Matka zakończyła budowanie kominka. Nie, no nie Matka, tylko pan kominkowiec, ale jak to zwykle bywa z pięciu planowanych przez pana dni zrobił się miesiąc i Matka miała serdecznie dosyć pyłu, który zgrzytał jej w zębach mimo mycia podłogi.
Codziennie rano Matka rzucała się z mopem na czarną folię, którą rozkładała dla pana a ten sprawdzał każdego dnia, czy nie można by ubrudzić jej bardziej, zaś po wyjściu pana Matka podściółkę składała, oblatywała odkurzaczem salony, zdejmowała delikatnie cienką folijkę z wszystkich mebli, brała tak zwaną płetwę rekina, rozrabiała płyn, myła trzy razy podłogę i wpuszczała rozdrażnione Potwory, które koczowały z Babcią na pięterku.
Kominka przybywało, ale tempo było zatrważająco wolne. Chłop dobry i miły, ale…
-„Jutro mnie nie będzie, bo wieczorem wesele mam!”
-„Jutro musze pojechać do G., żeby umówić następną robotę!”
Typowy fachowiec.
-„To na jakie obłożenie się pani zdecydowała?” – pytał pan a Matka nie wiedziała. Pan miał bowiem żółty piaskowiec, który Matce nijak do niczego nie pasował a poza tym trzy czwarte kominków jest nim wszędzie poobkładanych.
Matce to sie marzył kominek nowoczesny – jakaś cegła, blacha miedziana i tak dalej, ale Matka stare meble posiada i jednakowoż rustykalny lepiej przy nich sie komponuje.
Objeździła więc sklepy w poszukiwaniu czegoś szlachetnego i nie znalazła, bo szukała niepstrokatego z racji swojej baleronowatej podłogi.
-„Chyba poszukam jednak wśród jakichś płytek”- jęknęła do MiaUżona i zagłębiła sie w czeluściach internetu. W sklepach królowały bowiem błyszczące płytki klinkierowe, którymi pół Matki Metropolii ma obłozone słupki od płotów.
Po czterech godzinach Matka zlazła na dół.
-„Znalazłam możliwe, są w jednym miejscu tylko, więc jedziemy zobaczyć” – wydała dyspozycje Matka, zapakowała MiaUżona i Potwory przy zdecydowanym sprzeciwie całej trójki i ruszyła.
MiaUżon pocmokał z zadowoleniem. Płytki skutecznie udawały starą cegłę w brudnym, szarożółtym kolorze. Matka z panią wyliczyły ile potrzeba jej metrów kwadratowych płytek, a ile tak zwanych narożników.
-„Dobrze, to bierzemy!” – ucieszyła się Matka. Były szanse, ze robota posunie się dalej.
-„Jak to – bierzemy?” – pani wybałuszyła oczka – „Ja nie mam tych płytek! To jest tylko ekspozycja! Nie zamówię dla pani pięciu metrów na palecie, bo za duży koszt dostawy. Trzeba by to dołączyć do jakiegoś innego zamówienia…”
-„Aha, to świetnie, proszę dołączyć!” – Matka w podejmowaniu decyzji bywa szybka
-„…i może za miesiąc, dwa, pani te płytki sprowadzimy!” – panienka skończyła i odetchnęła z ulgą.
Matka siadła z wrażenia na słupku ogrodzeniowym. Słupku będącym tak zwana ekspozycją – oczywiście.
-„Spadamy!” – skwitował rzecz całą MiaUżon, który nienawidzi sklepów, chyba, że są to salony samochodowe.
I objeździli całą Metropolię, co nie było zbyt trudne, ale nie wskórali nic a nic.
Matka w domu zajrzała jeszcze raz do internetu, spisała telefon i zadzwoniła.
-„Nie chca pani sprowadzić?” – zdumiała się panienka od zamówień – „Ja im dam! proszę pani, wysyłam jutro do pani kurierem, cena taka a taka, wysyłka tyle a tyle. Paleta niepotrzebna, nic się nie stanie, ale pani oczywiście sprawdzi!”
-„Wysyłają, cena wyszła mniejsza niż w sklepie nawet, jak doliczą wysyłkę!” – doniosła zachwycona Matka MiaUżonowi.
I czekała. Czekała.
-„Mamo, muszę na moment wyjechać, jakby pojawił się kurier, to Mama zapłaci i otworzy przy nim przesyłkę, bo inaczej nie uznają ewentualnych reklamacji!” – Matka zostawiła z problemem teściową i miała obawy, czy Babcia sobie poradzi.
Poradziła.
-„Wracaj zaraz! Pobite!” – usłyszła Matka w komórce, ale na szczęście była już pod domem.
Zastała kuriera grzebiącego w płytkach. Matka siegnęła do pudełka – co wyciągała, to tylko połówkę, druga tkwiła w kartonie.
-„Wie pani co? Oni nic nie napisali, że to jest tłukące, to myśmy tym walili ile wlezie, bo ciężkie, jak jasna cholera!” – przyznał pan – „Może niech pani zadzwoni a ja zaczne pisac protokół.”
Matka tak zrobiła. Słuchawkę podniosła ta sama miła panienka.
-„Oooo!” – ucieszyła się – „To pani? Doszło?”
-„Doszło, doszło” – podrapała się w głowe Matka i założy się, że panienka usłyszła chrzęst Matki rozumu – „Tylko widzi pani, jest jeden duży problem…”
-„Ojej, pewnie wszystkie uszkodzone?” – panienka od razu wiedziała o co chodzi.
-„No wszystkie to nie” – Matka prawdomówną jest i już – „Płytek to chyba z połowa połamanych a narożników trochę więcej…”
-„Aha!’ – panienka nie była wcale zmartwiona ani zaskoczona – „To my proszę pani wyślemy to pani jeszcze raz, ale tym razem na palecie, pani tylko dopłaci różnicę ceny wysyłki między paletą a wysyłką normalną!”
-„No dobrze, a za płytki?” – wystraszyła się Matka -„Przecież rozbitych mam tylko połowę, a może nawet mniej…”
-„Wyślemy pani całą partię gratis!” – panienka nie traciła dobrego humoru – „Pozwoli pani tylko, że przekażę wszystko teraz pracownikowi, żeby od razu pakował?”
-„Bardzo proszę!” – Matka natychmiast się zgodziła, żeby pan kominkowiec nie miał przestoju.
-„Dziękuję!”-panieka lekko odstawiła słuchawkę od ucha -„Panie Sławku! PANIE SŁAWKU!!! Wysyłamy jeszcze raz całą partię płytek do pani Mattkipolki do Metropolii! Wszystkie się potłukły w p…u!!!”
I Matka natychmiast polubiła panienkę jeszcze bardziej!
Love
Życie wróciło do tak zwanej normy. Matka NIE może powiedzieć, że taka norma jej bardzo odpowiada – spruwanie Potworów o szóstej piętnaście, dzikie wrzaski w łazience – prawdopodobnie każda ilość zlewów w domu zawsze jest za mała o jedną sztukę, potem ryki z dołu, z jadalni, gdzie jeden Potwór drugiemu Potworowi przeszkadza jak może w jedzeniu śniadania, wykorzystując moment, kiedy Matka ma łeb pod kranem. Kolejną atrakcją jest przepychanie się do samochodu, stanie w korku na moście i gnanie od szkoły do przedszkola, a potem znów szkoły, tyle, że Matkowej. Bo stało się dokładnie to, co Matka przewidywała – mimo próśb wlepiono Matce trzy razy na ósmą, więc zimą Matka kiedyś zejdzie usiłując wytaszczyć Potwory z pościeli.
Jedynym światełkiem w tunelu są wolne czwartek z piątkiem, ale w tym przypadku Matka poszła w zaparte – trzeba jakoś zarobić na życie, bo z sumą trzycyfrową i to powiedzmy sobie szczerze – wyraźnie trzycyfrową, w której nie ma żadnej dziewiątki a nie wiadomo, czy na ósemkę starczy, Matka nie wyrobiłaby. Potwory jedzą jak chłopy małorolne…
Póki co rano jest jednak jasno i życie nie wygląda najgorzej. Dziewczyny sprawnie wpasowały się w codzienny kierat – Janeczka cieszy się z trzeciej klasy, zaś Maryśka ze spotkania z przedszkolnymi kolegami.
Matka sprawnym oczkiem dojrzała jednak coś, co kazało porzucić jej na chwilę myśli, że szlag ja trafi i krew zaleje (norma po sześciu lekcjach jednym cięgiem, kiedy trzeba szukac sal, ludzi, kluczy i tak dalej). To coś błyszczało mocno nienaturalnie, co rozpaliło w Matce podejrzenie, że rzecz jest tania i nieszlachetna. Nieważne.
-„A co ty tam masz?” – zagaiła Matka Janeczkę, która spłonęła rumieńcem.
No Matka była pewna. Pewna, ze Janeczka znów coś znalazła na korytarzu i zapomniała oddać, jak pięć tysięcy gumek do włosów i trzy tysiące spinek. Matka potem biega, oczami świeci i szuka właściciela.
-„Nic” – Potwór odwrócił się na pięcie i już, już miał czmychnąć, kiedy Matka rozdarła szatę i położyła się w progu.
-„Pokaż!!!” – zażądała Matka i zapuściła żurawia.
Janeczka ociągając się wyciagnęła w kierunku Matki kończynę górną i przez 0,0001 sekundy zaprezentowała blaszna obrączkę z napisem LOVE.
W umyśle Matki zaświtało kolejne podejrzenie, ale Matka zdeptała je szybko i rozdmuchała pył na boki.
-„A gdzie to znalazłaś?” – przesłuchania ciąg dalszy.
-„Nigdzie!” – policzki Potwora zrobiły się czerwone jak reklama holenderskiej cegły klinkierowej sort pierwszy – „Dostałam!!!”
Akurat! Matka już nie raz słyszała takie zapewnienia.
-„Od kogo znowu?”
Potwór przyciemnił lico o dwie jednostki.
-„Eeeeeeee…” -wywrócił oczami -„…eeeeeee. No wiesz, ten Adam mi dał. Wrzucił mi go do kieszeni i powiedział, że bardzo mnie lubi!!!”
Matka padła.
-„Ten sam, co kiedyś mi powiedział, że jest twoim narzeczonym?!!”
-„Ten sam!” – przytaknął Potwór i zniknął w czeluściach swego pokoju, żeby zmienić kolor na bardziej praktyczny.
A Matka pomyślała sobie, że co prawda narzeczony jest o głowę mniejszy, ale za to miłość do Janeczki go dopadła niemożliwa – wszak oświadczał się Matce wczesną wiosną, czy jakoś tak!
I Matka postanowiła zapomnieć o całej sprawie – jeśli ciągle ten sam absztyfikant Janeczkę adoruje, to nie jest najgorzej. Sprawa czysta, cicha i w ogóle. Matka strzeliła sobie rano kawkę, wsadziła Potwory i wystartowała do szkoły.
-„Chodź, Marysiu!” – przypomniało jej się -„Musimy wyjść, żeby zapłacić Janeczce za obiady”
I poszły w trójkę do szkoły. Potwór pognał do szatni, zaś Matka z uczepionym jej ręki Potworkiem minęła zgrabnie dyżurkę i już miała przepaść za zakrętem, kiedy usłyszała:
-„Proszę pani, proszę pani!”
Matka potoczyła wzrokiem, ale pozostałe panie nie przekraczały wieku jednocyfrowego, więc wróciła i zajrzała do pokoiku.
–„No i jak tam?” – zarechotały woźne – „Zbiera już pani na wesele?”
Cóż…
Matka zastanawia sie teraz, czy nie pojawić się w szkolnej parafii na niedzielnej mszy.
I na wszelki wypadek nie posłuchać zapowiedzi…
Anioł a wyładowania atmosferyczne
Matka z MiaUżonem postanowili jakiś czas temu wyedukować Potworka w zakresie pacierza. Czas nadszedł najwyższy a poza tym Maryśka z zazdrością podpatrywała Janeczkę i bezskutecznie wykonywała zawiłe wichajstry reką koło nosa. MiaUżon nauczył więc Potworka żegnać się, a potem trzy wieczory wystarczyły, żeby szczęśliwe dziecię mogło wreszcie pozawracać głowę Aniołowi Stróżowi.
Maryśka nęka więc najpierw wyżej wymienionego, potem odmawia Wieczny Odpoczynek wymieniając pół rodziny i znajomych, którzy byli łaskawi wybrac lepsze miejsce zamieszkania a na końcu troszczy się o współczesnych, prosząc dla nich o zdrowie, dziekując za szczęśliwy dzień i polecając sie uwadze Najwyższego w kolejnym. Ponieważ zdrowie najwyraźniej też ma być reglamentowane, więc Potworek znów wymienia wszystkich niemal od Adama i Ewy, co Matka uważa za zbędny trud, gdyz podejrzewa, że co jak co, ale Adam z Ewą zdrowie mają niechybnie jak koń.
Jeśli go aktualnie w ogóle potrzebują.
Pacierz Potworka trochę czasu więc zajmuje, więc Matka postanowiła wyekspediować wszelkie maskoty zalegające na fotelu bujanym tudzież w najbliższej okolicy i siada, żeby nogi nie zrobiły jej czegoś, co zwykle robią przy zbyt długim staniu a Matka delikatną jest czasami i nie powie co.
Tyle tytułem wstępu. To tylko tak, żeby nie pisać po prostu – „Maryśka wieczorami odmiawia pacierz”.
I z innej beczki:
Nie tak dawno Matki Metropolię nawiedziła burza. Była widowiskowa, krótka, grzmotliwa i pachnąca. Matka przepada za burzą o ile akurat nie zaiwania gdzieś bez parasola, ale przaznać musi, ze rzadko jej się to zdarza, bo wozi w opelku co najmniej cztery sztuki.
Matka siedziała akurat na stryszku malując Bożą Matkę a Babcia zajmowała się pilnowaniem Potworów, które kotłowały się na dole i zapewne tez podziwiały pioruny, co robią zawsze z Matką. Jakie więc było rodzicielki zdziwienie, kiedy zeszła na chwilę na dół i ujrzała całe towarzystwo wciśnięte w kanapę z oczami jak talerze. Niezupełnie zresztą. Kanapa takich oczu nie wywalała. Potwory posiadały za to rozmiar oczu „talerzyki deserowe”, zaś Babcia… Babcię Matka zakwalifikowała po szybkim omiocie wzrokowym do kategorii „talerze perkusyjne”.
-„A wy co?!!” – spytała Matka i wiedziałą od razu, że odpowiedź jej się nie spodoba.
-„Bojimy siem!!! – zaszczekał zębami Potworek.
-„Boimy się burzy!!!” – przytalnęła skwapliwie Babcia, o której Matka wiedziałą doskonale, że jest cykor pierwszej wody. Babci wydaje się poza tym, ze banie sie burzy jest w modzie, ale Matka obawia się, że Babcia w tych wyliczeniach gwizdnęła się o jakieś małe trzydzieści lat.
-„A co? Mama pływa po pustym jeziorze z piorunochronem na głowie?” – zapytała uprzejmie Matka, której przypomniało się, że kiedy napatoczy się jeszcze do kompletu szwagierka, to siedzą z Babcią w jednym łóżku przykryte po czubek głowy kołdrą i mają co opowiadać przez następne pół roku, ewentualnie do pojawienia się kolejnej burzy.
-„Ty sobie nie żartuj, burza to poważna sprawa!” – oburzyła się Babcia i pomacała się dyskretnie po głowie.
Matka doda, że Babcia ma lat siedemdziesiąt dwa a szwagierka równe pięćdziesiąt i właściwie szanse na wyleczenie się ze strachu burzowego mają dawno za sobą.
Tylko – do cholery – nikt nie będzie wpędzał Matce Potworów w psychozę!!!
Matce nie chciało się nawet gadać i polazła z powrotem na strych.
I już, już zapomniała o tej krótkiej burzy, kiedy przyszła pora wieczornego pacierza Potworka, który wykąpany i pachnący załadował się do łóżeczka.
Padł on na kolana, zamaszyście sie przeżegnał i błyskawicznie (cóż za właściwe określenie) wykonał autorską przeróbkę modlitwy, z której profilaktycznie do dziś nie zrezygnował. Do Matki uszu doszedł cienki głosik:
Aniele Stjóżu Burzu mój,
Ty zafsze przi mnie stój!!!”
Zakupy blondynki
Matka dodaje suplement, który powinien pojawić się tydzień temu, ale dziesiejszy dzień jest równie dobyr, żeby nie powiedzieć lepszy. No, tak może pomijając te radosne strugi wody, które płyną do Matki szybach.
Matka wraca tym samym do swoich filiżanek, które opisała w notce „Tort w gardle”. Naczynka stoją sobie spokojnie w pracowni Matki, żeby MiaUżon zgrzytając nie starł sobie za bardzo szkliwa na zębach. I prawdą jest, że w ich przypadku nie o zazdrość o kolegę-ofiarodawcę chodzi, ale o to, że MiaUżon sam nic nie wymyślił.
-„Kup sobie coś ładnego, to to będzie prezent ode mnie!” – Matka słyszy przy każdej okazji i szlag ja trafia. Nawiasem mówiąc nie kupiła sobie jeszcze tej rzeczy, ale zrobi to, gdy tylko ją napotka. Na mur.
Tymczasem jednak Matka była zeźlona, obrażona i tu można wpisać sobie różne inne takie.
I może dobrze się stało, bo takie sytuacje czasami działają na Matkę mobilizująco. Postanawia coś, czego nie mogła zrealizowac miesiącami.
I Matka podeszła w zeszłą środę do swojej lodówki, która w dalszym ciągu wystaje na pół kuchni i pewnie czeka ją emerytura w tej pozycji, nabazgrała na karteczce zakupowej cztery rzeczy, wcisnęła ją w kieszeń, wzięła kluczyki, pomachała Potworom i Babci i odjechała.
Na karteczce stało:
SZAMPON
GĄBKA DO KĄPIELI
LAPTOP
DRUKARKA
I po małej godzince Matka wróciła z zakupami.
No i – psiakość – jak blondynka zapomniała nabyć dwie rzeczy.
Szampon i gąbkę.
Tajemnicza książka
Matka usiłuje się roztroić, ale czego by się nie podjęła – nijak nie wychodzi. Kiedy szaleje po mieście obraz nie chce się sam malować. Tylko pan kominek buduje, dzięki czemu Matka ma wszystko w ulubionym gipsowym pyle, zaś teściowa spełnia się towarzysząc panu i zadając pytania.
Matka próbuje bowiem nabyć podręczniki dla Janeczki, co skutkuje wycieczkami do bankomatu, jako że Matka zapomina cały czas – z powodu niemieszczenia się w głowie, że jednorazowa książka do języka angielskiego, którą wypełnia się i wyrzuca, kosztuje złotych polskich 43 i 60 groszy. Pozostałe podręczniki są w nieco mniej atrakcyjnej cenie, ale zsumowane porażają. Matka podejrzewa, ze co roku czekać ją będzie coraz lepsza zabawa, ale póki co postanowiła zachwycać się tym, co ma.
Oprócz tego Matka wybiera zasłonki do szkolnego pokoju nauczycielskiego, bo jak wymyśliła do niego kolor ścian, to co niektórzy – przyzwyczajeni do szarości mysich, szarości stalowych, sraczek wszelkiej maści, zgniłej oliwki i wściekłego kanara – padli, więc należy ich podnieść na ciele i duchu serwując ozdoby okienne, z których to ozdób Matka lekką ręką odrzuciła girlandy z naturalnego polnego kwiecia (jako zbyt nietrwałe), złocenia (jako zbyt arystokratyczne), sznury, sizale i konopie (jako zbyt wsiowe i propagujące niehigieniczny tryb życia jakim jest na przykład narkomania), przerzucając cały swój zapał na firanki i zasłonki.
Wygodne a jakie odkrywcze!!!
Kiedy więc Matka wraca, wyjmuje sobie z szarości ócz rzucający się w nie wszędobylski pył, olewa go totalnie, porzuca teściową i Potworka, tudzież przeciąg po dawno znikniętej na dworze Janeczce i gna na swoje poddasze, żeby namalować coś na obrazku. Nie ukrywa, że idzie jej w związku z wyżej wymienionymi atrakcjami jak krew z nosa, ale termin goni, samolot nie poczeka i obraz namalowan być musi!!! A potem jeszcze wyschnąć powinien, żeby się do jakiego pasażera nie przykleił!
Matka więc siada i jak widać zapewne, nie dostrzega komputera do momentu, kiedy jest zbyt ciemno, żeby odróżnić zielony od czerwonego.
Co jakiś czas przybywa za to kontrolnie Potworek – Kolumb, urywając się spod skrzydeł Babci.
-„Ooooooo…majujes?” – odkrywa każdego dnia wielokrotnie Amerykę
-„Maluję!” – odpowiada Matka, bo prawda to rzecz najważniejsza. Obraz co prawda przypomina upiora w różnych stadiach, ale zawsze z bladym licem, i tak już wyglądać będzie, dopóki nie rzuci się na niego laserunków. Jeszcze chwilę.
-„A to jest Matka Boża i czszyma Dzieciontko!!!” – obwieszcza Maryśka dumnie.
-„Zgadza się” – przytakuje niezbyt szczęśliwa Matka, która nawet radia sobie do malowania nie włącza, bo ją to rozprasza.
-„A Dzieciontko czszyma w łapce ksionżkę!!!” – ciągnie dalej Potworek.
I tu Matka uknuła w ułamku sekundy chytry plan, żeby zawstydzić Potworka, który niechybnie czmychnie i zaszyje się z rozpaczy w ciemnym kąciku.
-„A powiedz ty mi…” – zatarła rączki Matka i zmrużyła swe oczka -„…co to jest za książka?!”
–„No jak to – co za ksionżka? – żachnęła się natychmiast Maryśka –„Ksionżka, zieby Matka Boża poczitała Dzieciontku. Jozumies – CAŁA POLSKA CZITA DZIECIOM!!!
Prawie fajerwerki
Matka ma problemy z wyglądem Maryśki – nie to, ze jakaś brzydka, pokrzywiona czy cos takiego. Nic z tych rzeczy.
Matka obawia się, że jak Maryśka pójdzie do przedszkola to Matkę zgarnie policja za maltretowanie dziecka. Już niejednokrotnie Matka wkraczała do przedszkola po weekendzie, szła do wychowawczyni i pokazywała:
-„Ten siniak tu, na pupie – to krawędź schodów, jak Maryśka schodziła z lalkami. Lalek nie puściła. To pod okiem, to jak biegła i nie zauważyła ściany. Te dwadzieścia trzy siniaki na nogach to nasza podłoga, schody, płot, kominek i tak dalej”
Panie kiwają głowami i załamują ręce. Nogi Maryśki wygladają tak, jakby Matka ich wcale nie myła, bo generalnie są szare, żółtawe, fioletowawe, zielonkawe i tak dalej. Matka zastanawia się nawet, czy przypadkiem komuś nie złamano zycia, oskarżając go o znęcanie się nad dzieckiem, podczas gdy było tak samo rozbijające się, jak Maryśka. Ale to już sprawa poważna i lepiej interweniować na próżno niż wcale.
Do Matki uszu co chwila dochodza więc łomoty, czasem lekkie pochlipywanie, ale na ogół Maryśka kontuzje traktuje jak część swojego krótkiego zywota i przechodzi nad nimi do porządku dziennego.
Matka nie może tylko znieść widoku schodzącego po schodach Potworka, który dzierży w łapkach a to wielki wózek z budka, a to tak zwany odpychacz, czyli samochód do jeżdżenia, albo inny przedmiot zwykle dwa razy większy od Potworka.
Kiedy więc Matka w niedzielę urodzinową Janeczki usłyszała z góry rumor wiedziała, że Maryśka jeździ na odpychaczu. Matka co jakiś czas bowiem nie zdzierża i wynosi to źródło piekielnego hałasu do pokoju Potworka.
Tymczasem skrzypnęły drzwi, zaplaskały klapki Maryśki na pierwszym schodku a potem nastapił koniec świata. Brzęk tłuczonego szkła, łamanego palstiku, łomot kolan na podłodze i cisza. Głucha cisza.
Matka dopadła do schodów, nadstawiła ręce i czekała z zapartym tchem na spadającego Potworka, którego powinny poprzedzić lecące ślizgiem zakręconym klapeczki…
Klapeczki nie nadciagały.
Potworek również nie przybywał, za to do Matki uszu doszło delikatne chrząknięcie, po czym małe kroki oddaliły się na chwilę i wróciły.
Znów cisza.
-„Co tam sie dzieje???” – wykrztusiła wreszcie Matka.
Na schodach znów zamlaskało i zasyczało klapkami.
Maryśka zeszła z godną miną i zajęła się lalką, nie zwracając uwagi na osłupiałą Matkę.
-„Co to był za hałas?” – Matka nie odpuszczała.
Maryśka puściła Matce spojrzenie numer pięć czyli „SprawaJestOczywistaATySięGłupioPytasz” i wyjaśniła chłodno i rzeczowo:
–„Janeczka siem wyjźnęła! O podłogę!”
-„Ale CZEMU?!!” – zainteresowała się Matka, bo podłogi miewa raczej bez wystających części.
–„Po pjostu – z okazi ujodzin!”
Jasne. Matka nie wie, że istnieje kategoria wyrżnięć jubileuszowych. Hałaśliwe i nieszkodliwe.
Bum.
Tort w gardle
Matka powinna napisać o torcie. O swoim pysznym torcie urodzinowym, który ledwo napoczęty stoi w lodówce i nie wygląda na to, żeby jego ilość miała się zmniejszyć!
Powód?
Prosty – niektórym facetom po czterdziestce odbija i MiaUżon najwyraźniej powiekszył grono tychże aniołków…
MiaUżon się obraził. Śmiertelnie. Zjadł kawałeczek tortu, który zresztą niechybnie stanął mu w gardle. Uprzejmość taka. MiaUżona, nie tortu.
Matka bowiem pojechała rankiem na swoje rusztowanie, bo co roku wyprawia urodziny i nie zamierzała z tego zrezygnowac nawet, jeśli pracowała tylko miesiąc. poza tym wszyscy ostrzyli sobie zęby i nawet, gdyby Matka nie bardzo miała ochotę to wyjścia nie było. Ale Matka miała, zrobiła tort, nabyła wino, czekoladki, kawę, śmietankę i wszelkie akcesoria niezbędne do zniszczenia wyżej wymienionych i pognała.
Towarzystwo czekało i zacierało łapki, czasu nie było wiele, bo wiadomo – praca. Tort smakował nadzwyczaj, wino również, Matka dostała prezent od grupy – przecudną książkę „Historia piękna” pod redakcją Umberto Eco – rzecz fantastyczna i – trzeba to przyznać – mocno kosztowna.
A potem z pokoju wyszedł młodszy kolega, którego Matka bardzo lubi, a który jeszcze chwilę temu był studentem i podał Matce pudło. Wielkie okragłe pudło w pieknym kolorze burgunda.
-„Kapelusz?” – zażartowali wszyscy.
-„Na kapelusz za płaskie!” – Matka delikatnie próbowała się dostać do środka, ale wiedziałą, że to się źle skończy. Pudełko było ZA ładne.
W środku, na skłębionym atłasie znajdowało się sześć przecudnej urody, cieniusieńkich, chińskich filiżanek do herbaty. No odlot. Ufo – jak powiedziała jedna ze studentek. Granatowe, z pawiami, całe w ornamentach.
Matka padła.
I nie wiedziała co zrobić z wrażenia.
Nawet nie próbuje sobie wyobrazić ile to cudo kosztowało.
Co tam Matka. Wszyscy padli, bo kolega prezent trzymał w tajemnicy.
A w domu MiaUżon rzucił okiem na książkę a potem zauroczył się filiżankami.
A Matka mogła trzymać gębę na kłódkę, ale jest chyba zbyt szczera.
-„Nie wiem, co zrobić, ale wiesz, to jest prezent od X.” – bąknęła.
-„Nie trzeba było tego przyjmować!!!” – zaryczał MiaUżon i wściekł się jak diabli.
A potem było już po Matki urodzinach.
I nie pomogły tłumaczenia, że kolega jest kilkanaście lat młodszy.
Że traktuje Matkę jak przyjaciela, starszą zdecydowanie koleżankę, która mu pomaga.
Matka w końcu użyła argumentu, którego wyjawiać nie zamierzała, ale sytuacja wymykała się spod kontroli – że kolega jest nie teges i mieszka z narzeczonym. Od lat.
-„Akurat! I jak przychodzi to przynosi ci wrzosik w doniczuszce!” – prychnął MiaUżon.
I Matka się zamknęła, bo argumenty jak widać nie trafiały.
-„Gdybym tych filiżanek nie przyjęła, obraziłabym go i dotknęła do żywego!” – oświadczyła Matka i zaciąła się na mur.
Bo kolega jest naprawdę bardzo dobrym człowiekiem. I najwyraźniej Matkę lubi.
Jak koleżanka koleżankę.
Więc Matka nie będzie wnikać w koleżanki pieniądze i decyzje na co je wydać.
A na tort zaprosiła dziś sąsiadów.
W czym by tu podać im kawę…?
Jubileuszowy owad.
Matka obudziła się dziś o świcie i poczuła bez cienia wątpliwości, że coś jest nie tak. Bardzo nie tak!
Matka szybciutko zastanowiła się, czy nie robiła aby poprzedniego dnia czegoś niestosownego typu leżenie pod stołem, ale raczej nie. Na pewno nie. Niedziela była taka, jak powinna być wtedy, gdy któryś z Potworów obchodzi urodziny. Matka zrobiła tort, byłą Babcia, obiad i tak dalej. Świeczki, dmuchanie – też, a jakże. W końcu wiek Janeczki już całkiem, całkiem poważny – dziewięć lat stuknęło!
Tyle tylko, że w dalszym ciągu Matka czuła się bardzo nieprzyjemnie, coś ją łaskotało pod żebrem, dudniło w sercu, piszczało nad uchem. Matka znała juz takie uczucia, ale doświadczała ich rzadko – przed jakimś bardzo ważnym egzaminem, urodzeniem Maryśki, no, czasem przed pójściem do szkoły jeśli nie była pewna, czy nie za dużo przygotowała dzieciakom materiału. Ale w poniedziałek rano?
Kiedy do szkoły jeszcze dwa tygodnie?
Matka poczuła się bardzo nieswojo. To nie tak, że człowiek się budzi, myśli sobie – o kurczę, dziś będzie to a to – i trzęsionka.
Matkę trzęsionka obudziła.
A wcześniej Matka zarzekała się, że nic a nic ją nie obchodzi.
Nie dotyczy.
Inni tak, Matka nie.
Za nic.
NIE MATKA!!!
A tu proszę państwa podświadomość wylazła zapewne.
I wpędziła Matkę w paskudny nastrój.
Odpowiedzialność.
Lęk o najbliższych.
Choroba wie, co jeszcze.
A CO?
A Matkę napadła czterdziestka!
Tak nagle, o piątej trzydzieści.
Matka wcale nie chciała i jej nie zapraszała!!!
Swoją droga Matka Matki dospać nie mogła czterdzieści lat temu, czy co?
Trudno.
I teraz Matka w gronie Ryczących się znalazła. Czterdziestek.
<BR.
I kiedy zeszła tak rano do kuchni a Potwory smacznie jeszcze spały, nagle usłyszała tętent małych, bosych stópek i ujrzała gnającego po schodach Potworka.
-„A ty już nie śpisz?” – zdumiała się Matka.
–„Nie!!!”– załkał Potworek – „Śniło mi siem, zie goni mnie okjopna, ujośnienta biedjonka!!!”
I Matka natychmiast wskoczyła na właściwie tory.
No bo czymże jest czterdziestka wobec bezczelnej, napadającej Maryśkę biedronki???
I Matka zaraz idzie wykończyć swój tort.
Myślała co tez sobie napisać?
18?
29?
W życiu!!!
Matka zaraz sobie zrobi chorągiewkę i wetknie ją w ciasto.
Co napisze?
„Forever young!!!”
Mazaje i szlaczki
Matka sprzedała Potwory Babci i maluje. A właściwie złoci i klnie na czym świat stoi, bo złoto nabyła do kitu, ale tak bywa. Dopóki nia zaczniesz złocić – nie wiesz. Za dużo by tłumaczyć.
Za to pozbyła się wreszcie wszechobecnych folii, więc Potwory mogły wreszcie pobrykać na parterze. Zanim to jednak nastąpiło, Matka przywiozła koleżankę i we dwie machnęły Matki salonokuchniojadalnię na parterze. Najpierw Matka dzielnie obleciała sufit o powierzchni mniej więcej 45 metrów i wykonała to przy użyciu swieżo nabytego ławkowca. Popatrzyła na niego z nadzieją – nie na pędzel, na sufit – gdyż wyglądał nadspodziewanie dobrze i Matkę ogarnął nagły leń pod tytułem: nie maluję więcej. Kiedy spojrzała zaś na opakowanie dojrzała napisik wykonany maleńkimi literkami:” Zaleca się jednokrotne malowanie”. Matke wprawiło to w znakomity humor i wiadro z farba powędrowało na kolejne kilka lat do piwnicy. I niech Matce nikt nie mówi, że emulsja się psuje. Ta miała dziesięć lat i była cacy!
A potem Matka z koleżanką wymyśliły dwie wersje kolorystyczne do chałupy i Matka po długich namowach porzuciła marzenie o zdechłej zieleni na rzecz jeszcze bardziej zdechłego fioleciku.
-„Tu będzie taki podkładzik…” – koleżanka dźgnęła palcem w ciemnego banana na próbniku kolorów -„…tu jasne mazaje…” – i znów palcem w bardzo jasnego banana -„…a tu przecierka!’ – banan niedojrzały.
Matka oczyma duszy i wyobraźni efekt widziała mgliście, ale ponoć taka miała być ściana…
I pojechałay kupować farbę, po czym okazało się natychmiast, że żadne mieszalniki, nawet Tikkurilla, kolorów takich nie posiadają, nie dorobią i koniec kropka!
-„Tu jeszcze mamy Dulux” – Matka ostatkiem sił dojrzała sklep, bo w matkowej metroplii najlepiej idzie Jedynka, Śnieżka i tego typu zabójczobiałe kolory.
-„No i też nie ma!” – koleżanka zanurkowała między kolorowe karteczki -„A może ma pan próbnik uniwersalny?”
Pan miał. Matka z trudem znalazła coś podobnego, wyliczyły metry i litry i komputer zaczął dorabiać farbę.
-„Zalecam dwukrotne malowanie!” – zastrzegł pan. Matka nie była najszczęśliwcza, ale co zrobić.
-„Pięćset dziewięć złotych!” – pan postawił puchy na ladę.
Matka lekko spłynęła, ale farba była dobra, kolorki dobrane precyzyjnie i tak dalej. I do tego południe w sobote, czyli zaraz zamykany sklep.
W domu Matka obleciała piorunkiem 65 metrów kwadratowych ścian, koleżanka obmalowywała zaś wykończenia pędzelkiem – przy kaloryferach, sufitach, parapetach i tak dalej. Ciemny banan wyszedł pięknie!
-„A teraz mazaje próbujemy!” – i koleżanka pacnęła gabką jesnym bananem po ciemnym. Czekały. Czekały.
-„Ni cholery nie widać…” – zmartwiła się Matka.
-„Dolewamy białej farby!” – zadecydowała koleżanka i wlała całą puchę farby pozostałej po suficie.
Znów mazaj. czekanie. Czekanie. Suszarka. Czekanie.
-„Nic nie widać!!!” – jeknęła koleżanka.-„Jakim cudem???”
-„No to może zrobimy mazaje czystą bielą i przetrzemy potem tym zielonkawym żółtym?” – zaproponowała Matka.
-„Dobra! To dawaj tę białą!” – ucieszyła się koleżanka.
-„Wlałaś całą do banana!” – uprzejmie doniosła Matka.
-„Ja to już nie wiem co to jest banan, co to rozbielony banan, co niedojrzały a co zielony…” – posrapała się w głowę MiaUżon, który nie robił nic poza serwowaniem posiłków, które wyciagnął przez dziurę w folii na lodówce.
-„To znaczy, że musisz wsiadac i objechac wszelkie hipermarkety w poszukiwaniu dobrej, białej farby. I naturalnej gąbki na mazaje!” – wyjasniła krótko Matka a MiaUżon wpadł oczywiście w zachwyt, bo nie ma nic ciekawszego, niż wizyta w sklepie w sobotni wieczór.
Po godzinie przed Matką stała biała farba (Matka litościwie pominie firmę, bo farba była cieniutka) i kawałek myjki z ogórecznika morskiego, któa to gabka wygląda jak kawałek wysuszonego wnętrza cukinii.
-„czy ty wiesz, jak wygląda naturalna gąbka?” – zjeżyła się Matka, co nie spowodowało niestety żadnego efektu w postaci wymiany gabki na właściwą.
MiaUżon nie wiedział.
-„Nie mamy narzędzia do mazajów!” – obwieściła koleżanka, kiedy zniszczyła już wszystkie gabki kąpielowe Matki, próbując zrobić z nich namiastkę naturalnej.-„Tu najlepszy byłby wałek z folii”
Matka wie. Wałek takowy sprowadza się za złotych polskich 75 i on wtedy działą. Matka nabyła zastępczo polski za złotych osiem i mogła go sobie wsadzić. Kolejne cztery godziny spełzły Matce na cięciu kolejnych reklamówek i przyrządzaniu narządu do malowania. Efekt był tragiczny.
-„Masz może taki fajny wałek, co robi ciapki, mazaje znaczy się?” – zapytała telefonicznie Matka kolegę, który ma zakład malarski.
-„Nie mam, ale widziałem, jak te moje chłopy go robią…” – kolega udzielił wyczerpującej informacji, po której Matka przepadła w pralni.
Wróciła z pieluchą i sznurkami. Pozawiązywała rzeczoną draperię na wałku i obsznurkowała zawzięcie.
-„Działa!!!” – zachwyciła sie koleżanka i obleciała ściany narządem a Matka wykańczała końcówki gabką. Swoją gąbką.
-„Jutro przecieramy, żeby nam mazaje dobrze wyschły.” – orzekła na koniec -„A swoją drogą nie mogę zrozumieć, dlaczego nie jest taki efekt, jak miał być”
A do Matki dotarło. Wyciagnęła próbnik. Porównała kolory i numery.
-„Ciemny banan wyszedł dwa tony jesniej a jasny banan jeden ton ciemniej. Znaczy się otrzymaliśmy farby niemal nie rózniące sie walorem – nie mogło więc nam nic dobrego wyjść!!!” – wkurzyła się Matka.
Wiadomo, że komputer dokładnie nie dobierze, ale już dwa tony to nie jest lekka różnica!
I matka ma teraz kilaknaście litrów różnych bananów, bo okazało się, że malowanie raz w zupełności wystarcza.
-„Jak tak, to ja jeszcze chcę szlaczek pod sufitem!” – rozmarzyła się Matka, którą cała sytuacja mocno zestresowała.
Żeby się odstresować machnęła komin i jedną ścianę na fioletowo.
-„Poszperamy w internecie i poszukamy tego szlaczka!” – koleżaka włączyła komputer i szlaczek się znalazł. Secesyjny mocno.
-„Kiedy bedzie szlaczek, kiedy będzie szlaczek???” – dpytywały cały wieczór Potwory, ale Matka padła na pysk bardziej ze stresu zresztą, niż ze zmęczenia malowaniowego.
-„Za tydzień!” – zapowiedziała Matka i już zatarła rączki, że koleżanka znów przyjedzie i oblecą ściany, bo cztery ręce sa do takiego manewru najlepsze.
A potem uświadomiła sobie, że Janeczka ma w niedzielę urodziny.
I Matka ma w poniedziałek urodziny!
I żadne szlaczki nie wchodzą w grę!
-„Zrób szleczek, zrób szlaczek!” – jęczała Maryśka.
No to Matka wycięła póki co szablonik ze starej okładki.
I myśli co dalej, bo czasu to nie ma za grosz!
Ale jakby się zawzięła i zmusiła MiaUżona do współpracy, to by coś może przed imprezkami z tego wyszło?
A póki co patrzy na swoje zdechłośliwkowe ściany i te drugie, z mazajami bananowymi lekko zbyt jasnymi i zachwyca się.
-„Za mało te ściany migają” – koleżanka była jednak trochę zmartwiona.
-„Trudno, mi się i tak podoba” – odrzekła Matka, co było zgodne z prawdą.
Nadciągnęła teściowa.
Matka ciekawa była czy jej się spodoba nowy typ ściany.
Babcia potoczyła wzrokiem.
-„Aaaaa, fioletowe…” – i popatrzyła dalej – „…ale te żółte to chyba pomalujesz jeszcz raz, co? Okropnie źle ci ta farba pokryła…”
Enchilada
Matka znowu przepadła na kilka dni, ale powód jest prosty – dom Matki wyglądał jak jeden z odcinków Jasia Fasoli – wszystko popakowane w folię. Matka zastanawiała sie nawet, czy nie zaatakować winogrona na tarasie, ale obrodziło nadzwyczaj, więc nie starczyłoby zapewne walorów na folię. Powód? Bardzo prosty – rozpirzanie kominka, co wiązało się z kurzem typu szarego, budowlanego, wciskającego się wszędzie – jeden miód.
Jedynym plusem było przebywanie Potworów u Babci, więc matka wiedziała, że są najedzone, co już w przypadku własnym, jak również MiaUżona nie było tak oczywiste.
-„Zrobić ci coś do jedzenia?” – pytał litościwie MiaUżon, kiedy Matka latała na szmacie po wyjściu panów rozwalaczy.
-„Tak, byle co poproszę, na przykład kawałek chleba z jakimś smarowaniem” – jęczała głodna Matka.
MiaUżon próbował zaatakować lodówkę obklejoną folią, wsadzał łapsko przez dziesięciocentymetrową szparę, grzebał rozpaczliwie i wyciągał coś, co stało najbliżej.
-„Jest salami, może być zamiast smarowania?” – pytał z nadzieją w głosie.
Mogło być, ale po dwóch dniach Matka miała dosyć kurzu, folii i bajzlu.
-„Jedziemy do meksykańskiej knajpy!” – zarządziła.
I tak poznali nowy lokal, który okazał się być świetny, tani i szybki. Matka z MiaUżonem najedli się jak dzicy przebierając wśród enchilad, pizzy, tacos i innych dziwnych słów.
-„Bardzo nam smakowało, ale na drugi raz poprosimy jeszcze o gaśnicę!” – pożegnała się Matka z miłą kelnerką, zastanawiając się, czy jej kubki smakowe zostały już wyżarte przez chili, czy coś tam zostało.
Po drodze Potwory zostały odebrane od Babci z mocnym postanowieniem zapakowania ich natychmiast do łóżka, bo godzina była nieprzyzwoita.
–„Umiejam z głoda! Popjosę dwie bułki z dżemikiem!” – zarządził Potworek gdy tylko przestąpił próg domu.
Matka zazgrzytała, bo trzeba było jakoś dostać się do lodówki przez dziurę w folii obmacując zgrabnie słoiki i eliminując te mniejsze musztardowe.
-„Aż dwie?” – upewniła się.
Maryśka pokiwała energicznie głową i nie wyglądało na to, żeby oszukiwała.
-„Matko, jaki jestem obżarty!” – jęknał MiaUżon i rozejrzał się bacznie w poszukiwaniu miejsca niepokrytego gruzem, żeby na nie paść. Lustracja wypadła negatywnie, więc stał przewracając oczami.
Matka podała Potworkowi bułki i rozłożyła krzesełko ogrodowe. Ten rozsiadł się i wrąbał jedną połóweczkę.
–„Juś siem najadłam!” – oświadczył po chwili i oddał trzy pozostałe połówki Matce .
-„Ja nawet nie spojrzę, Janeczka nic nie chce, więc Ty zjadaj!” – rzekła krótko Matka, u której w domu jedzenie się nie marnuje.
-„Mowy nie ma!!!”- wzdrygnął się MiaUżon, który napakowany był enchiladą po dziurki w nosie.
-„Zjec, zjec, dziecku siem nie otmafia!!! – Maryśka zastosowała chwyt psychologiczny, zamieniając zgrabnie tatusia na dziecko.
MiaUżon wziął talerzyk i wepchnął jedną połówkę bułki. Oczka zrobiły mu się jak spodeczki z wysiłku.
–„Dajej, dajej!” – zachęcała Maryśka.
MiaUżon wpakował do paszczy ostatni kęs drugiej połóweczki. Oczka przybrały rozmiar talerzyków deserowych.
-„I ostatnia!-radośnie zawołał Potworek.
MiaUżon z trudem władował w siebie trzecią połówkę kajzerki. Jego oczka wyglądały jak talerze do drugiego dania i była w nich śmierć.
Maryśka zdawała się tego nie zauważać.
–No widzis?!– klasnęła w łapki –„Nawet o tym nie wiedziałeś a byłeś TAKI GŁODNY!!!