Monopolista znów. Nastrój tradycyjny.

Matka pojawia się. I znika. I znika. I znika!
Bo nasza szanowna tepsa, monopolista nie powie Matka jaki, ciągle coś przerabia. W zasadzie dla Matki nie ma szczególnej różnicy, czy ma modem, czy też nie, bo i tak się zarejestrować nie da. Ile czasu, do ciężkiego grzyba można modernizować cokolwiek? Trzy tygodnie???
-"Bardzo proszę zadzwonić do nas za kilka dni, to może już coś będzie wiadomo" – za każdym razem Matka słyszy od obrzydliwie miłej panienki.
-"A dziś CO wiadomo?" – pyta Matka i jest to bez cienia wątpliwości pytanie retoryczne.
-"Ja moge jedynie zanotowac tutaj, że pani dzwoniła" – zaproponował za trzynastym razem jakiś pan, a Matka natychmiast wskazała mu miejsce, gdzie może sobie wywżej wspomnianą notatkę sporządzić. Pana to chyba specjalnie nie zdziwiło.
-"A czy może mi pani udzielic informacji…" – Matka za dwudziestym piatym telefonem do Błekitnej Linii była juz lodowato uprzejma i uodporniona na każdy stres. Połączyła się sprawnie, wprowadziłą swój numer telefonu, odczekała wszelkie komunikaty i dowiedziałą się, że identyfikacja powiodła się-"…kiedy skończy się ta słynna modernizacja?"
-"Ależ oczywiście!" – panienka uradowała się, że może pomóc – "Tylko poproszę panią jeszcze o dokładne imię i nazwisko i upewnię się, ze pani dzwoni z tego a tego numeru. Aha, pani ma jeszcze hasło, więc o nie poproszę!!!"
I tu Matkę trafił jasny szlag.
"Pani kochana!"- Matka napluła pianą na słuchawkę-"Ja pytam o rzeczy ogólnie dostępne, a nie o wysokość swojego rachunku! Czy mam pani podać datę urodzenia swojej teściowej, żeby pani powiedziała mi o promocjach?’
-"No my tu mamy takie zasady…" – wyjęczała panienka a iloraz jej inteligencji czołgał się wtym czasie po ziemi ze względu na swą wielkość.

Matka rżnęła słuchawką i założy się, że panienka cały czas mówiła, proponując Matce polecenie zapłaty, założenie na konto PINu i tak dalej, i tak dalej – wszystko po to, żeby Matce umilić życie, kiedy znów dwadzieścia trzy razy zadzwoni.
Matka wróci.
Póki co urlop przymusowy, aczkolwiek pomocy naukowych Matka robić nie może, bo łatwiej coś ściągnąć z internetu, niż skanować stare zdjęcia z przedpotopowych ksiażek po kolei. I Matka będzie się jeszcze ukulturalniać w stolicy w piatek w Teatrze Wielkim, więc zaciera łapki z radości. I po kolejnym tygodniu też – takie są plusy pracowania w dwóch szkołach.
No chyba, że Potworek, który wczoraj napadnięty został przez paskudną temperaturę i ból głowy rozłoży się na amen. Nie daj Boże.
Musi byc dobrze.
Matka jeszcze się będzie Wam naprzykrzać.
Howgh!

Korona i net

Matce nie idzie. Nie idzie w kwestii połączenia z intenetem, ale czemu się Matka dziwi, jeśli stara się o dostęp najbardziej popularny? Matka wyliczyła sobie bowiem, że wypowie jedna umowę i wstrzeli sie bezkonfliktowo w nastęną, ale jakoś musi być kiepska w rachunkach, bo teraz ma nieplanowaną przerwę w pracy, zero woadomości o stanie konta i inne atrakcje, a raczej ich brak.
-"Bardzo nam miło, że zamierza pani korzystać z naszych usług, ale mamy taki nawał zamówień, że opóźnienia w ich realizacji sięgają dwóch tygodni"- zakląskał miły pan z firmy, a Matka oczami wyobraźni zobaczyła siwy dym, który walił mu z uszu. Mógłby się uczyć od Maryśki swoją drogą.
-"Proszę pana!" – zaczęła wkurzona Matka, która starym wróblem jest i nie da się nabrać na podobne numery -"Ja to bym chętnie panu powiedziała co o tym myślę, ale mam wrażenie, ze to nie ma najmniejszego sensu i nic nie zmieni!"
-"Dokładnie!!!"  ucieszył się pan a Matka natychmiast wepchnęła mu do gardła wyżej wymienione słowo.
-"Nie, no widzi pani…" – zaczał znów pan niepewnie, wyciagając sobie "dokładnie" spomiędzy migdałków -"…ja to powiem pani, jak jest naprawdę."
-"O?" – zdziwiła się Matka uprzejmie, obficie polawszy najpierw język jadem
-"Bo my to mamy mieć planowana awarię między 6 a 11 października!!!"- wypalił pan.
-"Panie!!!" – ryknęła Matka, która już miała dosyć marnowania czasu – "Czy pan się sam słyszy???"
I zakończyła kretyńską konwersację, żeby przypadkiem nie zarazić się głupotą.
Nie ma więc netu przez kolejny tydzien i nie wiadomo co dalej.
"Mamo, mamo, mozie pojedziemy do sklepu?"– zapiszczał Potworek, który wyrósł nagle przed Matką i zmienił hierarchię wartości spraw.
-"Noooo… nie planuję…" – zajęczała Matka, która odbyła rundkę honorową po wszelkich hipermarketach i napełniła lodówkę bo brzegi.- "A co ty byś chciała kupić – żelki?"
"Nieeeee…" – zamachał łapkami Potworek
-"Biszkopty?"
"Nieeeeeee"– Potworek znów nie mógł wyartykułowac tego, co zamierzał.
-"A więc?"- zainteresowała się Matka, która już nic nie mogła wykombinować
"No ja to bym chciała koronę!!!" – wypalił Potworek i usmiechnął się od ucha do ucha.
-"Już koronę na bal???" – przeraziła się Matka, bo andrzejki jeszcze wszak daleko.
"Nie na bal, tylko dla ŻABY!!!"– zirytował się lekko Potworek
-"Dla żaaaaaaaby?" – Matka wywaliła gały – "Dla NASZEJ żaby???"
"No pefnie, że dla naszej!" – żachneła się Maryśka. W koncu sprawa była oczywista a Matka o jakichś balach myśli.
-"Ale ty wiesz co?" – zastanowiła się głośno Matka – "Z tego, co wyczytałam to ta nasza żaba jest samiczką"
-"A co to znaczy?" – zasępił się Potworek
-"No to, że jak ja pocałujesz, to zamieni sie nie w królewicza a w królewnę!!!"
Maryśka wpadła w czarną rozpacz.
"Kjójewna? Po co nam kjójewna???"
-"No właśnie!"- Matka patrzyła, co też Potworek wymyśli.
Nagle dziecię klasnęło w łapki a oczka rozbłysnęły mu niczym latarnia na Faros.
"Jusz wiem!!! Ja jom na-u-czę spszon-tać w mo-im po-ko-ju!!!"

Żaba

Matka wypowiedziała jeden internet i zamówiła kolejny – ten najbardziej znany. I oczywiście przespała termin, więc nie będzie miała zapewne ani jednego, ani drugiego, dopóki kurier go nie dostarczy. Psiakostka. To nie chodzi o blog, ale o rachunki, które trzeba teraz zapłacić całym stadem a Matka tego nie lubi…
Matka może malować chałupę. Może obdzierać płot ze starej farby. Nawet wymuruje co trzeba, ale internet? Jakieś kabelki, formularze, wtyczki? O, nie! To przekracza możliwości anlogowej Matki. Bo Matce się zachciało internetu bezprzewodowego, a Magik od routera przyłazi już trzy tygodnie!
-"A ten duży komputer to będzie dla mnie?" – zapytał przymilnie Potwór i zamilkł natychmiast, gdy tylko spojrzenie Matki się o niego obiło, trafiło w ścianę i rykoszetem palnęło znów w łeb.
-"Zobaczymy" – mruknął MiaUżon znad gazety i szybko ją przydeptał, bo wzrok Matki wypalił wielką dziurę w dziale sportowym.
-"Chy-ba so-bie żar-tu-jesz!!!" – wycedziła Matka i nie zamierzała zmienić zdania.
Strych Matki pozostanie tak zwanym Centrum Dowodzenia i Janeczka komputera mieć w pokoju nie będzie! Jeszcze nie teraz! Dziewięć lat i komputer? W szkole wystarczy.
-"A ja nie musze mnieć komputeja, bo ja mam żabę!" – zapiszczał Potworek.
Matka to się czasem zastanawia, którą Maryśka bierze oktawę, bo chyba momentami zahacza o ultradźwięki.
-"Tak jest, ty masz żabę!" – przytaknęła Matka bardzo zadowolona ze zmiany tematu.
-"Żaba jest także MOJA!!!" – zaprotestował Potwór natychmiast i nie byłby sobą, gdyby tego nie zrobił.
-"Żaba jest wspólna!" – zamachała rękami Matka, która miała lekko dosyć kłótni Potworów.
-"To ja idem zobaczyć, czy siedzi!" – Maryśka wsadziła na bose stópki sandały i wyprysnęła przed dom.
Żaba była. A nie zawsze bywa. Czasem znika na tydzień, żeby pojawić się znów i zademonstrować dodatkowe milimetry.
Bo zwierzatko pojawiło sie nagle w ilości sztuk dwóch w kwietniu, posiedziało na płocie, potem na choince i zniknęło. Kiedy nastały upały żabek nie było. Matka teraz już wie, że przeniosły się nad wodę w celu posiadania potomstwa, po czym jedna została, a druga wróciła, bodajże pani żabowa – przynajmniej encyklopedie tak donoszą.
I kiedy żabce doskwierał upał, przenosiła się do rurki od Matki płotu, zanurzała kuper w wodzie, która gromadziła się tam po deszczu i wietrzyła górę. Zwyczaj płazowi pozostał, za to gabaryty się zmieniły i Matka podejrzewa, że za chwilę będzie musiała wzywać strażaków, żeby zwierza wyciągneli, gdy się zakleszczy…
A póki co pokaże osobistą żabę pozującą na płocie. Na grzbiecie ma przylepioną igiełkę od choinki, więc można sobie zobaczyć, jak była olbrzymia.
Mili Państwo – Rzekotka drzewna – do usług!

       

Śmiech to zdrowie

Matka skończyła lekcje, przejechała się kawałek samochodem, w którym można było gotować jaja na półmiękko i wysiadła pod szkołą Janeczki przekonana już zupełnie, że ma prawie wszystkiego dość. Z auta jej kapie płyn do chłodnicy, majster ma czas w środku czwartku, co Matka bardzo lubi, fryzjerka zapomniała, że Matka się z nią już dawno umówiła i zanosi się na to, że Matka zamiaatać będzie grzywką przed samochodem, Janeczka zapomniała poprzedniego dnia wziąć do domu rzeczy z basenu, więc dziś prawdopodobnie przyniesie ręcznik porośnięty opieńkami… no rozpacz w kratkę.

I jeszcze drugi dzień Matka biega po odbitki, których nie ma i nie ma. Psiakość!!! Za dużo??? Marne 750 fotografii Matka przygotowała do wywołania a to jest dużo? Dla metalowego pudła z bulgoczącą chemią w środku???

O, nie!

I Matka w bojowym nastroju wlazła na drugie piętro myśląc sobie – jak za każdym razem zresztą – jaki dureń zrobił świetlicę na ostatnim piętrze szkoły? Może panie woźne w sezonie zimowym nie były dociążone pracą?

Tymczasem Janeczka wynurzyła się z czeluści lokalu nadzwyczaj uśmiechnięta, w świetnym nastroju – no Potwór Roślinożerny wręcz.

-„Było dyktando, dobrze mi poszło, miałam tylko jeden błąd!” – obwieściała z triumfem.

-„O jeden za dużo” – mruknęła pod nosem Matka perfekcjonistka, ale Janeczka szczęśliwie nie usłyszała, zajęta produkowaniem decybeli na schodach.

-„Czekam w samochodzie i trochę go przewietrzę” – rzuciała Matka sama sobie nie wierząc, bowiem opelek sterczał od pewnego czasu na piachu skąpanym w słońcu.

Potwór niebawem nadszedł, huknął drzwiami i zakleszczył się pasem.

-„Ale dzisiaj mieliśmy w klasie śmiech! Wszyscy po prostu mało nie pękli!” – oświadczył tajemniczo.

Matka wrzucając dwójkę zamarła. Uruchomiła wszelkie swoje przytomne szare komórki i zaczęła kombinować, co tez mogło wywołać śmiech w klasie.

-„Pewnie już się nie podobają twoje nowe tenisówki?” – spytała mordując w myślach całą żeńską część klasy.

-„Nie, no…” – zaczęła Janeczka, ale Matka nie dała jej skończyć.

-„Albo Mateusz znów podstawił ci nogę i się wyrżnęłaś???” – tu Matce stanęły przed oczami prześwietlenia zęba, który mógł być martwy po tym, jak Potwór przydzwonił nim w posadzkę, a uprzejmy kolega sprawdził najpierw jak też się przewraca dziewczynki.

-„Ależ nie…” – bąknęła znów Janeczka.

-„Odwołali wam wycieczkę?” – syknęła Matka

-„Nieeeeee…” – brwi Potwora powędrowały na czubek głowy, ale Matka tego nie zauważyła, bo wyprzedzała jakiegoś Komarka.

-„Nikola się śmiała, że założyłaś klub Witch?” – tu Matka w myślach zamordowała Nikolę, ale przypomniała sobie zaraz, że już to przed chwilą raz zrobiła.

Potwór otworzył paszczę.

-„No to pewnie się śmiali, że jeszcze jako jedyna nie umiesz pływać???” – przerwała mu Matka.

-„Eeeeee…”- zaczęła Janeczka

-„Ach, nie?” – Matka podkręciła się już na całego -„Polałaś się wodą z butelki?”

Janeczka wywróciła z chrzęstem oczami.

-„No coś ty…” – oburzyła się

-„No to co? Że kanapka była z wędliną???” – Matki komórki zderzały się jak szalone.

-„Mama” – Potwór wpadł wreszcie Matce w słowo -„No daj spokój, co ty!”

-„No to z czego się śmiała ta twoja klasa?”- wkurzyła się Matka

-„Ojejku, no mieliśmy ubaw…” – stęknął Potwór- „… bo woda tak okropnie śmiesznie zabulgotała w naszym klasowym zlewie…

Wcale wkoło nie jest wesoło

Matka wybyła wczoraj z MiaUżonem i Potworami do SąsiedniegoMniejszegoMiasta w celach towarzyskich. Odległość niewielka, ale dłużyła się Matce bardzo, bo Potworek wykazywał niską żywotność i wydawało się, że coś może z tego być. Coś raczej niekoniecznie dobrego, bo temperatura lekko podskoczyła, ale ponieważ Matka zasmarkaną lekko jest, a i Maryśka niedawno pokasływała, więc Matka zlekceważyła ostrzeżenie, kładąc to na karb niedoleczonego wirusa.

Bo Matka stara a głupia!!!

-„Ty wiesz, żeby to nie była tylko jakaś grypa żołądkowa, bo mnie tak męczy od wczoraj w żołądku”- zakrakała Matka w 1/3 drogi.

-„No to zapytaj ją, czy jej przypadkiem nie chce się wymiotować” – poradził MIaUżon i było to niewątpliwie odkrycie roku w kategorii Medycyna i Zdrowie.

-„Dobrze się czujesz?” – Matka wykonała skręt tułowia, żeby wykonać lustrację Potworka, który siedział smętny i łypał oczami.

„…” – kiwnął głową potakująco, co Matki nie przekonało.

Zastygła więc w pirueciku wszstkie czułki zarzucając na tylne siedzenie i następne czterdzieści kilometrów pytała co chwila, czy jest OK.

A Potworek kiwał głową, że jest.

I jakoś się nie irytował, że Matka gada jak papuga.

A potem drgnął, złapał się za gardło i zajęczał:

„Tylko gajdło mnie bajdzo boli!!!”

-„Gardło?” – wytrzeszczyła oczy Matka i trwało to dwie milisekundy. A potem w ciągu kolejnej milisekundy odwróciła się, otworzyła skrytkę, zagrzebała i wyciągnęła worek.

Jeszcze jedna milisekunda i był ślicznie wywinięty.

-„Ja to na wszelki wypadek co go…” – zaczęła Matka szybko jednocześnie się odwracając i na godzinie dwunastej usłyszała:

-„Bueeeeeeeeeeee!

A potem na dziewiątej:

-„BUEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEE!!!

-„O matko, stawaj, rzyga, rety, rzyga, rzyga!” – ryknęła Matka, powiedziała dzień dobry czółkiem w szybę, bo MiaUżon posłusznie stanął w miejscu, okrążyła ciężkim kłusem nissanka i odebrała z rąk ślubnego pełniutką reklamóweczkę wraz z Potworkiem ubżdżonym od stóp do skarpeteczek włącznie.

„Rzygałam!” – oświadczył Potworek z godnością, oglądając swoja sukienkę, która w sposób cudowny zmieniła całkowicie kolorystykę.

-„No wiem, ale tak się nie mówi!” – jęknęła Matka zużywając pół rolki ręcznika papierowego, żeby powycierać dziecię i najbliższe otoczenie, czyli fotelik i pas.

Maryśka dojechała, ale apetyt straciła całkowicie. Z humorem było za to nie najgorzej i Matka podejrzewając, że to może jednak choroba lokomocyjna, wysłała ją po dłuższym na dwór, razem z Janeczką i dużo, dużo starszym Mateuszem.

No i Matka stara i koszmarnie głupia!!!

-„Mamo, mamo, Maryśka zwymiotowała na huśtawce!” – przygnała Janeczka.

-„To już pojedziemy!” – zarządził MiaUżon i pojechali z wodą, ścierkami i podkoszulką na wszelki wypadek.

Maryśka jednak po emocjach padła i przycięła komara. Matka w tym czasie próbowała bezskutecznie dodzwonić się do znajomej lekarki, co jej się udało dopiero tuż przed Matki Metropolią.

„Gdzie dzwonisz?” – – zapiszczało z tyłu słabym głosem.

-„Do lekarza” – wyjaśniła Matka przerywając rozmowę -„…i rozumiesz” – tokowała dalej lekarce -„…nie ma apetytu, ma temperaturę, nudności…”

No i dowiedziała się, że to niechybnie wirus, bo aktualnie szaleje, i że ma czekać co dalej a w razie czego isć tam a tam.

„Co powiedziałaś tej pani?” – znów zapiszczało głosem Potworka. Czujny był, znaczy się nie było z nim najgorzej.

-„O rety” – podrapała się w głowę Matka, która miała już dość atrakcji – „Ale kiedy powiedziałam, bo już nie pamiętam?”

„No, mówiłaś, że miałam NUDNOŚCI– doleciał słaby głosik z tylnej kanapy.

-„No bo to prawda” – kiwnęła głową Matka.

„A wcale że nie!– oburzył się Potworek –„Tylko tjoche rzygałam, a huśtafkach z Matełuszem było okjopnie fajnie i nikt się nawet przes chfilę nie nudził!!!

Rower jest wielce OK

Matka wróciła dwa dni temu z Potworami, padła na pysk, po czym przypomniało się jej, że widziała coś w skrzynce pocztowej. Resztką sił wywlokła się znów przed dom, zagmerała z trudem kluczykiem i została właścicielką siedmiu reklam, dwóch przeterminowanych zaproszeń na wystawę i…

-„Jasna cholera!” – zaklęła szpetnie, bo trzymała w ręce upiorną, białą karteczkę, która w licznych kręgach zwie się „awizo”. Wzywali tam Matkę po odbiór listu poleconego, uzywając obu nazwisk Matki, co nie wróżyło nic dobrego.

-„Pewnie ZUS” – pomyślała Matka i jej nastrój wlazł pod zdechłego psa. Zaraz jednak przypomniało się jej, że od pewnego czasu ZUSu osobiście nie płaci, więc szanse na kontakt z tą – jakże sympatyczną i charytatywną instytucją – sa znikome.

-„No to nic, tylko skarbówka!!!”- pocieszyła się Matka i natychmiast nalała sobie kieliszeczek ajerkoniaku.

A potem zapomniała o sprawie.

Niestety nadszedł dwudziesty, a więc konieczność oddania państwowemu cesarzowi haraczu za wynajmowane mieszkanie, więc Matka rozliczyła wszystko jak należy i zapowiedziała Potworom w samochodzie:

-„I zaraz zaparkujemy samochód, i pójdziemy na pocztę wysłać PITa. Mama musi nadać list polecony!”

Potwory wpadły w zachwyt.

-„A możemy pójść z tobą???” – zakrzyknęły.

-„Bardzo proszę” – łaskawie zgodziła się Matka, która za nic nie zostawiłaby ich w samochodzie. Szkoda auta…

-„A czy list POLECONY, to jest to samo, co miałaś odebrać sama z poczty?” – zainteresowała się Janeczka a Matka natychmiast skosiła wszystkie kwiatki na poboczu.

-„To samo!” – mruknęła i w momencie straciła nędzne resztki dobrego humoru, o ile taki w ogóle w jej okolice ostatnimi czasy zalatywał.

-„Tutaj proszę polecony” – Matka wsunęła kopertę pod szybkę – „I jeszcze mam coś do odebrania, tylko nie wiem co”.

-„A tak, tak, widziałam, że był do pani jakiś list” – i panienka z entuzjazmem zaczęła grzebać w poleconych z potwierdzeniem odbioru.

-„Mam nadzieję, ze nie skarbówka…” – zajęczała Matka.

-„Nie, chyba nie” – pospieszyła z wyjaśnieniem panienka. Poczta była mała i wszyscy wszystko wiedzieli. O wszystkich. – „A nie przypadkiem mandat?”

Matka przytrzymała sie okienka. Jasny gwint, na pewno fotoradar!!!

-„Nie, jednak nie ma…” – panienka była lekko rozczarowana – „Poszukam jeszcze w kasie pancernej”

I zanurkowała w czeluściach metalu.

-„Jest!” – zadudniło z wnętrza – „Spore i miękkie!”

I Matka pokwitowała dziwna kopertę od jeszcze dziwniejszej firmy.

-„Zdechły kot?” – pomacała – „Nieeee, za bardzo sie ugina!”

-„Niech pani sprawdzi!” – panienka przestępowała z nogi na nogę.
Matka posłusznie rozerwała kopertę. Wylazła szara odzież z mocno markowymi metkami. Najlepszy teflon najsłynniejszej firmy i trzy inne papiery.

-„Ooooooo ranyyyyyy…” – jęknęła Matka, której się wszystko przypomniało – „To taka promocja była, co ją znalazłam, jak kupiłam laptopa. Wydrukowali w Wyborczej. Kurtka na rower za niego była, jakaś droga, super i w ogóle, ale zauważyłam późno i myślałam, że nie starczy dla mnie!!!”

-„Ale fajna!” – panienka była wyraźnie ucieszona a Matka natychmiast spuchła z dumy. Obmacała kurteczkę, pokazała panience, znów spuchła, po czym natychmiast wypuściła powietrze, żeby wejść w rozmiar M.

-„No jaka ładnaaaaaaaa….”- wydusiła z siebie w końcu Janeczka a Maryśka stała i mrugała oczkami z zachwytu.

-„Prawda?” – Matka co słowo to puchła. Postanowiła spakować nabytek i wynieść się w sławie i chwale.

Za późno!!!

-„A przecież, mamusiu…” – zaczęła Janeczka – „…ty NIE MASZ roweru!!!”

Matka zamordowała natychmiast Potwora gołymi rękami i wytarła je następnie w kopertę.

-„Mam rower w garażu u Babci” – zasyczała czule, wcześniej gorączkowo lokalizując mechanicznego gada. Wszak minęło dwadzieścia lat…

Panienka patrzyła uważnie, w końcu, cholera, nikogo więcej na poczcie nie było!

-„Ach, ten?” – rozpromienił się Potwór – „Widziałam!!! Ma piękny, zielony kolor!!!”

-„A widzisz?” – Matka odzyskała w ułamku sekundy honor i oczywiście znów spuchła z dumy – „A teraz już idziemy, bo jest późno”

I czym prędzej czmychnęła za drzwi z Maryśką.

Zostawiając na placu boju Potwora.

Kolejny błąd.

-„Ale ty wiesz co?” – zastanowił się głośno Potwór spod pocztowej lady -„On ma tak jakoś dziwnie opony przyklejone do posadzki…”

Łono natury

Matka wykończa się przy obrazie, który jutro odjeżdża w siną dal – oczywiście znienacka pięć dni przed czasem, więc Matka co chwila go obmacuje i myśli sobie, czy przyklei się on do samolotu, czy nie…

Nieważne.

Matka stara się tez pisać różne papierzyska do szkoły, więc potrzebuje trochę czasu i ciszy. Drugi wymóg jest praktycznie niespełnialny z powodu ryków Potworów, ale Matka już się trochę uodporniła, poza tym stara się przerywać ryki potomstwa swoimi, co miło urozmaica czas sąsiadom. A tak już całkiem poważnie, to Matka pisze i uczy się w okienkach, na które gna do domu i to właśnie był czas przeszły, bo dziś okazało się, ze Matka tych okienek ma co prawda mniej, ale sa krótsze, a więc niewyskakiwalne i trzeba przebimbać je w szkole. Cóż – ktoś tak naprawdę musi mieć okienka, żeby ten drugi (czytaj lepszy) nie miał ich wcale, przychodził na ósmą i wychodził jak najszybciej. Ano. Są ludzie i są ludzie. Matka specjalnie nie narzeka, bo bywało gorzej a zajęcie jakies zawsze się znajdzie dla Matki.

Matka zupełnie nie o tym miała, a truje i truje, i nikt nic nie mówi!

Matka miała o naturze pisać. Naturze, która włazi do Matki wszelkimi otworami w domu i ostatnio była złapana w łapkę. Nie, nie osobistą, raczej taką ze sprężynką i serkiem. Bo natura czasem nawet nie włazi, ale wydaje odgłosy – w nocy słychać sowy, na aronii wydziera się kos, na debie siedzą sroki, których śpiewów raczej Matka nie będzie oceniać, bo ma nóż w kieszeni.

Bywa także, ze nad Matki domem przelatują dzikie kaczki, łabędzie czy inne czaplożurawie. Jakby leciały deczko niżej, to Matka napisałaby prawdę, a tak wstrzyma się dyplomatycznie. Ku zdziwieniu domowników kwakanie z nieba dochodziło czasami nawet w nocy i jak sie okazało, kaczki miewają kursy nocne. Najwyraźniej korytarz powietrzny mają i się nie boją.

Pół biedy z takimi. Matka siaduje sobie czasem z MiaUżonem na tarasie, słucha rechotania żab znad rzeki, która płynie kilkaset metrów dalej i jak klucz kaczek przeleci, to tez posłuchac sobie można.

Ostatnio jednak Matka waliła na dole w komputer i pisała Plan Wynikowy, kwa, kwa, kwa, kiedy nagle kwa, kwa, cholera jasna, do uszu kwa, kwa, kwa, Matki doszło co? Kwa, kwa, no co?

Kwakanie.

Kwakanie głośne.

Takie obdzieranie kaczki ze skóry. Przerwa. Wyrywanie piór z ogona. kwa, kwa, kwaaaaaaa!

-„Słyszysz, mama? Gdzieś tu kaczka jest!!!” -zauważyła przytomnie Janeczka.

-„No jest!” – Matka wstała cholernie ucieszona i wylazłą na taras.

Kwakanie dochodziło z prawej strony.

-„Może sąsiedzi kupili kaczkę na obiad i trzymają ją na tarasie?” – zastanowiła sie głośno Matka.

-„Ale to jest odgłos DZIKIEJ kaczki!”- MiaUżon podniósł wzrok znad sportowego działu w gazecie, po czym szybko go opuścił. Dzika kaczka w mieście, też mi zdziwienie!!!

Kaczka była w rzeczy samej dzika. Normalna nie drze tak dzioba, bez dwóch zdań.

-„Ona chyba siedzi teraz na akacji!” – podskoczyła radośnie Janeczka, kiedy zwierz był łaskaw się przenieść i nadawać z innego kierunku – „I jest ich chyba WIĘCEJ!!!”

Było więcej. Matka w myślach wymordowała je wszystkie i zrobiła z częsci rosół, resztę upiekłszy w jabłkach.

-„Miękkie już?” – oblizał się MiaUżon i na wszelki wypadek odskoczył.

Kaczki nadawały następnego dnia z trzech stron. Tłukły się w akacji, siedziałąy pod tują i sosną wejmutką, okupowały dach i balkon sąsiada.

-„One mają chyba jakieś zaburzenia psychiczne!” – zwróciła uwagę Matka, kiedy na chwilę przymknęły dzioby -„Przeciez normalna kaczka to już chyba dolatuje do Gibraltaru?”

Te normalne nie były. Uprzykrzały życie rankiem, wieczorem i po południu sprawiając, że obiad stawał w gardle. Milkły nawet na kilka minut, zeby po chwili dołożyć znów.

-„Może kupimy orła, to by je wystraszył?” – rozmarzył się MiaUżon, ale Matka nie zamierzała aż tak inwestować.

-„Chrzanię!” – oświadczyła w końcu – „Nie piszę nic, dopóki się stąd nie wyniosą!”

„Ale tak fajnie jest, jak nat jęziojem”– zaklaskał w łapki Potworek.

-„Jakby Matka chciała iść nad jezioro, to sobie wsiądzie w auto i pojedzie!!!”- warknęła Matka a Maryśka czmychnęła. Nie byłą uprzejma Matka, o, nie! Podejrzewa jednak, że nikt by nie był, gdyby słuchał dzikiego ptactwa wbrew swej woli od trzech tygodni z okładem.

-„Ty siądź sobie i posłuchaj tego dobrze” – zapropopnował odkrywczo MiaUżon i Matka natychmiast spojrzała na niego oczkiem najbardziej wkurzonego z wkurzonych Bazyliszka. Posłusznie jednak siadła, bo niezaleznie od miejsca w domu ryk kaczki był jednakowy, za to świeżego powietrza mniej.

-„Dziwnie jakoś!” – zauważyła Matka i zaczęła się wsłuchiwać uważniej. Po chwili odkryła powtarzające się wrzaski, potem łopot skrzydeł i znów przerażające kwakanie. Przerwa. I to samo.

-„No żeż ten, w mordę kopany…” – zauważyła nad wyraz uprzejmie Matka – „…wychodzi rano do pracy i nastwia te kaczki z jakiejś taśmy???”

-„I chyba obdarował tym urządzeniem połowę sąsiadów, którzy robią dokładnie tak samo!” – przytaknął MiaUżon.

I Matka się zastanawia – czy to piekielne urządzenie jest dostępne w ogólnopolskiej sieci sprzedaży, czy też – i tu gorzej – jest wyrobem chałupniczym przedsiębiorczego sąsiada, który słynie z produkcji ptaszków machających skrzydełkami crowlem…

Jedno jest pewne – wytruje to towarzystwo albo wystrzela.

Inaczej będzie zmuszona napuścić innego ptaka.

Puści pawia…

Rządzenie bez rządu

Kiedy Matka usłyszła, ze zaczyna lekcje w szkole o ósmej, pomyślała sobie natychmiast z rozrzewnieniem:

-„Psiakrew, znowu będzie jazda z wyciąganiem Potworów z łóżek! Matkę trafi wielokrotny, zmasowany oraz najjaśniejszy szlag, połączony z wyjściem ze skóry własnej”

Matka w swej ogromnej delikatności przemilcza lekko niewygodny fakt, że sama przepada za wylegiwaniem się do ósmej trzydzieści, natomiast nie dłużej, gdyż dyskomfort napada Matkę od kilkudziesięciu lat nagle a niespodziewanie. Z dwojga złego woli jednak wylegiwać się z obrzydzeniem, niż iśc do pracy ze wstrętem. Różnica jest istotna i Matka jest przekonana, że wiekszość śmiertelników – wyłaczając jednostki patologiczne, które od piątej trzydzieści tłuką sie po domu w poszukiwaniu zajęcia – się z nią zgodzi.

Matka porzuca dygresje i wraca do szlagu. Otóż po pierwszej pesymistycznej myśli – wszak Matka jest Naczelną Katastrofistką Rzeczypospolitej- przyszła kolej na światełko w tunelu.

-„Na szczęście rano jeszcze świeci słońce, zaraz przesuną czas i najgorzej będzie od połowy listopada, ale tym będę się martwić potem!” – pomyślała Matka radośnie.

I jak się okazuje zmarnowała czas i parę szarych komórek na radość. Zegar biologiczny Potworów nie zna pojęcia jasno-ciemno. Odróżnia natomiast szóstą rano od dziewiątej trzydzieści, kiedy to w wakacje Potwory raczyły przenosić się do świata ożywionego.

-„Wstajemy!!!” – zaryczała rano Matka, przemknęła do pokoju Janeczki, włączyła światło i radio, wróciła galopkiem do łazienki i umyła zęby.

-„Spóźnimy się!!!” – postraszyła ze szczoteczką w paszczy.

Odpowiedziała jej najgłuchsza ze wszystkich cisz.

Należało Potwory wypłoszyć używając krioterapii.

Matka pocwałowała w kierunku okien i otworzyła w obu pokojach.

-„To niesprawiedliwe! Jestem niewyspana i nigdzie nie idę!” – Potwór siadł na łóżku i padł z powrotem.

-„Ale ja idę i nikt nie będzie na mnie czekał!!!” – rzekła Matka fortissimo, bo rano nie ma z nia dyskusji. Matka rano używa niemal wyłącznie ryku, gdyż wszelkie inne modulacje głosu są przez Potwory ignorowane i sprawnie wyciszane snem.

Janeczka siadła znów.

-„Marysia też wstaje!!!” -Matka wsadziła łeb do pokoju Potworka, ale ten przewrócił się jedynie na drugi bok, taszcząc za sobą Pszczołę Gucia wielkości małego słoniątka.

-„Przyjdę, jak bedzie wolny zlew!” – Potwór podrapał sie leniwie po plecach i ziewnął rozdzierająco.

-„Zlew jest dawno wolny, ja myję głowę w brodziku, nie pamiętasz?” – Matka była zła jak osa.

Janeczka ziewnęła znów:

-„Muszę się przeciąąąąąąągnąć!” – i podrapała sie po głowie.

Matka wyprysnęła z łazienki z pianą na głowie i otworzyła paszczę.

-„No już, już!” – Potwór drgnął i ponownie pokazał Matce dolne rejestry gardła -„Nie widać, jak się spieszę?”

Po skontrolowaniu bezruchu totalnego w pokoju młodszej latorosli Matka wypłukała głowę, zawiązałą na niej turban z ręcznika i przystapiła do ostatecznego ataku.

-„A teraz Marysia wstaje, bo Janeczka nie zdąży do szkoły!” – zarządziła Matka, pomacała się po plecach i z westchnieniem zakleszczyła łapska na odnóżach Potworka. Podczas wyciągania dziecięcia przez otwór w szczebelkach siedem razy zazgrzytały jej dyski w kręgosłupie, dziewięć razy zarwały stawy wszelkiej maści i spadł turban z głowy.

-„Ja się kiedyś wykończę” – zajęczała Matka -„A póki co siusiu, ząbki i ubieramy się”

Maryśka została usadzona na nocniku, ciuchy przygotowane, papier wciśnięty do tłustej łapki i Matka mogła zniknąć w pokoju, żeby się ubrać.

Gdy wróciła, żeby wysuszyć głowę dziecka już nie było. Z jadalni na dole dochodziły radone odgłosy brzękających kubków i talerzyków.

-„Już schodzę i zaraz jedziemy!” – wrzasnęła Matka w czeluść schodów, wysuszyła włosy do góry nogami i zrobiła sobie oko.

Zbiegła minutę przed wyjazdem, żeby wchłonąć kanapkę i zastała Janeczkę spoglądającą smętnie na talerzyk Maryśki. Talerzyk ten był szczelnie zabudowany bułeczkami, podczas gdy Janeczkowy już nie.

-„A gdzie jest Maryśka?!” – Matka wybałuszyła ślepia. Potwory tłuką się przy śniadaniu, ale czegoś takiego, żeby jeden drugiego utłukł dokumentnie przed spożyciem czegokolwiek jeszcze nie było!

-„W ogóle nie zeszła!” – wruszył ramionami Potwór i Matka daje sobie głowę ściąć, że się obruszył.

Matce włosy stanęły dęba i pomyślała sobie, że właściwie od jutra może je suszyć w normalnej pozycji. Szkoda zachodu na wiszenie z głową nad posadzką. Popędziła po dwa schodki na górę.

Łazienka pusta.

Pokój Janeczki pusty.

Pokój Starych pusty.

Pokój Maryśki pusty.

Znów schody, tym razem na strych.

Pusto.

Schowek jeden i drugi – nie ma nikogo.

Matka wróciła i stanęła bezradnie w przedpokoju.

I kombinowała.

Kombinowała.

Kombinowała.

A że robiła to w ciszy, to niechcacy zmyliła przeciwnika.

Zachrobotało i zaszeptało.

Matka na palcach zajrzała do pokoju Maryski. Potworka dalej tam nie było. Zasłał ślicznie łóżeczko i zniknął. Po chwili można było jednak dostrzec lekkie wypukłości pod kołderką. Maryśka porzuciła już okres, kiedy to załaniała sobie głowę, wystawiała dupsko i nogi myśląc, że jej nie ma. Nie, nie! Teraz Potworek był naprawdę zniknięty!!!

A spod kołderki zatekściło nagle cichutko:

„A zajaz Mamujka przyndzie, popatszy do pokoju i powie:Ojejku, jejku, nasa kochana Majisia na pewno jusz sobie sama poszła dawno do pszeczkola!!!I ucieszona pojedzie z Janeczkom do szkoły a ja tu dopiejo pośpiem i porzondze!!!

Cisza po angielsku

Matka zaczęła rok szkolny pełną parą. Oznacza to masę jakichś papierów do wyprodukowania, końcówkę malowania obrazu i dwumiesięczne spóźnienie z następnym, przygotowanie płyt do zrobienia odbitek, bo promocja sie kończy a Matka oczywiście je podpicowuje ile się da i tak dalej, i tak dalej.

Najbardziej jednakowoż znamiennym objawem początku roku szkolnego jest gil do pasa. U Maryśki, Janeczki i oczywiście Matki. Bo Matce natychmiast sie przypomniało, że jest coś takiego jak gardło osobiste, które drapie sobie delikatnie rankiem, zaś po sześciu godzinach nadawania na najwyższych obrotach rwie, wyje i co kto jeszcze chce. Matka kuruje się więc zawzięcie, wykorzystując cztery dni wolnego.

Ale doszła jeszcze jedna nowość absolutna – Matka zapisała Potwora na regularne lekcje angielskiego do szkolnej koleżanki. Wozi go raz w tygodniu pod Metropolię zastanawiając się, co też będzie, jak śniegu nasypie…

Ponieważ wyprawa jest za miasto, więc Matka postanowiła za pierwszym razem sprzedać Potworka teściowej na małą godzinkę, bo przecież nie będzie z nim siedziała w samochodzie, ale jak to zwykle z Matka bywa, plany wzięły w łeb. Matka utknęła mianowicie w korku ulicznym, zaczęła natychmiast umierać z głodu i upału i ostatecznie nabyła droga kupna pączki i zaciagnęła bardzo uradowanego Potworka ze sobą.

-„Mamo, nie przyjadę z Maryśką, bo nie zdążę. Pogoda jest ładna, to sobie pospacerujemy, to tylko czterdzieści pięć minut!” – zadzwoniła Matka do teściowej.

-„Ojej, szkoda…” – zmartwiła się straszliwie Babcia a ze słuchawki Matkowej komórki rabnął czarny dym o zapachu siarki.

Matka oddała więc Janeczkę w ręce koleżanki-anglistki i ruszyła na podbój dróg nieutwardzonych, podziwiając wille wystawione przez ubogich lekarzy – tak przynajmniej stało na tabliczkach. Nagle do uszu Matki doszedł delikatny warkot i Matka ujrzała znajomy widok – na niebie kołysała sie motolotnia.

-„Zobacz, zobacz szybko co frunie!”- zawołała uradowana Matka

-„Jejku!”– klasnął w łapki Potworek –„Taka sama, jak fjuwa u nas!!!

-„Może to nawet ten sam pan?” – pomyślała głośno Matka i nie zdążyła nic więcej, bo łobuz jeden odleciał w siną dal.

Maryśka zajęła się wielkim, zielonym pasikonikiem, który nastroszył wąsy i łypał na Potworka.

Wtem Matka kątem oka zauważyła, że coś zakłóca jej pole widzenia. Pojawiało się i znikało, więc Matka nadludzkim wysiłkiem zadarła głowę i ku swojemu zdumienu ujrzała coś, co jeszcze nie tak dawno wspominała z rozrzewnieniem.

Na niebie krażył mianowicie piękny szybowiec i Matce przyponmniało się, że po drugiej stronie drogi jest przecież małe, sportowe lotnisko.

-„Zobacz Marysiu, to szybowiec!!!” – Matka dźgnęła palcem w niebo a Potworek posłusznie rzucił tam oczkiem.

-„A czemu tak cicho?” – Maryśka podeszła do sprawy rzeczowo.

-„Bo on nie ma silnika, to nie jest normalny samolot!!!”

Potworek skrzywił się, starając upakować do łebka dużą ilość dziwnych wiadomości. Wylazły bokiem i spadły w piach.

„A KTO go puścił?” – spytał niepewnie.

-„Pan z samolotu, ale w środku siedzi człowiek i kieruje tym szybowcem. Leci coraz niżej i niżej, aż wyląduje” – rzecz była prosta, jak drut, więc Potworek na pewno zrozumie, Matka była pewna.

„Nikogo tam nie widzem!” – Potworek poszedł w zaparte i patrzył na zjawisko z lekką odrazą – „I ciongle go nie słysze!!!

Szybowiec przepadł bezszelestnie za drzewami, zawrócił i pojawił się znów, tym razem tuż nad domkami, przygotowując się do lądowania.

-„A co on siem zjobił nagje taki duży?” – wystraszyła się Maryśka i zrobiła krok do tyłu.

-„No bo już teraz ląduje tu, za drogą!” – wyjaśniła Matka a szybowiec posłusznie usiadł na trawie.

Wies co?– Potworek spojrzał z wyraźnym obrzydzeniem –„Wjacam do pasikonika. Ten samojot jest za DUŻY jak na ZABAFKOWY!!!

Prawo własności

Matka siedzi nocami i przygotowuje płytę ze zdjęciami do wywołania, bo promocja korzystna jest i trzeba mieć sztuk 450 albo 150. Matka wykonała plan potrójnie i daje 750 sztuk, bo nazbierało jej się okrutnie dużo zaległości wakacyjno-komunijnych, więc z radością ujrzała albumy w hipermarkecie, w które wtryni Janeczkową I Komunię.

-„A co zrobimy z tymi zdjęciami, co mi robił fotograf w kościele?” – zajęczał zaniepokojony Potwór.

-„Te duże włożymy w album samoprzylepny, który już masz…” – zaproponowała Matka – „…a resztę w nowy”

I wiedziała doskonale, że „NOWY” jest słowem magicznym i niezależnie od obrazka na okładce Potwory wpadną w dziki zachwyt, trwający od chwili do trzech, ale jednak zawsze.

-„A zdjęcia z księdzem?”- przypomniało się Janeczce.

Matka zazgrzytała.

Zrobiła mianowicie niezliczoną ilość zdjęć z przemiłym zresztą księdzem, kiedy Potwór doniósł jeszcze trzy jednakowe sztuki wykonane przez fotografa, za które trzeba było słono zapłacić a Matka nie zauwazyła, kiedy też Potwóra do tego typu ujęcia zachęcono.

-„Daj spokój!” – machnął ręką MiaUżon, kiedy Matka zrobiła się niebezpiecznie purpurowa.

-„Ten fotograf dlatego tak świetnie prosperuje, że wszyscy machają ręką!!!” – zjeżyła się Matka, ale dała spokój.

„A cemu to zdjencie takie dzifne?” – Maryśka popatrzyła na nie uważnie i namarszczyła się jak mały mops.

Matka starła mgłę z oczu i rzuciła jednym kontrolując Potwora, czy znów nie robi sobie jakichś pozowanych ujęć przed kościołem.

Janeczka na fotografii stała opatulona w szydełkową pelerynkę od Babci, sukienki ni cholery nie było widać, ksiądz nieduży, więc cały zasłonięty, do tego ze świecą Potwora na twarzy. No bajka.

-„A gdzie on ma jęce? Ten ksionc – znacy siem” – Potworek krytykował zdjęcie. Matki krew!

Matka z westchnieniem spojrzała. Księdzu było widac jeden but, kawałeczek komży i czubek głowy. Resztę stanowiła Janeczka.

-„Ręce ma schowane w rękawy komży, tej białej” – wyjaśniła.

Potworek skrzywił się.

„Jenkawóf teź nie widzem!”

-„Bo Janeczka zasłania prawie całego księdza, dlatego nic nie widać!” – ucięła Matka i pojechali do domu, choć widac było, że Potworek przeżywa fotografię Janeczki, jakby od tego zależała kariera modelki. Zresztą w wakacje, co zdjęcie wpadło w łapki Potworka to słychac było głosno wyrażaną dezaprobatę…



I to było w maju. Maju – miesiącu I Komunii.

A teraz mamy wrzesień.

Matka pojechała jak co rano z Potworami – najpierw do szkoły Janeczki, potem do przedszkola Maryśki.

-„Chodź jeszcze na chwilkę, pójdziemy zapłacić za obiady Janeczki” – Matka wyciągnęła Potworka z samochodu i zamykała cały bajzel, gdy dziecię znieruchomiało i zamieniło się w słup soli.

Matka z zainteresowaniem rozejrzała się wokół, ale nie było specjalnie na co patrzeć, bo dochodziła ósma i plac opustoszał. Od strony plebanii pędziła za to jakaś postać z gitarą, a że wietrzysko było okrutne, więc pomagała sobie ochoczo ręką, żeby nie odfrunąć. Cóż, sutanna w przypadku wiatru niekoniecznie sprzyja, bo nie jest specjalnie aerodynamiczna, ale najwyraźniej ksiądz był zaprawiony w boju, bo pudło gitary unieruchomił sobie pod jedną pachą i wykonywał ściśle zaplanowane ruchy drugą ręką, dzięki czemu szybko, acz z łopotem posuwał się naprzód.

-„Co tak patrzysz?” – zdziwiła się Matka -„Nie poznajesz? To ksiądz, który uczył Janeczkę religii!”

„Wiem, wiem, ten ze zdjencia!” – mruknął niepewnie Potworek -„Tylko ja nie jestem pewna…”

-„Czego nie jesteś pewna?” – spytała Matka kierując się w stronę szkoły, ale Maryśka ani drgnęła, tylko świdrowała wymachującego ręką księdza dalej oczkami.

„Nie jestem pewna…” – Potworek szepnął konspiracyjnie, aż Matce zaskrzypiały bębenki w uszach -„Nie jestem pewna… cy ta jęka należy do niego…”