Matka rozpoczęła ferie, które byłyby czasem pięknym niezmiernie, gdyby nie Potwory, które domagają się co chwila czegoś innego, więc Matka robotę ma z głowy. Niestety Matka jak zwykle nie kupiła tego czy tamtego i musiała wystartować po zakupy ponownie.
-„Nawet mowy nie ma, żebym z toba łaziła po sklepach!” – oświadczył Potwór- „Mogę ostatecznie wyjść na dwór!”
Matka natychmiast oczkami wyobraźni zobaczyła Janeczke rozjechaną na marmoladkę przez szaleńca na motocyklu, Policję stojąca pod furtką, nie, gdzie tam pod furtką, w domu, bo Janeczka nie zamknęła oczywiście drzwi i złodzieje dodatkowo wynieśli całą chałupę, gaz wybuchł, kret przekopał ogródek a woda wylała na ulicę.
-„Chyba jesteś chora!”- odrzekła Matka krótko i zaczęła pacyfikację Maryśki.
-„To ja zadzwonię do babci!” – Potwór złapał za słuchawkę i załatwił siedzenie babci nad głową.
Matka odstwaiła więc Janeczkę do teściowej i sama pognała do Lidla. Przypomniało jej się po drodze, że MiaUżon wieczorem powierzył jej zadanie bojowe.
-„Jak będziesz przypadkiem w mieście…”- zaczął.
Tak, tak. Matka przypadkiem będzie w mieście, bo za dwa dni zupełnym i nieoczekiwanym przypadkiem są święta, które Matka już kompletnym przypadkiem przygotowuje.
-„To jak będziesz w mieście, to podjedź do hurtowni elektrycznej i kup bednarkę!” – skończył MiaUżon i zniknął.
-„Bed-nar-kę?” – powtórzyła Matka – „Bednarkę? A co to jest, do czego i ile jej ma być?”
-„Do anteny satelitarnej, żeby zamocować drugi piprztyk na Astrę, bo rura jest nie okrągła, tylko kwadratowa w przekroju!” – odkrzyknał MiaUżon z czeluści – „Kup jakieś trzydzieści centymetrów!”
Matka zapamiętała nazwę i długość, i zakręciła pod hurtownię. Pietnaście minut szukała wejśca, właziła do hurtowni plastików, do młyna i sklepu spożywczego, aż w końcu znalazła.
Miejsce było rozległe i obejmowało wielgachny salon wystawowy i gigantyczny magazyn. Maryska wpadła w dziki zachwyt. Dopadła do pięknych przycisków umieszczonych na ścianie i pozapalała połowę świateł, czyli jakieś trzysta. W Matki metropolii wysiadła jedna faza, to pewne.
Matka potoczyła wzrokiem i dostrzegła trzech panów w pięknych garniturach i cudnie dobranych krawacikach, którzy zza komputerów nadskakiwali jakiejś pindzi. Matka nie napisze -jakiejś pani,- bo każda pani, która coś załatwia i Matka musi przez to czekać to pindzia i basta!
Maryśka zgasiła połowę świateł demonstracyjnych, wcisnęła klapsztyki od drugiej połowy i zajęła się przykładowymi dzwonkami do drzwi. Matka nie zdzierżyła.
-„Bardzo przepraszam!” – odezwała się grzecznie do najelegantszego pana w garniturku. Jak sie okazało w samą porę, bo pindzia odeszła. Trzech panów skupiło się na Matce. Cóż – ich strata. – „Chciałam tylko zapytać, czy dostanę coś takiego, jak BEDNARKA?”
Pan elegancik wstał, zapiął guzik od marynareczki, odpiął guzik i znów zapiął guzik. Drugi pan rozpostarł ręce nad klawiaturą od komputera, niczym Chopin nad Etiudą Rewolucyjną i zamarł w oczekiwaniu, a pan trzeci złapał długopis, żeby zapisywac w locie. Coś się działo!
-„Mamy bednarkę, oczywiście, że mamy!” -zapewnił pan pierwszy skwapliwie a pozostali zamienili się w jeszcze większy słuch – „A ile pani sobie życzy?
Matka zastanowiła się głęboko i poganała w międzyczasie zabrać Potworka z miejsca, gdzie uczepione były demonstracyje lampy z drogimi kloszami. Ten po drodze zgasił drugą połowę świateł i zapalił pierwszą. Panowie byli rozanieleni, widać sami nieciekawi klienci poza tym przychodzą.
-„Potrzebowałabym…” – wywróciła Matka oczami -„…potrzebowałabym gdzieś tak tyle!” – i Matka pokazała rozmiar średniego leszcza. Po chwili przedłużyła mu nieco ogon i spojrzała na panów.
Panów nie było!
-„Przepraszam…” – zaczęła Matka niepewnie i zajrzała za biurko. Panowie leżeli na ziemi i turlali się.
-„Kolega zaraz panią zaprowadzi do magazynu i pani tam jeszcze raz pokaże!” – odzyskał głos pan pierwszy a pan drugi pognał przed Matką.
Po drodze wyrósł przed nimi wielki pan kierownik, który natychmiast usiadł do jeszcze większego komputera.
Matka powtórzyła manewr z leszczem a pan, jakby się cholera zmówili, padł na ziemię.
-„Weź tylko te ogromne nożyce i dobrze odmierz!” – doszedł głos spod biurka.
Matka z Potworkiem poszli za panem drugim omijając stosy lamp, kabli i innych niewątpliwie ciekawych rzeczy, ale zapakowanych w kartony. Setki, tysiące kartonów.
Pan doszedł do wielkiej szpuli, średnicy może półtora metra i odgiął z wysiłkiem kawał płaskiej blachy, grubości może ze trzech milimetrów i szerokości dwóch centymetrów. Taka blaszana, gruba tasiemka.
-„Jest pani pewna, że tylko tyle?” – zachichotał
Matka fachowym oczkiem oceniła ilość blachy na szpuleczce na jakieś dwa kilometry z okładem.
-„Pan utnie pół metra! Żeby mi nie zabrakło!” – zarządziła uroczyście a pan ciachnął.
-„Zawinę tu pani taki papierek na końcu, żeby się pani nie ubrudziła…” – pan znów zachichrał i wręczył Matce blachę. Rozdeptany drut raczej.
-„Ile płacę?” – zapytała Matka pozostałych dwóch panów w biurze, którzy otrzepywali garniturki, podnosząc się z podłogi.
-„Wesołych świąt, proszę pani!” – odrzekli bardzo zadowoleni – „Dawno żeśmy się tak nie ubawili!!!”
I Matka przyjechała do domu z bednarką.
I tak sobie myśli, że niedługo do panów przyjdzie rachunek za pozapalane przez Potworka urzadzenia.
I panowie gotowi znów paść pod biurko…:-))
Kontuzja komunijna
Matka dokończy to, co zaczęła dwa dni temu i zeszła z tematu. Rzecz wcale nie smieszna się stała, ba, można powiedzieć wręcz, że tragiczna.
Janeczka, jak na wiosnę przystało, szaleje na dworze. Polega to na tym, że co i rusz Matce wypada wszystko z rąk, bo trzaskają drzwi jak po wejściu gwałciciela – to Janeczka wraca i zmienia środek lokomocji. A to piętuje, a to jeździ na hulajnodze, a to na rolkach, a to na rowerze. Szczęśliwie więcej możliwości nie ma…
Matka ma co prawda pozorny święty spokój, ale wygląda to tak, że co chwila wisi za oknem i pruje się do Potwora, czego wyżej wymieniony oczywiście nie słyszy! Kiedy zaś na horyzoncie pojawia się MiaUżon, choć w zasadzie trudno mówić o horyzoncie w godzinach wieczornych, kiedy gęsty mrok spowija Ziemię, Matka udaje sie do swojej roboty komputerowej na strychu. Z radościa słyszy tez ryki MiaUżona, który uskutecznia dokładnie to samo, co Matka i odnosi to porównywalny skutek, zwany popularnie skutkiem żadnym.
Niestety w momecie opuszczenia przez Matkę przestrzeni mieszkanej i zajęcia strychowo-pracownianej w domu dzieją się rzeczy wymagające natychmiastowej interwencji Matki. Co chwila koło komputera pojawia się Potworek, wyskakuje niczym diabeł z pudełka MiaUżon i pyta kiedy Matka WRESZCIE skończy, aż Matkę w końcu trafia szlag najjaśniejszy a MiaUżon doskonale wie, że Matka poświęci sie wtedy robieniu rzeczy niewymagających używania rozumu, czyli machnie rogaliki z dżemem na ten przykład. Nieważne. Matka znowu zbacza.
Jestesmy więc na strychu i Matka usiłuje pracować.
-„Czy jest w domu woda utleniona???” – do kłapciastych uszu Matki doszło porykiwanie MiaUżona i Matka dała sobie głowę ściąć, że było skierowane bezpośrednio do niej.
-„Nie ma!” – odryknęła zgodnie z prawdą -„I nigdy nie było!!! Bo co?”
-„Bo zobacz!” – MiaUżon wepchnął na strych Potwora, który ostatnio używał hulajnogi.
-„Mam straszną ranę i leje mi sie krew!!!” – doniosła Janeczka płaczliwym głosem
Matka rzuciła okiem i lejącej sie krwi nie zauważyła, ale nie dało się przejśc obojętnie koło guza wysokości 1,5 centymetra i średnicy – powiedzmy to szczerze – jakichś dziesięciu centymetrów. Na guzie brakowało skóry, która została zapewne na ulicy.
-„O!” – skwitowała kontuzję Matka
-„Czy to się zagoi do komunii?” – zachlipała Janeczka
I tego to Matka nie wiedziała.
I jak zna życie, to nie będzie łatwo, bo takie otarcia goją się najpaskudniej.
-„Mamy pięć tygodni, to powinno się zagoić” – rzekała bez specjalnego przekonania.
I przypuszcza, że nawet jak zejdą juz wszelkie kolory na guzie, to i tak zostanie biały placek.
Ale ostatecznie bedzie pasował do sukienki.
W końcu też biała…
Menu
Matka pomalutku robi rozeznanie w kwestii jedzenia na Komunię. Bo Matka nie jest durna – nie zamierza siedzieć w kuchni i wyglądac jak upiór, wściekając się na bliższe i dalsze otoczenie z powodu niewyspania, zarobienia totalnego i czego tam jeszcze. Nic z tego!
Jeśli przyjąć, ze osób będzie paręnaście, to po pierwsze Matka musiałaby poobjeżdżać sklepy, zapominając dziesięć razy o rzeczach najważniejszych. Wysyłać MiaUżona o drugiej w nocy do sklepu po pięć jajek na przykład, bo trzeba przełożyć jakieś ciasto. W nocy przeciez złośliwie brakuje rzeczy strategicznych.
Potem Matka wymyślałaby, co zrobi. Wydawałoby jej się, że wszystkiego jest za mało. Robiłaby nowe rzeczy, znów wysyłając MiaUżona do sklepu w nocy. MiaUżon wysyłałby jednoczesnie Matkę do wszystkich diabłów i Matka nawet specjalnie by mu sie nie dziwiła.
Zostało jeszcze sprzątnie chałupy. No i robienie wszystkiego na ostatnią chwilę, bo musi być świeżutkie. Lodówka powiesiłaby się z rozpaczy na lampie.
A Matka podliczyłaby, ile to ja kosztowało, przeliczając na walutę wymienialną i niewymienialną, czyli nerwy, zdrowie ogólne itp.
A jak już tak, to Matka wykona manewr taki sam, jak przed chrzcinami Maryśki. Bo przy dwumiesięcznej Janeczce w ogóle się nie położyła, goście byli zachwyceni a Matka niewiele pamięta. Wracamy do Maryśki.
Matka zadzwoniła dwa tygodnie przed chrzcinami do pewnej knajpy, która pod Matki metropolią położona jest. Wiocha, bo wiocha, knajpa, jak knajpa. Wystrój z czasów późnego Gierka. Matka przeliczyła sobie, że będzie osób 25 i zamówiła żarcia na 15, bo uprzedzono ją, że będzie go sporo.
-„Od której do której ma być impreza i na ile osób?” – zapytała krótko szefowa.
Matka podrapała się w głowę.
-„Tak mniej więcej od wczesnego obiadu do kolacji włącznie” – odrzekła.
-„To proszę przyjechać rano w niedzielę, wszystko będzie uszykowane. Pani musi tylko ugotować ziemniaki. Zapłaci pani przy odbiorze i to wyjdzie 500zł!”
No to Matka pojechała. Wzięli z MiaUżonem nissana i jeszcze kolegę z Octavią Kombi, tak na wszelki wypadek.
Weszli do knajpy bocznymi drzwiami, prosto do kuchni, a tam czekali już panowie, którzy zaczęli Matce wynosić jedzenie.
Przy trzydziestym piątym półmisku Matka straciła rachubę, bo padła trupem na widok półtorametrowego węgorza nadziewanego łososiem. Łosoś popatrzył na Matkę wymownie swoimi błękitnymi wisienkowymi oczkami i zademonstrował równie piękną, ale czerwoną wisienkę w paszczy. Potem odwrócił się i udowodnił, że ma między plasterkami własnymi plasterki cudze, czyli cytrynkowe.
A potem przyszło ciasto.
-„To prezent od firmy” – uprzedził pan – „I zaraz będzie zupa, jakieś trzynaście litrów. Fajna jest dzisiaj, serowa z paseczkami szynki i groszkiem ptysiowym”
Matka przełknęła ślinkę, ale nie zdążyła skomentowac zupki, bo nadeszło tak zwane gorące.
-„Tu ma pani po siedem dań na osobę” – Pan podał Matce wielką blachę, na której poukładane były różne cuda – „I jeszcze od firmy nadziewana kaczuszka z wytrybowanymi kosteczkami, polewana galaretką gruszkową…”
Matka stała z otwartą paszczą. Nie musi chyba dodawać, że wszystko było przybrane, ułożone na półmiskach i dalej to Matka nie bardzo wie co i jak, bo nie było tam niczego normalnego.
-„Tu proszę uważać, bo daję pani dwa półmiski takich drobnych rzeczy – jajeczka przepiórcze z kawiorem, krewetki i muszelki z makaronu nadziewane sałatką…”
Matka rozpoznała krewetki. Jajka też.
-„Nie da rady tego zmieścić!” – jęknął MiaUzon za czterdziestym obrotem – „Juz siedzenia położone i nie włazi!!!”
-„To polecę za samochodem z tym rekinem”- odzyskała głos Matka
Rekinowegorz jednak pojechał, ale w domu nie zmieścił się do lodówki, nawet gdyby wyjąć wszystko i wtrynić go po skosie. Leżakował w piwnicy.
A goście żarli wszystko trzy dni i Matka mroziła co tylko się dało.
I znajdowała poupychane półmiski po piwnicy, więc dożerali jeszcze czwartego dnia i piątego, i szóstego.
Więc powtórzy manewr w tym roku niechybnie.
Inaczej głupia by była.
No i znów miała o czym innym.
O kim innym.
O Janeczce.
To może jutro, bo jakos zgłodniała okropnie!
O tej porze? Dziwne…
Lodówka
Maryśka uczy się samodzielności. Polega to na tym, że Matka musi wstawać pół godziny wcześniej, bo Potworek ubiera się sam. Trzeba potem go rozbierać i jeszcze raz wszystko nakładać, bo choćby odchodził nie wiadomo jaki rytuał oglądania wszelkich metek i próby umieszczenia ich na plecach albo pupsku – zawsze się okazuje, że przekręcają się te choroby na przód…
Później na części pierwsze rozkładane są butki i Matka błogosławi swą decyzję kupna obuwia na tak zwane rzepy, bowiem Potworek wypruwa z haczyków paski, wkłada szanowne ustopienie i z jęzorem na wierzchu wtrynia je z powrotem, co oczywiście musi się skończyć interwencją spienionej Matki. Tak, tak, Matka wie. Dziecię musi się nauczyć samodzielności, tylko dlaczego o świcie?
Kiedy Matka wraca z Potworami ze szkoły, Maryśka siada na schodku jak zleżały kalafior i twierdzi, że nic a nic nie będzie robiła, bo NIE UMIE!!!
Nieważne.
Najgorzej jest, kiedy dziecko zamierza pomóc Matce w przygotowaniu kolacji. Kończy się to zawsze tym, że Matka przewraca się o plączącego się pod nogami Potworka. Ten a to lustruje szafkę w poszukiwaniu nie wiadomo czego, albo z kolei lodówkę, żeby dojrzeć wszystko, co Matka przed nim sprytnie schowała zapominając, że Maryśka patrzy od dołu a półeczki jakby na to nie spojrzeć mocno szczebelkowymi są.
Czasem też Matka siedzi i gapi się na Wiadomości, a tu wieje jakimś chłodem po nogach, że aż strach. Idzie po pięciu minutach do kuchni a tam Maryśka stoi przed otwartą zamrażarką i melduje, wachlując oczętami:
–„No ciekami ciekam, aź mi wyciongnieś bułę!!!”
Matka zgrzyta i wyciąga.
A potem Potworek korzystając z tego, że Matka kroi z namaszczeniem pieczywo dopada do lodówki, która lekko wyżej jest, ze względu na niższe umiejscowienie zamrażarki, otwiera zamaszyście drzwi i usiłuje wyciągnąć z niej dżem.
Matka nie wie, co w lodówce jest i w jakim stanie. Biorąc pod uwagę to, że Janeczka obsługuje się sama i spiętrza różne rzeczy nie bacząc na prawa ciążenia, wielce prawdopodobnym jest, że coś wypadnie. Matka zarobiła kiedyś w łeb jajem na przykład. Jajo było zresztą tak nieuprzejme, że aż surowe i Matkę trafił jasny szlag, bo nie ma włosów przesuszonych ani odwitaminizowanych. No i średniowiecze juz dawno minęło, o jesieni nie mówiąc.
Kiedy więc Potworek dopiął się do lodówkowych drzwi i zatrząsł sprzętem szarpiąc go porządnie, Matka nie wytrzymała i ryknęła. Ryknęła, bo oczami wyobraźni widziała lecący słój z majonezem Pomorskim wielkości XXL, który rozbija się Potworkowi na czubku łebka.
-„Matko jedyna, niech cię ręka Boska broni, żebyś otwierała lodówkę!!! Jeszcze spadnie jakiś słoik z dżemem i się pokaleczysz!!!”
Dziecię znieruchomiało. Matka zastanowiła się nawet przez ułamek sekundy, czy to z powodu nadmiaru decybeli, czy raczej ze strachu przed spełniającą się ponurą matkową wizją.
Niestety Potworek zderzył swe szare komóreczki szybciej, niż Matka i otworzył z rozmachem urządzenie.
–„Zieby sjoiki spadly na mnie, najpiejf musiałyby naucyć siem w lodófce chodzić!” – oświadczył ze spokojem.
No i znów żelazna logika Potworka.
Bang, bang, krótka piłka.
Pozostałe 5%
Matka siedzi i trze klapy. Nic zresztą nie pomaga. Trzy kawy – i nic.
A wszystko przez MiaUżona, który ma trzydniowe szkolenie. Matka sobie zaraz korzysta z okazji i tłucze wieczorami w komputer, przygotowując dzieciom materiały do nauki. Niestety w ramach tak zwanych szkolnych atrakcji Matka musiała przygotowac gazetkę na Drzwi Otwarte w szkole. Wymysliła sobie, że wyrżnie z kartonu kontury siedmiu państw i tak zrobiła. Paluchów nie czuje do dziś, ale ma szalona satysfakcję, bo jak już nie mogła zdzierżyć to chlast! Ucinała wysepki. Bach! Przyłączała kawałek Chin do Rosji! Bum! Prostowała linię brzegową Wielkiej Brytanii! Starała się jednak, żeby zawsze wychodziło to na korzyść danego państwa…
A potem postanowiła uśpić wieczornie Potwory, gdy zajwił się kolega. Matka jest mu bardzo wdzięczna, bo przyjechał dostroić tuner satelitarny, który podarował Matce i MiaUżonowi kolega. Kolega najpierw kombinował wisząc u Matki na barierce balkonowej a Matka zastanawiała się, czy da się tę barierkę odgiąć z powrotem, gdyby kolega ów uprzejmy był wylecieć. Potem kolega postanowił jednakowoż talerz odwrócić, bo nie starczało mu odnóży i wykonał obrót bez odkręcania śrub, mimo protestów Matki.
Chrupnęło.
-„Może jednak przyniosę klucz?” – zaprponowała Matka oglądając wielką śrubę, która wylazła ze ściany. Zostały szczęśliwie jeszcze trzy.
-„A masz?” – zdziwił się kolega.
Matka miała.
Kolega zmienił piprztyk co ściąga fale i zaatakował tuner. Polepszyło się . Matka oprócz telezakupów w dwudziestu pięciu językach otrzymała możliwość oglądania kolejnych trzydziestu ośmiu.
-„Ja nie wiem, co się stało, ale znikły polskie programy” – zamarudził kolega i pognał na balkon kręcić talerzem.
Wrócił.
-„O cholera, teraz to już nic nie ma…” – zmartwił się i zarządził odwrót.
Matkę to bardzo ucieszyło, bo miała nadzieję jednak popracować, ale jak się okazało nadzieja nie na darmo jest matką głupich. Potworek ani myślał paść w objęcia Morfeusza.
-„Ty tu sama zasypiaj” – zapowiedziała groźnie Matka – „Nigdzie nie wędruj. Ja musze pracować!”
I pomknęła na dół czekając, czy z pokoju Maryśki dobiegnie regularne sapanie, czy nie. Dobiegło. Po godzinie.
Matka zaczęła pracę o 23.00 i o 1.30 zauważyła, że pisze, jak kompletny dysgrafik.
-„Dosyć tego!” – pomyślała sobie w duchu -„Jeszcze rano zaśpię i dopiero będzie!”
Padła do łóżka koło 2.15, bo w łazience odsiedzieć musiała swoje, bez tego nie da rady. A potem zaczęła liczyć barany. I słonie. I dinozaury. A sen jak nie nadchodził, tak nie nadchodził.
Ostatkiem sił Matka zauważyła, że jest trzecia i więcej nic nie pamięta.
-„Uuuuuuuuuuuuuu!” – obudziło Matkę.
Potworkowi coś się śniło. Matka rzuciła okiem na budzik – 3.15. Bajka.
-„Śpij, śpij!”- zawołała w czarną przestrzeń – „To tylko sen!”
Maryśka płacze w nocy w 95% przypadków z powodu snu, w którym Janeczka spuszcza jej łomot. Pozostałe 5% to przypadki inne.
–„To nie sen!!!” – zachlipało z pokoju Maryśki.
O w mordę. To nie sen. Sen nie dyskutuje z Matką. Nawet jesli to sen przez sen.
-„To chodź do mamy do łóżka i nie płacz” – zajęczała Matka i szybko zajęła na poduszce miejsce wielkości znaczka pocztowego. Napluła na nie trzy razy i oznaczyła w ten sposób, że to jej. I nie da!
Potworek nadciągnął i zakotwiczył przy Matce. Nie wlazł do łóżka?
Matka otworzyła ponownie klapy.
– „Wytrzec ci nos?” – upewniła się, sięgając po chusteczkę.
-„Nie!” – zachlipał Potworek – „Zobiłam siusiu!”
Niech to! Znaczy się – pozostałe 5% – przypadki inne.
Kiedyś musi być ten pierwszy raz.
Matka pomacała w ciemnościach i wstała natychmiast.
Wykąpała Maryśkę.
Zaprała piżamę i pościel.
Poczekała godzinę, aż zachce jej się znów spać.
Zasnęła o 5.15.
Wstała o 6.30.
Tylko może niekoniecznie dobrze jest jej dziś wchodzić w drogę…
Z życia smoków
Nadeszła wiosna. Skąd Matka wie? Proste – Potwór szaleje w każdej wolnej chwili na dworze a Potworek na dworze. Matka zwariowała? Nieeeee.
Jeden dwór jest przed domem, a drugi – ten gorszy – w ogródku.
Matka ma w związku z tym nadzieję, że skończą się katary wieczne i Maryśka dotleni się i zahartuje. Póki co wyłazi ze skóry, co Matka bolesnie odczuwa, gdy tylko uda jej się gdzieś ułożyć po cichutku kołami do góry. Maryśka natychmiast wtedy ją znajduje i obsiada z pamprami w ilości za dużej.
Maryśce przybywa jednakowoż ciała, czego sama nie zauważa, za to Matka aż nazbyt dobrze i boleśnie.
-„Auuuuu!” – Matka wyje co jakiś czas a Potworek zastyga wtedy ze zdumienia.
–„Co ci siem stajo, mamujku?” – pyta Matkę, penetrując łokciem jej przestrzeń międzyżebrową.
-„Zabierz łokieć!!!” – ryczy Matka, usiłując bezskutecznie wyrwać kłujkę ze swego ciała.
Maryśka posłusznie wyciąga gnaty i wbija się Matce w śledzionę.
-„Ojejuuuuu!” – wyje Matka, po czym dostaje kolankami po nogach i ma przyszczypane sadło, do którego jest baaaardzo przywiązana.
-„Będę miała siniaki, jak smok!!!” – jęczy, rozcierając się to tu, to tam i z góry znając efekty. Żadne.
–„A niepjafda!” – marszczy nos Potworek schodząc po piszczeli Matki.
-„Co – nieprawda?” – Matka jest już zła jak nie wiem co.
–„Niepjafda, zie beńdzies miaja siniaki!” – oświadcza Maryśka dobitnie.
Matka już dobrze wie, że będą. Siniaki robią jej się od niczego.
–„Bo smoki nigdy NIE miefajom siniakóf!!!”– kończy Potworek i się wynosi. Obrażony.
-„A właśnie, że miewają!” – mruczy do siebie Matka – „Tyle tylko, że na zielonym tak nie widać…”
Nie Arsenal Londyn
Matka zauważyła jakiś czas temu, że nie nadąża za lalkami Potworów. W zasadzie to nawet nie za lalkami, ale za ich imionami. Dotyczy to zresztą także pluszaków.
-„Dać ci Azorka?” – spytała wieczorem Matka Maryśkę patrząc na napchaną zwierzakami półkę i szukając czegoś niezbyt twardego i dużego. Padło na psa, który swe usługi świadczy jakieś czterdzieści lat.
–„To nie jest Azoj, tyjko Jeks!!!” – zaprotestowało dziecię donośnie.
-„Ale co ty mówisz?” – zdumiała się Matka -” Azor od lat! To przeciez piesek tatusia”
–„Ale myśmy mu zmieniły imię na Jeks!” – upierała się Maryśka.
Reks nie Reks. Jutro będzie Pikuś i też dobrze. Co się będzie Matka kłócić. Najgorzej jest jednak, kiedy trzeba cos dziecku podać z góry a imię nic Matce nie mówi. I tylko z tego powodu Matka wolałaby jakąś stabilniejszą sytuację…
Kiedy więc różnego rodzaju barbie mają co chwila inne imiona, Matka nie nadąża. Pół biedy, jeśli to imiona w miarę normalne.
Ostatnio jednak Maryśka zabawiała się w najlepsze lalką, która stanowi tak zwane Dobro Wspólne, czyli innymi słowy: BawSięSzybkoBoWróciStarszaSiostaIDaCiwŁebBezWatpienia. Lalka należy do grupy barbiów z szerokimi ustami i paskudna jest nadzwyczaj. Typ tych brzudul nazywa się bodajże My Sceene i Matka przyznaje sie bez bicia, ze osobiście ją nabyła, bo oba Potwory niczym tak sie nie zabawiają, jak Barbiami właśnie.
Potworek rozbierał lalkę i ubierał, rozbierał, i ubierał, przemawiając do niej czule. Generalnie Maryśka w takich momentach kompletnie bezobsługowa jest i potrafi tak zapaść się pod ziemię na dwie godziny z okładem.
Matka nadstawiła uszu przy kawie, żeby podsłuchać, co też tam sobie obie gadają i w ucho wpadło jej słowo, którego nigdy wcześniej nie słyszała. Po dłuższej analizie okazało się, ze najlepszym wytłumaczeniem dla zastosowania owego słówka będzie brakujące to tu, to tam – imię dla lalki.
Matka zastrzygła uszami ponownie i znacznie energiczniej. Nic z tego.
-„Ja cię bardzo przepraszam” – przerwała dialog Potworka -„jak ty mówisz na tę lalkę???”
Maryśka oderwała błędny wzrok od gołego stwora.
–„Na jajkę?”– zdziwiła się a Matka spieszy wytłumaczyć, że mimo usilnych ćwiczeń Maryśka w dalszym ciągu miast głoski „L” wymawia „J” –„Nie wies, jak ta jajka siem nazyfa? No HEJSA!!!”
Matka skrzywiła się z obrzydzenia.
-„HEJSA???”- powtórzyła – „Nie było normalniejszych imion, tylko takie brzydkie?”
Potworek wzruszył ramionkami:
–„Janecka tak jej daja na imię, no to jest Hejsa!”
Matka zamyśliła się.
-„A może tam trzeba zamienić J na L?” – zastanowiła się głośno -„Ale to i tak wychodzi jakaś Helsa i jest ohydnie!”
Coś nie tak z Janeczką. Matka rozumie, ze walają się Patrycje po dywanie, ale Helsy? No makabra!
Po powrocie Potwora ze szkoły Matce przypomniało się, że należy sprawę wyjaśnić.
-„Słuchaj no, kochana!” – zagaiła -„Maryśka mi tu nazywa jakoś dziwacznie tę nową lalkę. Jak ona tak naprawdę się nazywa?”
-„Ta tutaj?” – zaskoczył Potwór, chowając natychmiast lalkę przed Maryśką w tornistrze.
-„Tak, ta tutaj!” – odrzekła Matka wypruwając barbię i oddjąc na chwilę Potworkowi, który zdążył przez te trzy sekundy zalać sie hektolitrem łez. Matka nie zamierzała zaś inwestować w hydraulika i WUKO. Po prostu.
-„No przecież to jest Helsa!” – Janeczka zdziwiła się, że Matka nie wie tak oczywistych rzeczy.
-„A to ja bardzo przepraszam” – Matka zbrzydziła się już do reszty -„Czy te lalki nie mogą mieć na imię normalnie???”
-„Przeciez to JEST normalne imię!” – obraziła się Janeczka -„Tak było napisane na kartonie!!!”
-„No ty chyba żartujesz!” – wkurzyła się Matka. Co jak co, ale żadnej Helsy by nie nabyła.
-„Zaraz ci udowodnię!” – zajęczał Potwór i zagrzebał w kominkowym chybziku, gdzie wkłada się rzeczy przeznaczone na podpałkę. Po chwili wynurzył się z kartonem od lalki.
-„O! Proszę! Helsa, jak byk!!!” – zawołał i podetknął Matce pod nos opakowanie.
Matka była uprzema rzucić okiem. I udusić się ze śmiechu.
Potwór natychmiast uległ cięzkiej obrazie i wyniósł się na górę. Z Helsą.
A Matka została z kartonem, ale ilekroć na niego spojrzała, ogarniał ją ciężki chichot.
„Chelsea”. „Chelsea” stało na kartoniku jak wół i Matka na to nie wpadła…
-„Słuchaj, to się czyta Czelsi” – próbowała udobruchac Potwora Matka.
Za nic!
Janeczka się przywiązała do imienia.
Trwało to jakieś trzy dni.
Potem przechrzciły barbię uroczyście i sprawa była załatwiona.
Za to w środę Matka pognała na góre pracowac, bo MiaUżon zapadł się w kanapę ślepiąc w jakiś mecz.
-„Kto gra?” – rzuciła Matka na odchodne, żeby nie było, że jest kompletnie nieczuła na nerwy MiaUzona, jego hobby i tak dalej.
-„Arsenal Londyn i Juventus Turyn” – odmruknał MiaUżon nie odrywając wzroku od ekranu.
Matka wlazła na schody.
Coś jej się jednak przypomniało.
-„Jesteś pewien, że nie Helsa Londyn?” – wetknęła głowę do pokoju.
-„Nie, nie, na pewno nie!” – MiaUżon zamachał głową.
Matka weszła na piętro.
Po chwili usłyszała, jak ślubny mówi do siebie:
-„Helsa? Helsa? Helsa Londyn? W ogóle NIE MA takiego zespołu…”
E tam, nie ma! Matka Janeczkę podeśle, to zaraz tatulkowi wytłumaczy…
Szlag jasny
Matka nie pisała wcześniej o tym, bo szlag by ją trafił na miejscu ponownie. Pierwszy raz zrobił to w miejscu jak by nie patrzeć uświęconym, ale Matka to albo nienormalna jest, albo za stara na te nowoczesne czasy, albo już nie wiadomo co.
Rzecz dotyczy I Komunii.
Matka pojechała na tak zwane zebranie, organizowane tym razem przez samych rodziców w kościele. Chciała wmanewrować w to sprytnie MiaUżona, ale ten robił unik za unikiem i wypadło na Matkę. Trzasnęła drzwiami od samochodu i znając z góry swoje samopoczucie „po” – pognała.
-„To ustalmy może na co się składamy i po ile!” – zarządziła jedna z mam.
Matka czuła doskonale, że będzie po DUŻO ile, bo Komunie są klasami, czyli na całą imprezę składa się zaledwie 25 rodzin.
-„Świece, medaliki i książeczki – 45 złotych. Książeczki będą wręczane w Białym Tygodniu!” – odezwała się korpulentna blondynka
-„Coś pani chyba źle mówi!” – zaprotestowała Matka.-„Jaki sens ma książeczka w Białym Tygodniu. Chyba przyda się dzieciom własnie na Mszy Komunijnej, żeby nie siedziały jak te świece?”
-„No świece dostaną na Komunię!” – błysnęła intelektem blondyna a Matka natychmiast postanowiła się zamknąć.
-„Płyta z nagraniem lekcji pokazowej, Komunii, Białego Tygodnia i próby generalnej – 35 złotych!” – dodał łysawy facecik.
-„Podobno ten fachowiec od kręcenia w zeszłym roku dał plamę i rodzice byli bardzo zniechęceni. I będzie ten sam!” – zauważyła przytomnie babeczka z tyłu
-„To może coś zróbmy, żeby kręcił kto inny. To jest nasze prawo!” – rzuciła Matka w przestrzeń. Przestrzeń okazała się bardzo głęboka.
-„Teraz ja!” – pani z pasemkami wyciągnęła kajet.-„Zajęłam się kwiatami. Znalazłam super ofertę na przystrojenie kościoła! Ledwie 1000 złotych!”
Matka złapała się za ławkę. I za serce.
–
-” W tym sa wiązanki dla pani dyrektor szkoły, dwóch pań wicedyrektorek, wychowawczyni, nauczycielki angielskiego, informatyki i jeszcze kogoś, nie pamiętam już dokładnie, ale wiążanek wychodzi dziewięć”
Matka nie zdzierżyła.
-„Ja najmocniej przepraszam” – polała swój jad uprzejmością -„Nawet nie wiem, jak się nazywa nauczycielka od angielskiego, kwiaty chyba daje się na Dzień Nauczyciela i koniec roku a poza tym jej przecież nie będzie!!!”
-„To może po jednym kwiatku starczy?” – zaproponował głos z tyłu
-„Może starczy” – zajęczała któraś Babcia -„Tyle tylko, że to są zwyczaje narzucane przez parafię…”
-„A my jesteśmy od tego, żeby te zwyczaje zmieniać, jeśli nam nie pasują!” – ucięła Matka, choć i tak wiedziała, ze w dalszym ciągu wrzuca to w otchłań bez dna.
Przecież nie powie, że jak pan od kamery jest paprok, to można zamówić jedną płytę a resztę skopiować, bo by ją wdeptali w ziemię…
-„Teraz sprawa daru ołtarza!”- odezwał się znajomo wyglądający pan.- „Mamy się złożyć po 1000 złotych od klasy!”
Matka siadła.
-„Nie, nie!” – ocknęła się pani od kwiatów – „Dar ołtarza został już zakupiony przez proboszcza i okazało się, że starczy po 400”
Z wszystkich piersi wydarło się ciężkie westchnienie ulgi.
A potem podliczono sprzątanie kościoła przez kościelnego i dobrze, ze chłop sobie ma okazję zarobić parę groszy, bo rzeczywiście grosze to są.
-„Zapomnieliśmy o najważniejszym!” – zagrzmiał tato od kontaktów ze szkołą – „Klasa „c” porozumiała się z księdzem prowadzącym religię i zapytała, co chce na prezent za opiekę nad dziećmi, żeby nie kupić czegoś, co ksiądz już ma!”
-„Oj, to dobrze!” – zaszumiało z tyłu -„Bo jeszcze byśmy kupili od trzech klas te same albumy!”
Tato jednak nie dosłyszał.
-„Ksiądz wyraził chęć otrzymania roweru. Tak do tysiąca złotych” – oświadczył uroczyście.
Matka już potem nie żyła.
I lepiej.
Nie musiała się zastanawiać kto sprawił, że I Komunię traktuje się jako jeden wielki biznes.
Bo mamy to na swoje życzenie.
Kukułka
Matka przywiozła dziś ze szkoło-przedszkoli Potwory zapocone do granic możliwości, no ale kto przypuszczał, że mimo półmetrowej sterty sniegu przed domem będzie dizś piętnaście stopni? Zreszta ranek chłodny był i Matka ubrała je odpowiednio, więc mówi się trudno!
–„Wies co?” – zagaił radośnie Potworek, kiedy zrzucił już osiemdziesiąt trzy warstwy ubrania i doszedł do niego tlen – „Ciocia naucyła nas w pseckolu nowej piosęki”
-„Oooo!” – ucieszyła się Matka, która wokalną twórczość Maryśki bardzo lubi -„A o czym?”
–„O kukujce!” – uśmiechnęła się Maryśka od ucha do ucha-„To taka piosęka, zieby od nas sibko ta zima pośła!”
Matka zastanowiła się głęboko co ma zima do kukułki. Potem uprzytomniła sobie, ze wiosna jednakowoż była uprzejma zawitać w kalendarzu. A za trzecim podejściem pomyślała, że kukułka zimą albo może zadzwonić do przedszkola z Republiki Południowej Afryki, albo leczyć sobie odmrożenia na kuprze, jeśli okazała się być Kukułką Nieodlatującą.
Tak, czy owak należało piosenki wysłuchać. Matkę jednak podkusiło.
-„Ja to chyba znam taką piosenkę o kukułce wiesz? To tak leci: Kukułeczka kuka…”- zaczęła i utknęła, bo nigdy nie szalała na koncertach Mazowsza.
–„Nie, nie!” – zamachał rękami Potworek – „To nie o tej kukujce!!!”
-„Nie?” – zmartwiła się Matka, której natychmiast repertuar kukułkowy się skończył – „No to zaśpiewaj mi o swojej”
Maryśka rozczapierzyła się i zaśpiewała Matce bardzo a bardzo wiosenna piosenkę o tym ptaszku:
„Ku ku KA!!!
Ku ku KA!!!
Nasza zima zła!!!”
Ciąża
Matka jak zwykle wracała w piątek z Maryśką od Babci. Jak zwykle – bo Potworek oczywiście cały tydzień był zasmarkany i choć przyczyna była niewątpliwie alergiczna, Matka postanowiła odpuścić mu kontakty z dziećmi. Dziś Maryśka znów w przedszkolu, ale znając życie idylla nie potrawa długo. Matka ma wrażenie, że alergia maszeruje sobie jak gdyby nigdy nic dalej i czeka nas walka albo z kurzem, albo z jakimiś pyłkami. Trudno. Przeżyjemy.
Matka nie o pyłkach miała.
Matka wracała więc z Potworkiem samochodem a jest to znakomity moment dla przemyśleń własnych Maryśki, które w odpowiednim momencie z siebie wylewa. Kiedy jedzie z Janeczką cała sprawa na nic, bo Potwory się na ogół piorą na tematy Barbiowo-książeczkowe. Osttanio jednak Janeczka zapałała wielką miłością do Babci, gdyż znudziło jej się kwitnięcie w przychodni i czekanie całych, dramatycznych pięciu minut, aż Maryśka skończy się inhalować. Tym bardziej, że przychodnia, a może zwłaszcza dlatego, że przychodnia w osobie koleżanki Matki śmiała zaproponować Potworowi pobieranie krwi.
No nie, Matka znów gubi wątek. Dobrze. Nie ma Janeczki. Jest samochód, Matka i Maryśka na tylnym siedzeniu.
–„Mamujku?” – zapiszczało z tyłu.
Matka czujna była i zaraz wykluczyła radio.
-„Mamujku, cy ty byłaś ze mną f cionży?” – Potworek nastawił natychmiast radarki na odbiór.
-„Byłam ,byłam! Jasne!” – Matka zachwyciła się znajomością fachowego słownictwa Maryśki. No ciekawe, kto go tego nauczył?
-„A cy z Janeckom teź byłas f cionży?” – zakombinował Potworek
-„No pewnie!” – Matka rozkrochmaliła się zupełnie – „Z Janeczką tez byłam w ciąży, ale trochę wcześniej, niż z tobą!”
–„Aha!” – ucieszyła się Maryśka –„A w INNYCH miejscach teź z nami byłaś?