki, i posiedziała w domu.
Myśląc, że ma wszystko gdzieś.
Co prawda kolejne trzy dni mogła zaliczyć do bardzo mało udanych, co wie każdy, kto kłopoty podobne miewa, ale już lepiej.
No i buty dla MiaUżona mamy na rok z głowy…
Stylowo
Matka ostatnio tak w piętkę goni, że ledwo ma czas przyjrzeć się Potworom. Nawet wtedy ogląda je zazwyczaj we wstecznym lusterku samochodu…
-„Niech pani przetrzyma Marysię jeszcze ze trzy dni w domu-lekarka uniosła głowę znad pleców Potworka –„Nic niby nie słyszę, ale niech ten kaszel jej przejdzie.”
I wypisała parę mikstur, które pozwoliły Matce skutecznie opróżnić zarówno brzęczącą, jak i szeleszczącą część portfela. Matka Bogu przy tym dziękowała, że skończyło się zaledwie na Eurespalu, który to przesmaczny specyfik, doprawiany zapewne przez bohaterki pierwszego aktu Makbeta, Maryśka wlewa w siebie bez szemrania. Co innego było z Janeczką – ta nie tylko nie piła, ale dostarczała emocji, po których trzeba było myć kuchnię, prać ciuchy (Matki i MiaUżona), myć włosy posklejane pomarańczowym syropem i zastanawiać się co dalej.
Humor jedynie Potworkowi siada, ale to normalne – podobno jedne dzieci są senne, inne pobudzone, ale większość marudząca.
Tak, czy owak Maryśka musi spędzać upojne dni z Babcią, a Matka w tym czasie uczy młódź.
-„Nie masz pojęcia ile się dziś na basenie nauczyłam!!!” – oznajmiła Janeczka z dumą, o czym spuchła . Matka sprawnym gestem wyciągnęła z samochodowego schowka ostra szpilkę od kapelusza i przekłuła Potworowi brzuch, żeby karoseria się nie pogięła. Powietrze uszło z głośnym sykiem i Matka dałaby sobie głowę ściąć, że było lekko różowe.
-„A co mianowicie?”- spytała z nieukrywanym zainteresowaniem, bo temat basenu do niedawna mocno drażliwym był. W lokalu tym panują bowiem warunki, które zniechęcają wszelkie potwory do zażywania kąpieli. Przed wszystkim ze ściany leci pod ciśnieniem woda (czytaj: trzeba wleźć pod prysznic, który jest inny, niż domowy), nie pozwalają się bawić i wreszcie najważniejsze – jest echo. Echo jest straszne. Paskudne i napadające. Potwora.
Matce kamień z serca spadł, kiedy dowiedziała się, że zajęcia dla szkół będzie prowadziła jej koleżanka.
-„No właśnie, co mnianoficie???”- ocknął się Potworek, który siedział do tej pory zamyślony i podziwiał wichurę za szybą samochodu.
-„Umiem pływać na plecach z deską pod głową!”- pochwaliła się Janeczka a Potworek zzieleniał z zazdrości.
-„No brawo!”- ucieszyła się Matka i zerknęła zaniepokojona w lusterko. Potworek siedział dalej zielony i miejscami żółkł.
-„A w ogóle to ja już umiem pływać pieskiem!”- palnęła Janeczka a Maryśka nic, tylko mrugała oczkami.
-„Ale wiesz, pieskiem to daleko nie dopłyniesz, zamachasz się!”- Matka próbowała pocieszać
Potworka ogródkami.
-„To nic!” – Janeczka machnęła ręką lekceważąco- „W końcu pływam nie tylko pieskiem, ale też żabką!!!”
-„O, tak???” – Potworek odzyskał nagle głos, odwrócił głowę w stronę Janeczki, posypał oddech solą, pieprzem i zmroził go na kość –„Pieeees-kiem i żaaaaaab-ką???”- powtórzył wolno i uprzejmie-„No popaczcie pjoszę! A ja pływam tylko KACZKOM, KOTEM I MAŁPOM!!!
Własciwy punkt siedzenia
Co tu Matka będzie zalewać – ma dosyć. Serdecznie dosyć. Nie tylko nie ma w dalszym ciągu Internetu, ale nawet żadnych nań widoków.
-„Zadzwoń do pośrednika z firmy, załatwi wszystko. W-s-z-y-s-t-k-o!” – rzucił kolega.
Matka wykonała telefon.
-„Oczywiście, nie ma sprawy, natychmiast!’ – zabulgotał miły pan –„Łobuzy jedne, zawsze tak robią, bałagan mają a klient czeka!!!”
Klient czeka.
Po dwóch dniach Matka była uprzejma się przypomnieć.
-„Aaaaaaaaa…” – pan zaskoczył – „Bo ja to mam tu takie szkolenie, ale wie pani, zorientuję się i wieczorem dam znać!”
Dał. Przed chwilą.
-„Wie pani, jakby coś, to pani już załatwia tylko ze mną. ZE MNĄ. Ale rozumie pani. To się musi zarchiwizować, co trwa dzień, dwa, tydzień a może nawet miesiąc i ja nie mam na to wpływu!’
A to, to –kurczę (Matka mimo wszystko będzie elegancka) – Matka wie od dawna!!!
A ponieważ Internet od jakiegoś czasu Matka ma już w głębokim poważaniu, więc postanowiła skupić się na życiu domowym, w czym skutecznie przeszkadza jej szkoła. Chyba standard, trudno się mówi.
Matka przygotowała więc materiał na kółko, czyli przeczytała książkę o jakichś głupotach, o jakich nawet na studiach jej nie mówili, a następnie zeskanowała mnóstwo ilustracji i tu jej się znów ukłonił Internet, bo zrzucać z niego jakby szybciej. Wlazła wreszcie na strych, żeby cokolwiek zrobić przy obrazku, który porzuconym jest na amen a to bije po kieszeni.
Siadła więc matka, rozrobiła farbkę, spojrzała na Mateczkę i się wzdrygnęła. Madonna była bowiem w fazie bladego upiora, za to w jadowitych szatkach – tak, jak to wygląda obrazek na miesiąc przed skończeniem. Matka juz, już miała pacnąć brązową farbką w oczko, choć zawsze ma problem jaki tez kolor oczu Matka Boża posiadała, kiedy do jej uszu doszło znajome człapanie.
-„Tu jesteś?” – zdziwił się Potworek, który rzecz jasna nie przybyłby do pracowni bez absolutnej pewności, że Matka tam przebywa.
-„Yyyyyy…” – odpowiedziała Matka zachęcająco.
-„A co robisz?” – konkurs na najbardziej inteligentne pytanie trwał bez przerwy.
-„No co ja robię?” – zapytała Matka. Jakie pytanie, takie pytanie.
-„Malujesz” – stwierdził niezrażony Potworek –„To a sobie tu popatrzę!”
Matka struchlała. Popatrzę – znaczyło: Ty tu sobie siedź i niech ci się wydaje, że ja nie rozrabiam. A ja w tym czasie zepsuję ci komputer, porozwalam zdjęcia, oderwę kilka obwolut od książek, pobazgrzę po klasówkach, objem trzy najdroższe pędzelki, podrapie złoto, wsadzę łokieć w sienę palona, nos w czerwień żelazową, po czym siądę w błękit pruski.
Matka czym prędzej otworzyła paszczę, żeby głośno zaprotestować, kiedy Maryśka jęknęła z najwyższym zachwytem:
-„O jetyyyyyyyyyy…” – i złożyła tłuste łapki –„jakie to jest PIĘĘĘĘEKNE!!!”
Matka spojrzała na obraz: blada twarz, oczka jak węgielki, żadnego światłocienia, szatka czerwona jak straż pożarna i błękitna jak niebo – no ohyda! Obejrzała się więc zdumiona na Potworka i wreszcie zauważyła, ze ten wcale nie podziwia obrazu, tylko cos, co leży wciśnięte miedzy kanapę a półkę z książkami.
-„Co tam masz?” – zapytała zaniepokojona.
Potworek dłuższą chwile oddawał się jeszcze bezgranicznemu zachwytowi, żeby po chwili zapuścić łapkę w czeluść i wyciągnąć…biała, papierową linijkę z lat siedemdziesiątych – ot taką, co ma po jednaj stronie cale a po drugiej centymetry.
Matka wywaliła gały. No toż ohydztwo, które musiało wypaść z jakiejś starej książki.
-„To jest najpienkniejsza…”- wydobył w końcu z siebie głos Potworek-„…najpienkniejsza MIERZAJKA, jakom w życiu widziałam!!!”
No. I chrzanić internet!!!
Lost
Matka siadła – i nic. Pustka. Cisza i w ogóle. Tak działa odłączenie od internetu. Przymusowy urlop.
Niestety czułki Matce siadły i nie zwracała tak bardzo uwagi na to, co mówią Potwory. A może to one przez ten czas dorosły? Matka podejrzewa, że Maryśka coraz mniej będzie dostarczać śmiechu – dziecię dojrzewa. Już nawet "jowej" przestaje pomału być jowejem, choć jest to rodzaj innego oszukaństwa głoskowego, którego nie da się nawet przelać na papier. Poza tym Matka skupiała się ostatnimi czasy na bitwach z TPSA, które to wygrywała pozornie, bo internetu jak nie ma, tak nie ma. Panowie i panienki spławiali po prostu Matkę a teraz pozostaje czekać, aż sama firma się odezwie i każe Matce pojawić się po modem. Nieważne, szkoda słów. Dobrze, ze w szkole są okienka, to można coś szybciutko wkleić.
A generalnie Matce życie zaczyna się układać tak, jak większości społeczeństwa: poniedziałek – piątek, poniedziałek- piątek, poniedziałek – piątek. Co jakiś czas tylko odmiana, żeby ćwiczyć szare komórki.
-"Ciocia pjosiła o dwa złote na pana doktoja" – zakomunikowała potworek uroczyście, kiedy Matka odbierała go z przedszkola.
-"Jakiego doktora?" – zaniepokoiła się Matka
-"Od wad postawy"- pospieszyła z wyjaśnieniem pani z szatni -"Jeśli rodzice sobie będą życzyć, to lekarze obejrzą dzieci i mogą zakwalifikować na gimnastykę korekcyjną w przedszkolu."
Matka wpadła w dziki zachwyt, a następnie jako Naczelna Katastrofistka Rzeczypospolitej pogrążyła się w niemej rozpaczy.
-"A czy oni nie narobią biedy tą gimnastyką? Bo to łatwo jest coś zepsuć jeszcze bardziej, niż jest…" – zasępiła się.
Pani z szatni wykonała międzynarodowy gest, który oznacza brak wolnych zasobów w mózgu , przez niektórych odczytywany także jako "mam to gdzieś" czy bardziej elegancko jako "nie mam pojęcia".
Matce mimochodem ramiona powędrowały również w górę, ale ryzyko finansowe póki co było znikome a korzyści mogły się okazać wielkie. I zawsze można zrezygnować.
Matka wręczyła walory Potworkowi i zapomniała o sprawie.
Po trzech dniach Maryśka wracała z przedszkola nadzwyczaj cichutko. Nie było relacji z obiadu, podwieczorku, ani też zabaw na powietrzu.
-"Co tam kochana siedzisz tak i nic nie mówisz?" – zainteresowała się Matka
-"Ciiii…" – Maryśka położyła tłusty paluszek na ustach i rozejrzała się niepewnie po samochodzie.
-"Przeszkadzam ci w myśleniu?" – zdumiała się Matka
-"Nieeeeee…."- zamachał łapkami Potworek i znów się obejrzał -"Ciiiiii…." – powtórzył znów.
-"Co się dzieje?" – Matka zaniepokoiła się juz teraz nie na żarty.
-"Może ONI tu som?" – wyszeptał Potworek
-"ONI???"- powtórzyła Matka. Maryśka kładzie się spać zaraz po dobranocce, co razem z kąpielą daje 19.50, czyli fanką "Zagubionych" być raczej nie może.
-"No ONI to fszystko wiedzom" – wyjaśnił Matce Potworek, co natychmiast rodziecielce rozjaśniło pewne partie mózgu. Halogenem.
Matka sprawdziła, czy w samochodzie są klamki. Były. Można było wyjść z samochodu i zapakować się do chałupy.
-"Sama zobacz!" – Potworek wyciągnął z kieszeni wymiędoloną kartkę.
Matka rzuciła okiem. Na bumadze drobnym drukiem wymienione były wszelkie wady postawy z pustymi krateczkami do odhaczania długopisem potrzebnych.
-"Skont ONI wiedzieli?" – zapytała Maryśka z rozpaczą i pokazała Matce zapomniane akcesoria do zabawy w piasku, które straszyły od wakacji w kącie przedpokoju. No faktycznie. Wiaderko, mocno ubabrane i zapakowane wszelkimi plastikowymi narzędziami.
Matka dalej nic nie rozumiała i najwyraźniej odbiło się to na jej licu, bo Maryśka dźgnęła paluszkiem w kartkę.
-"Nie czytałaś?"- spojrzała na Matkę z wyrzutem – "Postawili ptaszka na tej kartce i powiedzieli mi wyraźnie: MASZ WYSTAJONCE ŁOPATKI!!!"