LG

Matka oświadcza, że wróciła, wywczasowała się za wszystkie czasy i teraz zamierza znów pisać. Niestety nagromadziło się tyle wrażeń, że Matka wszystkie gdzieś upchnęła w ciemnym kąciku i trudno będzie je wydostać. Nawet o lodówce Matka nie doniosła, że jest, a jakże, nawet bardzo mocno widoczna jest, bo się cholera nie była uprzejma zmieścić do dziury kuchennej i wystaje jak głupia przed szafki.
Matka gnała pewnego miłego dnia z rusztowania zabierając ze sobą przemiłą matkę chrzestną Potworka, żeby ta wypoczęła w normalnych warunkach, podjadła coś dobrego i spokojnie sobie pogadała. Tuż przed wyjazdem Matka wykonała maleńki telefonik sprawdzający do MiaUżona.
-"Spiesz się, bo o siódmej przywiozą lodówkę!" – zaryczał MiaUżon do słuchawki a Matka złapała się za głowę. Przywozić koleżankę, czy nie? Za późno, już szła.
-"Przyjedzie lodówka, wstawimy, podłączymy i będzie kolacja" – zapewniła Matka nie będąc przekonaną czy wie co mówi.
O osiemnastej dziesięć podjechały pod dom.
Dom nie był sam.
Miał ozdobę.
Na chodniku stał ogromny karton.
Matka oparła się o niego wycierając pot z czoła i natychmiast okazało się, że pudło jest puste, a Matka leży na ziemi.
-"Jestem okropnie zdenerwowana!!!"- teściowa wbiła Matkę w ścianę.
-"A czym?" – zapytałą Matka uprzejmie, choć nie była za bardzo zainteresowana.
-"No jak to – czym??? Lodówką!!!" – prychnęła Babcia
-"Ale to przecież nasza lodówka…" – bąknęła Matka nie bardzo rozumiejąc, ale Babcia poświęciła całą uwagę nie na słuchanie Matki, tylko na aktywne denerwowanie się.
-"Wstawiamy!" – zarządził MiaUżon, który wyglądał na towarzyszacego denerwowaniu się.
Matka przebrała się, wykonała siad napodłogowy, zaparła się i popchnęła lodówkę do dziury. MiaUzon sterował górą.
Sprzet zapiszczał i utknął w połowie drogi.
-"Pewnie płytka wystaje i nóżki się zaczepiły!" – wysapała Matka
Wyjechali lodówką. Płytka była, dało się ją sforsować. Piszczało dalej.
-"A teraz co?" – wkurzył się MiaUżon.
-"Teraz to się lakier gdzieś zdziera i piszczy"- wykombinowała Matka a MiaUżona trafił jasny szlag. Dzieje się tak zawsze, kiedy Matka ma rację.
-"Kabel wystaje ze ściany i przeszkadza…" – MiaUżon wsadził łeb za lodówkę.
-"Trzeba przywlec wiertarkę, ponawiercac dziury w kaflach, wykuć rowek i go schować" – Matka posłużyła dobrą radą a MiaUżon rzucił jej spojrzenie pełne nienawiści. Przez następne czterdzieści minut w kuchni panował sajgon a zastraszona koleżanka siedziała z Potworami w pokoju.
-"Znów piszczy!!!" – jęknął MiaUżon. Zabieg pomógł na pięć centymetrów.
-"Kabel jest z boku i trzeba wyrąbać taki sam rowek wiertarką w szafce!" zawyrokowała Matka i nie popatrzyła już na oczka MiaUżona, bo coś jej się wydawało, że są czerwone.
Rowek został wykonany a lodówka posunęła się o kolejne kilka centymetrów, wystając ciągle dwadzieścia przed lico szafek.
-"Już wiem!!!" – zawołała z triumfem Matka -"Przecież zmienialiśmy zlewozmywak i stolarz dopasował nową szafkę idealnie do stojącej tam lodówki. Widać ta ma inne krzywizny, albo co? Trzeba przerobić szafkę!"
I MiaUżona trafił kolejny jasny szlag, bo przecież panowie nie cierpią, kiedy mówi sie wczesniej rzeczy, któe oczywistymi są i sami by na to po jakimś czasie wpadli.
-"Trudno, włączamy gada, minęły już dwie godziny" – zarządziła Matka i wsadziła wtyczkę do kontaktu.
-"Temperatura właściwa osiąana jest po około trzech godzinach" – przeczytała koleżanka z instrukcji -"Lodówka może być lekko ciepła po bokach"
-"Wiem, wiem" – machnęła ręką Matka – "Teraz nie ma tej kratki z tyłu, lodówkę można dosunąć do samej ściany, ale za to boki są ciepłe."
I Matka wsadziła do środka termometr pokojowy.
-"Siedemnaście stopni!" – odczytała zdumiona po trzech godzinach.
-"Niemozliwe, pokaż!" -koleżanka chwyciła za rączke drzwi i nieopatrznie prztrzymała bok lodówki – "Aaaaaaaaaajajajaaaajj!!!"
Matka padła ze strachu.
-"Ona parzy!!!"- wrzasnęła koleżanka wsadzając rękę pod zimną wodę.
Matka dotknęła bocznej ścianki.
-"Ałaj!!!!!!" – i równiez wsadziła rękę pod kran.
-"Może to jest lodówka, która w środku chłodzi a na zewnątrz można smażyć jaja?"- pomyślała głośno Matka a koleżanka otworzyła instrukcję.
-"Usterki: Jeśli lodówka jest z boku gorąca to nic nie szkodzi, to się Państwu tylko wydaje" – przeczytała
-"Się wydaje???" – oburzyła się Matka oglądając łapsko.
-"Się wydaje" – powtórzyła koleżanka jak echo.

Lodówka parzyła trzy dni a potem odpuściła. Osiagnęła nawet wymaganą temperaturę wewnętrzną. Też po trzech dniach.
A teraz stoi pod folią, bo panowie walczą z kominkiem, czyli starają się go rozwalic. Matka szpachluje dziury a w sobotę maluje z drugą koleżanką chałupę. Sam dół znaczy się. Na resztę nie starczy czasu – Matka musi na gwałt malować obraz, bo leci za ocean dwa tygodnie wcześniej. Obraz, nie Matka.
O zmaganiach będzie więc donosić.
I o Potworach wakacyjnie też.

A lodówka wygląda tak.

Zaproszenie

Matka pakuje się i stara przerzucić zdjęcia z aparatu na dysk, co nieodmiennie kończy się obraźliwymi tekstami typu: „na dysku C zabrakło miejsca”. Matka jest absolutnym liedrem extraklasy w robieniu takich rzeczy na ostatnią chwilę i zawsze coś przy tym zmaluje. Właśnie sobie skasowała trzysta ważnych zdjęć, z których oczywiście nie miała jeszcze odbitek!

Torby sa jednak już zapakowane i Matka doskonale wie, że prezez kilkaset kilometrów MiaUżon będzie zadawał pytania tak zwane „znienackowe”, typu:

-„Parasol wzięłaś?”

-„A moje klapki?”

„A mapę Tatr i Pienin???”

A Matce za każdym razem serce wędruje do gardła, bo MiaUżon porykuje, choć pytania nie mają najmniejszego sensu, bo i tak się nie wróci.

Póki co samochód jęczy i lezy tyłem niemal na ziemi, bo Matka pakuje dwa metry sześcienne bambetli,. z czego 80% stanowią rzeczy Potworów, bo a nuż wywali na siebie jedzenie, wyleje picie, albo co gorszego niżej zrobi, co sie nie zdarza, ale nalezy przewidzieć każdą nawałnicę gradobicie i atak szarańczy!

-„Daj te buty luzem, to łatwiej upchnę!” – zawołał MiaUżon z garażu, ale Matka wiedziała, że inaczej się nie da, zwałaszcza, że koło zapasowe z racji zbiornika na gaz jeździ sobie w pięknym pokrowcu w bagażiku u góry. U góry, czyli w samochodzie, zajmując drogocenne miejsce, na przykład na Matki jedwabne kiecki, których nie posiada i generalnie lekko się brzydzi.

Matka natychmiast przypomniała sobie o ręcznikach i kosmetykach, które złośliwie mocno przestrzennymi są i już wiedziała, ze jak tylko na pierwszym parkingu otworzy klapę bagażnika, to zostanie napadnięta przez spadające klamoty.

-„Wszystko?” – MiaUzon wytknął głowę z garażu.

-„Jakie wszystko?” – prychnęła Matka -” Jutro dojda kosmetyczki, jakieś żarcie z lodówki, zaległe gazety w ilości pół metra bieżącego, aparat i tak dalej!”

-„A to ja nie wiem, jak to zmieszczę!” – mruknał MiaUzon i zakończył dziełalność rozrywkową. Matka tu doda, że pakował primerę kombi, która jest nieco większa od malucha. Troszeczkę.

„Tu som moje pjecaki!” – Potworek zwalił na podłogę dwa przed momentem wspomniane pojemniki, pudełko po butach pełne Barbiów, wielkie opakowanie pianek marsmallows i furę zeszytów.

Matka jęknęła, ale Maryśki już nie było. Wyszła na taras, skąd do konch, zwisających ze zmęczenia Matki uszu doszła jakże miła i niezobowiązująca pogawędka z panią sąsiadką:

-„Jak siem pani zdońzi spakować, to moziemy wzionc paniom i jednom wajizkę z nami na wakacje!!!”

Słońce już zaszło…

Matka umówiła się dziś z teściową i MiaUżonem, że po powrocie z rusztowania jadą natychmiast zamówić lodówkę. Do jutra jest bowiem promocja, że kupuje się bez VATu, ale machiny nie ma w sklepie, czyli trzeba uiścić zapłate i potem dopiero czekac, aż sprzęt przybędzie. A że jest, to Matka wie, bo dzwoniła do centrali. Stoją cztery sztuki i raczej będą.

Matka wsiadła więc w te pędy, przybyła w pół godzinki do metropolii ugotowana na twardo, wsadziła towarzystwo do samochodu, zabrała karteluszkę z symbolem lodóweczki i różnymi swoimi zapiskami z internetu i zaatakowała z progu pana w średnim wieku, który chwalił się Matce, że on już siedem lat w branży pracuje.

-„Proszę pana, chciałabym zamówić lodówkę, której u państwa w sklepie co prawda nie ma, ale w magazynach jest i już dzwoniłam, że wystarczy tu zaraz zapłacić a urządzenie przyjdzie kolejnym transportem. Ja poczekam!” – rozpłaszczyła się Matka i choć wydaje się to nieprawdopodobne to tak było, zwłaszcza, że podłoga zimna była i Matka wykonała rozpłask całkowity z dziką przyjemnością.

Pan włożył okularki i podrapał się w głowę. Popatrzył z rozpaczą na kłąb chłodziarek w kącie, ale Matka nie podążyła za jego spojrzeniem, bo tarcie gałek ocznych o oczodół powoduje podwyżenie się temperatury ciała, co groziło w wypadku Matki samozapłonem.

-„Ma pani symbol?”- zapytał z nadzieją w głosie, że jednakowoż Matka nie posiada. Mylił się.

-„Oczywiście! GR 439 BTRA!” – wyczytała Matka z kartki.

Maryśka w tym czasie otworzyła wszystkie pralki, lodówki i kuchnie mikrofalowe na dolnej półce w sklepie i Matka lekko się spociła.

Pan wyjął Matce z ręki kartkę przy jej zdecydowanym sprzeciwie, bo były tam i inne symbole, i inne ceny.

-„To ja sprawdzę. Ale co tu pani ma, że to w internecie?” – dojrzał adres internetowego sklepu Domaru.

-„A bo ona jest też tam, ale u was też, bo rozmawiałam z panem z centrali” – szybko wyjaśniła Matka

-„MY tu nie jestesmy sklep internetowy proszę pani! Nie da się załatwić, to nie u NAS!” – i wepchnął Matce kartkę w brzuch, po czym odszedł, a naród, który spisywał kredyty i finalizował jakies zakupy szukał kwiecia, żeby rzucać pod jego stopy.

Tymczasem Matkę trafił jasny szlag o co nie było trudno z gorąca.

-„Pan wybaczy, proszę pana, ale wiem, gdzie przyszłam, wiem, gdzie dzwoniłam i być może jestem ciemną blondynką, ale zdecydowaną na zakup tego a nie innego sprzętu, i nie wyjdę stąd dopóki pan albo nie zajrzy do komputera, albo w tej chwili nie zadzwoni do firmy i nie zapyta czy lodówka w dalszym ciągu jest. A potem ja zapłącę!”

Pana wryło w ziemię. W momencie przybiegł z wydrukiem dostępnych lodówek i Matka osobiście znalazła tę, która ją interesuje.

-„A teraz ja poczekam, a pan zadzwoni” – zażyczyła sobie Matka krótko, bo żarty się skończyły.

Po chwili pan wynurzył się z kanciapy.

-„Nic z tego, fakturzysta już poszedł do domu!” – obwieścił z triumfem.

Matka zazgrzytała.

-„Niech pani jutro przyjdzie, ja rano zadzwonię i to załatwię” – obiecał pan a Matka spisała sobie wszelkie telefony, wcisnęła panu swój i poszła zabierając towarzystwo, z którego najsmutniejsza była Maryśka, bo nowe lodówki z okrutnie fajnym hukiem dają się zamykać.

-„Jedziemy” – zarządziła Matka słabym głosem, bo dostała upałem w łeb zaraz za progiem sklepu. Odwinęła klimę z trudem, bo pokrętełko jej sie urwało od zbyt częstego używania i wystawiła łeb za okno. Jakby włożyć go do rozgrzanego piekarnika byłoby to samo, tyle tylko że światełko w kuchence daje się wyłączyć, a słońce nie za bardzo…

Zbierało się na burzę i nadciagały małe, ciemne chmurki. Jedna na chwilę przykryła słońce i Matka przyjęła to z wdzięcznością.

„Ooooooooch, nieeeeeee!”– złapał się za głowę Potworek.

Matka wyrżnęła się w owiewkę ze strachu.

„Słońce zaśło???” – zajęczał znów Potworek

-„Zaszło!” – potwierdziła radośnie Matka

„To stjaśne!!!” – zalamentowała znów Maryśka

-„Dlaczego???” – zdumiał się MiaUżon

„Jak to – dlacego?”-oburzył się Potworek – „Zajaz mi znóf powiecie jak co wiecój: SŁONECKO JUS ZAŚŁO I WSISTKIE DZIECI IDOM SPAĆ! A ja bez łóśka spać nie beńdę!!!”

Trzydzieści lat spokoju…

Matka miala zamieścić zdjęcie Godota, ale póki co zajęta była z MiaUżonem liczeniem zasobów pieniężnych, które złośliwie zawsze okazują się trochę za małe. No bo jak tu się nie wściekać, jeśli z Chorwacji kolejny rok wychodzi Szczawnica, ale z drugiej strony Matka zaplanowała sobie z – niemożliwym do niezauważenia współudziałem MiaUżona – spory zakres robót.

Po pierwsze malowanie chałupy bez przecierek, bo trzeba by nabijać płyty – Matki sufity posiadają elegancję tak zwaną piwniczną.
o drugie kominek z płaszczem wodnym, żeby ogień nie szedł w komin. Rozwalanie starego kominka znaczy się i stawianie nowego.

Po trzecie niespodziewajka – zakładanie alarmu za dwa tysiące przez bandę gnojów, która była łaskawa wywiercić Matce w drzwiach balkonowych dziurę.

A po czwarte…

A po czwarte…

Matka już się gotuje.

Bo Matka przywiozła do domu na noc koleżankę z rusztowania a jednocześnie matkę chrzestną Maryśki. Zrobiła kolacyjkę a potem upewniwszy się, że lodóweczka jest odpowiednio zaopatrzona, zaproponowała piwko ciemne lub jasne. Wystawiła ciemne i przygotowując szklanki łypała na nie coraz bardziej zaniepokojona. Co mianowicie robi piwo, które odleżało swoje w lodówce i teraz wystawiono je na upał?

Piwo rosi się. Puszkę czy butelkę pokrywają fantastyczne kropelki wody.

I – kurczę blade – kropelek nie było!

-„Przynieś termometr!” – poprosiła lekko zdenerwowana Matka i podkręciła lodówkę ża maksa. Wsadziła urządzonko i zatrzasnęła drzwi. Było dwanaście stopni…

Należy tu wspomnieć, że lodówka została wymieniona siedem lat temu na lekkiego Marcedesa, bo na najnowszy model Whirpoola, który po miesiącu zaczął grzać wnętrze, nie omijając zamrażarki.

-„Dotoczę pani freonu i zobaczymy. Jak będzie po kilku dniach to samo, to znaczy, ze gdzies ucieka i wymienimy sprzęt” – powiedziała pan naprawiacz.

I w ten sposób po kolejnych dwóch tygodniach Matka została włascicielką super nowego, całkowicie bezszronowego modelu lodówki, bo tamten przestano produkować.

-„Trzedzieści lat spokoju!” – westchnął MiaUżon z ulgą.

Jak widać czas szybko leci!!!

Wieczorem, a mówimy już o dniu wczorajszym, nadciagnął kolejny, bardzo sympatyczny naprawiacz. MiaUżon zdjął wszelkie pizdryki ze ściany a Matka oprózniła lodówkę, żeby łatwiej można było ją wystawić.

-„Najpiejf powiec jak siem nazywasz!” – zaatakowała Maryśka pana.

Facecik podrapał się w głowę.

-„Jak mam na imię, czy na nazwisko?” – upewnił się.

„Jak siem nazywasz!!!” – wkurzyła się Maryśka

-„Ziółkowski” – wyszemrał facecik

-„Dobja!” – Potworek łaskawie się zgodził -„To tejaz zagjondaj do jodófki!”

Naprawiacz zajrzał. Zajrzał i pomacał tylną, wewnętrzną ściankę.

-„Ma pani jakieś papiery do tego sprzętu?” – zapytał.

Matka miała.

-„Siedem lat i miesiąc” – westchnął facecik – „Gwarancja na szafkę, która się pani rozwarstwiła, wyszła pani miesiąc temu. Innymi słowy może pani wystawić to pudło na śmietnik, bo wymiana całej szafy po prostu jest nieopłacalna…”


I Matka teraz łazi i ogląda lodówki mając dziurę w kuchni szerokości 59,5cm. I mierzy je miarką, bo te o szerokości 60cm mają zwykle pół centymetra mniej.

I kurczę blade zastanawia się z czego zrezygnować, bo kredytu z MiaUżonem nie dostaną mając umowy o pracę na czas określony…

I przewala teraz internet, bo ceny się różnią.

Jakby nie miała co robić, psiakrew!

A wszystko przez ten Palony Okocim…

Godot

Matka przyjechała z pracy i jak się okazuje to pisać nie może. Nie może bo nie ma czasu. Nie ma czasu, bo czekają. Czekają na Godota. Czeka Matki teściowa, czeka Maryśka, czeka MiaUżon, czeka w końcu, a może nawet przede wszystkim sąsiadka.

Kim jest Godot?

Nie zgadniecie.

No bo na kogo a może raczej na co można czekać na tarasie gapiąc się w jeden punkt, kiedy słońce zachodzi?

Dobrze, niech będzie – na co?

Przyjdzie a jutro będzie za późno. Zniknie.

Matka ostrzy aparat i czeka.

Pokaże zdjęcia.

Ciekawe, kto zgadnie, co na nich będzie…

Wiatr we włosach

Matka zaległa wczoraj na trawie korzystając z ożywczego wiaterku i postanowiła się niczym specjalnie nie przejmować.Wieczór zapowiadał się przednie, bo na grillu u dalszych sąsiadów, z którymi Matka z MiaUżonem jadą za dwa tygodnie do Szczawnicy. Wcześniej jednak było parę ładnych godzin i Matka nie zamierzała ich marnować na troski, niepokoje i kłótnie, więc rzuciłą na trawę karimatę, wystawiła jeszcze dwa leżaki i leniuchowali tak w trójkę, bo Janeczka oczywiście siedziała w krzakach, czyli Siedzibie Głównej Klubu Witch.

-„Pamiętaj, że dziś po wczesnym obiedzie przyjeżdża szwagier!” – rzucił MiaUżon

Matka lekko zapomniała, co nie miało szczególnego znaczenia. Szwagier przybył ze Szwecji jakimś starym pikapem, żeby zabrać część szpargałów, bo już cała rodzina tam siedziała i nie zamierzała wracać. To ta sama rodzina, której jedyny jeszcze wtedy przedstawiciel w Polsce wręczył Janeczce na I Komunię złotych polskich w kopercie czterdzieści i się ulotnił po zupie.

-„A co chce?” – zapytała konkretnie Matka, bo szwagier najeżdżał wcześniej, czyli mieszkając pięć kilometrów dalej, jakieś dwa razy w roku, kiedy Matka robiła Wigilię albo obiad Wielkanocny. Bywało jeszcze, że najeżdżał w celach konkretnych a więc z jakimś interesem.

-„Papiery przywozi dla Babci, żeby mu coś tam popłaciła” – wyjaśnił MiaUżon

Aha. Standard znaczy się. Matka nie miała powodu, żeby robić jakiekolwiek pospolite ruszenie.

-„Wie, że wychodzimy na piątą?” – upewniła się

-„Wie”

I Kiedy szwagier podjechał Matka leżała dalej, bo w ogródku było wystarczająco dużo miejsca, żeby usiedli wszyscy w dowolnej konfiguracji i na dowolnym sprzęcie. MiaUzon wyszedł przed dom, ale jakoś długo nie wracał.

-„Mamujku, mamujku, chodź zajaz!” – zapiszczało Maryśką z głębi domu

Matka ani drgnęła.

-„Chodź Mamujku, zobac, co wujek psiwiós!” – Potworek nie dawał za wygraną.

Matka zwlokła się, strząsnęła pióra i podeszła do okna.

Na pierwszy rzut oka zobaczyła szwagra napuszonego jak wróbel na krzaku przy trzydziestostopniowym mrozie.

Na drugi rzut oka MiaUzona z okrutnie głupią miną i oczami jak młyńskie koła.

Na trzeci uradowaną Janeczkę.

Na czwarty… rower.

Bo Matka pewnie wspominała, że mają kupić Potworowi nowy rower, bo stary, jakkolwiek bardzo dobry, jest już za mały. Ponieważ Matka ostatnio używała Wilgi a MiaUżon Pasata (kto jeszcza pamięta co to były za rowery?), więc zakup pojazdu dla Janeczki zamierzali skonsultować z kolegą, miłośnikiem rowerów, bądź jego bratem, miłośnikiem jeszcze większym. Chadzanie po hipermarketach mogło się wszak skończyć nabyciem babora pierwszej wody a wtedy osoba rozsądna jest nieodzowna.

A tu, proszę bardzo, rower.

Ładny kolor – butelkowa zieleń.

Kształt – wypisz wymaluj Matki rower z piątej klasy. Bo kiedy Matce rąbnęli z piwnicy Sokoła, pięknego składaczka w kolorze miedź metalik eksportowy, okazało się, że z rowerami są niejakie kłopoty i Matka dwa lata nie miała nic. A potem były do wyboru dwa – pomarańczowy Jubilat i czarny Traper2.

-„Weźmiemy co będzie!” – powiedziała Matka Matki i miała nadzieję, że będzie cokolwiek.

Było. Mała Matka dostała czarnego Trapera 2, który służył jej przednio aż do zakupu używanej Wilgi. Oba rowery żyją zresztą do dziś i mają się dobrze, choć o dętkach nie da się tego zapewne powiedzieć.

Niestety z wróbla orła się nie zrobi i Traper możliwości miał takie, jakie miała, czyli jazda w przód. Pod górkę Matka go prowadziła, bo i stawanie na pedałach nic nie dawało – Matka stała i Traper stał. Ot co!

A tymczasem przed chałupą stała butelkowa zieleń w kształcie Trapera i z takimi samymi możliwościami. Hamulec w tylnych kołach i jeden zwykły z przodu. Koniec.

Najwazniejsze, że Potwór póki co był szczęśliwy.

Minęło małe pół godziny.

-„Mama, a Ola powiedziała, że to jest rower dla starszej pani na zakupy!!!”

Oho, zaczyna się…

Niech no Matka dopadnie Olę.

Matka wie, że rower zapewnie bedzie miał żywot krótki,właśnie z tego powodu, ale nie pół godziny , do grzyba!!!

Potwór jednak wsiadł i pognał gdzieś na koniec ulicy.

-„Chyba ten rower przywiózł ze Szwecji” – zastanowiła się Matka – „Bo ja takich u nas nie widziałam”

-„Zaraz pójdę jej dokręcić dynamo, to zobaczę, co ma napisane” – ożywił się MiaUżon

-„E tam, napisane to ma Made in China!” – machnęła ręką Matka

A Janeczka kręciła przed oknem ósemki i patrzyła tylko, czy Matka podziwia. I siedziała na tym rowerze wyprostowana jak struna ślepiąc za każdym nawróceniem na Matkę swoimi wielkimi oczami. A Matce przesuwały się jakies kadry z filmów przeróżnych i brakowało jej jeszcze jakiegoś rekwizytu do kompletu. Matka kombinowała i kombinowała i nic jej z tego nie wychodziło, ale gdyby go tak dodać, to byłby obrazek idealny! No czegoś nie było!!!

A Janeczka w jedną stronę, potem w drugą, oczy na Matkę, uśmiech cała paszczą, znów ósemka!

-MiaUśon dokręcił dynamo i Janeczka popędziłą świecąc lampką.

-„Ty wiesz?” – obwieścił odkładając klucz- „Na połowie części tego roweru jest napisane Made in India!!!”

Bang!

Matka już wie, czego jej brakowało.

Sari powiewającego na wietrze…

Morda jeża

Matka siadła na pewnej części ciała o 21.30…

Wcześniej padała ze zgryzoty, pracowała na rusztowaniu, odwoziła teściową, załatwiła cały bagaznik zakupów i tak dalej. Jeden młyn. Nikt nic nie rozumie? Matka też nie.

No to od poczatku.

-„Pani Mattko, pani pamięta, że nie ma mnie we wtorek i czwartek?” – upewniła się niania, która przepracowała już całe cztery dni u Matki. Ta sama niania, co zawsze. Matka Bogu dziękowała, że kłopoty z przeszczepioną nerką wreszcie się skończyły i mogła zamówić nianię na cztery tygodnie, przez które siedzi na rusztowaniu.

-„Jasne!” – kiwnęła głową Matka, która już dawno sobie zapisała to maczkiem w kalendarzu – „We wtorek masz kontolę w PrawieWielkimMieście a w czwartek egzamin poprawkowy”

-„No właśnie!” – ucieszyła się niania.

Matka mniej, bo musi prosić o pomoc teściową a temperatura jest co najmniej nieodpowiednia dla ludzi starszych. Matka ma jednak na szczęście cały parter domu wyłożony przez poprzedników marmurem, który cudownie chłodzi i da się dzięki niemu jakoś wytrzymać.

Teściowa po wtorkowym dyżurze powiedziała Matce, która stanęła w progu brzękając kluczykami:

-„Zadzwoń do niani, bo coś chce”

Matka zdrętwiała, bo nie wróżyło to nic dobrego, zwłaszcza po wizycie u lekarza.

-„Pani Matko, ja to bym jutro nie przyszła, bo jednak sie pouczę na ten egzamin”

Matka to rozumie. Jak najbardziej, choć w życiu żadnego egzaminu nie oblała. Ale do grzyba chciałaby znać taki wariant nieco wcześniej, nie wieczorem poprzedniego dnia!!!

Teściowa przyszła. Przeżyła. Czwartek też.

-„Zadzwoń do niani, bo przed chwilą był od niej telefon!”- ogłosiła wczoraj w progu.

Matka nie zdejmując butów zadzwoniła.

-„Bo pani Matko, ja mam taki problem! We wtorek ten nowy lekarz to mi nie zmienił żadnych leków i ja się nienajlepiej czuję! Może nawet w poniedziałek zadzwonię do swojego lekarza prowadzącego!”

-„A może zadzwonisz już dzisiaj, żebyś znowu nie miała poczatków odrzutu?” – Matka złapała się za głowę.

-„Noooo, może tak, ale ten lekarz to będzie dla mnie niemiły…”

-„Ale to jest TWOJA przeszczepiona nerka, kit w ucho niemiłemu lekarzowi!!!” – zaprotestowała Matka, która uważa, że odpowiednim podejściem udaje się urobić większość „tak zwanych” niemiłych lekarzy.

-„No to ja może zrobię rano wyniki, ale w piątek to na pewno nie przyjdę” – szybko załatwiła sprawę niania – „I tak prawdę mówiąc to nie wiem, czy od poniedziałku dam radę, może niech pani Matka poszuka kogoś innego?”

I tu Matka się grzecznie pożegnała, ale szczerze mówiąc trafił ją lekki szlag.

Czy może ma teraz wyjść na ulicę i zacząć machać białą flagą?

Niania na dwa tygodnie pilnie poszukiwana?

Bo Matka potrzebuje pomocy raz w roku na kawałek wakacji i tej zimy na dwa tygodnie ferii. Nienia tez obiecywała pół roku i w pierwszy dzień ferii się źle poczuła. Matka rozumie, nerka, przeszczep, te rzeczy, ale poza tym nic się w ciągu roku z nianią nie dzieje. A potem bach – telefon za piętnaście siódma i Matka zawala termin. Teraz Matka jest filarem zespołu nie może ot tak sobie nie przyjechać, bo i tak pracuje zaledwie do końca lipca a nie całe wakacje.

Nie chcesz? Powiedz wcześniej. Nie ma problemu. Nie czułaś się źle we wtorek po wizycie u lekarza? Można było już wtedy zadzwonić, nie w czwartek przed dwudziestą drugą. Matka naprawdę wszystko zrozumie, ale musi mieć chwilę, żeby teściowa zdążyła się zastanowić i połapać z rozumem, nawet, jesli generalnie nic nie robi.

-„Mówiła ci o remoncie?” – spytała teściowa, kiedy Matka odłożyła słuchawkę i wytarła pianę. Matka grzeczna jest i kulturalna. łyka pianę, żeby podłogi nie pobrudzić, ale nie zawsze się daje.

-„Jakim remoncie?” – Matka wybałuszyła oczy, bo za dużo bitów dostała do przerobienia.

-„No, o kafelkach! Majster jutro kończy w jej przyszłym mieszkaniu i przechodzi do rodziców, gdzie niania ciągle mieszka!”

Aha. Rodzice niani siedzą na saksach w Niemczech, kafelkarz jutro zaczyna robotę i z cała pewnością niania dowiedziała się o tym przed pięcioma minutami…

I złe samopoczucie na pewno nie jest związane z pilnowaniem fachowca.

@%#%$^$$!!!

Matka chyba się zeźliła!

I teraz modli się, żeby Babcia wytrzymała dwa tygodnie, bo grosz Matce koło nosa przejdzie i dane słowo musiałaby złamać przez jakąś zakichaną glazurę.

Nigdy!

A niani to już chyba dziękujemy?

Rzuty karne

Matka dostałą w sobotę wielki bukiet od MiaUżona. No, może nie aż tak sam w sobie wielki, ale zawierający dwie ogromne róże i bliżej niezidentyfikowany kwiatuszek, wielkości wiosła od średniej łodzi. Próbu umieszczenia wyżej wymienionego bukietu w jakimkolwiek wazonie spełzły na niczym i Matka ucięła go, wsadziła w największy dzbanek, po czym podparła w kilku miejscach.

Czemu dostała? Ano akuracik w sobotę Matce i MiaUżonowi stuknęło siedemnaście lat pożycia małżeńskiego.

Czy była kolacyjka? Nie, nie było, bo MiaUżon musiał pokazać się na ślubie znajomego a następnie godzinę wykręcał się od wesela. I słusznie. Matka uważa, że albo się zaprasza małżeństwo, albo pewnej części ciała nie zawraca. Matka nie wie nawet kto to był i podejrzewa, że zażyłość nie była w żadnej mierze wystarczająca, żeby i MiaUżon tańcował na weselisku. Niestety w niedzielę były poprawiny i nie dało się od nich wykręcić. MiaUżon udał się tam z dwoma współpracownikami, wrócił parę minut po dwudziestej, boć kibic z niego jest zapalony, nagrywa wszystkie mecze i drze się przed telewizorem jak należy, a w końcu Francja z Włochami grała o puchar.

Matka odpuściła więc MiaUżonowi kapiele i usypiania dziecięce, załadowała Potwory do łóżek, coś tam pogmerała przy internecie i zeszła na dół w sześćdziesiątej minucie finału. Jak wszyscy wiedzą było 1:1. MiaUżon gapił się w telewizor jak zahipnotyzowany. Matkę zdziwiło tylko jedno – położył nogi na szlanym blacie stołu, jedną w kapciu, drugą bez.

-„Jak mecz?” – zagaiła Matka

Zadzwoniła cisza a słowa Matki obiły sie echem po ścianach. Matka zajrzała MiaUżonowi w oczy i zobaczyła ciemność. Nic, tylko poprawiny w tym upale ścięły chłopa na amen. Spał jak niemowlę. Matka zajęła się czymś w kuchni, obejrzała dogrywkę, zaczęły się karne i…

Jedna powieka się uniosła i zaraz opadła.

MiaUżon przerabiał wizję. Jeszcze raz powieka do góry, ale ledwo, ledwo.

-„Witaj kochanie!” – ryknęła Matka -„Dobrze grają?!”

-„Yyyyyyyy…” – zastanowił się MiaUżon – „No!”

-„Akurat!” – prychnęła Matka – „Przespałeś całą drugą połowę i dogrywkę!!!”

-„W życiu!” – otrząsnął się Miaużon i postanowił grać va banque.

Matka spojrzała w pudło. Ktoś tam ustawiał piłkę do pierwszego strzału. Wyniku nie wyświetlali. MiaUżon mrugał rozpaczliwie, bo wiedział, że Matka dziurę w brzuchu będzie mu wierciła dalej.

-„No to jaki mamy wynik?” – napuszyła się Matka.

MiaUżon szukał dwóch jako tako myślących komórek mózgowych.

Bang!

-„Remis!!!” – zawołał radośnie.


No i nieściśle może, ale psiakrew – prawda!

Szczęki 4

U Matki dzieje się prawie wszystko to, co u przeciętnego człowieka na Ziemi. No, może Matka ryżu nie uprawia, ani po lodowcu nie jeździ, choc nie ukrywa – chyba miałaby teraz niejaką ochotę…

Matka za to klęła upał dzisiejszy jak cholera, ale z drugiej strony pocieszała się, że lepsze to, niż dziesięć stopni i ulewa. Zaległa więc na swoim ulubionym nowym leżaku typu „Mam wszystko i wszystkich w d…” i wystawiła sobie na taras wentylator, który zawiał jej zapewne kompletnie ucho i prawy migdałek, ale za to jak przyjemnie było! I Matka w tym leżaku obczytała prasę, wypiła kawę, obsobaczyła chmurki – no bo jak się topić, to chociaż niech efekty kolorystyczne będą, następnie wyskoczyła dwa razy na wstawienie pralki i raz na obskrobanie młodych ziemniaków, której to czynności Matka nie znosi, łącznie z jedzeniem wymienionych. Brr!

Maryśka tymczasem oddawała sie układaniem puzzli w chałupie, oglądaniem książeczek i bajek w telewizorni, bo Potworek jednakowoż upału nie uznaje i dobrze. A potem Matka przypomniała sobie, że musi wypisać zakres materiału dla dzieci, które postanowiły zaszczycić szkołe swoim przyjściem i muszą zdać egzamin klasyfikacyjny zatruwając sobie i przede wszystkim Matce koniec sierpnia. Tak bardzo to zepsuło Matce humor, że strzeliła sobie swoje ulubione ciemne piwko, po czym ujrzała nogi od taboretu, które przesuwają się w podrygach nad Matki płotem niczym płetwa rekina …

Matka przetarła oczu zdechłe i wyblakłe błękity, ale nogi nad płotem były dalej. Ba, nogi do góry nogami. Matka nawet zauważyła sprytnie, że taboret należy do niej!

Cóż było robić – Matka spojrzała niechętnie na termometr zaokienny, który był łaskaw pokazywać w cieniu trzydzieści pięć stopni. Napiła się wody i zerknęła jeszcze raz w okno. Taboret przesunął się w prawo. Matka wróciła i wciągnęła pół dużej butelki wody. Jeszcze jeden rzut okiem – nogi od taboretu podążały wolniutko w prawo, jeszcze moment a wyłoni się reszta zza choinki…

Reszta była kocem. Osobistym kocem Matki, który służył jej do prasowania. Wlókł się on po ziemi zamiatając zdechłe kwiatki akacji, pajęczyny, patyki po lodach i lizakach, tudzież psie kupy. Koc spojrzał na Matkę przez wąską szparkę i poprawił sobie taboret na czubku, bo widocznie wydała z siebie jakiś odgłos…

Po dłuższej identyfikacji Matka rozpoznała oczy jakże osobistego dziecięcia, które paradowało w tym stroju po ulicy.

Cóż, ponoć Indianie w upał wkładają kożuszki i piją wrzątek…

Upał

Matka zaczyna bredzić. Wydaje jej się, że jest trochę ciepło, nieprawdaż? W zasadzie to Matce od 28 stopni jest wszystko jedno ile pokazuje termometr – i tak rozpuszcza się w samochodzie jak czekolada…

Za to pod sklepieniem…

Za to pod sklepieniem proszę państwa to już całkiem można zdechnąć, bo u góry to już nie tylko jest sajgon temperaturowy, nie tylko wyje stary wentylator, ale po prostu, albo może nawet przede wszystkim nie ma tlenu. Zdaje się, że dwutlenek węgla fruwa wyżej, a może Matce się tylko tak pokićkało – w każdym razie jest piekło i pomału wszyscy dostają tak zwanej w środowisku głupawki podsklepiennej. Objawia się ona bredzeniem, nieuzasadnioną agresją, ogólnym osłabieniem i tumiwisizmem.

-„Czy ty w dalszym ciągu utrzymujesz, że wybywasz dziś wieczorem do knajpy na zakończenie sezonu siatkówki?” – zadzwoniła Matka z rusztowania do MiaUżona ostatkiem sił.

-„Wybywam!” – odrzekła MiaUżon świeżym głosem z klimatyzowanego samochodu.

-„W takim razie dwa Okocimie Palone poproszę!” – zażyczyła sobie Matka tonem nieznoszącym sprzeciwu – „I od razu do lodóweczki!!!”

MiaUżon plan wykonał, ale Matkę po jednym tak ścięło, że picie drugiego byłoby rozrzutnością. Wystarczy jej poprawianie dwustu czternastu literówek na piechotę pod Operą.

I Matka teraz siedzi i się gotuje na strychu, słucha co w naszym rządzie się wyprawia, znów się gotuje, tym razem wewnętrznie, następnie klnie na czym świat stoi, bo musi jakimś nowym uczniom zrobić dwa egzaminy w sierpniu i wypisać wcześniej zakres materiału( to się nazywa, że nauczyciel ma wakacje…), namalować dwa obrazki i w ogóle…

„Mamujku, mamujku , komaj fjuwa!!!” – zapiszczała Maryśka w najmniej odpowiednim momencie.

-„Spokojnie, komar ma nas w dupie!” – burknęła Matka, której już się „wakacje” przelały.

I to był błąd…

Bo Maryśka zaczęła myśleć i nadymiła z uszu okropnie gryzącym i gorącym dymem.

„Stego co siem ojjientuję…” – wywróciła oczami –…to komaji PUPCI nie posiadajom!”


Ucz się Matko bon tonu w tropikach, ucz! Od dziecka osobistego zresztą…