Matka pojechała wczoraj po Potwory i postanowiła najpierw odebrać Maryśkę a potem Janeczkę. Nie przepada za takim wariantem, bo to oznacza pościg za Znikającym Punktem w szkole Potwora, ale była w tak zwanej okolicy i nie opłacało się zasuwać w kółko. Weszła do sklepu, wyszła ze sklepu – i osłupiała. W ciągu pięciu minut z pieknego słońca zrobiła się obrzydliwa, czarna chmura, która fatalnie rokowała. Sięgała mackami nad szkołę Janeczki – i jak się później okazało, złośliwie wędrowała z samochodem Matki, czego skutkiem była okupacja kaloryferów przez spodnie całej rodziny.
Nadzieja matką głupich, więc Matka – zanim z chmury cokolwiek spadło – pognała kurcgalopkiem do przedszkola, ucapiła Maryśkę za frak i dawaj ciągnąć do autka. Potworkowi nigdy się mniej nie spieszyło i dopiero kiedy spadły pierwsze krople wielkości średniego słonia, Potworek dał się zapakować do fotelika.
Matka zgrzana była nieprzytomnie, bo nie wiedzieć po co wsadziła na siebie prochowiec długości półtora porucznika Colombo licząc od stóp do głów. Kiedy przypinała Potworka musiała pakować go sobie między nogi, żeby nie dokonywać kosmetyki polerująco-ścierającej karoserii. Do tego doszło szmyrganie torebką na podłogę przed przednim siedzeniem, szukanie piprztyka do wpinania pasa, parasolka pod brodą i lejący już deszcz. Kiedy w końcu Matka huknęła tylnymi drzwiami i chciała otworzyć przednie dla siebie, zauważyła, że stoi za nią chłopiec w wieku mocno nienastoletnim i trzyma w łapce garść ulotek.
-„Jest nowy sklep proszę pani” – powiedział grzecznie chłopiec – „Może byłaby pani zainteresowana?”
Matka nie była i to zupełnie, ale też Matka nie należy do świń, więc ulotkę wzięła, grzecznie podziękowała i wsiadła.
Ba, rzuciała nawet na nią okiem zapinając pas, zapuszczając silnik i przesuwając torebkę. Ulotka dotyczyła Wędlin z Borów, ale adresu sklepu nie było. Ot – kiełabasa się reklamuje. Matka nie miała gdzie ulotki wyciepnąć, więc natychmiast przypomniała sobie, że Potworek jest namiętnym zbieraczem ulotek wszelkiej maści, które przestają być atrakcyjne natychmiast po przybyciu Maryśki do domu. Matka zwróciła uwagę, że ulotki, zwałaszcza te lepsze, fatalnie się palą, a poza tym sezon kominkowy szczęśliwie minął.
-„Odłóż w tej chwili te ulotki!” – mawia zawsze Matka w aptece – „Możesz wziąć tylko jedną!!!
Maryśka patrzy na Matkę oczami spaniela, któremu sarenka zagryzła pana na polowaniu i drżąca ręką odkłada jedną ulotkę.
-„Nie odkładasz jedną, tylko zostawiasz jedną!!!” – Matka to strasznie okrutna jest.
Na stoliczku ląduje pozostałe dwadzieścia osiem ulotek a pani tak zwana magister oddycha z ulgą.
Wracając do wędlin – Matka podała Potworkowi ulotkę przez lewe ramię, bo zdjęcie kiełbasek było ładne a Maryśka wiadomo co lubi robić najbardziej- konsumować.
Zaczęo lać i bębnić w dach, Matka włączyła dmuchawę na czwórkę, osobiste machanie szmatą po szybie także na czwórkę i osiągnęła w ten sposób nieprawdopodobny hałas z efektem odparowującym żadnym. Z tylnej ławki dochodziły poza tym odgłosy wściekłego oglądania ulotki.
-„No i co tam, kochana?” – zagaiła Matka, kiedy wytarła sobie dziurę w szybie, żeby widzieć czy coś ma przed sobą czy już nie -” Co też oni tam piszą o tych wędlinach?”
–„Ach!” -westchnął świeżoczteroletni Potworek tonem znawcy literatury kolumbijskiej XVIII wieku i do uszu Matki doszedł znów wściekły odgłos- „Nie ma tu nic intejesujoncego w tej ulotce, ale bajdzo dobzie się niom WACHLUJE…
Ociec prać!!!
Matka pojechała dziś do szkoły w świetnym nastroju, odbębniła lekcje w jeszcze lepszym, nabyła wypełniacze chpisowo-chrupkowe dla dzieciaków na I Komunię (z tego, co Matka pamięta ze wszystkich dań gorących dla dzieci najlepsze są zawsze chipsy), wpadła tym samym w nastrój szampański i pognała po Potwory. Ponieważ nie było zbyt ciepło, mogła jeszcze z całym majdanem w bagażniku spokojnie sypnąć się po sukienkę Janeczki do pralni. A była to pralnia, a raczej tak zwany punkt przyjęć w hipermarkecie, który to hipermarket Matka nawiedzała wystarczająco często, żeby nie jeździć z kiecką do czyszczenia gdzie indziej. W piątek Matce zaproponowali wtorek jako termin wykonania usługi i Matka się zgodziła. Myślała sobie zresztą chytrze, że wcale odbierać tego nie musi tak zaraz, ale szampański nastrój widać zrobił swoje, więc pojechała.
Doszła do okienka, rzuciła okiem na panią, rzuciła okiem na wieszaki i zagaiła grzecznie:
-„Dzień dobry” – zaszeleściła kwitkiem – „Mam tu do odebrania…” – i w tym momencie rzuciła ponownie okiem, następnie po raz trzeci – i padła.
Pani specjalnie się nie przejęła.
-„Mam tu chyba do odebrania sukienkę komunijną, ale zdaje się, że to będzie trudne!!!” – zasyczała Matka
Pani leniwie się odwróciła, potoczyła błędnym wzrokiem po czarnych żakietach, brązowych paltotach i granatowych marynarkach, po czym obwieściła:
-„No chyba JESZCZE nie ma!”
Matka wstała tylko po to, żeby zalać się krwią.
-„Ja widzę, że nie ma, ale być miała, więc chcę wiedzieć i to NATYCHMIAST co się stało!”
Pani wzruszyła ramionkami.
-„Ale ja nie wiem…”
Matka panią zgniotła. Wybaczą wszyscy, ale nadmiar głupoty ludzkiej działa na Matkę jak płachta na byka. A jeśli jest jeszcze sprawa gardłowa, to nie ma zmiłuj się!
-„To niech pani weźmie do reki telefon i dzwoni tam w tej chwili, bo ja się nie zamierzam stąd ruszyć!” – orzekła Matka i zapuściła korzenie. Psiakrew, trudno szło, bo gres VII klasy ścieralności chamy położyły.
Pani drżacą ręką wykręciła numer i nie spuszczała z Matki oka, żeby ta jej nie utłukła.
-„Dobrze, dobrze, ja TEJ pani przekażę, dobrze, tak, tak…” – biła pokłony przed słuchawką
Matka pomału schodziła z tego świata.
-„No więc proszę pani…”- rzekła pani bardzo ucieszona, że już wie -„…ta pani sukienka to jest NIEWYPRANA!”
-„#%$#@!!!” – Matka na to -„Tyle to ja się domyślam!”
-„No i przyjedzie w czwartek pan z Poznania i MOŻE zreperuje maszynę, bo się zepsuła. I wtedy by pani MOŻE na sobotę wyprali. Ale to jak przyjedzie!”
I potem nastąpił moment, którego Matka nie przytoczy, bo sie zaczęła wyrażać. Zdecydowanie brzydko.
-„To jak pani nie chce już u nas prać…” – pani była nagle cholernie pojętna – „…to niech pani SOBIE pojedzie do pralni i odbierze TOM sukienkę”
Matka pojechała. Po TOM sukienkę.
Panie już wiedziały, że Matka nadciąga.
-„Jest tu!” – wywaliły Matce na ladę jakąś szmatę.
-„To jest suknia ślubna!” – przytomnie zauważyła Matka, choć oczy miała tak przekrwione, ze świat miał kolor różowy. Jak widać niekoniecznie to jest kolor optymistyczny.
-„Ojejejej!” – złapała się za głowe panienka – „Przepraszamy panią! O, tu jest pani sukienka!!!” – i chlast na ladę kolejną ślubną.
Czy Matka ma pisać o dziesięciu ślubnych sukniach i ośmiu komunijnych, z których żadna nie należała do Matki?
Matka chce żyć, więc nie napisze.
Po półgodzinie biegania za wychodzącym Potworkiem sukienka się znalazła w jednym worze z jedenastą ślubną.
Matka pojechała do eleganckiej pralni.
-„Nie wypierze się chemicznie!” – orzekła panienka – „Pierzemy w wodzie! I pani musi podpisać, że jak sukienka się skurczy, to to pani się na to zgodziła”
-„Po moim trupie!” – powiedziała Matka i pognała z Potworami do następnej pralni.
I wlazła Matka do zakładu, który od lat jest pod balkonem osobistej Teściowej.
-„Prosze pani, proszę mi powiedzieć…” – zaczęła Matka przemówienie do kobietki i osłupiała.
-„Ania???” – wywaliła gały na kobietę.
Ta zrobiła jeszcze większe i Matki nic a nic nie poznała.
-„Ja jestem Mattkapolka, chodziłyśmy razem do szkoły!”- wyjaśniła szybko Matka.
-„O rety!!!” – ucieszyła się kobietka – „Tyle lat!!!”
-„Dwadzieścia sześć, jak Cię ostatnio widziałam” – policzyła natychmiast Matka
A jak już ustaliły co i jak, na warsztat poszła sukienka.
-„No nie da się inaczej – trzeba w wodzie!” – orzekła Ania i pognała skonsultować sprawę z główna praczką – „Dobrze, że przyszłaś dziś, bo jutro już byśmy nie zdążyły! A tak, jak coś się nie dopierze, to wrzucimy jeszcze raz!”
I Matka podpisała oświadczenie, że jak sukienka zrobi się do kolan, to będzie jej się podobało. Nie dało rady inaczej.
I pomyślała sobie, że gdyby pojechała do pralni hipermarketowej po odbiór sukienki w sobotę rano – żeby kiecka się nie wygniotła, to prawdopodobnie tego samego dnia by już nie żyła. Boć by ją trafił szlag.
I jeszcze wcześniej wymordowałaby całą załogę pralni…
W upranych chemicznie rękawiczkach…
Czarny Tydzień
Matka ma czarny tydzień. Dla niezorientowanych – czarne tygodnie poprzedzają Białe Tygodnie, które bywają również czarnymi o ile nie zorganizuje się wszystkiego odpowiednio.
MiaUżon w pracy. Matka w pracy. Kartka na zakupy na stole.
Matka nabyła dziś w Lidlu wina chilijskie i zamierza je wypróbować, zeby obciachu nie było na obiedzie.
-„Musi pani zrobić zakupy za co najmniej dwadzieścia złotych, żebym mógł przyjąć kartę!” – wyszczerzył się pan.
Matka nie utłukła go tylko dlatego, że musiała zasięgnąć języka.
-„To ja wezmę jeszcze to” – Matka wsadziła do wózka kolejne chilijskie – „Tylko nie wiem, czy przez pana nie wpadnę w alkoholizm!”
-„Dobrze schodzą!” – pan udzielił cennej rady niczym kiper na urlopie.
Matka nie zeszła, jeno wyszła i kombinowała jak koń pod górę, co tez pocznie z Potworkiem na dzisiejszej próbie w kościele.
Z Maryśką jest bowiem tak, że zajmuje się głównie wychodzeniem z pomieszczenia, niezależnie od tego jaki sobie upatrzy otwór.
–„Nic siem nie majtf, Mamujku!”– pocieszyła strapioną Matkę bujającą myślami między Chile a pralnią chemiczną – „Ja siem tam pszidam!”
Matka ocknęła się natychmiast.
–„Wies…” – ciągnął dalej Potworek rozmarzając się i mrużąc oczka –„Janecka jest duzia a ja majutka. I oni jej tam zjobiom Duziom Komuniem a dja mnie beńdzie taka specjałna – Mała!
Matka szybko zajrzała do swojej czarnotygodniowej rozpiski. Nic nie było.
Czyżby Potwory załatwiły coś za Matki plecami???
…cztery!!!
Czas leci!
I Potworów to także dotyczy.
Dziś Maryśka stawia tort…

Pij mleko!
Matka wspominała, że we wtorek była na wywiadówce u Janeczki. I niby nic ciekawego się nie działo, Potwór jak zwykle napisał wszystko elegancko na sprawdzianie, komunikatów żadnych nie było i pani po kwadransie nie miała już nic do powiedzenia. Wyglądało bajkowo, Matka spojrzała na zegarek i oczami duszy widziała siebie szalejącą na dużym wózku w hipermarkecie.
A guzik!
A guzik, bo pan z pierwszej ławki zadał pytanie.
Matka wyjrzała, bo głosu nie znała i jak się okazało pana też. Przez moment myślała, że to dziadek któregoś z chłopców, ale szybko domysliła się, że to jednak mocno spóźniony tatuś, który z rodziną zjechał był z jakiegoś anglojęzycznego kraju do domu gdzieś rok temu.
-„Czy mogłaby pani teraz nam szczegółowo wyjaśnić…”- zabulgotał pan -„…jakimi kryteriami kieruje się pani przy wyborze takiego a nie innego podręcznika dla dzieci”
Matka próbowała natychmiast odstrzelić pana, ale za dużo osób siedziało między pierwszą a ostatnią ławką.
Nauczycielka spojrzała z rozpaczą po ludziach, bo temat był wałkowany wielokrotnie, podręczniki trzeci rok kontynuowane i wszystkie drugie klasy z nich korzystały. Rodzice zaszemrali z niezadowoleniem, bo też chcieli dać eleganckiego dyla do swoich zajęć. Pana nie zbiło to z tropu, otrzymał w końcu wyjaśnienie.
Matka uniosła cztery litery a pan zaatakował znów.
-„Mam jeszcze jedną, taką uważam szalenie ważną sprawę!” – podniósł rękę.
Pani zamieniła się w jedno, wielkie ucho a Matka położyła na ławce. Się.
-„Jak to jest z tym mlekiem dla dzieci?”- padło najważniejsze pytanie w Czwartej Rzeczypospolitej.
-„O właśnie!” – przypomniało się pani – „Rodzice, których dzieci piją mleko proszeni są o wpłatę pieniędzy na miesiąc czerwiec do pani takiej a takiej. Z tego co pamiętam…” – pani zagrzebała w kalendarzu -„..to jest to tylko trójka dzieci”
Panu jednak nie o to chodziło.
-„Widzi pani…” – zabulgotał znów – „…tam, gdzie Kris chodził do szkoły było inaczej! Tutaj mleko jest proponowane w smakach truskawkowym, czekoladowym i jeszcze jakimś. Kris przychodzi ze szkoły i rzuca to mleko na podłogę!!! Ja nawet spróbowałem – JEST OHYDNE!!! Co to za pomysł, żeby mleko miało takie smaki! Chciałbym bardzo, żeby szkoła zajęła się dystrybucją mleka pozbawionego wszelkich dodatków!” – klepnął ręką w ławkę.
Rodzice spojrzeli po sobie.
Matka wstając pomyślała, że dobrze ma nie mogąc mieć TAKICH straszliwych problemów. Janeczka nie może pić żadnego mleka i niemal żadnego soku. Do szkoły bierze wodę.
Najwyraźniej Krisa egzystencja jest zagrożona podczas czterech, pięciu godzin w szkole.
Tak. Matka jest przekonana, że w ŻADEN inny sposób nie da się rozwiązać tego problemu. Szkoła MUSI zamówić dla Krisa mleko bezsmakowe.
Czy Matka pisała już kiedyś, co podarowali rodzice Krisa na wejściu? Wideo i telewizor dla klasy. Nie, no bajka. Przydaje się i to bardzo.
A teraz Matka ma jednak ochotę napisac do Was do góry nogami.
Żeby pokazać, że komuś chyba jednak przewróciło się w głowie…
Żółcień i zieleń
Matka skończyła dziś lekcje nieco później, bo plan jej się zmienił, więc pojechała od razu po Potwory. Tym razem postanowiła spacyfikować najpierw młodszego, bo samochód nie był zbytnio nagrzany i ryzyko rozpłynięcia się Maryśki zminimalizowało się w wystarczającym stopniu. Dziecię przygnało radośnie i razem pojechały do szkoły.
Matka zaparkowała w cieniu a Maryśka wyskoczyła raźnie z auta i potoczyła wzrokiem dookoła.
–„Jak piełnknie!”– zauważyła.
Wiatr niósł tumany kurzu, obok zgrzytał dźwig na budowie bloku, panowie piłowali coś zawzięcie z budującym się łączniku podstawówki z gimnazjum, koparka przewalała tony ziemi a wielkie ciężarówy wywoziły cały bajzel.
–„I jaki slićny pjesek!” – spojrzała na jakiegoś podstarzałego skundlonego ratlerka, którego ojcem mógł być co najmniej dog niemiecki.
–„I ten pjesek jest cajny!!!”– dodała przytomnie.
Matka w istocie zauważyła czerń psa. Maryśka ostatnio dostrzegła różnice w kolorach i czasem operowała właściwymi, co bardzo cieszyło Matkę. W końcu Matka artystka, czyż nie?
I z tej radości Matka zauważyła kawałek soczystozielonego trawnika z ogromną ilością żółciutkich mniszków (niezorientoanym Matka natychmiast wyjaśnia, że mniszek lekarski zwan jest nieprawidłowo mleczem, a mlecz to całkiem inna żywioła zresztą). Kolor żółty bił po oczach w sposób oczywisty, więc Matka nie omieszkała zapytać:
-„A te kwiatki to są jakie?”
Maryśka podskoczyła radośnie na widok trawnika i zaraz Matce odparowała:
–„O, to som te takie SPRJYTNE kifiatki, co siem z nich potem jobiom dmuchafce!”
Uuuuuu, nie wyszło. Jeszcze raz.
-„No a trawa?” – zapytała Matka z rozpaczą w głosie.
–„Tjawa?” – Potworek pognał w kierunku szkoły a wiatr przyniósł Matce po chwili odpowiedź – „Tjawa to jest dla psóf i kotóf do biegania!!!
Oświadczenie
Matka je już wszystko. Tak na papierze. Bo naprawdę, kiedy już nie musi stosować żadnej diety, to jeść jej się nie chce! Wczorajszy dzień owocowy to juz był pikuś i czysta przyjemność, bo Matka nabyła drogą kupna wielkiego ananasa i zjadła go na raty głośno ciamkając, bo inaczej się nie da.
Ile schudła? Koło czterech kilo. Jakby zaczęła po pełni to byłoby pięć, ale nic nie szkodzi. Najważniejszy ten pierwszy krok.
I jak już tak wstała dziś w świetnym humorku i jeszcze okazało się, że nie ma jednej godziny, bo klasa gdzieś się udała „poza”, to dyndało jej równo, czy zdąży im zrobić jedną klasówkę, czy nie do końca roku. Co tam!
A potem w jeszcze lepszym, żeby nie powiedzieć szampańskim humorku Matka udała się po Potwory, zaczynając wyjątkowo od Janeczki, ponieważ trasa przelotu lepiej tak pasowała jej miotle. Wsadziła je następnie na godzinkę do Babci, bo czekała ją Potworna wywiadówka, o której napisze później, bo jest o czym.
Wcześniej jednak Matka musiała pokonać dwa piętra i wydobyć Janeczkę ze świetlicy, co nie zawsze jest zajęciem łatwym, bo Potwór w końcu się tam zadomowił. Matka radosnymi susami wpadła więc na schody, mijając po drodze kilkoro gimnazjalistów, gdy nagle -mimo świstu związanego z Matki nadmierną szybkością- doszedł do jej uszu piskliwy, ale stanowczy i pewny siebie głosik:
-„Proszę pani!!!”
Matka oczywiście wiedziała, że to nie do niej, bo po drodze stało osiemdziesiąt sześć pań woźnych, ale coś jej kazało odwrócić się na szczycie schodów i popatrzeć na drzwi wejściowe. Słońce biło przez nie jak jasny gwint, ale Matka zauważyła, że na ich tle stał chłopinka, może metr dwadzieścia wysokości, choć Matka przypuszcza, że parę centymetrów dała mu w ten sposób w prezencie.
I jak tak popatrzyła to zrozumiała, że „proszę pani” nie było do żadnej pani woźnej, ani tym bardziej do gimnazjalisty. Zamieniła się więc w jeden wielki pytajnik, bo nie miała pojęcia co też chłopię obleczone w słońce od niej chce. Mały taki, może z zerówki, czy co? Nawet niebrzydki, tylko krótki okrutnie.
-„Tak?” – spytała Matka niepewnie, bo cały czas była święcie przekonana, że jednak nie o nią chodzi.
Promyczki światłości bijące od chłopięcia były jednak zdecydowane.
-„Ja tylko PRAGNĘ panią POINFORMOWAĆ…” – rzekło chłopię patrząc Matce prosto w oczy -„…że od dziś jestem NARZECZONYM pani córki!!!”
Nie pytajcie co było dalej.
Matka nie wie.
Jak odzyskała czucie, to chłopięcia dawno nie było.
Matka przepytała Potwora na okoliczność. Tak, mimochodem, bo w końcu to nieprawda?
Potwór spłonął buraczkowym rumieńcem.
Kolega był z klasy.
Psiakrew – same kurduple teraz po świecie chodzą???
Dwadzieścia centymetrów różnicy?
Dwadzieścia?
DWADZIEŚCIA???
Chrzest
Matka przeżyła wczorajszy dzień twarożkowy, ale przyznać musi, że ranek nie był najciekawszy – kryzys, boląca głowa i w ogóle. Matka szybciutko zrobiła sobie twaróg, dodając do niego kawałeczek posiekanego ogórka i trzy rzodkiewki. Uważa przy tym, że zginęły one w tłumie, biorąc pod uwagę, że zmiksowała je z prawie kilogramem sera. Za to jaka radość była potem, kiedy znalazła kawałeczek czegoś innego w kolorze, niż biały!!!
A dziś idzie indyk, bo kurczak był brzydki i Matce wydaje się, ze jednakowoż kurczak lepiej wchodzi. Może jest troszkę delikatniejszy po gotowaniu? Matka nie wie, ale Potwory potrawkę wrąbały, aż im się uszy trzęsły!
A wcześniej wszyscy udali się do kościoła, gdzie mszę odprawiał znajomy ksiądz będący na zastępstwie, co Matkę bardzo ucieszyło. Był jeszcze chrzest jednego dziecka i Matka z zadowoleniem zauważyła, że zarówno rodzice, jak i chrzestni byli elegancko ubrani, co już nie jest czymś oczywistym, bo nieraz Matka widziała towarzystwo dżinsowo-podkoszulkowe i to jeszcze niezbyt świeże. Tym razem była gala, choć dziecię wyrośnięte nadzwyczaj, bo prawie dwuletnie.
Matka tylko lekko się zdziwiła, że wszyscy siedli gdzieś z boku, zamiast w pierwszej ławce, co jest dość praktycznym rozwiązaniem zarówno dla księdza, jak i dla rodziców, fotografujących i tak dalej. No ale ostatecznie można z dzieckiem podejść z oddali. Ale można też nie wiedzieć, co się w takich wypadkach w ogóle robi…
-„O co prosicie Kościół Boży dla swojego dziecka?” – spytał ksiądz przez mikrofon, zwracając się do rodziców dziecka.
Matka miast chórku usłyszała ciszę. Głuchą ciszę.
Towarzystwo popatrzyło po sobie ze zdziwieniem. Chcą od nich czegoś?
-„Aaaa…o co możemy prosić?” – spytał nieśmiało tatuś dziecka.
Ksiądz nie stracił zimnej krwi:
-„Aaaa…może na przykład o…chrzest?”
Wredota suwaka
Matka szukała wczoraj bezskutecznie małych, hortexowskich marcheweczek, aż się jej przypomniało, że ma pół zamrażarki marchewki z groszkiem na wagę, której to marchewki Potwory jesc nie chcą. Odmawiają głównie ze względu na wstrętny, ohydny i zdradziecko pałętający się wszędzie groszek, który Matka z lubościa wyżera. Generalnie Matka uważa, że groszek jest najlepsza rzeczą, jaka marchewce przydarzyć sie mogła. Pozostaje tylko się zastanowić, czy groszkiem wypada dietkę zakłócić i Maytka to zrobiła natychmiast. Znaczy się – zastanowiła się i zakłóciła.
-„Prosze mi nie jeść tych ziemniaków!” – zastrzegła wczoraj, bo z MiaUżonem to różnie bywa. Zanim by się zorientował, że niesolone, to by już dawno ich nie było. Matka nabyła sobie młode i greckie, ale utknęła na półkilogramie. Brr!
Najgorsze jest to, że poszukując czerwonej herbaty i zapuszczając rozpaczliwego żurawia do najgłębszej z najgłębszych szafek, znalazła czekoladę. Tam zaraz znalazła! Napadła ją ta czekolada znienacka i okrutnie zdenerwowała, bo zaraz się Matce przypomniało, że dostała ją od MiaUżona i schowała na jakiś dobry film, bo czekolada markowa okrutnie była.
Tak się nie robi!
To znaczy chowa się, chowa, ale nie znajduje się!
Matka na pociechę wyżarła sobie groszek w stanie zamrożonym – Matka tak już ma, że zżera taki a on się daje z łatwością, a potem resztę ugotowała i od rana wtranżala. Zaraz zresztą gna do szkoły pilnować maturzystów na przerwach i zapomni o jedzeniu.
Wczoraj sobie nawet naszykowała ubranko i nie wie, nie wie zupełnie co jej kazało włożyć spodnie. Włożyła. Częściowo.
Cholery się zdefasonowały przez wiszenie w szafie? Matka pamięta, jak podciągała je co i rusz, aż urwała szlufkę. A tymczasem wlazły jakoś na nogi, ale wyżej to już się cosik porobiło!
Możliwe przyczyny:
– skurczyły się w praniu
– zepsuł się suwak
– są pospinane z tyłu, jak na sesji mody, żeby lepiej leżało
– ktoś złosliwie je Matce podmienił albo zwęził!!!
Bo nie ma innej przyczyny dla tego zjawiska, jakie Matka ze smutkiem zaobserwowała – suwak miał piętnaście centymetrów przestrzeni, żeby w ogóle startować do jego zapięcia. Przestrzeni wypełnionej Matki brzuchem.
Żeby jedna czekolada dziennie coś takiego narobiła?
Albo chleb z maszyny wyżerany o północku?
Matka machnęłaby ręką, gdyby nie to, ze pół szafy będzie wisiało smętnie i wykłuwało wieszakami oczka. Matki oczka.
Matka nie z tych, co to się da tak przerobić.
Jakiejś czekoladzie
Nawet jeśli ją uwielbia…
Zaczynam
Matka odwiozła Potwory, zrobiła zakupy, ciepnęła je na stół w kuchni i popatrzyła smętnie. Bo z radością się nie dało, ale Matka już postanowiła.
Zaczyna.
Zaczyna dziś dietę pięciodniową.
Wczoraj z tej okazji wyżarła z lodówki wszystko, co było, zagrzebała w zamrażarce i wstawiła do piekarnika mrożone ciasto francuskie z serem, zeżarła na spółkę z MiaUżonem i już.
Bo nie da się ukryć, że nadeszłą ciężka wiosna. Kto nie wie, co to jest ciężka wiosna niech obejrzy sobie jeszcze raz Żwirka i Muchomorka. Tam był taki robaczek, którego panowie uratowali i za to im osłuchał chałupę. U Matki w domu wszystko dobrze, ale ciężkość wiosny polega na temperaturze i Matka czuje, ze czas wywalić zimowe rzeczy z szafy i przestać udawać, że można włożyć jakieś powiewające swetry. A do tego nie powinno to i owo wisieć, więc Matka zamierza to zrzucić. I owo też. Szybko i skutecznie.
I już, już cierpi straszliwie, bo co jak co, ale Matka jeść uwielbia.
Ale włożyć spodnie i spojrzeć w lustro jest też przyjemnie!
No to Matka idzie gotować ziemniaczki, następnie pogrąży się w skrajnej rozpaczy, bo nie dostała maleńkich, mrożonych marcheweczek Hortexu, potem zje trochę tych kartofli i odzyska humor.
A we wtorek…
A we wtorek to już będzie całkiem dobrze.
Howgh!