Matka wykończa się przy obrazie, który jutro odjeżdża w siną dal – oczywiście znienacka pięć dni przed czasem, więc Matka co chwila go obmacuje i myśli sobie, czy przyklei się on do samolotu, czy nie…
Nieważne.
Matka stara się tez pisać różne papierzyska do szkoły, więc potrzebuje trochę czasu i ciszy. Drugi wymóg jest praktycznie niespełnialny z powodu ryków Potworów, ale Matka już się trochę uodporniła, poza tym stara się przerywać ryki potomstwa swoimi, co miło urozmaica czas sąsiadom. A tak już całkiem poważnie, to Matka pisze i uczy się w okienkach, na które gna do domu i to właśnie był czas przeszły, bo dziś okazało się, ze Matka tych okienek ma co prawda mniej, ale sa krótsze, a więc niewyskakiwalne i trzeba przebimbać je w szkole. Cóż – ktoś tak naprawdę musi mieć okienka, żeby ten drugi (czytaj lepszy) nie miał ich wcale, przychodził na ósmą i wychodził jak najszybciej. Ano. Są ludzie i są ludzie. Matka specjalnie nie narzeka, bo bywało gorzej a zajęcie jakies zawsze się znajdzie dla Matki.
Matka zupełnie nie o tym miała, a truje i truje, i nikt nic nie mówi!
Matka miała o naturze pisać. Naturze, która włazi do Matki wszelkimi otworami w domu i ostatnio była złapana w łapkę. Nie, nie osobistą, raczej taką ze sprężynką i serkiem. Bo natura czasem nawet nie włazi, ale wydaje odgłosy – w nocy słychać sowy, na aronii wydziera się kos, na debie siedzą sroki, których śpiewów raczej Matka nie będzie oceniać, bo ma nóż w kieszeni.
Bywa także, ze nad Matki domem przelatują dzikie kaczki, łabędzie czy inne czaplożurawie. Jakby leciały deczko niżej, to Matka napisałaby prawdę, a tak wstrzyma się dyplomatycznie. Ku zdziwieniu domowników kwakanie z nieba dochodziło czasami nawet w nocy i jak sie okazało, kaczki miewają kursy nocne. Najwyraźniej korytarz powietrzny mają i się nie boją.
Pół biedy z takimi. Matka siaduje sobie czasem z MiaUżonem na tarasie, słucha rechotania żab znad rzeki, która płynie kilkaset metrów dalej i jak klucz kaczek przeleci, to tez posłuchac sobie można.
Ostatnio jednak Matka waliła na dole w komputer i pisała Plan Wynikowy, kwa, kwa, kwa, kiedy nagle kwa, kwa, cholera jasna, do uszu kwa, kwa, kwa, Matki doszło co? Kwa, kwa, no co?
Kwakanie.
Kwakanie głośne.
Takie obdzieranie kaczki ze skóry. Przerwa. Wyrywanie piór z ogona. kwa, kwa, kwaaaaaaa!
-„Słyszysz, mama? Gdzieś tu kaczka jest!!!” -zauważyła przytomnie Janeczka.
-„No jest!” – Matka wstała cholernie ucieszona i wylazłą na taras.
Kwakanie dochodziło z prawej strony.
-„Może sąsiedzi kupili kaczkę na obiad i trzymają ją na tarasie?” – zastanowiła sie głośno Matka.
-„Ale to jest odgłos DZIKIEJ kaczki!”- MiaUżon podniósł wzrok znad sportowego działu w gazecie, po czym szybko go opuścił. Dzika kaczka w mieście, też mi zdziwienie!!!
Kaczka była w rzeczy samej dzika. Normalna nie drze tak dzioba, bez dwóch zdań.
-„Ona chyba siedzi teraz na akacji!” – podskoczyła radośnie Janeczka, kiedy zwierz był łaskaw się przenieść i nadawać z innego kierunku – „I jest ich chyba WIĘCEJ!!!”
Było więcej. Matka w myślach wymordowała je wszystkie i zrobiła z częsci rosół, resztę upiekłszy w jabłkach.
-„Miękkie już?” – oblizał się MiaUżon i na wszelki wypadek odskoczył.
Kaczki nadawały następnego dnia z trzech stron. Tłukły się w akacji, siedziałąy pod tują i sosną wejmutką, okupowały dach i balkon sąsiada.
-„One mają chyba jakieś zaburzenia psychiczne!” – zwróciła uwagę Matka, kiedy na chwilę przymknęły dzioby -„Przeciez normalna kaczka to już chyba dolatuje do Gibraltaru?”
Te normalne nie były. Uprzykrzały życie rankiem, wieczorem i po południu sprawiając, że obiad stawał w gardle. Milkły nawet na kilka minut, zeby po chwili dołożyć znów.
-„Może kupimy orła, to by je wystraszył?” – rozmarzył się MiaUżon, ale Matka nie zamierzała aż tak inwestować.
-„Chrzanię!” – oświadczyła w końcu – „Nie piszę nic, dopóki się stąd nie wyniosą!”
–„Ale tak fajnie jest, jak nat jęziojem”– zaklaskał w łapki Potworek.
-„Jakby Matka chciała iść nad jezioro, to sobie wsiądzie w auto i pojedzie!!!”- warknęła Matka a Maryśka czmychnęła. Nie byłą uprzejma Matka, o, nie! Podejrzewa jednak, że nikt by nie był, gdyby słuchał dzikiego ptactwa wbrew swej woli od trzech tygodni z okładem.
-„Ty siądź sobie i posłuchaj tego dobrze” – zapropopnował odkrywczo MiaUżon i Matka natychmiast spojrzała na niego oczkiem najbardziej wkurzonego z wkurzonych Bazyliszka. Posłusznie jednak siadła, bo niezaleznie od miejsca w domu ryk kaczki był jednakowy, za to świeżego powietrza mniej.
-„Dziwnie jakoś!” – zauważyła Matka i zaczęła się wsłuchiwać uważniej. Po chwili odkryła powtarzające się wrzaski, potem łopot skrzydeł i znów przerażające kwakanie. Przerwa. I to samo.
-„No żeż ten, w mordę kopany…” – zauważyła nad wyraz uprzejmie Matka – „…wychodzi rano do pracy i nastwia te kaczki z jakiejś taśmy???”
-„I chyba obdarował tym urządzeniem połowę sąsiadów, którzy robią dokładnie tak samo!” – przytaknął MiaUżon.
I Matka się zastanawia – czy to piekielne urządzenie jest dostępne w ogólnopolskiej sieci sprzedaży, czy też – i tu gorzej – jest wyrobem chałupniczym przedsiębiorczego sąsiada, który słynie z produkcji ptaszków machających skrzydełkami crowlem…
Jedno jest pewne – wytruje to towarzystwo albo wystrzela.
Inaczej będzie zmuszona napuścić innego ptaka.
Puści pawia…