Maryśka nie lubi brunetów. Robi wyjątek dla swojego osobistego tatulka, ale wypomina mu tak często, jak tylko może:
–„Ale wies, TY to mas CAJNE włosy” – i krzywi się okrutnie.
Janeczka karnację odziedziczyła co prawda po MIaUżonie, ale włosy póki co ma jaśniejsze.
-„A ja to jak się nazywam?” – zapytał Potwór w samochodzie, mając na myśli kłaki.
-„Szatynka!” – odpowiedziała uprzejmie po raz sześćdziesiąty ósmy Matka.
-„No dobra, a Ty?” – Potwór wiercił Matce dziurę w brzuchu.
-„A ja to byłam kiedyś blondynką…” – rozmarzyła się Matka – „…zwłaszcza po wczasach w Bułgarii”
-„A teraz?!” – Janeczka szybciutko ściągnęła Matkę na ziemię.
-„Teraz?” – zastanowiła się Matka. Włosy jej ściemniały o jakieś dwadzieścia trzy tony, po czym połowa rozjaśniła się permanentnie – „Teraz to ja już nie pamiętam. Mam balejaż!”
-„Oj tam, zaraz balejaż!” – prychnął Potwór -„Ale tak pod spodem to jesteś blondynka?”
-„Nie, no już nie…” – jęknęła Matka, która chyba płowomyszowata jest – „No, może CIEMNA blondynka?”
–„A ja jestem zwykja bjątynka!” – Potworek sam siebie dopuścił w końcu do głosu – „Bo bjątynki som najjepsie!”
-„Nieprawda!” – wkurzyła się Janeczka, a potem nastąpiło darcie piór i Matka dojechała bardzo szybko do domu.
Wieczorem Maryśka przyglądała się w lustrze jak Matka rozczesuje jej włosy.
Odrzuciła potem jasne druciki do tyłu, zdmuchnęła grzywkę i rzekła z dumą:
-„Najeście pamieńtam jak to jest z tymi nasymi włosami! Ja to jestem bjątynka a ty STAJA bjątynka…”
Operator nieznany
Matka zmieniła głos na niższy. Jakieś dwie oktawy będzie – gdyby spotkała dobrego menadżera, to zrobiła by niewątpliwie karierę Amandy Lear i jeszcze batoniki by żarła do tego bezpłatnie, i wiła się, i wiła w złotych obcisłych sukienkach. Potwory by padły natychmiast…
Matka nastawiona jest do reklam odpowiednio – kilka podziwia a na resztę patrzeć nie może. Ostatnio przygląda się z zainteresowaniem reklami Żywca i za każdym razem widzi tam coś innego. Trochę denerwują ją lata siedemdziesiąte, bo chyba wystroje lokali nie były aż tak optymistyczne, ale poza tym jest super.
Tymczasem Potwory mają zupełnie inne preferencje. Ma być muzyka dla starszej dzieciarni, stroje takoweż i reklama generalnie niezbyt wyrafinowana, żeby nie powiedzieć inaczej. I teraz nastąpi opowieść, której nie zrozumie nikt, kto w Polsce nie mieszka, tudzież nikt, kto telewizor wywalił już dawno na śmieci…
Matka bawiła się niedawno świetnie na pikniku przedszkolnym z okazji Dnia Matki i Ojca. Maryśka wykonywała tam z Krasnalami, czyli swoją grupą hit pod tytułem „Ogrodniczka” i jako jedyna uskuteczniała bardzo zamaszyście choreografię do utworu. Przebój ten Matka zna już na pamięć, bo Maryśka chętnie go wykonuje przy każdej okazji a zwłaszcza bez.
Wczoraj Matka bębniła w komputer przygotowując jedną z ostatnich lekcji dla ukochanej młodzieży a Maryśka bawiła się Barbiami w ilości sztuk siedem dokładając dla rozrywki jednego Piotrusia Pana.
-„No witajcie dziefcyny, jestem Piotjuś Pał!” – zagadał Piotruś głosem Maryśki
–„Jak sięmas!” – odpowiedziały radośnie wszystkie Barbie.
Rozległ się tupot Barbiów na Matki stole i wszystkie zaczęły malować Matki pędzelkami za ciężkie pieniądze, miej je w swojej opiece.
–„Jestem sobie ogjodnicka,
mam nasionek pół kosycka!
jedne głatkie, djugie fłatki…” – zaśpiewały nagle Barbie.
Matka odwróciła się dyskretnie i co jakiś czas naduszała jakiś klawisz, żeby się zamaskować.
–„Mozie gdzies wyskocymy? – zaproponował Piotruś Pan Barbiom.
–„Byjoby sifietnie! – ucieszyła się czarna Barbia -„One zostanom a my siem wykońpiemy w moziu!”
I czarna Barbia wypięła się z Piotrusiem na zaskoczoną resztę, która znów zaśpiewała mimo smutku:
–„Jestem sobie ogjodnicka,
mam nasionek pół kosycka!
jedne głatkie, djugie…”
Piotruś Pan popatrzył z uznaniem na czarną Barbię:
–„Fajnom muzę sobie ustawijaś!” – rzekł klepiąc ją po ramieniu.
A Matka nie wie.
Nie wie, czy to nastała Era Potworka, czy też Potworek ma Plus.
No to Heyah!
Klapy
Matka zwlokła dziś rano z łóżka swoją piżamę wraz z cielesną zawartością i pomyślała sobie natychmiast, ze do wakacji jest już bliżej, niż dalej. Oznacza to mianowicie, że Matka będzie wstawać dokładnie o tej samej godzinie, za to będzie miała kłopot z Potworami, bo niania się nie odzywa i to dobrze nie oznacza. Niania nie tylko ciągnie podwójne studia, które choć zaoczne, to jednak czasu trochę zajmują, a poza tym siostra niani ma kilkumiesięczne dziecko i Matka czuje w kościach, że będzie krucho, oj, krucho. A Babcia już nie może być wykorzystywana nieustannie, bo zwyczajnie i po prostu nie ma siły i cierpliwości.
Matka w tym roku nie zamierza wisieć na rusztach dwa miesiące, bo chce sobie z lekka odpocząć, co można natychmiast obśmiać francuskim chichotem hrabiny z „Rozbójnika Rumcajsa”. Czekają na Matkę dwa jednakowe obrazy, których jeszcze nie miała przyjemności malować, więc potrwa to troszkę dłużej, niż standardowo – oba w miejsca, gdzie już coś Matka robiła, czyli podoba się. Jeden za Wielką Wodę pójdzie ponownie, drugi zawiśnie w połowie drogi między Poznaniem a morzem. I jeszcze ramka przyjedzie do złocenia, choć Matka wyrażała zdecydowany sprzeciw, ale sygnał zanikał, czyli wakacje są fantastyczne. Teraz trzeba tylko wykonać manewr rozciągania czasu, więc Matka zapatrzy się zaraz w obrazy Salwadora Dali, tam sa takie spływające zegary…
Najgorszą rzeczą będzie jednak ruszenie MiaUżona na tak zwane wakacje. Gdzie? Matka nie ma pojęcia. MiaUżon oprotestował jedynie ponowny wyjazd do Szczawnicy na co akurat Matka miałaby ochotę. Bo z Matką jest jedna taka rzecz – nie przepada za nowościami. Tak na starość jej się porobiło. A w Szczawnicy jest tanio, ciekawie i w ogóle przyjemnie. Można skoczyć na krótko i wypocząć. Tymczasem Matkę czeka malowanie chałupy i być może przebudowa kominka. Rozwalanie – znaczy się – i budowanie na nowo, tym razem z podłączeniem do instalacji CO. Póki co Matka przelicza i wychodzi to niekorzystnie dla konta.
Tak więc Matka wraca do poranka, bo jeśli są problemy wagi państwowej niemalże, to wystarczy zająć się przyziemnością domową i zaraz się poprawia.
Matka weszła więc do łazienki, spojrzała w lustro, doszła do wniosku, że jest równie źle, jak i wczoraj, po czym przegnała farfocle z oczu. Zaniepokoiło ją to, że wyżej wymienione są, ale ponieważ Matkę nęka równiez katar kolorowy jednodziurkowy (czy ktoś Matce wyjaśni, jak można mieć zapaloną tylko jedną zatokę?!), to pomyślała sobie natychmiast, że zrzuci to wszystko na kolor zielony i już.
Następnie spruła Potworka, który dał się zanieść do łazienki i posadzić na nocniku bez patrzenia na świat. Matce wydało się to lekko dziwne, bo zwykle protest jest głośny i dobitny a tymczasem Maryśka siadła i spokojnie spała dalej na nocniku.
-„Otwórz oczy, kochana!” – zagaiła Matka szorując sobie zęby.
–„Ale jest ciemno!” – wysapał Potworek i spał dalej.
-„Nie jest ciemno, wystarczy tylko podnieść powieki!” – Matka splunęła wodą.
-„Ale ja nie mogę ich otworzyć!” – zakomunikowała spokojnie Maryśka szeroko zamkniętymi oczami.
Matka rzuciła okiem.
Rzuciła, a potem natychmiast je zwinęła i wsadziła do spirytusu.
Maryśka nie mogła otworzyć oczu. Nie mogła, bo były sklejone na amen!
Matka padła na podłogę z mokrym wacikiem, żeby klapy Potworka odmoczyć, rozkleić i zakroplić. No zapalenie spojówek koncertowe. I teraz kombinuje, czy farfocle matkowe oznaczać będą to samo, co byłoby tragedią, bo Matka soczewki nosi a okularów dawno juz żadnych nie ma. A zakraplać oczu w tym przypadku się nie da…
I tak to obrazki, kominki i malowanie schodzą na plan dalszy w jednym małym momencie.
Matka lubi poranki, kiedy coś się znienacka wykluwa.
Psiakość!
Tłumacz przysięgły
Matka wracała sobie spokojniutko z Potworami do domu i niepokoiła się szalenie ciszą, dobiegającą z tylnej ławki. Potwory bowiem zwyczajowo się piorą, Matka wrzeszczy, Maryśka obsmarkuje się z żalu, a Janeczka obraża. Taka miła, rodzinna atmosfera.
Tym razem jednak wisiało coś w powietrzu, ale Matka nijak nie mogła wykombinować co też może nastąpić. I nie domyśliłaby się.
Janeczka zaczęła bowiem wymieniać różne potrawy. Nie było to szczególnie trudne, biorąc pod uwagę zamiłowanie Potwora do jedzenia. Matka nie potrafi wytłumaczyć powodu, dla którego Janeczka to robiła i nawet nie chciała jej przerywać, bo miała choć przez moment spokój i nie jeździła zakosami po krawężnikach.
-„Zupa pomidorowa!” – oświadczyła uroczyście.
Maryśka spojrzała na siostrę z ogromnym zainteresowaniem.
-„Karkówka z czosnkiem!” – kontynuowała Janeczka
Potworek zadymił z uszu. Coś się szykowało.
-„Ciasto ze śliwkami” – Potwór ciągnął uroczyście.
–„Ałeju chołeju dżynks!!!” – palnęła Maryśka
Janeczka popatrzyła natychmiast na Potworka mrużąc niebezpiecznie oczy.
-„A ty co znowu tu mówisz?!” – zapytała wściekła
–„Ocyfiście tłumace! Po ałgiełsku!” – odrzekł Potworek z rozbrajającą szczerością i powtórzył – „Ałeju chołeju dżynks!!!”
-„Nie ma takich słów! Zmyślasz!!!” – zawołała Janeczka -„Mama powiedz jej, żeby mnie nie drażniła!!!”
-„O rety, niech sobie mówi!” – złapała się za głowę Matka, której chwilowy spokój zdawał się obracać w ruinę -„A ty dalej wymieniaj te rzeczy!”
Janeczka rzuciła kilka razy nienawistne spojrzenie numer osiem i zakończyła wymownym numer trzy.
-„Schab ze śliwkami!” – zaczęła znów
–„Ałeju chołeju dżynks!!!” – zamrugał oczkami Potworek i zamienił się znowu w słuch.
-„Żurek z biała kiełbasą!”
–„Ałeju chołeju dżynks!!!”– Potworek oznajmił radośnie.
-„Galaretka z truskawkami!”
–„Ałeju chołeju dżynks!!!”-Maryśka spełniała misję dziejową tłumacza kabinowego
-„Babka drożdżowa!” – Potwór był coraz bardziej zdenerwowany
–„Ałeju chołeju dżynks!!!”– Maryśka wcale.
-„Naleśniki!”
–„Ałeju chołeju dżynks!!!”-odparowała Maryśka
-„Banany!”
I nastąpiła cisza. Cisza grobowa.
–„O, bajdzo psepjasam!” – rzekł Potworek z oburzeniem –„Tego tłumacyć nie bełde! Na banany to ja mam UCULENIE!!!”
Testy i alternaria
Matka w czwartki ma wolne. Przeznacza je na poprawianie klasówek, przygotowywanie nowych lekcji, foliogramów i innych pomocy naukowych.
Wygląda to więc tak:
Matka rano odwozi Potwory, zaś potem nawiedza Lidla i jakiś hipermarket w celu odpowietrzenia lodówki. W środku dowolnego ze sklepów okazuje się, że tradycyjnie Matka zostawiła kartkę, którą pracowicie wieczorem wypisywała, na szafce w przedpokoju i nic a nic nie pamięta. Zamiast sałaty kupuje więc zieloną podkoszulkę, zamiast mąki cukier, miast margaryny masło i tak dalej. Potem kurcgalopkiem pędzi, wrzuca to wszystko do bagażnika i jedzie już spokojniutko do domu.
W centrum Matkowej Metropolii okazuje się, że z niewiadomych przyczyn całe centrum ma ustawione znaki zakazu ruchu. Matka kombinuje więc jak koń pod górę i wpakowywuje się w coraz to nowe boczne uliczki tylko po to, żeby za każdym razem trafiał ją kolejny szlag, bo albo Matka nie może wyjechać, albo pół świata jedzie na wstecznym ulicami jednokierunkowymi podczas gdy panowie w zielonych kamizelkach i białych czapeczkach stoją, oparci o swoje granatowe Passaty i dłubią w nosie.
Kiedy Matka więc po raz siedemdziesiąty ósmy wrzuca jedynkę, dzwoni telefon z Matki szkoły z tak ważną sprawą, ze Matka natychmiast musi pędzić i ratować sytuację pozaprogramową, parkuje na słońcu, wraca, wylewa masło do kosza, obwąchuje salami i dochodzi do wniosku, ze co jak co, ale nie wywali, tylko otruje Pikusia, który ryje w Matki trawniku i obsikuje koła od opla.
A poptem Matka podjeżdża pod dom i wysiaduje jajo w samochodzie, bo właśnie oberwała się chmura, a Matka ma trzy parasolki, a każdą w bagażniku, do tego przywalone jajami a przecież każdy wie, jak trudno usunąć zaschnięte jaja z wykładziny w samochodzie. I jak długo schnie człowiek, który szuka jednej z trzech parasolek, wystawiając osobisty kuper z bagażnika.
A potem Matka wchodzi, rozparcelowuje zakupy w lodówce i startuje do szkół i przedszkoli, żeby odebrać Potwory…
Ale dzisiaj…
Ale dzisiaj…
Dzisiaj dzień Matki, będący jednocześnie Dniem Dziecka najgorszym w życiu Potwora, zaczął się zupełnie inaczej:
Matka odebrała wyniki Janeczki krwi, które okazały się być dobrymi i pognała na testy skórne.
Matka pozwoli sobie nie powtarzać zdania Potwora na temat wyznaczania terminów badań 1 czerwca, obaw przed niezdążeniem do kawiarni, gdzie udawała się dziś klasa Janeczki, niepokojów związanych z kłuciem po wielokroć straszliwą igłą, malowaniem kółek na rękach, niezmywalnościa tego aż po grób i bąblami, które się robią, i robią, Potwór odrywa się od ziemi, i leeeeeeci…
A Matka zapewne daje kopa w pewną część ciała i odgryza sznurek.
Matka wystarczy, że przybyła na godzinę ósmą, siadła i zapuściła korzenie. Tempo argentyńskie. Testy zaczęły sie o wpół do dziewiątej. Skończyły piętnaście minut później owocując dwoma bąblami.
Potem Matka udała się do poczekalni, znów zapuściała korzenie – bardzo ładny palowy wyrósł i boczne. Następnie pokryła się ślicznymi zielonymi listkami i zakwitła. W międzyczasie (kochamy pana Szpakowskiego) rodzice dzieci po testach wprali rodzicom dzieci, które miały przyjść na wizytę lekarską na ósmą, a następnie zaczęli wywierać tak zwany pressing (znów kochamy pana Szpakowskiego – brr!) na pielęgniarki. Skończyło się na tym, że wszyscy niemal poszli a Matka dalej kwitła, ale nie miała zamiaru poobłamywac sobie kwiatków. Różowe w końcu były, być Matką Janeczki zobowiązuje.
A potem okazało się, ze Potwór ma uczulenie na roztocza i alternarię, czyli odmianę grzyba pleśniowego, co nie objawia się nijak, ale Matka usłyszała co ma kupić, co spryskać, i ileset złotych to kosztuje.
-„A czego Janeczka nie może jeść?” – zapytała z głupia frant Matka, choć sama doskonale wie i przestrzega tego jak nie wiem co.
-„A myśmy zrobiły jej testy na alergeny wziewne, nie pokarmowe!” – odrzekła pani doktor.
-„Ale Janeczka nie ma alergii na wziewne!” – wkurzyła się w duchu Matka, bo Potworowi nic nie jest od pyłków, kurzu i tak dalej. A roztocza i pleśnie wychodzą każdemu, i rzadko kiedy dają objawy.
-„Proszę jej dawać wszystko do jedzenia, dopóki nie spuchnie!” – usłyszała Matka i nie było to złudzenie, bo raz już to doktor mówiła.
-„A co ze skórą, bo jest bardzo sucha i szorstka po zjedzeniu czegoś niewłaściwego?”- zapytała Matka
-„A to nie ma problemu!”- radośnie odparła pani doktor -„Może pani kupić w aptece cały szereg preparatów do kapieli i smarowania skóry, kosztuja około osiemdziesięciu złotych” – i tu pani wypisała Matce szereg nazw, które Matka ma w pewnej części ciała i jest to część ciała zwyczajowo zakryta.
-„Rozumie pani, jak zje orzechy czy czekoladę, to ją wykąpać w tym i posmarować” – zamrugała pani doktor świdrując Matkę oczkami
-A najlepiej jeszcze posmarować maścią sterydową, to już na pewno nic nie wyskoczy – pomyślała Matka złośliwie – a potem poczekać na astmę, to się przepisze odpowiednie leki.
Bo co jak co, ale Potwór bez czekolady i cytrusów ma się świetnie. Matka może spróbować przetworzone mleko, to i owszem. Jogurt naturalny i tak dalej. Ale nie będzie dawać byle czego i potem maskować objawów kremami!
Matka wyrwała więc swój korzeń palowy i odwiozła Potwora do szkoły, gdzie pani przestępowała z nogi na nogę czekając na powrót Janeczki z testów, i wyjście do kawiarni.
A Matka udała się w podróż powrotną, która wyglądała następująco – i tu należy przeczytać od początku.
A teraz spojrzała na klasówki, ba, rzuciła im nawet przeciągłe, smętne spojrzenie, z którego nic nie wyniknęło i za momencik startuje na abarot po Potwory.
Czwartek, jak czwartek.
Matka tylko czas marnuje…
Nic nie robi cały dzień…
Matka odcina
Matka pomału wykorkowuje i tak naprawdę to trochę zastanawia się dlaczego. Pogoda piękna. No, może nie. Dobra – nie aż taka piękan, bo co Matka wystawia ryjek z samochodu to albo piorunem ją, albo gradem, albo przynajmniej deszczem. Kiedy drzwi zatrzaśnie, to natychmiast wyłazi bezczelne słońce i znów po ryjku. Tak Matce Polce robić się nie godzi.
Ale zaraz, zaraz – miało być pięknie. No to jest, bo rano nie trzeba palić lampy i to jest w tym wszystkim najważniejsze. Bo wstawanie po ciemku jest dla Matki gorsze niż wojna rusko-japońska, którą osobista Babcia Matki przeżyła panienką będąc. I wracając znów do Matki jęków – wszystko byłoby dobrze, ale Matka ma szaloną ochotę kupić sobie tak zwany centymetr krawiecki i odcinać po kawałku do 23 czerwca włącznie. Właściwie to może należałoby już kupić drewnianą linijkę trzydziestocentymetrową i brzeszczot, ale drożej wyjdzie i wiórów się naśrupie na podłogę…
I Matka tak sobie pomyślała, że kiedy wyliczała godziny i lekcje, czyli naukowo rzecz ujmując robiła plan wynikowy i rozkład materiału, to nie przewidziała jednej, ale bardzo istotnej rzeczy – I Komunii Janeczki mianowicie.
Bo niby wszystko idealnie, żarcie z knajpy, no, sprzątanie wielkie, owszem, owszem, ale cóż to jest, normalka. Tyle tylko, że Matkę zjadł chyba cichaczem stres i miesiąc życia również. I Matka teraz nagle a niespodziewanie potrzebuje wakacji. Takich bez foliogramów, klasówek, zaliczeń i odliczeń.
Matka stara się rozpaczliwie nie myśleć, że będzie w te wakacje tradycyjnie wisieć na rusztowaniu, ale przyrzekła sobie, iż tym razem nie dwa miesiące ale jeden. Bez przesady. Pożyć też trzeba.
Ale póki co – nie dotrzyma. Młódź nachodzi Matkę na każdym zakręcie. Roszczenia wysuwa. Nic nie robi cały rok, ale może pani siódemkę postawi. Z plusem najlepiej.
I Matka wie już, co zrobi.
Wakacje.
Wcześniejsze.
Jak?
A bardzo proszę:
Przez czwartek i piątek sprawdzi 200 prac klasowych.
A w sobotę…
A w sobotę…
A w sobotę weźmie drucianą szczotkę, papier ścierny, szmatę i aceton.
Obleci dwa kilometry swojego osobistego płotu przed domem.
A potem pięknie go pomaluje Hammeritem na brąz młotkowy.
I będzie miała sześć lat spokoju.
I poczucie spełnionego obowiązku Matkowopolkowego.
Matka nic nie musi.
Matka to lubi.
Cudowna, bezmyślna robota.
Czasem potrzebna każdemu…
Koniec świata?
Matka siedzi sobie i pracuje – ściąga obrazki z różnych fowizmów, nabizmów i innych izmów. Nie lubi tego, ale co zrobić – mus to mus.
Siedzi, a właściwie siedziała, bo teraz to już się gotuje. Powód jest prosty.
Matka nałogowo ogląda wszelkie Wiadomości, poczynając od Teleekspressu, na Panoramie kończąc.
I usłyszała teraz rewelację, że ks.Maliński był agentem.
I ma dosyć.
Ma dosyć uśmiercania ludzi.
Podobno.
Mówi się.
Ludzie mówią.
Jakoby.
Gdyby ksiądz Maliński był agentem świat by się skończył.
Z tego, co się Matka orientuje – a jest tym bezpośrednio zainteresowana – świat ma się świetnie i póki co niczego nie zamierza!!!
Brak słów, żeby pisać cokolwiek więcej.
Czoło anioła
Matka skorzystała z dzisiejszej paskudnej pogody i powylegiwała się w wyrku do dziewiątej. Maryśka również nie była nieuprzejma wstać, więc cisza panowała błoga i szanse na spokojne umycie się wzrastały z każdą chwilą. Janeczka wybrała zaś wolność i nocowała z soboty na niedzielę u babci.
Matka rozczapierzyła się więc przed lustrem, wsadziła łeb pod wodę, nawaliła szamponu, spieniła i pomyślała, że życie bywa piękne. Jak się okazało – bywa, ale krótko. Przez trzask pękających banieczek szamponu Matka usłyszała ciche skrzypnięcie drzwi a potem radosne pojękiwanie sprężyn w osobistym łożu Matkowo-MiaUżonowym, kiedy to Potworek sprawdzał odporność Tatulka na wstrząsy. Wyżej wymieniona odporność była wielka jak Prudential Building w Buffalo (Matka modernizm z uczniami ma na tapecie), więc Potworek hasał na całego.
Matka w związku z posiadaniem Maryśki całe cztery lata, też była wyrobiła w sobie odporność, więc wkomponowała sobie natychmiast skrzypy w pękające banieczki i delektowała się cynamonową odżywką do włosów. Tak przynajmniej na pierwszy niuch jej się wydało, ale ponieważ na drugi i trzeci dalej waniało cynamonem, więc przy tym Matka się uprze i już.
Niestety z sypialni doszły do zgrabnych konch Matki uszu nawoływania i Matka zderzając umiejętnie dwie szare komórki domysliła się, że chodzi o nią.
-„Co znowu?” – zapytała grzecznie wkładając łeb z resztkami piany do pokoju.
-„Okjopnie boli mnię czoło!!!” – zakomunikował Potworek zbolałym głosem i odsłonił rzeczone miejsce dmuchając w grzywkę.
-„Wyrżnęłaś się w szafę?” – zainteresowała się średnio Matka, bo czoło wyglądało tak, jak wczorej.
-„Nieeeeeee!’ – oburzył się Potworek. Szafa była już opanowana i nic z jej strony nie groziło. – „Przycięłam sobie to moje czoło!!!”
Matka zastanowiła się głęboko, ale nie znalazła na trasie nic, co mogłoby przyciąć czoło.
-„A czym?” – zapytała na wszelki wypadek.
-„A czim to ja nie wię, ale wię, że to było we śnie!!!” – oznajmił poważnie Potworek a Matka radośnie wróciła do łazienki, bo należało się spiąć, żeby zdążyć do kościoła. A tego dnia MiaUżon zarządził wypad do sąsiedniej parafii, żeby ominąć tłok komunijny.
Tymczasem w kościele urządzona była mała wystawka rzeźby współczesnej i Matka przyglądała się z zainteresowaniem. Jak się potem okazało – Maryśka również, ale wyłącznie okresowo, czyli wtedy, gdy ludziska padali na kolana i dawali widoki dla małej osóbki.
–„Pan Jezusek na krziżu?” – spytała Maryśka
-„No…..” – zaszeptała Matka – „Ciiiiii…..”
–„A ten tu, to kto?” – łypnęła okiem na anioła, który porażony okrucieństwem tego świata zakrył dłońmi twarz.
-„Anioł” – szepnęła znów Matka, bo podniesienie było.
–„A czego on siem tak trzima za to czoło?” – zastanowił się głośno Potworek nic a nic niezrażony ciszą w kościele.
Matka zamarła i otworzyła szybko paszczę, ale nie zdążyła, bo z piersi Potworka wydarło się radosne:
–„Pewnie teź mu siem przicięło przez sen!!!”
Kac na biało
Matka w szale Białego Tygodnia. I dobrze. I dobrze, bo poza tym ma kaca-giganta. Jakiś kochany Matki uczeń był uprzejmy pod pozorem złego samopoczucia opuścić salę lekcyjną na chwilkę, podczas której skserował wszystkie wersje omawianej właśnie klasówki wraz z odpowiedziami, po czym przekazał je drugiej szkole. Matka zorientowała się na szczęście w trakcie pierwszej godziny lekcyjnej, ale co musi sprawdzian powtórzyć to musi i jeszcze wymyśleć kolejne dwie wersje do tego. I cudem miała sprawdziany tak zwane poprawkowe, które zasoliła kolejnym klasom a jakie są tego wyniki można się domyślać. Masakra.
Trzeba być jednak ciężkim idiotą, żeby kopiowac klasówkę dziecka, które napisało o czymś, czego na lekcjach nie było a potem nagle wszystkie głąby wpadają na ten sam pomysł. Matka turlałaby się ze śmiechu, gdyby nie to, ze ktoś tak Matkę oszukał wstrętnie – bo przecież trudno osobie, która źle się czuje, albo prosi o wyjście do toalety przeszukiwać spodnie…
Zdaje się, że Matce przejdzie i na przyszłość będzie wiedziała co robić. Tyle tylko, że Matka z góry zakłada uczciwość ludzką i wydaje jej się, że to normalne. Przeliczyła klasówki odbierając je od uczniów, ale nie spodziewała się, że w ciągu paru minut ktoś zrobi ją w konia. I był to ostatni raz!!!
A wracając do rzeczy przyjemnych, czyli do Białego Tygodnia – Matka wczoraj uczesała porządnie Potwora, bo zapowiedziane było tak zwane zdjęcie grupowe. A potem to już zacierała rączki, bo była pewna, że pośmieje się znów…
A połowa dziewczynek znów przyszła z fryzurami prosto od fryzjera – nalakierowane sploty Gorgony, koki-hełmy obsypane brokatem z wpiętymi antenkami na UKF zakończonymi kwiatkami, tudzież perłowe pomadki.
-"Nie przypudrowałaś jej tej blizny na czole!" – szepnęła Babcia do Matki.
Fakt – po bliskim spotkaniu z ulicą, połączonym z lotem z hulajnogi Janeczce został czerwony placek na czole, stanowiący jednak malowniczy komplecik z drugim czerwonym plackiem z powodu alergii, który to placek nie chce Janeczki od kilku lat opuścić.
-"Wypiksluje się!" – odszepnęła Matka a Babcia całą mszę kombinowała czy Matka przypadkiem jej nie obraziła.
A Janeczka wygląda najzwyczajniej normalnie.
I ma najpiękniejszą sukienkę pod słońcem, za którą ponownie dziękujemy Idaioli!!!
Relacja
Matka wróciła na blogowe łono. Przerwa minęła szybko i Matka wreszcie pomalutku odzyskuje pamięć i wie, jak się nazywa. Nie, żeby jakoś szczególnie dużo roboty było, ale raczej stresu. Tak, czy owak – Matka ma za sobą I Komunię Janeczki i udała się ona nadzwyczaj.
Matka zadbała o sprzątanie chałupy i jedzenie. Pojechali raniutko z MiaUżonem do knajpy i nazwozili rzeczy, których normalnie nazwać się nie da. Potem ubrali Potwora w sukienkę, która doprała się do bieli tak oślepiającej, że Matka trzy razy padła na podłogę zanim była w stanie ją odebrać z rąk panienki.
A w kościele wszystko wypadło świetnie, uroczyście i w ogóle fantastycznie. Matka nie spodziewała się nawet, że komunii udzieli Janeczce znajomy zakonnik, który przyjechał na tę okazję.
Potwór od rana robił dobrą minę, ale nie zjadł niemal nic, co oznacza ciężką chorobę, albo co innego. Potem również nie zjadł nic i przypomniał sobie o tym dopiero rano. Goście dopisali, Janeczka miała też towarzystwo, przejrzała prezenty z gatunku Witch (pościel, koc, lalka) i złoto (kolczyki, bransoletka, łańcuszek, wisiorek)m tudzież programy (angielski dla dzieci i jakieś gry) oraz jedną kopertkę, wpadła w dziki zachwyt i pognała zabawiać młodsze towarzystwo.
A następnego dnia zaczął się Biały Tydzień.
A przed wejściem do kościoła giełda.
-„Nie wiem, jak wy, ale ja dostałam cztery siedemset!” – obwieściła Wiktoria, którą mamusia przywozi na zmianę Lexusem i BMWicą.
-„A ja cztery…” – zmartwiła się Madzia
-„A ty ile?” – Wiktoria zwróciła się do Janeczki a reszta dzieci wstrzymała oddech. No w końcu Janeczka też bywa, że przyjeżdża do szkoły raz Matki oplem, a raz nissanem MiaUżona. Pomińmy milczeniem rocznik i wyposażenie.
-„A ja czterdzieści złotych!” – oznajmiła radośnie Janeczka, co było zgodne z prawdą i były to pierwsze papierowe pieniądze Janeczki. Rodzina i znajomi Matki zadają sobie bowiem zawsze trud nabywania prezentów, które niezależnie od ich wartości cieszą Potwora niezmiernie i dają radość z odpakowywania.
Co było dalej łatwo sobie można wyobrazić.
I Matka dumna jest jak paw, że Janeczka kompletnie nie zrozumiała reakcji kolegów, którzy tarzali się ze śmiechu.
I jak nigdy spłynęło to po Potworze jak po kaczce, bo w końcu za chwilę miało się odbyć uroczyste wręczanie książeczek do nabożeństwa i to było dla Janeczki najważniejsze.
I tylko jedna rzecz powoduje straszliwe cierpienia Potwora na gruncie domowym.
Matka natychmiast dała Janeczce nową, węższą kołdrę i oblekła ją w pościel Witch. Wiadomo jak się w takiej pościeli śpi – porażająco genialnie.
Ale koc Witch musi wisieć na krześle koło łóżka, bo mimo usilnych prób Janeczce nie udało się nim przyrzucić. To znaczy udało się, ale Potwór dyszał rozpaczliwie z przegrzania i poprzestał na oglądaniu.
Zapowiedzili jednak ochłodzenie i Janeczka ostrzy sobie zęby na wodnym papierze ściernym numer 180, wygładzając 320.
A poza tym wszystko jest na swoim miejscu.
A Matka z MiaUżonem i gośćmi wszelakimi zjadają to, co zostało…