Jajka lalki

-„Pochwal się mamie, co już umiesz!” – zaszeptał MiaUżon do ucha Maryśce i popchnął ja lekko w kierunku Matki.

„Aje co ja umiem?”– Potworek zagrzechotał straszliwie białkami i uruchomił cały RAM.

-„Pszy, pszy, pszy, pszy” – MiaUzon napluł coś Maryśce do ucha a ta postawiła oczka w słup.

Matkę zaciekawiło bardzo to wszystko i zamieniła się w ciężki słuch.

Potworek zrobił niepewnie dwa kroki w stronę Matki i zamarł.

-„No, powiedz LALKA” – pomógł MiaUżon.

Maryśka wytknęła jęzor, schowała go przepisowo za górnymi zębami i skupiła się, jak przystało na dwa „L”

„LLLaLLLka!” – obwieściła z tryumfem.

-„O!!!!”-ucieszyła się Matka, która do tej pory ciągle słyszała o JaJkach.-„Widzisz? To nie tak trudno mówić L!!!”

Potworek pokraśniał z dumy.

„BaLLLon!”– oświadczył

-„Pięknie!” – Matka naprawdę wpadła w dziki zachwyt.

„KuLLLLka!”– Maryśka podskoczyła z radości.

I tak cały dzień. Potworkowi trzeba było zadawać wyrazy – a on powtarzał. Namyślał się, wysuwał język, chował język, kombinował.

W końcu Matce się znudziło a i Maryśce troszkę też. Pognała do swojej zabawy.

Po kąpieli postanowiła pożegnać jednak Matkę z fasonem i wytknąwszy nos spod kołdry rzekła uroczyście:

-„DobJanoc!!!

-„Dobranoc, kocie!” – odrzekła Matka i pomyślała sobie, że jeszcze trochę minie, zanim pojawi się „R”

Potworek zastanowił się jednak, pomyślał i…

„LobLaLoc!” – palnął bardzo z siebie zadowolony.

No to masz Matka cztery „L” za cztery lata ciszy…

Zielono mi…

Matka w piętkę goni. Tu pryska morelkę – w nocy leje, choć miało świecić słońce. Że w nocy nie świeci? No, może coś tam innego świecić miało, ale o żadnej wodzie Matka nie słyszała. Po trzech dniach Matka znów miała pryskać, ale się kwiatki rozwinęły i umarł w butach!

Teraz jeszcze trzeba trawę załatwić, czyli uprzejmie wyprosić chwasty. Matka żywi niejakie obawy, czy przypadkiem likwidując kolor zielony w postaci koniczynki, mniszka lekarskiego, pospolicie – acz niesłusznie- mleczem zwanego i innych tym podobnych taszników, nie zafunduje sobie trawnika w kolorze czarnym…

Poza tym Matka jak przyleje tym gadom, to może się okazać, że kolor czarny będzie dominował przez następne dziesięciolecie, bo nic w tym miejscu nie urośnie…

Matka nie wie też, czy wyżej wymieniony zabieg przeżyje natrawnikowa morelka i okołotrawnikowe tuje i inne fiołki. Ponieważ jednak był uprzejmy pożegnać się z życiem ognik dziesięcioletni, sztuk dwie, tudzież irga szczepiona na drzewku, sztuk jedna, zarówno dwa wiciokrzewy sięgające do pierwszego piętra – Matka ma takiego nerwa (Matka wie, Matka dobrze wie, że pisze kompletnie niegramatycznie, ale na coś takiego nie ma słów powszechnie uważanych za poprawne), że aż strach. I poleje wszystko równo i poczeka, co jeszcze uschnie!

No i teraz się okrutnie wkurzyła, bo jej się to wszystko przypomniało i leci do szkoły, bo robi jakieś dekoracje końcowoszkolne, początkowomaturalne i podobne. Do tego maluneczki na konkurs wysyła, więc je opisuje.

I podobno jakiś długiiiiii weekend jest?

Bo Matka ma 430 prac domowych do sprawdzenia i tylko 180 klasówek.

I takie tu chwasty Matce nie pozwalają.

A już dekoracje szkolne omińmy. Pomińmy. Olejmy.

Bo wstrętne bzy nie kwitną.

I nie ma z czego zrobić chaszczy do kilkunastu sal na pisemne matury. No jeszcze kilka dni jest. Zakwitną – nie zakwitną – zakwitną?

Kocha, lubi, szanuje…

O matko jedyna.

Głupawka okołoszkolno-maturalna!

Krzyk

Matka wystartowała dziś do Janeczki na wywiadówkę. Nie byłą już chyba z pół roku, albo i lepiej, bo tak się składa, ze zwykle sama wtedy siedzi w swoich szkołach – wywiadówki złosliwie grupują się we wtorki i chadzają stadami.

Dziś jednak było inaczej – MiaUżon szkolił się w Poznaniu, Matka była wolna i jak tylko skończyła o czwartej lekcje, zaraz wsiadła w autko i pognała z ozorem na wierzchu do szkoły Potwora. Zajechała, zaparkowała i zauważyła, że jest pierwsza. Spojrzała na zegarek – wpół do piątej, czyli punktualnie. Opcja była tylko jedna – wywiadówki nie ma. Nie ma, bo pani chora. I nie ma, bo być nie miało. Pani się coś gwizdnęło miesiąc temu!

Matka w nastroju, który jako żywo nie przypominał szampańskiego pojechała do Babci po Potwory i postanowiła po drodze kupić gazetkę – jak to ma w zwyczaju robić codziennie. I jak zwykle wydała dyspozycje samochodowe, przeplatane gęsto prośbami, żądaniami i groźbami.

-„Jak wrócę i Maryśka będzie zapłakana, to nie wyjdziesz na dwór przez dwa stulecia, nie dostaniesz nic słodkiego przez następną epokę a telewizor pójdzie na śmietnik!!!” – zastrzegła Matka i wiedziała co mówi. Nieobecność dwuminutowa kończyła sie nieodmiennie wielkim praniem Maryśki. Prała Janeczka i to gdzie popadło.

groźby ostatnio świetnie skutkowały, więc Matka z niejakim zdziwieniem usłyszała podczas nabywania drogą kupna gazety piski. Piski dochodziły oczywiście z Matki samochodu zaparkowanego przed kioskiem. Matka niestety nie była w stanie rozróznić czyje to, bo były zdecydowanie inne niż zazwyczaj. Nie tylko inne, ale przybierające na sile.

Pani kioskarka szukała zawzięcie teczki Matki i kiedy już wyłuskała z niej Wyborczą zaczęła grzebac w poszukiwaniu reszty. W końcu Matka wypadła z kiosku i przyjrzała się Maryśce.

Potworek siedziała z mina wielce zadowoloną i z ogromnym zainetersowaniem przyglądał się Janeczce. A Janeczka siedziała niemal na kolanach Potworka , co nie było łatwe zauważywszy, że oba Potwory siedzą w fotelikach.

-„Czy ja bym mogła sie dowiedzieć co tu się…” – zaczęła Matka wsiadłszy do samochodu

-„Łaaaaaaa! ŁAAAAAAAAAAAAAA!” – wrzasnęła dziko Janeczka

-„Czego sie tak drzesz?” – wkurzyła się Matka, której natychmiast zatkały sie uszy od nadmiaru decybeli.

-„O rety! O RRRRRRETY!!!!!!!” – zawył znów Potwór i wcale a wcale nie słuchał, co też Matka tokuje.

-„Czy ja wreszcie się…” – zaczęła znów Matka korzystając z chwili ciszy.

Janeczka patrzyła błędnym okiem w okno i szarpała się do tyłu ile wlezie.

Matka pomyślała sobie nawet, że Potwór widzi w oknie czającą się pielęgniarkę z wielką, weterynaryjną strzykawką, którą zamierzała utoczyć z Potwora CAŁĄ krew.

-„Ałaaaaaaaaaaaaa!” – zaryczał znów Potwór i wgniótł Maryska w okno. Przeciwne okno ma się rozumieć.

-„CO-TAM- JEST-DO-LI-CHA????” – Matka krzykneła jak tylko mogła najgłosniej.

-„STRASZNY PAJĄK!!!!!” – Janeczka rzuciła wreszcie jakimś konkretem.

Matka wyostrzyła wzrok. Potem zmieniła ogniskową. Przeszła na makro.

Wzięła do ręki lupę. Mikroskop. Mikroskop elektronowy.

Jest!!!

Jest pająk!!!

Całe dwa milimetry na trzy!

No gad jeden!

Matka rozpoznała drania natychmiast!

PTASZNIK!!!

Niech ktoś jej powie, że nie!!!

Powiedz życzenie

Matka zaczyna całkiem poważnie zastanawiać się, co też można sprezentować Janeczce z okazji I Komunii. Matka wspominała już, ale napisze jeszcze raz, że Potwór został przy okazji chrztu wyposażony i to wielokrotnie w łańcuszki, krzyżyki, medaliki i Pisma Święte. Obrazkowe i zwykłe. Kupować kolejne? Chyba nie ma sensu, bo z tych korzysta chętnie.

Matka podpytywała już Potwora co by go interesowało, ale usłyszała tylko, że Kinga to ma taki fajny rower… Matki to nie wzruszyło kompletnie, bo Janeczka dostała dwa lata temu świetny rower na średnich kołach, z dwieście trzydziestoma dziewięcioma przerzutkami i z pewnością nie jest za mały. Matka do szóstej klasy zaiwaniała na składaczku, dopóki go z piwnicy w Matki urodziny zresztą bezczelnie nie gwizdnęli a potem posiadała czarnego jak noc Trapera. Rower Janeczki ma koła niemal takie jak Traper, czyli jest dobrze. Toż to druga klasa podstawówki!

Matka okrutna jest, a co!

I tak Matka kombinuje i kombinuje i nic jej nie wychodzi. Jeszcze goście też Matce wiercą dziurę w brzuchu, co mają kupić. Żeby chociaż Potwór na coś konkretnego zbierał pieniądze – nie! Mamona Janeczkę interesuje jedynie w stopniu wystarczającym do nabycia jednej paczki chipsów.

Matka przelatując dziś w hipermarkecie zauważyła jakieś maleńkie cyfróweczki po trzysta złotych z groszami i nawet się zastanowiła. Może? Niech Janeczka ćwiczy a potem można jej nagrywać płyty, niech sobie w telewizorze ogląda. Hm…

I jak już tak Matka pogrążona była w kompletnej rozpaczy, bo siłą rzeczy na ostatnią chwilę nie chce wszystkiego zostawiać, to nadciągnęła Janeczka.

-„Ja wreszcie wymyśliłam, co chcę na I Komunię!!!”- oświadczyła i paszczę rozjaśnił jej uśmiech od ucha do ucha.

Matka złapała się za kieszeń, portfel i torebkę. Podliczyła spiesznie nadgodziny i wyszło jej okrąglutkie zero. Przełknęła ślinę, zaparła się w fotelu, przed oczami przeleciało jej całe życie, aż w końcu rzekła przez ściśnięte gardło:

-„No, dawaj!”

Potwór podrapał się w głowę.

-„Dawaj, dawaj!” – zniecierpliwiła się Matka. Chciała mieć to już za sobą.

-„No więc ja wymyśliłam…”- Janeczka znów się poczochrała -„…ja wymyśliłam, wymyśliłam…że te moje rolki to okropnie hałasują na ulicy! I na I Komunię po prostu mi wymieńcie SAME KÓŁECZKA na kauczukowe…”


Złota rybka by zdechła ze śmiechu…

Separacja od łoża

Maryśka nie przestaje nękać starych nocnymi wizytami. Nawet jeśli mamy trzy dni spokoju, to potem nadchodzi nieuchronny ciąg pięciodniowy i koniec, kropka, pl. Pół biedy, jeśli przybywa o piątej trzydzieści. Najgorzej, kiedy jest to pierwsza w nocy i dziecię nie jest samo, ale z pluszakiem wielkości sporej ciężarówki.

Matka jakoś to przetrzymuje dzielnie, czego niestety nie można powiedzieć o MiaUżonie. Ten wstaje codziennie parę minut po szóstej i stanowi to przekleństwo jego życia, bo MiaUżon, jak to MiaUzon – żadna ilość snu nie jest dla niego za duża.

-„Ja tak już dłużej nie wytrzymam!” – oświadcza co rano -„Ledwo na oczy patrzę!!!”

Matka za bardzo sie tym nie przejmuje, bo MiaUżon śpi niezależnie od pogody i ruchu wojsk w okolicy. Nawet wskazanym byłoby, żeby w okolicach szóstej rano wojska wykonały jakis mały ostrzalik z moździerzy, bo oszczędziłoby to Matki kolano, którym wypycha MiaUżona z wyrka, żeby sie nie spóźnił do roboty.

-„Zobaczysz, pójdę spać na strych!!!”- zagroził MiaUżon po jednej z ostatnich nocy.

Uuuuuuuuu…Matce to się nie spodobało. Po pierwsze Matka marznie. Po drugie strych jest terytorium autonomicznym Matki i MiaUżon zostawia tam bałagan, dostawiając kolejne kartony z różnymi rzeczmi, które na pewno w kolejnym dwudziestoleciu moga sie przydać.

Matka postanowiła przeprowadzić poważną rozmowę z Potworkiem, co nie było trudne, gdyż ten spokojnie sapał, wtulony z poduszkę koło Matki.

-„Kochana!” – Matka potrząsnęła Maryśkę za ramię, bo i tak była pora do przedszkola -„My tu mamy do pogadania!”

„Yhyyyyy?” – Potworek nadludzkim wysiłkiem otworzył pół oka i zawiesił spojrzenie na Matce.

-„Nie możesz tak do nas przychodzić do łóżka, bo żadne z nas potem nie jest wyspane!”

„Ja jestem…” – odrzekło dziecię i zamknęło szybko klapkę.

-„Nie, nie! Tatuś i Mama nie są! A tatuś jeździ rano do pracy i musi być wypoczęty. I powiedział, że jak tak dalej będzie, to zacznie spać na strychu!!!” – zaprotestowała Matka

Potworek ponownie otworzył pół oczka. Najwyraźniej mocno się przejął.

Wywrócił białkami.

-„Hmmm…” – westchnął zasypiając-„No tjudno! Byle tylko zostawił swojom poduske…

Nie-honorowe krwiodawstwo

Matka siedzi jak zdechły tulipan i zastanawia się czy jeszcze żyje. Tak się wygląda po atrakcyjnych porankach.

Matka swojego czasu wspominała, że czeka ją bieganie po przychodniach, żeby pozałatwiać Potworom różne badania. A to jakieś pasożyty, które nawet swoim niebyciem doprowadzą Matkę do ruiny finansowej (6×8=48 – byłyby ładne dwie pary spodenek dla Potwora), a to siki, a to krew. No właśnie – krew. Matka zastrzegła wyraźnie, że co jak co, ale z Janeczką na pobieranie krwi nie raczy się udać. Nie i nie! Niech MiaUzon wysłuchuje. Matce wystarczy Maryśka a i to osobno, byleby nie razem. MiaUżon się zarzekł:

-„Oczywiście, że pojadę! Bo ty NIGDY nie masz czasu dla Janeczki!”- oświadczył cierpko, a Matce było wszystko jedno, byleby pojechał.

Matka przypominała więc dwa razy dziennie, że termin wizyty u lekarza się zbliża i pozostały tylko trzy dni – poniedziałek, wtorek i środa, kiedy to Matka ma lekcje od rana, więc kompletnie ten wariant odpada.

-„Pamiętaj, że w poniedziałek albo wtorek zawozisz Janeczkę do szkoły, a wcześniej do przychodni na pobieranie krwi!!!” – zastrzegła Matka wieczorem

-„No coś ty?” – MiaUżon zrobił oczka jak talerzyki do deseru -„Przecież od dawna wiadomo, że w poniedziałek wyjeżdżam do Poznania na dwudniowe szkolenie!!!”

Matce pociemniało w oczach. To oznaczało tylko jedno – spychologię MiaUżona.

Szczęściem nabyła drogą kupna pojemniki w aptece, więc obsmarowała je markerem do płyt CD i przygotowała na rano.

Potwory radośnie napełniły kubełeczki, ale Janeczkę tknęło.

Otworzyła paszczę.

-„Tak, proszę dziś nie jeść śniadania!” – uprzedziła ją Matka

Potwór zawył. Udał się po pomoc do wychodzącego do pracy MiaUżona, ale ta nie nadeszła.

Matka pognała z Potworami do ośrodka zdrowia ustalając z góry, że najpierw wchodzi Maryśka a potem Jabneczka, zeby przypadkiem nie wystraszyć Potworka. Matka miała szczęśliwie doskonałe doświaczenia z Maryśką, która pobieranie krwi znosiła bez jednego piśnięcia.

Weszły do gabinetu, Janeczka została przezornie na korytarzu. Minęły po drodze dziewczynkę, na twarzy której nie było ani jednej łzy.

-„Janeczko, zauważyłaś, ze ta dziewczynka żyje?”- spytała Matka

Potwór pokiwał głową i siadł na ławeczce.

Maryśka tymczasem zabawiała panią pielęgniarkę wypisującą różne świsteczki i przygotowującą niezliczone ilości plasterków. Matka siedziała na miejscu kaźni i próbowała pomalutku zwabić na nie Maryśkę. Udało się.

Niestety dziecku mina lekko zrzedła.

„Ja nie muse mieć ziadnej kjfi pobiejanej!” – oświadczyła Maryśka z miną pediatry z drugim stopniem specjalizacji.

-„Tak, tak!” zamruczała pielęgniarka zdejmując kapturek z igły i podchodząc do Potworka. Ten wywalił oczka na wierzch:

„DO MNIE??? Z IGŁĄ??? Nigdy w ziciu!!! Dawaj mi to!!!” – i zanim Matka się zorientowała, nie trzymała juz rąk Potworka, za to ten w ułamku sekundy uzbroił się w strzykawkę i wycelował w pielęgniarkę.

Zakotłowało się tak, że wprysnęła do gabinetu druga kobieta i dzięki poczwórnemu nelsonowi utoczono Maryśce trochę krwi.

-„Ja bardzo panią przepraszam, że tak krzyczę prosto do ucha!” – wrzasnęła druga pielęgniarka.

-„Nic nie szkodzi, ja i tak pani nie słyszę!!!” – odwrzasnęła Matka.

Potem powycierała Potworka ze smarków i posadziła na leżance.

-„No to teraz już chyba sobie poradzisz” – westchnęła druga i wyszła. Matka Bogu dziękowała za jej pomoc, bo same nie dałyby sobie rady, a pobraną krew przez Potworka miałyby na pewno.

-„Nie wiem, czy to jest dobry pomysł, że ta pani wyszła…” – szepnęła Matka
Drzwi otworzyły sie ponownie.

-„Wiesz ty co, kochana? Ja tak spojrzałam sobie na poczekalnię i pomyślałam, że jednak wrócę…”- wyjaśniła druga – „Chodź Janeczko, teraz twoja kolej!”

Janeczka oczywiście ani myślała wchodzić. Matka wyszła do poczekalni. Potwór uczepił się przewijaka dla niemowląt i na widok Matki zawył.

-„Oni mi tam wyciagną całą krew!!!”

Matka próbowała coś wyjaśnić, ale Potwór nie zamierzał poświęcić jej ani chwili, bo zajęty był dzikimi wrzaskami. Matka postanowiła więc skrócić manewry do minimum i po kolei poodczepiała palce Janeczki.

-„Ja chcę ZNIECZULENIE!!!” – zaryczał Potwór siedząc już na krześle elektrycznym.

-„A bardzo proszę!” – odrzekła przytomnie druga i popsikała Janeczce rękę spirytusem. Podziałało natychmiast.

-„Mamo ratuj, one będą mi brały krew z obu rąk!!!” – wrzasnął Potwór, który nie zdążył opuścić rękawa po oględzinach żył.

-„Nie będą…” – zaczęła Matka, ale Janeczka dojrzała strzykawkę.

-„Ratujcie mnie wszyscy!!! Mamo, nie pozwól, żeby one mi to zrobiły!!! Nie zagoi mi się do Komunii!!! Nie będę mogła pokazać sie na oczy dzieciakom w przedszkolu!!! Już nigdy nie wyjdę na dwór!!!” – wyła Janeczka a Matce usychała z niedkorwienia ręką, którą ta ściskała.

I tak, dzięki wydatnej pomocy drugiej pielegniarki Potwory zostały obsłużone. I naprawdę nie dało się inaczej. I nie pomogłaby tu Emla, bo nic z pewnością nie bolało, a 99% wrzasków odbywało sie przed ukłuciem. O szamotaninie nie wspominając.

Matka zapakowała Potwory do samochodu, co nie było łatwe, ponieważ Potworek nie zamierzał żyć inaczej, jak tylko z wyciagniętą w bok ręką.

Odpaliła i pomyślała, że jest o pięć lat starsza.

-„A co by było, gdyby most się zarwał w momencie, kiedy przez niego przejeżdżamy?” – Janeczka starała się ożywić Matkę

Matka spojrzała do tyłu i Potwór wyglądał natychmiast jak ciasto francuskie głęboko mrożone.

-„Dobra, dobra, juz nie będę ciągle o tym moście”- mruknęła Janeczka.

Matka pojechała.

-„Ale zapytam cię jeszcze, tylko nie bój się, nic strasznego!” – rzekł szybko Potwór, bo Matka znów spojrzała – „Czy jesteś absolutnie pewna, że Polsce nie panuje…trąd?”

Proszony obiad

Matka z MiaUżonem i Potworami pojechali w drugi dzień Wielkanocy do matsy. Matka bardzo się cieszyła na spotkanie, jako i jej brzuch się cieszył, bo matsa wyborny serniczek robi i mnóstwo innych rzeczy. Niestety Potwory nie mają za bardzo poczucia czasu, Maryśka zwłaszcza i cała Wielkanoc jest dla niej daleko posuniętą abstrakcją. Siadamy razem do śniadania? Może być! Czemu starzy biegają z jakimiś jajami? Nieważne. Maryśka wie, że na jaja ma alergię i to jej na razie wystarcza. Jemy cały dzień i turlamy się z obżarstwa? Dla Potworka nie ma czegoś takiego, jak ZA DUŻO jedzenia.

Kiedy więc przyszedł ranek poniedziałkowy, Matka uznała za stosowne powiadomić Potworka o planach na ten dzień. Nie było to łatwe, bo na myśl o potencjalnym schabiku albo innym indyku ślina okrutnie Matce z paszczy leciała, ale trzeba było wykonać nadludzki wysiłek, żeby dziecię nie okazało się kukiełką, którą wiezie się nie wiadomo gdzie i po co.

„A cemu nie wkjadamy tamtych spodenek?” – Maryśka uprzedziła Matkę, wskazując paluszkiem spodnie mocno domowe, służące do froterowania podłóg kolanami.

-„A nie wkładamy dlatego, że dziś jest święto i jedziemy na obiad w goście!” – odrzekła Matka czesząc Maryśkowe kudełki i oblizując się na myśl o matsie, która w tej chwili powinna była wkładać jakieś mięso do piekarnika.

„Aha!”– dziecię łaskawie się zgodziło – „A do kogo?”

-„Do cioci Matsy, do SąsiedniegoMniejszegoMiasta” – wyjaśniła Matka, wiedząc, że Potworek pamięta.

„Aha!” – Maryśka znów uprzejmie się zgodziła i wytknęła głowę przez otwór wkładanej koszulki. Zagrzechotała oczami i zapytała na wszelki wypadek –„Psepjasam, jedzenie to nam tam dadzą, czy musimy brać swoje WŁASNE?

Laurka

Matka zajrzała dziś do blogowej poczty i ponownie nagły szlag ją trafił. Ma do wykasowania 70, słownie: siedemdziesiąt anonsów ruskich wszlkiej treści. Jak łatwo się to znajduje wie każdy, kto raz to robił. W związku z tym Matka bardzo przeprasza, ale zaraz sobie uruchomi ten pizdryk z wpisywaniem obrazków, choć sama go nie znosi, bo trzeba czekac i jeszcze czasem się wyślepiac, co tam napisane, ale może na blogu jest lepiej, niż w jakimś banku. Na pewno.

I tak się Matka wkurzyła, że pognała po Potwory.

Ale za to kiedy wracała, te same Potwory, te samiuteńkie, pomijając ten maleńki fakcik, że się pożarły już na wstępie z rękoczynami włącznie, polały serce Matki miodem. Niestety nie oznacza to, że jutro rano odbędzie się bez przelewu krwi.

Wracając do miodu, Matka, która słucha w samochodzie namiętnie radia, ponieważ wszelkie odbiorniki w domu nastawione są na częstotliwości koszykówkowe, zamieniła sie w ciężki słuch, żeby dowiedzieć się, czy mamy nowego wicepremiera, czy też może szczęśliwie jeszcze nie. W trakcie przeistaczania się Matki w ten rzeczony słuch,z tylnej ławki dobiegła jednakowoż gra, która kazała Matce zaprzestania manewru i zarzucenie nasłuchu przedniego z zamianą na wsteczny. Matka starała się jak najprościej to wyjaśnić i ma nadzieję, że meandry Matki rozumowania są jak najbardzoiej zrozumiałe dla odwiedzającej i wiernej publiki.

-„A kto robi najlepszy wigilijny barszczyk?” – zapytała Janeczka Maryśkę

„Mama!”– odparło pewnie dziecię –„A kto jobi najjepsom babke z jukjem?”

-„Mama!” – oblizał się Potwór – „A kto robi najpyszniejszą karkóweczkę?”

„Mama!”-Potworek mimowolnie pogłaskał się po wystającym brzuszku –„A kto jobi najjepsy ziujek na Wiejkanoc?”

-„Mama!!!”-Janeczka uśmiechnęła się na myśl o garze, który stoi jeszcze w lodówce- „A schabik nadziewany morelkami?”

„MAMA!!!”– westchnął Potworek – „A sajatkę z winegjetem?”
I tak dalej, i tak dalej.

Matka wkurzona spamerami pozwoliła sobie przytoczyć quiz Potworów, żeby ponownie jej się zrobiło lepiej.

A teraz gna kasować, przynajmniej troszeczkę.

I jak jeszcze raz to sie powtórzy…

I jak się powtórzy…

To już Matka, kurczę, nie napisze co!

Na wysoki połysk

Matka przeżyła jakoś święta. Żarcie co prawda w dalszym ciagu wypada z lodówki, bo przecież Polak w kwestii świątecznego jedzenia długo jeszcze się nie nauczy, alre nie jest tragicznie. Niestety po skończeniu i dokopaniu się do tylnej ścianki urządzenia, konieczne będzie pradopodobnie zastosowanie diety pięciodniowej…

Potwory tez zachowały sie godnie. Wielkanoc nie jest czasem dla nich łatwym – mazurki mają czekoladowe polewy, sernik jest jak by na to nie spojrzeć – nabiałowy, pozostaje lukrowana babeczka i to im musi wystarczyć. I na szczęście tak jest.

Tak więc niespodzianek nie było żadnych, poza malenką – Maryśkową.

Kiedy Matka padała z nóg w sobotni wieczór a Potwory kotłowały się zawzięcie między łazienką a sypialniami, bo przecież święta i będzie można chwilkę dłużej pospać, nagle wszystko ucichło i Matka postanowiła ostatkiem sił wyostrzyć wszystkie zmysły. Nie dało rady. Matka całe siły rzuciła na słuch – dzwoniło. Matce w uszach.

Wykonała więc półobrót i ze zdumieniem zauważyła Potworka w łazience, który z okrutnie konspiracyjną miną grzebał w szafeczce.

-„A ty czego tam szukasz?” – zapytała szybko Matka, ale Maryśka ani myślała być zaskoczoną.

„Zobac!” – doszła do lustra i przyjrzała się sobie z wyraźnym zadowoleniem, otrzepując na wszelki wypadek piżamkę – „Ty zobac, jak mi USTA błyscom!!!

Matka nie musiała nic widzieć. Blask bił, jak jasny gwint. Maryśka wypacykowała się czymś dziwnym i bez cienia wątpliwości nie była to jej bezbarwna, wiesiołkowa pomadka, której używała zimą na dwór.

-„A czym ty się posmarowałaś?” – zaptytała Matka z lekkim przerażeniem.

-„No JAK TO – CYM?” – zdziwiło się dziecię. Oczywiście Matka znów zadaje głupie pytania. –„No psecies LINOMAGIEM!!!”

Matka obwąchała Potworka szybko. Nie było wątpliwości, smród zjełczałej wełny niósł się dziki. Matka używała Linomagu jakiś czas temu i smarowała nim Maryśkowe dupsko w przypadku odparzeń pieluszkowych, po czym wetknęłą tubkę gdzieś do szafki i o niej zapomniała.

„O, tu go mam!” – Potworek zademonstrował znajome opakowanie z zielonymi literkami –„Bajdzo dobzie sie nim smajuje usta!”

Matka wdrygnęła się na myśl o porażającym zapachu.

„Moźna tes posmajowac sobie tego majutkiego piega, co mi się zjobił pod ockiem” – i Potworek napaćkał sobie Linomagiem na policzku pewien nadzwyczajnych właściwości wybielających. Przyjrzał się sobie ponownie i zachwycony wyszedł, żeby położyć się do łóżka.

Matka zastanowiła się głęboko, jaki proszek spierze Linomag z poduszki i machnęła ręką. Zbyt mocno była padnięta, żeby zaprzatać sobie głowę takimi błahostkami.

Wzięła głeboki oddech i stwierdziła, że nic jej już nie ruszy.

Nagle drzwi otworzyły się z trzaskiem. Do łazienki zajrzała głowa Potworka.

-„Zapomniajam zupejnie, zie Linomagiem moźna sobie takzie posmajować AWENTUŁALNIE plecy…”

Wielkanoc 5

Pogodnych i radosnych

Świąt Zmartwychwstania Pańskiego,

nadziei na lepsze jutro,

uśmiechu dla każdego

i wiary w człowieka

życzy Wam Matka z Potworami

(Janeczka trzyma jaja kurze. prosze zwrócić uwagę, że są RÓŻNE. tak na wszelki wypadek…:-))