Matka drugi dzień wisi na rusztowaniu. Pracuje tam już szósty sezon, ale za każdym razem ma obniżkę nastroju, powiedzmy to – sezonową, która następuje tuż przed rozpoczęciem prac. Matka nie potrafi tego racjonalnie wytłumaczyc, bowiem praca jest ciekawa nadzwyczaj, płatna co prawda średnio, ale przyjemność na tyle duża, ze Matka co roku pomaga i nie robi tego z musu.
Ale Matka nie o pracy miała, tylko o obniżce nastroju.
-„Mam taką pacjentkę” – opowiedziała kiedyś Matce znajoma, która od lat para się poradnictwiem psychologicznym w Kanadzie -„Wchodzi do mnie na terapię i mówi: Wiesz Hanna, miałam dziś okropną chandrę, więc skoczyłam do sklepu i kupiłam sobie futro z norek za dziesięć tysięcy dolarów!”
Matka tak nie może, ale w sobotę, kiedy dopadła ją totalna bessa zakomunikowała MiaUżonowi krótko:
-„Wychodzę. Wychodzę i wydam na siebie pieniądze!!!”
MiaUżon niespecjalnie się przejął, bo oglądał kolejny mecz, więc Matka skorzystała z okazji i wyprysnęła do tak zwanego centrum metropolii. Cel był jeden i to bardzo babski (tu męska część społeczeństwa może sobie darowac czytanie, bo nic ciekawego dla nich nie będzie) – nabyć bieliznę spodnią, górną. Bo Matka tak ma, że bluzkę może włożyć na grzbiet za dwa złote polskie, ale bielizna musi być porządna. Nie tam fikuśna, ale dobra.
I Matka wkroczyła do sklepu z mocnym postanowieniem, że nie wyjdzie bez zakupów. Przymierzyła trzynaście sztuk, z czego jedna okazała się idealna i została pod ladą, bo Matka porusza się z kartą płatniczą, za to panienki w sklepie nie…
Matka pognała więc w kierunku oddalonego mocno bankomatu, co było szalenie niebezpieczne nie ze względu na ilość skrzyzowań, które Matka wyjątkowo pokonac musiała nożnie, nie samochodowo, ale ze względu na sklepy, które czyhały i napadały za rogiem. Pierwszy był Matki ulubiony o niemieckobrzmiącej nazwie, która to nazwa nie ma nic wspólnego z powrotem polskiej reprezentacji z Mundialu. Matka tam właśnie się zaopatruje, bo chyba jakaś niewymiarowa jest czy co, ale co coś zmierzy gdzie indziej, to albo Matce wyłazi na plecach, albo odstaje, albo sie marszczy – a tam nie.
Matka wzięła więc pęk bielizny do przymierzalni i zaczęła odsiew. Zostały trzy sztuki, z których po namyśle wybrała jedną, ale niekoniecznie rzucająca na kolana. Wtedy Matka spojrzała na metkę i doszła do wniosku, że generalnie zmarnowała czas, bo sumka była mocno trzycyfrowa a Matka więcej niż 99 nie zapłaci i basta.
Wyszła więc mamrocząc pod nosem i zalazła do maleńkiego sklepiku naprzeciwko, gdzie cen wyższych niż 59 nie było, za to asortyment i jakość owszem, owszem.
-„Prosze pani, biorę do przymierzalni wszelkie ładne 75B, niezaleznie od koloru”
Pani rzuciła się między wieszaki a Matka zawieszała sobie desusy na ramieniu.
-„A ten tu?” -Matka dźgnęła palcem we wściekle pomarańczowe.
-„Wie pani co…” – Panienka była wyraźnie zmartwiona -„…ten kolor taki niewyjściowy, w ogóle nam nie schodzą, no tragedia!”
-„Ale ja tego nie noszę na wierzchu a jak bedzie dobrze leżał to na pewno go kupię!” -I Matka dołozyła sobie pomarańczkę i zaszyła się z siedemnastoma sztukami w przymierzalni, gdzie spędziła parę ładnych chwil. Ten był za mały, ten za duży, ten rżnął, tamten wsiowy. Matka lekko sie podłamała, bo na oko to wygląda jednakowoż normalnie.
W końcu przyszła pora na pomarańczowy. Matka wsadziła go na siebie, spojrzała i oniemiała. No Doda, psiakrew!
-„Niech no pani tu przyjdzie!!!” – ryknęła Matka do panienek. Przygalopowała młodsza.
-„I tu zajrzy do mnie!” – dodała
Panienka wsadziła łeb za kotarkę i zrobiła oczy jak guziki.
-„Ale świetnie leży! Ja cię! Monika!!! MONIKA!!! Ten pomarańczowy pasuje!!!” – i pogalopowała do koleżanki.
Matka popodziwiała się jeszcze ze wszystkich stron i znalazła za krzesłem jeszcze jeden, mocno ładny. Włożyła.
-„I teraz niech pani też zajrzy!” – zawołąła znów.
Panienka tym razem była szybka jak wiatr stepowy.
-„Ja cię!!! Ale fajny! Monika!!! MONIKA!!! Jeszcze jeden dobry!!!” – wrzasnęła radośnie -„Ale pani to ma teraz problem…”
-„A jaki?” – zdziwiła się Matka
-„No który wybrać” – wyłuszczyła panienka Matce
-„A wcale nie!” – odrzekła Matka – „Bo OCZYWIŚCIE biorę oba!”
A potem Matka wyszła, przymierzyła jeszcze pięć sztuk, które odkryła w czeluściach sklepu, dołożyła trzeci do wspólnego rachunku a wracając do samochodu zawinęła po odłożony dwie godziny wcześniej czwarty.
I wróciła zadowolona jak nie wiem co.
A jak poprzymierzała zakupy w domu, to i MiaUżon wpadł w zachwyt
Bo co tu dużo ukrywać – jest to mała część garderoby, dzięki której ( no, nie tylko rzecz jasna, ale jednak też) Matka czuje się prawdziwą kobietą.
Nawet wtedy, kiedy udaje jej się nie napisać o co naprawdę chodzi…
Bojówki
Matka zastanawia się, jak wykorzystać ostatnie „normalne” dni w domu. Innymi słowy co można zrobić, żeby się zaorać na umór i wieczorem mieć czyste sumienie, że nie leżało się kołami do góry…
Jak już Matka się tak pozastanawiała, to doszła do szalenie odkrywczego – Matka wszak nieco inteligentna jest – wniosku, że nie da się zrobić wszystkiego. A jak sie nie da wszystkiego, to pozostaje złoty środek, który obejmuje rzeczy zrobione prawie całkiem, albo rzeczy ledwo napoczęte.
I Matka w ramach ruchu pognała po nawóz do trawy. Im dłużej myslała, jaki też powinien on być, biorąc pod uwagę to, że w Matki ogródku więcej jest ziemi między źdźbłami, niż samej trawy, tym gorzej jej szło myślenie. A wszystko przez to, że Matka bardzo skutecznie pozbyła sie chwastów nie popaliwszy przy tym trawy (po raz pierwszy w życiu zresztą) a trawa, którą posiała, żeby zniwelować nielubiany przez Maryśkę kolor czarny wzeszła jedynie szczątkowo. Matka odrzuciła więc sprawnym ruchem wszelkie myśli o nawozach długodziałających a bolesnych dla kieszeni i nabyła saletrę wapniową, którą pan nabrał jej z wielkiego wora zapytawszy uprzednio o ilość.
-„A ile pani ma hektarów tej trawy?”
Matka natychmiast poczuła się jak właściciel pola golfowego, napuszyła się, strząsnęła pióra, co poszło już nieco gorzej, bo godzinę wcześniej była się ostrzyc i szybciutko przeliczyła włości.
-„Siedemdziesiąt…” zaczęła ambitnie
-„Józiu, wrzuć pani do samochodu… !” – zarządził pan i wytaszczył wielki kalkulator -„…dwieście kilo, nie, zaraz, dwa tysiące? Czym pani przyjechała???”
-„…metrów!” – dokończyła Matka
Pan spojrzał na Matkę wzrokiem właściciela hurtowni elektrycznej, do której Matka przybyła ongiś po trzydzieści centymetrów bednarki.
-„Józiu, jakieś dwa kilo dla pani” – rzekł z lekkim obrzydzeniem, co naturalnie na gruboskórnej Matce nie zrobiło najmniejszego wrażenia -„Sześć złotych!”
I Matka wróciła, skosiła trawnik robiąc hałasu ile wlezie a potem rozsypała wielkie, białe płatki, które zlała wodą.
Niestety zajęło to zbyt mało czasu. Sprzatać się Matce nie chciało, czasu na to, żeby pojechac po Maryśkę do przedszkola było sporo, więc Matka postanowiła po siedmiu latach zmienić swój image na rusztowaniu, do czego niezbędna była wyprawa do lumpeksu. Na rusztowaniu potrzebny jest bowiem zestaw na dni normalne oraz na piekielna duchotę i upał, o co pod sklepieniem nietrudno. Jak się jednak można domysleć, przyzwoitość wymaga ubierania sie w stroje dość nieoszczędne, więc Matka wymyśliła sobie lniane portki i nowe koszulki. Jak się okazało, najwyraźniej cała Matki metropolia będzie siedziała na rusztowaniu, bo lnu nie było. Matka jeździła w piekielnym upale, smażyła się w samochodzie i dyszała przez okno.
W koncu przybyła do ciuchowni na końcu miasta i znalazła wszystko o czym marzyła. Koszulki za 2 złote, spodnie co prawda za dwanaście, ale za to i lniane, i bojówki na dni normalniejsze, i wściekle pomarańczowe z mikrofazy dla odmiany.
A kiedy wróciła do domu i jeszcze raz wsadziła sobie na tyłek bojówki to doszła do wniosku, że są po pierwsze zupełnie nowe. Po drugie świetne gatunkowo. Po trzecie Matka za nic w świecie nie zmarnuje ich na rusztowaniu!!!
I w zasadzie problem jest znów aktualny, chyba, że lato zgotuje nam upały.
A czy Matka w swoim wieku może chadzac w bojówkach (ale krój mają miodzio i leżą fantastycznie) to już inna para kaloszy. Do tego zaś trzeba by zatrudnić szare komórki i pozastanawiac się głęboko, a Matka rezerwuje je na wrzesień do szkoły.
I przy pierwszym deszczu wsadzi te bojówki na siebie i będzie paradować.
To zastanawiające swoją drogą, jak bardzo wiek młodzieżowy się przesuwa w miarę upływu czasu.
Matka zacznie niedługo mawiać jak dziewięćdziesięciopięcioletnia babcia kolegi, której na Komunii wnuka znajomy połamał krzesło:
-„I popatrz pan, panie, krzesło połamał takie nowiutkie! Co ono miało? Sześdziesiąt lat? Jak spod igły!!!”
Pink
Matka pojechała do przedszkola po Maryśkę sama. Janeczka stanowczo odmówiła współpracy i po raz pierwszy została w krzaczorach z innymi członkiniami Klubu Witch. Matka specjalnie nie miała nic przeciwko, bo Potwór dziwnych pomysłów szczęśliwie jeszcze nie miewa a w samochodzie można się było roztopić.
Potworek szalał wraz z innymi maluchami w cieniu, ale i tak lało się z niego wszelkimi otworami. Matka zgarnęła go za frak i pootwierała opelka ze złudną nadzieją, że obniży temperaturę z 70 na 69 stopni. Nagle pakujący się do auta Potworek znieruchomiał, wyprysnął i zakurzył strasznym dymem.
Matka wystraszyła się nie na żarty – wyglądało na to, że dziecku przepaliła się klimatyzacja. A jednak nie – Maryśka stała i kurzyła coraz bardziej, bo szare komórki miała zemdlone i popijające drinki z parasolką w cieniu zwojów mózgowych.
–„Mamujku?” – znalazła wreszcie właściwie słowo a dym przybrał odcień zielonkawy.
-„Słucham cię” – Matka zamieniła się w wielkie ucho
–„Jakie będą nasze wakacje?” – dym zrobił się fioletowy a Matce natychmiast w oczach poczerniało.
Matka zna te pytania. I zna też problemy Janeczki, która wstydziła się opowiadać o wakacjach w górach, kiedy inne dziewczynki z klasy roztaczały wizję napojów w cieniu piramid, gondolierów i krokodyli pod palmami. I teraz zapewne będzie podobnie, bo pod koniec dnia spotykają się na dworze dzieci z wszystkich grup. Potworek ma cztery lata a już dopada go mamona?
-„A JAKIE byś chciała, żeby były?” – zapytała Matka niepewnie, trzymając się mocno dachu samochodu.
–„Eeeeeeee…” – wywrócił oczkami z wysiłkiem Potworek –„Ja to bym chciała RÓŻOWE…”
Turban
Maryśka niezależnie od rodzaju ubrania a nawet jego braku, wygląda wieczorem, co tam zresztą wieczorem, wygląda natychmiast jak mała spocona myszka. Z włosów się leje. Zrobić kitki? Nie, no bardzo Matka dziękuje za radę. Próbowała. Różnica jest taka, że nie leje się równomiernie, tylko dwoma strumieniami i bo bokach Potworka robią się dwie symetryczne kałuże. A symetria, jakkolwiek ukochana przez Matkę, nie jest w modzie.
Matka wrzuca więc Maryśkę wieczorem do brodzika, który to rytuał jest zajęciem codziennym, ale ostatnio głowa idzie też pod kran dzień w dzień. Niestety Matce siadły jakoś plecy, co jest u niej normalne przy upałach. Wsiada do samochodu, jedzie, jedzie, jedzie… i zostaje w samochodzie, bo strzelają jej korzonki. Korzonki w upał są niezawodne i Goździkowa tu nic nie pomoże!
A teraz coś Matce chrupie starością przypominając, że do czterdziestki dwa miesiące (psiakrew, Matka w życiu nie skończy czterdziestu, w życiu!!! Najwyżej dwadzieścia dziewięć!!!), więc Matka postanowiłą Potworka nie wytaszczać na blat koło zlewu, tylko powycierac po dorosłemu, w brodziku.
–„Leje mi siem po pjeckach!” – zakomunikowała Maryska płaczliwym głosem.
Problem był poważny. Jesli leje się czysta woda z czystych włosów i śmie, o bezczelna, robić to po plecach, które same w sobie są mokrusieńkie, to jest to dramat i należy zareagować, co Matka natychmiast uczyniła.
-„To wiesz ty co? Ja cię szybciutko wytrę i zrobię ci z ręcznika taki turban, w który wsiąknie woda!” – wymysliła naprędce Matka i okropnie była ze swojej genialności zadowolona. Ręcznik był seledynowy, cieniutki i turban zrobił sie elegancki jak jasny gwint.
Maryśka spojrzała w lustro, bo w końcu jest prawdziwą kobietą i oniemiała!
Rzut lewym okiem – uśmiech. Rzut prawym – uśmiech. Rzut obuoczny – paszcza śmieje się od ucha do ucha a nawet bardziej, bo uszy pod ręcznikiem przecież.
–„Jaki ładny kojoj!”– Potworek pomacał się ostrożnie po zawijasie.
-„Zielony!” – Matka tez uważała, że Maryśce dobrze w tym odcieniu.
–„Tjochę mi wjosy wystajom!” – Potworek usiałował wepchnąć sobie wystające kosmyki pod ręcznik, choć Matka uważała, że dodają mu tylko uroku. Mu, czyli Potworkowi.
–„I najeście łafwe nazwanie dla nowej rzeczy!” – westchnęła Maryśka z ulgą a Matka bardzo się zdziwiła.
-„Które łatwe?” – zapytała szybko, bo turban jakoś łatwy jej się nie wydawał.
–„No łatfe, bo mi siem kojazi!”– Potworek popatrzył na Matkę z politowaniem.
Matce upał wypalił resztę szarych komórek, ale Maryśce najwyraźniej nie.
–„Potajgałas mnie? Potajgałaś! ” – zamrugał Potworek – „A potem zjobiłas mi z jencznika taki pienkny TAJGAN!!!„
Klubowo
Matka postanowiła leżec odłogiem w związku z wakacjami, co byłoby się całkiem udało, gdyby nie zachmurzenie całkowite w sobotę, ale za to dziś plan został zrealizowany.
W piątek bowiem dzień był bardzo przyjemny – Matka co prawda nie uległa rozdwojeniu i stawiła się tylko do jednej szkoły, ale dzieci z drugiej przybyły i wręczyły Matce kwiatki. Teraz to już nie te czasy, kiedy każdy przychodził z gwoździem dla wychowawcy i dyrektora, ale klasy składają się na kwiatki dla każdego nauczyciela i potem ich szukają. I Matka dostała takie „przydziałowe”, ale wzruszyła się też jak stary siennik, bo dostała i kwiatki, i czekoladki od pojedynczych uczniów, którzy malowali coś dla Matki na różne konkursy, albo szóstki dostali za wtrwałą, systematyczną pracę i ciekawe realizacje. I od takich, co przyszli, i powiedzieli Matce, że lekcje były ciekawe i prowadzone z humorem, no i w ogóle dziękują bardzo. Takie chwile to jest to, na co nauczyciel czeka najbardziej i wtedy wie, że to, co robi ma sens.
Matka to myślała, że do wszystkich dzieci podchodzą na przerwach i chwalą się, że zmiksowali taki utwór z innym, dają płyty do posłuchania i opowiadają, jakie fajne zdjęcia im wyszły. Tyle tylko, że jak popatrzyła na niektórych, co są nawet wychowawcami klas i wychodzą z 1 (słownie: jedną) różyczką do domu, to doszła do wniosku, że może jednak niekoniecznie… No to chyba tę Matkę zaakceptowali i lubią?
I Matka wróciła do domu w szampańskim nastroju, wstawiła kwiaty do wazonów, po czym nadciągnął MiaUżon i nie wyraził entuzjazmu a przynajmniej tak się Matce wydawało.
-„Wieczorem wychodzę!” – przypomniał Matce.
-„Przecież wiem, mówiłeś tydzień temu!” – obruszyła się Matka. MiaUżon w dniu zakończenia roku wybywa od piętnastu lat z domu, bawiąc się w swojej dawnej pracy do białego rana. Matka w związku z tym nie zapisała się na listę szkolnego, nieoficjalnego zakończenia roku w klubie.
Matka wzięła się więc za cudownie bezmyślną robotę, jaką jest dalszy ciąg malowania osobistego płotu i upierniczyła się wokół rękawiczek i na ustopieniu, bo farba kapała, jak cholera. O wpół do dziewiątej postanowiłą jednak wrócić, bo komary wychlały już większość Matki krwi i groziła jej transfuzja albo niedotlenienie szarych komórek.
Wróciła i potoczyła wzrokiem. MiaUżon siedział nabzdyczony.
-„Możesz sobie iść na swoją imprezę!” – burknął- „Moja się dziś nie odbędzie!”
Matka zerknęła na zegarek i zaśmiała się jak hrabina, po francusku. Było lekko póxno a ubranko trzeba by wyprać.
Ale potem Matka zrobiła rachunek sumienia, z którego wynikło, że Matka w ostatnim dziesięcioleciu NIGDZIE wieczoram sama nie wyszła. N-I-G-D-Z-I-E!!!
I zeszła do pralni, wyprała odlotową bluzkę, przez godzinę dusiła ją żelazkiem, żeby ta cholera wyschła. Zadzwoniła do koleżanki, która po nią przyjechała, Matka wbiła się w oślepiająco różowe szpilki i białe portki, rzeczoną bluzkę i zlazłą truchcikiem na dół. MiaUżon siedział przed telewizorem, postawił przed sobą piwo i gapił się na mecz. Spojrzał na Matkę.
-„No OCZYWIŚCIE!!!” – prychnął – „Dla MNIE się TAK nie ubierasz!!!”
-„Ty” – Matka nie była uprzejma -„O co chodzi? Chcesz iść ze mną? Bo nie ma problemu!”
-„Ależ skąd!” – oburzył się MiaUżon -„Przecież sam ci doradzałem, żebyś sobie poszła. Nidzie nie wychodzisz, to idź, pobawisz się”
-„Ale zdaje się, że o coś chodzi!” – wkurzyła się Matka, bo ślepa nie jest.
-„O nic nie chodzi. Ja wcale nie mam pretensji! Możesz przeciez wychodzić sama wieczorem. Ja zostanę z dziećmi!”
-„To może zadzwonimy po babcię?” – zapropnowała Matka
-„Nie, nie, ja chętnie zostanę, ty się pobaw!”
-„Jesteś zazdrosny!!!” – wytoczyła działo Matka
-„W życiu!” – zatrząsł się MiaUżon i zzieleniał, a potem zżółkł – „Wcale nie jestem zazdrosny!!!”
I Matka pognała. Zostawiła MiaUżona bez żadnych skrupułów, choć wiedziała, że rzuca go z miejsca na miejsce. Bo tylko MiaUżon do tej pory rozbijał się po hotelach, bankietach i imprezkach. Matka nigdy.
I bawiła się Matka w klubie na kapitalnej dyskotece z ludźmi z pracy.
-„Nie ma tu jakichś uczniów przypadkiem?” – zapytała Matka koleżankę, któa wróciła z baru.
-„Obecnych nie ma, są dawni, ale już nikogo nie poznają, bo nie są w stanie!” – uspokoiła Matkę koleżanka i popędziły na parkiet.
I Matka wróciła w stanie lekko wskazującym nad ranem, straciła słuch na kilka godzin, ale wybawiła się jak norka za wszystkie czasy. I zamierza robić ripleje. A co!
A MiaUżon, który WCALE nie jest zazdrosny przeżywał cały następny dzień…
Matka powtarza – MiaUżon NIE jest zazdrosny…
Potwor(n)a wycieczka
Matka miast garować w wyrku do siódmej zero zero we wtorek, zwlec musiała swoje stare gnaty całe dwadzieścia minut wczesniej co jest czynnością wielce przykrą, żeby nie powiedziec odrażającą. janeczka w ten dzień idzie na trzecią godzinę lekcyjną, jako i Matka, więc nie trzeba było się spieszyć nigdy, aż tu nagle bach – wycieczka. Potwór miał nawiedzić Sąsiednie WiększeMiasto, gdzie zwyczajową atracją był wypad do McSzczurów – tak, jakby w Matki metropolii nie było owego – jakże atrakcyjnego – przybytku. Tym razem jednak wycieczka była znacznie droższa i składała się z dwóch zasdniczych punktów programu, z których pierwszy był mocno przez dzieci pożądany a drugim było czerpanie papieru i takie tam ciekawe rzeczy. Matka musi pisać tak właśnie, żeby się nikt nie połapał. Nieważne.
Tak czy owak wyjazd miała nastąpić o 7.55, której to godziny Matka w ogóle nie ma w rozkładzie, ale wstawiła i pognała z Potworami zastanawiając się, co też będzie robić w szkole przez półtorej godziny.
-„Stoi autokar, stoi!” – wrzasnęła Matce nad uchem Janeczka.
Stał, bez cienia wątpliwości i bez cienia rzeczywistego. Rzucał tylko swój. Ropdzice tkwili nieruchomo pod sosnowym laskiem i próżno wypatrywali pociech za przyciemnianymi szybami eleganckiej bryki z legendarnego, polskiego biura podróży.
Potwór zniknął ku rozpaczy Maryśki, która szybciutko pocieszyła się sakramencko brudnym piachem, bo lasek zaczynał się w końcu przy ulicy.
Pani pomachała zgromadzonym na pożegnanie, drzwi się zamknęły i autokar ruszył. Rodzice spojrzeli na swoje wygrzane samochody, kiedy coś zapiszczało. Wszyscy odwrócili się z ożywieniem, boć to zawsze jakiś ruch powietrza wokół twarzy i ujrzeli dwóch policjantów z Inspekcji Ruchu Drogowego, którzy zajechali drogę autobusowi.
Panowie wcisnęli czapeczki, zapukali grzecznie do drzwi i przeprosili, za spóźnienie.
-„Tsy minutki i państwo jedziecie” – obiecał policjant, którego mamusia w odpowiednim czasie nie zaprowadziła do logopedy.
-„Poprosę listę ucestników” – powiedziała pan i dostał ją natychmiast.
-„W autokaze jest pięćdziesiąt miejsc a ja mam na liście pięćdziesiąt jeden osób!” – zmarszczył brwi pan.
-„Bo ja pojadę na miejscu dla pilota!” – zamrugała pani.
-„Mowy nie ma!” – zaparł się pan – „Niech pani decyduje kto nie pojedzie, bo ja państwa nie wypuscę!”
Po kwadransie pani odsaiał dziecię, którego rodzice przynieśli pieniądze dopiero przed momentem.
-„A teraz papiery wozu poprosę i sprawdzamy światła!” – ucieszył się pan, któremu została już do przejrzenia tylko tak zwana czysta formalność.
Panowie oglądali auto ze wszystkich stron a kierowca naduszał pedały i machał wajchami.
-„Nie ma światła cofania!” – zawołał sepleniący policjant.
Rodzice zafalowali.
-„Światło cofania nie jest TAK ważne, jak światło stopu!!!” – zajazgotała jakaś mamusia.
Pan sepleniący zabił ją wzrokiem a rodzice szybko uprzątnęli zwłoki. Upsątnęli.
-„To ja zaraz tam popukam w szybkę i się zrobi!” – zapowiedział kierowca i popukał. Nie zrobiło się.
-„A może tak zadzwonić po następny autokar?” – nieśmiało zapytała Matka. Czas upływał nieubłaganie, atrakcja główna odpływała w siną dal.
Kierowca poszedł grzebać w bezpiecznikach i zrobiło się w pół do dziesiątej.
Matka za dziesięć minut zaczynała lekcje.
-„Psestały się zamykać dzwi!” – zakomunikował policjant – „A światła dalej nie ma!”
Pani wyciągnęła z rozpalonego autokaru dzieci ugotowane na twardo. Maryśka tymczasem była w swoim żywiole. Bombardowała autokarowe koła szyszkami i wyglądała jak córka murzyna z Etiopii. Matka patrząc na jej skarpetki na próżno usiłowała sobie przypomnieć kolor, jaki miały rankiem.
-„Jadę do szkoły!” – westchnęła Matka, która zaczęła uważać, że wycieczka przestała mieć jakikolwiek sens, jesli ma trwać cztery godziny, z czego dwie siedzi się w autokarze.
I pojechała.
Dzieciom podstawiono kolejny autokar o dziesiątej. Czerpały papier i nawiedziły oczywiście McSzczury, bo przecież w zabytkowym mieście nie ma żadnych innych atrakcji typu zamek. Ugotowały się na amen, bo oczywiście wypiły całą wodę, kiedy siedziały raniutko w rozpalonym autobusie. Zadowolone? Jasne, że tak. Janeczka opowiada o Gutenbergu, papirusach, pergaminach i innych pizdrykach.
Tylko do ciężkiego grzyba – najsłynniejsze polskie biuro podróży mogłoby sprawdzać autokary przed wyjazdem. I dawać instrukcje kierowcy, który ma dzwonić po następną brykę a nie pukać w bezpieczniki…
Dodajmy, że kierowca był zdecydowanie po pięćdziesiątce i chyba nie wsiadł po raz pierwszy za kółko…
A policjantom niskie ukłony.
Jak nie przyjeżdżają sami – to dzwońcie.
Jak widać jaki by nie był przewoźnik – różowo nie jest!
Pressing i resting
Matka ma program tego tygodnia tak napięty, że nie ma czasu nawet podpatrywać Potworów. Dziś frunie z jednej rady na drugą, w czwartek ma znów radę, jakieś rozdanie nagród dla dzieci, bo przecież nie można prac ocenić w kwietniu, jak miało być, tylko czeka się do ostatniego dnia, kiedy dzieciaków praktycznie nie ma już w szkole.
Nawet w niedzielę nie ma spokoju – Matka punktualnie o czternastej (prawda jak dziwna godzina na niedzielny obiad?) wsadziła sobie do paszczy kawałek kotleta, kiedy zadzwonił telefon.
-„Wie pani, bo ja mam takie trzy sprawy…” – zaczęła pani wychowawczyni jednej w klas
Matka odżałowała kotleta i popatrzyła na niego smętnie, potem z wdzięcznością na mikrofalówkę, i znów z żalem na kotleta. Świeży to świeży…
Pierwsza sprawa dotyczyła podwyższenia oceny uczennicy.
Druga sprawa dotyczyła podwyższenia oceny uczennicy.
Trzecia sprawa dotyczyła podwyższenia oceny uczennicy.
I Matka ustosukowała się do dwóch pierwszych osób pozytywnie, bo były podstawy, czyli odpowiednie zaświadczenia. Ale w trzecim przypadku Matkę postawiono pod ścianą, czyli dyrekcję nawiedzili rodzice, oburzeni, że z TAKIEGO przedmiotu stawia się trójki. NIE uczennica przyszła do Matki. NIE prosiła jej o mozliwość poprawienia oceny. NIE kiwnęła palcem cały rok, żeby wyjść poza dopa z klasówki. Rodzice przyszli i od razu z grubej rury?
Za czasów Matki pewne rzeczy były nie do pojęcia. Wezwanie do szkoły rodziców było hańbą nad hańby i cała gawiedź o tym wiedziała. Żeby sami z własnej woli przybywali? Gdzie tam!
Teraz za to czerwiec wygląda pod pokojem nauczycielskim jak miesiąc pielgrzymkowy – dzieci żebrzące (nie pani daj poprawić, tylko pani podnieś ocenę i to natychmiast!) i rodzice roszczeniowi! Bo dzieciom wszystko się należy.
I Matka zamierza się dziś postawić. Nie podniesie bezpodstawnie oceny dziecku bo nie tylko skrzywdzi innych trójkowiczów, których w tej klasie dostatek, ale przede wszystkim obrazi osoby, które na swoją czwórkę ciężko pracowały.
Uuuuuuuch…
Matka to z księżyca spadła do tej szkoły chyba…
I w związku z tym postanowiła pierwszy słoneczny dzień wykorzystać na nicnierobienie i zaleganie na własnym, osobistym leżaku typu „Mam wszystko gdzieś). Jak postanowiła, tak uczyniła, ale cóż wtedy się stało? Oczywiście pozostałe siedzenia, leżaki i tym podobne sprzęty natychmiast straciły na atrakcyjności i Matka, która postawiła sobie kawkę z boku, obłożyła się Wyborczą, Komputerświatem i innymi atrakcjami usłyszała:
-„To pszeciesz MÓJ leziak!!!”
Matkę zatkało.
Otworzyła klapę i ujrzała Potworka, który stał parskając z oburzenia.
-„Ty chyba kochana sobie teraz żartujesz?” – Matka postanowiła sprawę załatwić krótko. – „Mama sobie kupiła własny leżak, żeby nie była wywalana ciągle z innego i przesuwana z miejsca na miejsce. I teraz będzie leżeć i NIKT mamy stąd nie wywali!”
A potem Matka siorbnęła kawy i pogrążyła się z lubością w dalszym nicnierobieniu.
Nic z tego. Chcesz się gdzieś zaszyć – licz na Potwory. Pojawiają się tak pewnie, jak deszcz po myciu samochodu i malowaniu płotu.
-„Nie mozieś tak lezieć i lezieć, kiedy tfoja kochana cójeczka tu stoji! – Potworek zaczął z innej beczki. Romantyzm, psiakrew!!!
-„Mogę, mogę!” – Matka nie drgnęła nawet. Wyrodna jest, ale co tam!!!
Czy zniechęciło to Maryśkę?
Nieeeeeeeeeee!
I Matki odpoczynek wyglądał tak, że kawa wystygła, gazety się zleżały a Potworek rzucał cały dzień nad uchem Matki teksty, które lawirowały między porozstawianymi wszędzie innymi krzesełkami i leżakami:
-„Lezisz sobie, lezisz, a psecies ja jestem tfoja najkochańsa cójecka! No kto nas ujodził? Kto? Kto był u ciebie fbziuchu? Majisia! I tejas Majisia nie mozie pojezieć sobie na jeziaku? No komu siem to jezienie najezi bajdziej, jeśli nie Majisi…?”
No Matka sobie poleży.
Najprędzej na styropianie na rusztowaniu, jak trzeba będzie pracować na wysokości kostek od nóg…
Rzecz o malowaniu
Matka finiszuje, jeśli chodzi o rok szkolny. Jeszcze okazało się, że w jednej ze szkół musi napisać tak zwaną samoocenę, która kojarzy jej się – nie wiedzieć dlaczego;-) – z czasami Gierka, więc siedzi i kombinuje. Ponieważ jednak wysiłek umysłowy został poważnie uszczuplony, bo Matka przezornie przygotowała różne lekcje na koniec, łącznie z wariantem najmilszym, czyli Matka przychodzi z kluczem i dziennikiem a tam nikogo nie ma, więc – i tu się Matka zakałapućkała i zacznie nowe zdanie…
Zaczynanie nowego zdania jest jednak gorsze, niż kończenie zbyt długiego, więc powrócmy do tego, że Matki wysiłek umysłowy nie jest wykorzystywany w najwyższym stopniu i w związku z tym Matka nabyła dwie puszki brązu młotkowego Hammerite (nie ukrywajmy – jakiś czas temu) i postanowiła pomalować płot. Nie jest to czynność przyjemna, gdyż poprzednicy Matki postawili owe ogrodzenie mając chyba paczkę z Ameryki z płaskownikiem, z którego ambitny spawacz zrobił płot opierając wzór na kwadraciku 20 x 20. Jak Matka pomyśli sobie, że musi machnąć górę i dół każdego pręcika, zwracając baczną uwagę na boczki, to zaraz pociesza się, że te boczne nie mają góry i dołu, ale za to lewą i prawą stronę, boczki pozostają zaś podobne.
Matka w dniu wczorajszym wisiała więc na płocie, odkuwała dłutem rdzę, szalała z drucianą szczotką i papierem ściernym, po czym doszła do wniosku, że nie jest najgorzej z wyjątkiem dziesięciu metrów na granicy z sąsiadem. Tam rdza była okrutna i nie rokowała dobrze. Matka mogła albo pojechać zaraz do miasta, nabyć szczotę drucianą na wiertarkę i objechac płotek, albo olać. Olała.
Najpierw jednak odtłuściała wszystko acetonem dochodzą do odkrywczego wniosku, że chirurdzy to mają ciężki żywot.
–„Mamujku, co tu lezi?” – zaytała Maryśka, która napatoczyła się przypadkiem i okrutnie zainteresowała tym, co Matka robi.
-„Nic nie leży” – Matka troszkę się zdziwiła, bo przed chwilą pozamiatała luźne kawałki płotu.
–„Lezi, lezi” – Potworek nachylił się z zainteresowaniem, więc i Matka rzuciła łaskawym spojrzeniem. Na płytkach leżały strzępy koloru biało-pomarańczowego w dziwnie znajomym kształcie. Matka z przerażeniem popatrzyła na własne ręce i zwrócił jej uwagę niemiły fakt, że z gumowych rękawiczek zrobiły się mitenki, zaś paluchy Matki sterczały na wierzchu i były upaprane rozcieńczalnikiem nitro z resztkami rdzy.
-„W jakich tez warunkach ci nasi biedni lekarze pracują!” – pomyślała sobie Matka ze współczuciem -„Każą im nosić rękawiczki, które rozpuszczają się w nitro po pół minucie!!!”
A potem Matka zwaliła przecieranie płotu na MiaUzona, bo wiedziała, że ten zrobi to co prawda niedbale, ale za to rękawic nie ruszy.
Dziś rano Matka za to przystąpiła do neutralizowania rdzy, czyli smarowania płotu roztworem taniny, żeby Hammerite za bardzo się nie zmęczył, bo Matka jakoś tak specjalnie w jego zdolności wiązania tlenków żelaza nie wierzy. Potem przygotowała nowe pędzle, mieszadełko do farby, którym wydobyła z dna jej wysokość młotkowość, czyli pyłek metaliczny, który efekt daje, ksylen do ewentualnego rozcieńczania, czego robić się nie powinno, ale jak mus to mus, szmaty i papiery, podkładki pod kolanka i tak dalej.
Przelazła Matka do sąsiada, wsadziła sobie kolec od agawy dwa razy w czułe miejsce, pomyślała o wyżej wymienionym sąsiedzie wcale nie czule, rozcapieryła się, zanurzyła pędzel i machnęła pierwszy z miliona szczebelków płaskowniczków.
-„Buuuuuuuuuuuuu” – usłyszała
-„BUUUUUUUUUUUUU” – jeszcze raz.
Matka udawała, że wszystko jest w nazupełniejszym porządku.
–„BUUUUUUUUUUUUUUUUUUUUUUUUUUUUUU!!!”– zawyło ponownie i polało Matkę łącznie z płotem.
I tak Matki plany wzięły w łeb dokumentnie, bo się zaciągnęło i ani myśli przestać padać.
Cała robota z szlifowaniem rdzy, taninowaniem płotu i przeklinaniem agawy sąsiada na nic.
Matka nie lubi takich numerów, oj, nie lubi.
Cóż – jak chcesz deszczu to zacznij malować płot, albo umyj samochód…
Nieżyczliwości bezinteresownej mówimy nie!!!
Matka musi mieć już wakacje. Musi. Właściwie inaczej – potrzebuje dwóch dni, podczas których wyśpi się do ósmej i nie będzie kombinować co powiedzieć dzieciom w szkole.
I tylko to Matkę trzyma przy życiu, że nastąpi to już za tydzień, będzie trwało dziesięć dni i Matka smignie na rusztowanie nie mając jeszcze załatwionej żadnej opieki dla Potworów.
Ale póki co Matka ciągnie ostatkiem sił i niektórzy mają ochotę to odczuć bardzo boleśnie.
Bo Matka parkuje samochód pod szkołą tam, gdzie jest miejsce, czyli na słońcu. Po kilku godzinach otwiera puszkę, wachluje uparcie i temperatura w środku spada nawet łaskawie o pięć stopni, ale generalnie niewielka jest różnica między 70 a 75… Następnie Matka włącza klimę, czyli wystawia łeb za okno i dyszy odcedzając tlen z powietrza, co daje skutek zejścia sinizny z paszczy mniej więcej w okolicach szkoły Janeczki, czyli po ośmiu kilometrach. Potem Matka odkleja się z siedzenia i …
Nie, zanim się Matka odklei, trzeba zaparkować. I tu zaczynają się schody. Koło szkoły jest wielki plac zryty przez ciężarówy, na który wjeżdżają wszyscy rodzice, bo nie mają innego wyjścia. Rano jest tam cały czas dwadzieścia wymieniających się aut, które lawirują między sobą, wyrzucają pociechy i odjeżdżają. Niestety kiedy zaczęto obok budowę bloku Matka już tam nie wjeżdża, bo zdarza się, ze ciężarów zrzucają cegły i inne badziewia, więc nie jest bezpiecznie.
Matka znalazła sobie więc prawie nieuczęszczaną drogę wewnętrzną ślepo zakończoną, ale za to pięknym placykiem, na którym parkingu już nie ma, ale jest jedyna i bardzo komfortowa możliwość zawrócenia a poza tym teraz to tam między innymi wyrzuca się dzieci z samochodu. Matka podjeżdża, czeka aż Potwór wejdzie do szkoły i dawaj do przedszkola z Maryśką. Za to kiedy odbiera Potwora modli się, żeby pod jednym z balkonów był maleńki placek cienia, staje tam na pięć minut, gna po Janeczkę i odjeżdża. Tyle wystarczy, żeby nie wylewać Potworów z samochodu po powrocie.
I Matka wczoraj przyjechała wymordowana i wyżęta ze szkoły w rozpalonej puszce, uradowała się, bo właśnie z placka pod balkonem odjechała jakaś pani, więc Matka hyc na to miejsce, wylazła, nabrała powietrza, trzasnęła drzwiami i już, już miała napocząć kurcgalopek, kiedy obok zaskrzeczało:
„Zaraz pójdę do domu i zadzwonię!”
Matka leniwie spojrzała pod słońce i ujrzała koszulkę polo w kolorze błękitnym, gatunek – wypolerowany poliester, spodzień beżowy, skarpet bordo w prążek i klapeczki typu krzyżaczek w kolorku szarym komunistycznym. Wiek klapeczek i właściciela oscylował wokół siedemdziesiątki.
-„Zaraz zadzwonię…” – zamachał właściciel siatką z ortalionu -„…zadzwonię do Straży Miejskiej, że stoi pani na chodniku i JA nie mogę przejść!!!”
Matka spojrzała na przestrzeń między blokiem a Matki opelkiem – wynosiła jakieś cztery metry. Potem na przejazd dla samochodów, bo chodnik w tym miejscu to nie był na pewno – z drugiej strony spokojnie dziesięć metrów wolnych było.
Matka poczuła, że wzbiera w niej piana, jak w mleku, które ma się za chwilę zagotować.
-„No chyba pan się jednak zmieści!” – uśmiechnęła się Matka i zmrużyła niebezpiecznie oczy – „Poza tym ja zaraz opdjeżdżam i zależy mi tylko na tym, żeby dzieci nie jechały w rozpalonym samochodzie…”
-„I tak zadzwonię!” – ortalionowa siateczka znów poszybowała do góry – „Zaraz przyjadą i pani zapłaci mandat!!!”
I wtedy Matce puściło.
I już się miała odwrócić, kiedy zobaczyła, ze kobieta wieszająca pranie na balkonie upuściła prześcieradło i patrzy na Matkę nieprzytomnym wzrokiem. Trzeba przy tym dodać, ze Matka wylazła z auta z torebeczką i aktówką, więc wyglądała dosyć fachowo.
I Matka nadstawiła uszu i usłyszała siebie, ale nie była w stanie skończyć, więc tylko słuchała dalej.
Matka poinformowała pana mianowicie bardzo wyczerpująco co myśli o ludziach, których jedyną rozrywką jest donoszenie i czerpanie radości z czyjegoś nieszczęścia. O bezinteresownej nieżyczliwości i tak dalej. I jedynym określeniem, które nadaje się do przytoczenia i jest w ogólnym rozrachunku bardzo literackie, żeby nie powiedzieć mickiewiczowskie wręcz, jest : „pies ogrodnika”. Reszta się nie nadaje, bo za dużo było tam słów na „p”, „ch”, „g” i co kto sobie jeszcze zażyczy.
-„Uuuuuuuuuuu…” – odzyskała głos pani na balkonie i Matka sie opamiętała.
Wytłumaczyła pani o co poszło.
-„A to @%$$#@&^^% #$@$#^!!!” – skwitowała pana pani i Matka w świetnym nastroju przestawiła auto na słońce postanawiając się nagrzać ponownie, skoro i tak sobie już ulżyła.
-„A pani wie, że on naprawdę dzwoni i oni kasują tu od ludzi 150 złotych?” – szepnęła pani Matce na odchodne.
-„A to #@%$#!!!” – rzuciła jeszce Matka i poszła.
I w ten to niekulturalny sposób Matka spuściłą parę z gwizdka i ma umiarkowane wyrzuty sumienia.
No bo czy to nie był @%$#%&*???
Niespodzianka wielce niemiła
Matka urządziła sobie z MiaUżonem leniwą niedzielę – żadnego myślenia, żadnego gotowania ( bo wszystko Matka zrobiła poprzedniego dnia, z myśleniem na czele). Janeczce otworzono drzwi i wyfrunęła natychmiast na dwór, zaś Maryśka korzystała do woli z nieobecności siostry, co skończyło się wykąpaniem wszelkich barbiów, które do dziś chlupoczą i nie chcą oddać wody. barbie kąpały się – o zgrozo- w nosidełku dla lalki. Woda nalana została kubeczkiem do płukania uzębienia a potem Potworek chcąc wtaszczyć dziesięć kilo płynu z opakowaniem na blat koło zlewu gwizdnął się, wyrżnął w posadzkę łbem i rozlał wszystko w łazience, choć Matka ma wrażenie, że rozlał trzy razy więcej niż było. tak, czy owak, do łazienki nie można było wejść przez trzy godziny a ręczniki schną do tej pory.
Jak więc widać niedziela była nadzwyczaj spokojna. Jedynym gwałtownym ruchem było wyjście do kościoła, po czym Matka zaległa na swoim nowonabytym leżaku, noszącym naprędce nadaną nazwę „Mam wszystko i wszystkich w pewnej części ciała”. Matka o takim siedzonku marzyła już od dawien dawna i kiedy tylko obniżono mu cenę, natychmiast udała się do sklepu i go przywiozła. Musiała co prawda porozkładać wszystkie siedzenia i wcisnąć Potworka w kącik, ale udało się. Leżak jest mianowicie długaśny dosyć i albo się na nim siedzi, albo fika z nogami do góry i to jest właśnie ta pozycja, od której wziął swą nazwę.
Matka leżała więc i fikała, zgrabnie odpierając ataki Maryśki, która w przerwach między potopem w chałupie starała się zaatakować Matki wolność – na szczęście bezskutecznie, bo leżak śliskim jest i pochyłym.
Pełnię szczęścia zakłócały jedynie cholerne murwokuszki, które obsiadały człowieka i właziły gdzie się dało i nie dało, więc Matka okadzała je skutecznie trociczkami indyjskimi i zapachu różnym, ale im bardziej smrodliwym, tym lepiej działał. Można więc rzec, że idylla trwała. Woda mineralna z bąbelkami i plasterkiem cytryny, niepostrzeżenie podany obiad, znów woda, winko, woda, kawa, jeszcze raz kawa – no żyć, nie umierać.
-„Patrz, już muchy upstrzyły nam drzwi” – mruknął MiaUżon a Matka łaskawie potoczyła wzrokiem we wskazanym kierunku
W istocie. Na ciemnobrązowych drzwiach balkonowych utkany był biały placek, pod którym zywioła skryła zapewne swoje potomstwo w poczatkowej fazie rozwoju. Brr!
Matka przelatując obok na miotle machnęła ręką, żeby zetrzeć paskudztwo.
-„Auuuuuu!” – wrzasnęła i wyciągnęła sobie drzazgę z palucha.
A potem popatrzyła uważniej.
-„A chodź tu zaraz!” – ryknęła na MiaUżona, który patrzyła na sto dwudziesty piąty tego dnia mecz.
I razem stanęli i ich zatkało.
Drzwi balkonowe były mianowicie nawiercone wiertarką. Wiertełko – jakaś co najmniej dziesiąteczka. Na prowadnicy od rolet zewnętrznych zahaczone tymże wiertłem w niebudzący watpliwości rzucik…
Gdzie? Na wysokości klamki.
Matka z MiaUżonem nie wychodzili dawno na balkon, ale MiaUżon przypomniał sobie, ze już to widział z ogródka, ale pomyślał sobie właśnie o muchach.
Matka nie ukrywa, że do tej pory latem najczęściej nie zaciągała rolet od strony ogrodu.
Dwa tygodnie temu na przylegającej ulicy było włamanie do sześciu domów. Złodzieje zastosowali jedną metodę – nawiercali grubym wiertłem otwór pod klamką od balkonu i drutem otwierali drzwi. Jedna rzecz była tylko dziwna – nikomu nic nie zginęło. Nikt się nie obudził, choć spał piętro wyżej. Na stołach pozostawały komórki, laptopy, aparaty cyfrowe. Ale złodziejw w środku byli.
Policjanci drapali się w głowę, ale mieszkańcy nie.
I chyba już wiadomo, o co chodzi.
Takie osiedla to niezły interes.
Niezły interes dla firm ochroniarskich.
Nie potrzebujesz nas?
Przecież tak łatwo można do ciebie wejść, zobacz.
No to jeszcze raz – na pewno TERAZ nas nie potrzebujesz?
I Matka mówi – GOŃCIE SIĘ!!!