Matka pojechała z Maryśką na kontrolę do lekarza. Którą to już z kolei, to Matka zupełnie nie pamięta. Ponieważ odebrała wcześniej Janeczkę ze szkoły, więc logiczne było, że wlezą do gabinetu razem.
Znajoma pani doktor osłuchała Maryśkę, zaleciła dalsze inhalacje w przychodzi, co oczywiście wparawiło Matkę w fantastyczny humor, bo niczego tak nie lubi, jak ubierania, wsadzania do fotelika, wyciagania z fotelika, rozbierania, sadzania w oparach Mucosolvanu, ubierania, wsadzania do fotelika… i tak dalej. Matka daruje sobie.
Z drugiej strony jak pomaga, to nie ma co narzekać, ale Matka paskudny charakter ma, więc się nie powstrzyma.
Pani doktor zaczęła jednak wypisywać jakieś dziwne skierowania w dużej ilości, więc kiedy łypanie Matki nie przynosiło oczekiwanych rezultatów zapytała wprost:
-„A co ty mi tu piszesz?”
Koleżanka zrobiła dziwna minę, ale Matka nie załapała.
-„No skierowanie do Poradni Alergologicznej…”
-„A to dobrze!” – ucieszyła się Matka, bo czas najwyższy z Janeczka znów posprawdzać co i jak, no i wreszcie pokazać Maryśkę.
Koleżanka wypisywała jednak dalej papiery.
-„A tym razem co?” – zastrzygła uszami Matka
-„No wiesz” – lekarka wywróciła oczami znacząco – „te no, badania trzeby by zrobić” – znów wywrót klapami
Matka wzmogła czujność a Potwór z tyłu nastawił wszelkie możliwe radary.
-„Noooo… na robaki….” – zaczęła koleżanka – „…mocz potem…”
Matka wreszcie się domyśliła.
-„Nie mów mi tylko, że też muszę z nimi iść na…”
Lekarka szybko pokiwała głową:
-„Też, też, bez tego nie da rady!”
Matka wyglądała jak przekłuta purchawka.
Janeczka tymczasem jak szparag z wyłupiastymi oczami.
-„Co ONI będą mi robić???” – wykrzyknęła.
O w mordę. Matka zapomniała, że Potwór siedzi i słucha.
-„Czy to będzie POBIERANIE KRWI???” – Janeczka stanęła w blokach startowych, żeby natychmiast dać dyla.
-„Ale nie teraz, za jakiś czas!” – Matka usiłowała ratować i tak beznadziejną sytuację a Maryśka patrzyła na wszystko z ogromnym zainteresowaniem okrągłymi oczkami.
-„Nigdy sobie nie dam pobrać krwi!!!” – wyła Janeczka a echo niosło się po wszystkich korytarzach.
Matka pognała z Potworkiem w ślad za uderzeniem fali głosowej.
-„Mowy nie ma!!!” – ryczał Potwór
-„Ale to przecież nie boli…” – próbowałą tłumaczyć Matka, ale nie buyła w stanie przekrzyczeć Potwora.
Dojechały do domu w kompletnie zaparowanym samochodzie. Janeczka obsmarkana, zalana łzami i wykrzykująca inwektywy pod adresem całego świata.
-„W tym badaniu nie będzie napisane: Janeczka może już pić mleko! Nie będzie! No to ja nie dam sobie wkłuć żadnej igły! I do tego opuszczę zajęcia w szkole!!!”
-„Ale skąd!” – oburzyła się Matka – „Za nic na to nie pozwolę!”
Janeczka szalenie czuła jest na opuszczanie szkolnych zajęć.
-„A co, mam rano miec pobieraną krew, a potem z TAKĄ RANĄ iśc do szkoły??? Za nic!!!”
Matka postanowiła nie dyskutować. Opracowała za to sprytny plan.
-„Słuchaj, ja pojadę na badania z Maryśka, a ty z Janeczką, dobra?” – zaatakowała MiaUżona, kiedy wrócił do domu.
-„Może być” – łaskawie zgodził się MiaUżon i postawił teczkę.
Matka zatarła rączki. Słowo się rzekło, kobyłka u płota!
-„A co to za badania?” – zapytał mimochodem zdejmując krawat.
-„ONI MI ZROBIĄ…” – doszło nagle z góry – „ONI MI ZROBIĄ W RĘCE STRASZLIWĄ, POSZARPANĄ DZIURĘĘĘĘĘĘĘĘ!!!!!
I MiaUżon siadł, jak przekłuta purchawka.
Takie to dzisiaj mieliśmy grzybobranie…
Wanted
Matka pognała po Janeczkę do szkoły i tak się zakałapućkała w rozmyślaniach, co też przygototwać dzieciom na kolejną lekcję, że całkiem zapomniała o wizycie w sklepie. A Matka swojego czasu przyrzekła sobie solennie, że za żadne skarby nie będzie chodzić do sklepów wszelakich z Potworem, bo obciach ma zapewniony, nerwy strzaskane i wyłazi w końcu wściekła, spocona i w ogóle. Co innego Maryśka – ta daje się bez problemu wsadzać do wózka na zakupy, jedynie co jakis czas woła, żeby kupić ojcu piwo, no Matka już pisała.
Jeśli o Potwora zaś chodzi, to przed sklepem i w samochodzie odbywa się cyrk pod tytułem: „Na pewno, ale to na pewno kochana mamulko nie będę wołać, żebyś mi kupiła cebularz!!!”
Po tych zapewnieniach Janeczka z Matką właziła do hipermarketu i natychmiast uderzała w płaczliwy ton:
-„No bo ja ci obiecywałam, że nie będę prosić o cebularz, ale jak je zobaczyłam, to zrozumiałam, że nie umiem bez nich żyć!!! NO to KUP mi TEN CEBULARZ!!!”
I Matkę trafiał jasny szlag na miejscu, bo już co, jak co, ale cebularz mrocznym przedmiotem pożądania?
I kiedy Matka słyszała dwadzieścia osiem razy jęki na temat wyżej wspomnianego rodzaju pieczywa, to za trzecim razem (dzięki czemu Matka otoczona jest podwójną aureolą z różowym poblaskiem) oświadczyła uroczyście, że Janeczki noga w hipermarkecie nie postanie wraz z Matką. I słowa dotrzymała od ponad roku.
A tutaj bach! Podjechała pod szkołę, wtarabaniła się na drugie piętro do świetlicy i doszła do wzniosku, że nic jej nie zmusi, do spuszczenia swoich szanownych zwłok z powrotem i pojechania do Lidla samotnie. W Lidlu cebularzy szczęśliwie nie ma a Janeczka na pozostałe rzeczy jest na szczęście Matki odporna.
-„Jedziemy na chwilę do sklepu…”- zaczęła Matka i przerwała, bo auto zalane zostało pozaziemskimi strumieniami bladego światła.
Matka szybko odwróciła się, żeby sprawdzić, czy na dziurawym i błotnistym podjeźzie do szkoły nie ląduje akurat awaryjnie UFO, bo z całą pewnością PZU nie wypłaciłoby jej odszkodowania za stopioną karoserię. Matki z Potworem by nie ruszyło – za duży jad. Straszliwie dobrze konserwuje!
Okazało się jednak, że przyczyna blasku jest prozaiczna – to Janeczce rozbłysły ślepia z niedowierzania.
-„Ze mną do sklepu???” – wyjąkała
-„Z tobą do sklepu, bo nie zdążyłam sama i bardzo nad tym ubolewam!” – odrzekła krótko Matka, po czym udzieliła stosownych pouczeń, wskazań i zastrzerzeń, tudzież zawarła polisę na OC od nagłych szlagów.
W sklepie było znośnie. Janeczka powoziła wózkiem, Matka nawrzucała tego, co potrzebne i tego, co kompletnie zbędne, ale cóż, w trzy minuty pomyśleć spokojnie się nie da. Matka pognała galopkiem do kasy a Potwór wyszedł na powietrze, bo kompletnie umierał z braku tlenu, swędzenia podkurtkowego oraz gorąca napadowego. Matka tymczasem zapłaciła, popakowała bambetle w dwie reklamóweczki i wyszła, skręcając do boksu, żeby odzyskać dwa litewskie centy, które ładuje zawsze do wózkowej dziurki.
Potwór stał, patrzył się w ścianę a oczy wypełniały mu oceany łez.
Matka otworzyła paszczę, ale Janeczka była szybsza.
-„Popatrz!” – wyciągnęła rękę w stronę ściany.
Matka spojrzała natychmiast.
-„Jaka ładna pani!!!” – zachlipał Potwór.
Matka dostrzegła wielkie zdjęcie wyjątkowo urodziwej, uśmiechniętej kobietki, siedzącej przy sklepowej kasie. No w porządku, ale czemu Janeczka płacze??? Matka kombinowała przez całe dwie milisekundy, ale nic nie wymyśliła, bo Potwór załkał znów:
-„I nawet nie wiadomo, co się z nią dzieje!!! Czy żyje!!! Bo CIĄGLE jej szukają!!! Jakie nieszczęście!!!” – i odbiegł w kierunku samochodu obsmarkując wszystkie napotkane w kieszeni chusteczki.
Osłupiała do reszty Matka odwróciła się znów w stronę ściany i przeczytała to, co pod uśmiechniętą panią było napisane:
„PRACOWNIK SKLEPU PILNIE POSZUKIWANY!!!”
I maleńkim drukiem na dole:
„Wymagane wykształcenie średnie,
aktualna książeczka zdrowia
badania lekarskie
zaświadczenie o niekaralności…”
Bocian a gwiazdy
Matka przygotowywała wczoraj lekcję a MiaUżon stukał zawzięcie w słuzbowego laptopa, bo nie zdążył wprowadzić w pracy stosów papierzysk. Opieka nad dziećmi świetna, nie ma co! Potwory zajęte były jednak konsumpcją i oglądaniem dobranocki, więc starzy byli częściowo usprawiedliwieni.
Niestety do uszu Matki doszedł po chwili głuchy tętent – niechybny znak zbliżania się Potwora. Niestety po donośności odgłosów nie można wybadać sprawy – Janeczka zawsze porusza się z dużym naciskiem na podłoże…
-„Ja to bym, mama, chciała wiedzieć taką rzecz!” – zaczął Potwór a bryzgi emocji, które towarzyszyły temu jakże niewinnemu zdaniu, kazały Matce wzmóc czujność. Nie będzie łatwo, oj, nie!
Matka podniosła wzrok znad zeszytu, zabiła Janeczkę wzrokiem i spytała zachęcająco:
-„Yhy?”
Potwór zamachał gwałtownie rękami.
-„Ja chcę cię zapytać, jak to jest z tymi bocianami!”
Matka w pięc milisekund przygotowała sobie odpowiedzi dotyczące ptasiej grypy oraz życia płciowego bocianów, z naciskiem na uczucia towarzyszące wysiadywaniu jaj.
-„A o co konkretnie chodzi w przypadku tych bocianów?” – zapytała na wszelki wypadek, żeby się nie wygłupić.
-„No o to, czy KAŻDY człowiek widział bociana?”
Matce kamień spadł z serca na zeszyt i Matka sprawnym ruchem zrzuciła go na ziemię.
-„Wiesz…” – zastanowiła się Matka odsiewając Eskimosów, na wszelki wypadek Indian i ludy Tybetu – „…można przyjąć, ze każdy. Przynajmniej w Polsce. Gniazda są przy drodze i zawsze tego bociana można zauważyć.”
-„Aha!” – odzrekła zadowolona Janeczka i przepadła bez wieści, zanim Matka otworzyła paszczękę, żeby zapytać, po co taka wiedza potrzebna jest Potworowi.
Janeczka widziała całe masy bocianów – jak niemal każdy. Bociany nadlatujące, odlatujące, śpiące, wysiadujące i zżerające żaby na łączce szwagierki. Nawet, gdyby nie, to w ZOO już na pewno.
Matka spokojnie powróciła do zeszytu, kiedy kartkę znów wygiął jej podmuch powstały z leja po krążącym Potworze. Janeczka trawiła. Tylko co?
-„Podjęłam decyzję!” – Potwór zaparkował koło Matki i złożył na chwilę skrzydła.
Matka zamknęła z trzaskiem zeszyt. Było po herbacie.
-„Od dziś nie będę już przyjaźnić się z Nikolą!!!!” – zionął ogniem a Matka pobłogosławiła swoją decyzję zamknięcia notatek. Dwa dni roboty poszłyby z dymem.
-„A czemu?” – Matka zapytała tak na wszelki wypadek a tymczasem w duchu zacoierała rączki, bowiem Nikola nie dość, że ma paskudny charakter (zrzuca koleżanki ze schodów, żeby zwrócono na nią uwagę i szlocha rozpaczliwie, bo wstrętni nauczyciele zajmują się koleżanką i jej nogą, złamaną w trzech miejscach z przemieszczeniem), to jeszcze jest wybitnie mało zdolna zarazem gadatliwa. Janeczka obrywa więc uwagi choć póki co klasówki pisze elegancko. Matka podejrzewa, ze taka passa może się jednak niedługo skończyć i kombinuje, jak koń pod górę, żeby tę znajomość ukrócić.
-„No bo zobacz!” – zaperzył się Potwór i znów zaczął wymachiwac rękami. Wzburzony był okrutnie – znaczy się. – „Nikola wie wszystko na temat gwiazd!”
Matka osłupiała. Nagła przemiana? Hobby Nikoli? Janeczka odróżnia zaledwie Jutrzenkę od pozostałych gwiazd, no i wie, że to planeta. I zna kolejność planet w Układzie Słonecznym. Wszystko. Matka pożyłowała i nie kupiła Janeczce na Gwiazdkę teleskopu. Sknera wstrętna, to teraz ma durne dziecko!!!!
-„Rozumiesz” – piłował Potwór – „O jaką byś gwiazdę nie zapytała, to wie wszy-ściu-teń-ko, czy to Britney Spears, czy Madonna…”
Tu Matce spadła z serca wywrotka tłuczonego marmuru typu Biała Marianna.
-„…I jak tak można” – tokowała Janeczka – „o gwiazdach wiedzieć wszystko a NIE ZROBIĆ W ŻYCIU NIC, żeby choć RAZ ujrzeć bociana!!!”
MiaUżon oderwał się od wbijania kolejnych rekordów w laptopa.
-„I dlatego nie będę się już zadawać z Nikolą!” – zakończył Potwór z trzaskiem i pożeglował na górę do swojego pokoju, porzuciwszy nawet dobranockę.
A Matka z MiaUżonem wyziębili cały salon.
Przeciąg między otwartymi paszczami im się zrobił…
I wysuszył dokumentnie dwie pary wybałuszonych oczu…
Zdrowa żywność
Matka zawiozła dziś Potwora do szkoły i szybciutko skoczyła do lekarza z Maryśką, bo kaszel nic się nie poprawił, więc trzeba co i rusz osłuchiwać.
-„No dobrze, to pooddychaj ładnie” – poprosiła lekarka.
Potworkowi nie trzeba dwa razy powtarzać. Każ mu oddychać, to możesz mieć pewność, że za kilkanaście sekund się udusi.
-„Ale oddychaj, oddychaj!” – zachęcałą lekarka
-„Y!” – odrzekła krótko Potworek, co w języku międzynarodowym oznacza ni mniej, ni więcej, tylko: „Odchrzań się babo, ja wtedy oddycham, kiedy mam na to ochotę, a jak mi się coś każe, to ja na złość będę robić wtedy odwrotnie. I pospiesz się, bo gotowam tu paść trupem na tym linoleum, a ponieważ nie mam pewności, czy jest aby na pewno czyste, to lepiej jednak będzie, jak udam się w podskokach do domu!”
Taki skrót klawiaturowy, często stosowany przez Maryśkę.
Pani doktor popatrzyła na Matkę błagalnie. Matka zrozumiała.
-„Oddychaj ładnie!” – szepnęła Maryśce do ucha.
–„Y!” – odparł szybko Potworek, bo wiązało się to ze zwiększonym poborem tlenu, co zapewno kłóciło się zawzięcie z przyjętą przez niego strategią.
-„A może pokazałabyś mi, jak kaszlesz?” – zapytała przymilnie lekarka. Dodajmy tu wyraźnie – ulubiona lekarka Potworka.
-„Y!” – Maryśka nawet nie ruszyła powieką.
-„No wiesz co?” – zdumiała się Matka – „Co jak co, ale kaszlesz koncertowo! Pokaż cioci!”
–„Y!” – Potworek zamierzał być monotematyczny.
Matka sięgnęła po środki małopedagogiczne.
-„Jak zakaszlesz, to Babcia zaraz ci da ciasteczko!!!” – obiecała solennie.
–„Ekhe, ekheee, ekheeeeeee!” – Potworek natychmiast zarzęził pokazowo a pani doktor szybko wyjęła sobie słuchawki przez które mocno się skupiała, z uszu.
-„O matko, paskudnie!” – zasępiła się i przepisała znienawidzone inhalacje, żegnając się do jutra.
Matka spacyfikowała Maryśkę, która zaparła się nagle w drzwiach i odwróciła do lekarki.
–„Ja ten kasiel to ODWOŁUJEM!!!” – zawołała z rozpaczą -„ Zapomniałam, zie babcia zafse zamiast ciastek daje mi chjebek, bo mówi, zie zdjofsy!”
Oświadczenie Maryśki
Wiadomo jak to jest, kiedy człowiek chce, zeby dziecko zachowało się w miarę godnie. No, żeby obciachu totalnego nie narobiło, kiedy do chałupy przychodzi ktoś zupełnie nowy i do tego jeszcze służbowo.
Matce tak dzisiaj zależało. Przyjechać miała bowiem pani, która funduje obraz i Matka dostawała białej gorączki kombinując jak zapakować świeżuchny obrazek o powierzchni 2,2 metra kwadratowego w rulon i żeby się jeszcze nie skleił. Matka poza tym przygotowała obiad, bo już tak ma, że jak ktoś do niej jedzie po obrazek kilkaset kilometrów, to bez jedzenia nie wyjdzie i kropka. Matka wsadziła więc pieczeń z indora do piecyka, kiedy odezwałą się pani, że za parę chwil wyjeżdża. Matka padła, indyk również.
Nastapił nagły a niespodziewany zwrot akcji, po czym pieczeń wyjechała z piecyka, Matka wsadziła tam szybciutko przygotowane rogaliki i zamieszała sałatkę, twarożek z rzodkiewkami, w międzyczasie gotując jajka do majonezu. Wyglądało na śniadanie i to dosyć wczesne.
Matka odkurzyła chałupę, pokończyła wszystko, co się dało i padła na chwilę do łóżka.
Raniutko przyholowała panią w ilości sztuk trzech do domu z przedmieścia swojej Metropolii i zauwazyła, że rodzinka czeka już na dole zwarta i gotowa.
-„Ooooo, a jak ty masz na imię?” – zapytała jedna z pań Maryśkę.
Potworek przybrał minę Sfinksa i niemal, niemal zaczął z wysiłku lewitować.
-„Pewnie jesteś Asia?” – zachęcała pani Maryśkę do jakiejkolwiek aktywności.
-„…”
-„A może Jola?”
-„…”
-„Albo Krysia?”
-„…”
Maryśka milczała, jak głaz. Matka zgrzytała zębami.
Panie zainteresowały sie obrazem. Podobał się. Bardzo.
Po śniadaniu Matka z MiaUżonem zapakowali maluneczek starannie i modlili się, żeby celnik go nie otworzył w Balicach, bo inaczej nikt go już z powrotem nie ułoży tak pięknie, jak Matka.
Matka rozliczyła się, pogadała, o Potworku zapomniała.
Kiedy przyszło do pożegnania, Maryśka wyrosła znienacka przed Matką.
-„Nie powiem, jak mam na imiem!” – oświadczyła tonem nie znoszącym sprzeciwu – „Ale za to powiem co innego: MOJA MAMA TO MALUJE OBJAZY! O!”
Matka – reaktywacja
Matka załatwiła papiery na wywóz obrazu. Pani wieczorem zadzwoniła już z Polski, Matka umówiła się na niedzielę, tymczasem postawiła obraz na sztaludze i kazała mu schnąć. Na pieprz!
A potem potoczyła wzrokiem i natychmiast wzięła tabletkę od bólu głowy.
Na podłodze packi farby. Do skrobania i ostrego działania rozpuszczalnikiem.
Kurz wszędzie.
Stosy Matki konspektów, książek, zeszytów i choroba wie czego, bo jak coś kilka razy dziennie zjeżdża z kupy a Matka to ustawia, to już sama nie wie, jak się nazywa.
Jakieś prania nieuprasowane.
I nieuprane – ale z tym łatwiej, bo w pralni leży, w koszu.
Chochoł ogólny i szczególny.
Szablon na blogu nieaktualny.
Zaraz, zaraz!
We wtorek mamy wiosnę?
No to Matka ma szczęście, jak ten zegar, co stoi.
Za pięć dni Matka będzie miała najaktualniejszy szablonik na bloxie.
A póki co – Przedwiośnie.
Kawa.
I do roboty!
Obraz
Matka stara się nie myśleć, że ledwo żyje. Bo wieczoram nastąpił tak zwany gwóźdź do trumny. Telefon czyli.
Telefon zza Wielkiej Wody, który donosił, że obraz odebrany będzie o tydzień wcześniej. Matka w tym momencie stała i mazała po nim zawzięcie, bo wyliczyła sobie, ze za trzy dni skończy. A potem da mu czas na spokojne doschnięcie.
-„Wie pani co?”- spytała jeszcze Matka -„Bo mnie tak męczy i męczy – jak pani go zapakuje do tego samolotu? Bo ja chyba muszę dołożyc mu na licu dyktę, żeby się nie zniszczył?”
Zapadła cisza.
-„A to pani mi nie da go zwiniętego w rolkę?” – zapytała przemiła pani.
I Matka w tym momencie padła trupem.
Bo zwijanie w rolkę obrazu jest najgorszym możliwym barbarzyństwem, które – co najgorsze – zemści się za to nieodwołalnie, choć nie wiadomo kiedy. Bo nie ma cudów – powstaną odkształcenia i spękania, bez dwóch zdań.
Ale Matkę obchodzi jeszcze jedno! Ten obraz się sklei na amen!
I jak już Matka się przespała z tym wszystkim, to wymyśliła, że zaatakuje sklep marki Komfort i wyniesie stamtąd najgrubsza rolkę od wykładzin. MiaUżon pogna do SąsiedniegoWiększegoMiasta i kupi papier silikonowy odpowiedniej szerokości. Matka obraz zwinie licem na zewnątrz i zacznie odmawiac litanię za litanią, zeby dojechał szczęśliwie.
I pojechała Matka do urzędów załatwiać papiery na wywóz obrazka. Kolejny próg – maja dwa tygodnie, żeby Matce wydać ten papier.
Matka podanie wyszmonciła wyjaśniając co i jak, że nagle, grom z jasnego nieba i tak dalej. Pani przeczytała i zapewnieła, że szefowej przekaże, ale co dalej, to nie wie. Zadzwoni.
-„A jeszcze dane tej pani i adres poproszę!”- przypomniało jej się.
I tu Matka znów padła. Bo nie wie.
-„To teraz potrzebne sa dane osoby wywożącej?” – wywaliła gały
-„Od kiedy weszliśmy do Unii – tak” – przytaknęła pani.
I Matka napisała rozpaczliwy list do WielkiegoMiasta za Wielką Wodą i czeka. I czeka. I nic.
Pani pewnie siedzi właśnie w samolocie i kiedy sie odezwie – będzie już za późno. A jutro Matka musi mieć te dane!
O, koniec świata!
Matka pociągnęła wszelkie sznurki, poprosiła o kontakty z każdym Krewnym i Znajomym Królika – może to coś da. Jak nie – będzie ugotowana i obraz nie wyleci.
Mattko jedyna, nie wyleci.
Ale jak go już pożegna, to wtedy…
To wtedy…
To wtedy wreszcie odkurzy chałupę!
Otrivin 0,1%
Matka dogorywa. Dziś w szkole myślała, że zejdzie już na czwartej lekcji, ale doszła do wniosku, że to troche byłoby jednakowoż za wcześnie i dociągnęła do szóstej ze spuchniętym gaźnikiem i oczami. Pognała potem po Potwory i już, juz miała podjechać pod przedszkole, kiedy zatkały jej się oba kanały oddechowe i Matka powiewając białą flagą wkroczyła do apteki w hipermarkecie. Ostatkiem sił dojrzała Pana-Magistra-Mądralę i zdążyła jeszcze pomyślec, że być może w celu nabycia środka konieczne okazać się będzie wykonanie małego morderstwa. Na Panu.
-„Psikacz poproszę do nosa, ale żeby działał i robił to szybko!”- zajęczała Matka i wyciagnęła łapsko, żeby natychmiast zadać sobie lekarstwo donośnie. Do nosa znaczy się.
Pan wyraźnie sie ożywił.
-„Bo my tu, prosze pani, mamy psikacz Tratatata za 12,99, Srutututu za 13,00, Pimparampam za 11,99 i Łota-Łota za 13.50. Różnią sie one substancją czynną, jak również stężeniem tejże substancji, a różne osoby…”
Tu Matka wetknęła tekst Panu-Madrali do gardła swoim – jakże delikatnym – spojrzeniem. Nie mogła bowiem oddechem, bo go już nie posiadała a chciała. Tak z przywiązania, na przykład.
-„Pan mi da ten Otrivin, bo dzieci mają i on działa. Ja sobie nawet dziś nim psiknęłam dwa razy, żeby było w wersji dorosłej i podziałał…” – zarzęziła Matka
-„A nie!” – ucieszył się Pan – „Jak pani dwa razy psiknie środkiem słabszym o połowę, to nie uzyska pani tego samego działania, bo na tę samą powierzchnię…”
-„Pan mi to daje, ale szybko!” – wkurzyła się Matka.
Pan-Mądrala, o dziwo, zrozumiał. Postawił na ladzie Otrivin w wersji mocniejszej, czyli NIEniemowlęco-małodzieciowej. Stało na nim jak wół: DLA DOROSŁYCH I DZIECI OD LAT SZEŚCIU.
Matka spadając pod ladę szybko chciała zgarnąć psikacz, ale pan ją wyprzedził. Obczytał uważnie pudełko, spojrzał na Matkę i spytał:
-„Pani ma więcej niż…?”
-„Panie!” – w Matkę wstąpił nowy duch – „Naprawdę, #@$%$#$@, mam WIĘCEJ niż sześć lat!!!”
I prawdopodobnie dzięki temu wyznaniu Matka jeszcze żyje…
Piłowanie
Matka wracała dziś z Potworami – zasmarkanymi jak nieszczęście, od Babci. Zasmarkanie nie ma zresztą nic wspólnego z Babcią, bo oba dziecka nawiedziły swoje przybytki szkolno-przedszkolne, ale tak naprawdę, to nie wiadomo, jak sprawy potoczą się dalej. Nieważne. Matka też skończyła dziś rano antybiotyk a teraz, wieczorem, leje jej się z nosa i jest wspaniale.
Jak więc Matka wspomniała – wracała samochodem z Potworami i kombinowała, czy Maryśka tradycyjnie zaśnie na moście, czy też nie. Nie zamierzała. Umilała natomiast Matce jazdę śpiewaniem o kapuście i sałacie, połączonej z pomidorami. Tekst własny, muzyka tym bardziej. Linia melodyczna taka trochę bardziej średniowieczna, snująca się to tu, to tam.
Nagle zapadła cisza.
–„Coś mnie tu okjopnie piłuje!” – doniosło dziecię z przebiegłością Maty Hari.
Też mi nowina. Matce piłuje już od dłuższego czasu, jakiegoś roku bodajże. Matka pisała nie raz, że mogłaby dorabiać sobie po godzinach po pierwsze w gazowni, jako czujnik gazu, po drugie w warsztacie jako wykrywacz i umiejscawiacz stukań i pisków samochodowych.
-„Łożysko trzeba wymienić!” – zakomunikowała więc Matka MiaUżonowi rok temu, bo ziukało jej i ziukało w kole, a opony zimowe dodatkowo to zwielokratniały.
-„Akurat tam się znasz, że łożysko!” – prychnął MiaUżon.
Było łożysko.
-„Ty wiesz, ile to jest rozbierania samochodu? I trzeba jeszcze to łożysko kupić!” – doniósł uprzejmie z pół roku później.
A potem Matce zaczeło coś walić w prawym kole i to już nie brzmiało ciekawie.
-„Jakbyś nie jeździła po wybojach, to byś tego nie słyszała!”- brzmiała recepta MiaUżona.
Nie, no jasne. Jakby Matka nabyła sobie drogą kupna, bądź wymiany poduszkowiec, to też nic by nie słyszała poza szumem fal i bryzgami wody – gdyż most brałaby spodem oczywiście, omijając poranne korki.
-„A ja ci mówię wymień mi końcówkę drążka, bo kiedyś mi coś odpadnie i wyląduję na dachu!”
Matka tutaj pominie milczeniem spojrzenie MiaUżona, które posłał jej w swej nieludzkiej dobroci. Końcówka drążka. Kobieta. I końcówka. Drążka.
-„Byłem na przeglądzie, zrobili to, to i to!” – oznajmił tydzień temu a pół roku po dyskusji.
-„Aha!” – dodał od niechcenia -„Masz kompletnie wyrobiona końcówkę drążka, ale wiesz ile to jest rozbierania?”
-„Wiem” – i tu Matka zablefowała, bo dynda jej rozbieranie samochodu, ma mieć to wymienione i kropka – „I jeszcze część pewnie trzeba kupić?”
MiaUżon odpłynał zadowolony z pomyślnie odbytej rozmowy z Matka, choć zdaje się, że lekko obrażony zakończeniem nie po jego myśli.
A Matce dalej ziuka i wali.
I tu należy wrócic do Potworka, a tamto potraktowac jako dygresję.
-„Mama wie doskonale, że jej piłuje!” – odrzekła Matka, dochodząc do radosnego wniosku, że oprócz różnych niekoniecznych, zamontowała dziecku także fabrycznie czujnik pisków i trzasków. I genetycznie.
–„Ale piłuje okjopnie bajdzo!” – zajęczał Potworek
-„No tak!”- zgodziła się Matka -„To łożysko!”
W końcu należy powiązać piski, które słyszy dziecię z wyjaśnieniem odgłosu.
-„PIŁUJE!!!” – zaryczała Maryśka
O matko! Czujnik w połaczeniu z nagłą nadsłuchowością już nie był najszczęśliwszym rozwiązaniem, tym bardziej, że Matka prowadząc auto pełne młodzieży nie lubi niespodziewanych bodźców dźwiękowych. No, chyba, że sama ich dostarcza otoczeniu.
-„Zaraz będziemy w domu i przestanie piłować!” – zapewniła Matka i szybciutko dojechała pod bramę. Wytaszczyła Maryśkę, postawiła na ulicy i…
–„Okjopnie piłuje!„- zasmęcił znów Potworek.
Matka zastrzygła uszami. Cisza, jak makiem zasiał, z drzew dochodził jedynie radosny świergot ptaków. Piłowania słychać nie było.
Że świergot to już przesada? Patrzcie no czepialskich! Matka dramaturgię stopniuje! Niech będzie. Do uszu dochodził jedynie wściekły zgrzyt łopaty, która sąsiad zdzierał lód z asfaltu w niewiadomym celu. Romantycznie? Jaaasne!
A co tam. Jakby człowiek zasłuchał się uważnie, doszedłby go głuchy tętent oddalającej się galopem, ciężarnej sarenki. I żeby mi tu nie było, że sarny w tym czasie w ciąży nie bywają!
–„Bajdzo piłuje!” – zawył Potworek na całego i Matkę tknęło. Postanowiła wybadać temat dogłębnie i zadała jedno, ale jakże arcyważne pytanie.
-„Ja nic nie słyszę, więc GDZIE???”
–„No tu!!!” – Maryśka chlipnęła i ostrożnie pokazała paluszkiem oko –„Jakiś PYŁ wpadł i okjopnie mnie pyłuje!!!
Splątanie, antybiotyk i sny
Matka w piętkę goni. Za dziesięć dni musi mieć skończony i wyschnięty na pieprz obrazek. Ze względu na jego lekką nieporęczność, która uniemożliwia Matce wtrynienie go w jakiejkolwiek konfiguracji do kombiowego nissana, Matka zmuszona będzie przywlec do domu jakiegoś urzędnika, żeby wszystko obejrzał, opieczętował i opisał a potem juz dzieło odleci na skrzydłach Boeinga i Matka wreszcie odetchnie. Na chwilkę. Bo kolejne zamówienie już ma, ale szczęśliwie na mniejszy format i inny temat.
No Matka nie o tym miała pisać, nie o tym.
Ale to wszystko przez antybiotyk, który bierze, bo nie wytrzymała w końcu z bólem gardła i popędziła do lekarza. Załadował jej coś mocniejszego, bo pierwszy rzut nie pomógł i Matka po dwóch dniach poczuła wreszcie, że żyje. Niestety – chodzi lekko kołowata, jak po jednym głębszym. Wczoraj na angielskim siedziała i modliła się, żeby wyjść,teraz usiłuje ułożyć sześć sprawdzianów dla dzieci i mylą jej się literki. Chwyciła oczywiście zaraz ulotkę i wyczytała, ze zaburzenia koncentracji nie występują w stosowaniu tego leku, natomiast splątanie i owszem. Matka nie wie, czy jest splątana, ale za dzień, dwa to będzie na pewno.
Za to Potwory splątane są od świtu i właśnie o tym Matka chciała napisać.
Bo rano Matka wpada do łazienki, szybko się myje i ubiera. Co zdąży – to jej.
Kiedy drzwi otwierają się z trzaskiem jest już po herbacie. Potwory zaczynają sie naparzać, jeden zlew nie wystarcza a Matka dziesięć razy włącza i wyłącza suszarkę, żeby wytrzeć Maryśce dupsko, włożyć jej majtki, bo nastał dzień na „mamo pomóż” i tak dalej.
Wracamy do drzwi.
Otworzyły się i wkroczył Potwór. Podrapał się po głowie, przeciągnął, podrapał znów i zajęczał:
-„O matko, jaki miałam STRAAAASZNY sen!”
Cały czas pamiętamy, że Matka wskutek zażywania antybiotyku wykazuje niejakie splątanie i wszelkie tego typu hiobowe wiadomości nie polepszaja jej stanu, żeby nie powiedzieć, że działają dokładnie odwrotnie.
-„A co znowu ci się śniło?” – zapytała Matka zachęcająco, kombinując, czy w związku z tym zaczynać suszenie włosów, czy poczekać.
-„No makabra!” – Janeczka znów ziewnęła rozdzierająco. Najwyraźniej sen ją wymęczył okrutnie – „Śniło mi się, ze zamiast połówki połknęłam całą tabletkę Deflegminu na kaszel!!!”
Ooooooooooo…. No faktycznie horror z rozlewem krwi! Matka mimo wspomnianego wcześniej splątania, błyskawicznie doszła do tego odkrywczego wniosku. Teraz należało tylko wywlec z łóżka Maryśkę i pojechać do szkoło-przedszkoli.
Drzwi otworzyły się jednak same i wszedł kawałek Maryśki. Podrapał się w głowę, ziewnął, znów podrapał i doszedł do wniosku, że pozostawi swoją większą część za drzwiami.
-„Jaki ja miałam STJJJJJASNY sen!!!” – obwieścił górny kawałek Potworka, wyposażony w paszczę. To własnie paszcza jest przyczyną przebywania górnej połówki Maryśki w łaziece, kiedy pozostała część przezornie stoi w przedpokoju. Odwrotnie byłoby lekko niepraktycznie.
Matka zaplątała się w kabel, powiększając swoje splątanie polekowe.
Potworek ziewnął, żeby przerwać niezręczne milczenie, bo Matka tym razem powstrzymała sie od wszelkich zachęcających komentarzy, a Janeczka przeżywała Deflegmin.
-„No właśnie!” – odzyskała mowę Maryśka i zaświdrowała oczkami w okolicach brodzika i sedesu- „Ja tak napjawdę tejaz chciałabym tylko ustalić, cy ten FAJAON jus sobie posiedł z łazięłki?”
A Matka może jednak ustali, czy nie powinna odstawić antybiotyku…