Palenie i picie

Matka pojechała z Maryśką do zaznajomionego hipermarketu. Listę zakupów miała długą, ale Potworek jest dzieckiem wybitnie zakupowym – siedzi grzecznie zakleszczony w wózku, rozgląda się, konsumuje chlebek pokazowy i nie wysuwa żadnych, ale to żadnych roszczeń. No, czasem tylko zrobi Matce obciach, ale tak dawno był spokój…

Tak dawno był spokój…

Że Matka powinna byc czujna.

A nie była…

I kiedy wrzuciła do wózka wszystko i oddaliła się parę metrów, żeby sięgnąć właściwą śmietanę, usłyszała Potworka, który umilał sobie oczekiwanie.

Jak się potem okazało – nie tylko sobie, bo publika tłumnie przybyła.

Matka opatentuje wózek na zakupy z katapultą.

Bo nic innego nie pozostaje, kiedy słyszy się czad dany cienkim głosikiem, w przekrzywionej czapeczce.

Wyraźnie i do tego fortissimo:


„A ja pale faje

Pije wino

Pale faje za faJOOOOOOOM!!!”

Boa

Maryśka zamierza chyba zamordować książkę zwierzatkową. Oglada ją od przodu, od tyłu i ruchem konika szachowego. Matke dochodzą tylko radosne wrzaski:

„Ojejej, ojejej! Ziobac! Lef!” – po czym Matka słyszy głuchy tętent i lwa ma podetkniętego pod nos.

„Hyyyyyyyyyyy….”– Matka usłyszała jak Maryśka wciąga ze zdumieniem powietrze –„Ale wenzie!!!

Matka pamięta. Jest żmija, jest i zaskroniec, do którego porównywała zawzięcie pytona, który nawiedził ongiś MiaUżona garaż. Co dalej – nie wie.

Nie musi. Maryśka przybyła podetknąć książkę.

-„No tu masz żmiję” – wyjaśniła Matka widząc zygzaki -„A ten zielony to zaskroniec”

-„A ten tu?” – Potworek dźgnął palcem w węża na stronie obok. Ładnego, z plamami.

-„Boa” – przeczytała szybko Matka, wykorzystując umiejętności nabyte w szkole podstawowej, a nawet wcześniej.

-„Jejku! – wykrzyknęła Maryśka –„Boję się go!!!

-„Cos ty!” – machnęła Matka ręką – „Niepotrzebnie! On nie żyje w Polsce!”

Maryśka stanęła jak wryta.

-„O matko!”-wrzasnęło dziecię z przejęciem –„A KTO go zabił???”

Jaszczurka zielona

Maryśka odkopała starą książkę o zwierzętach, którą Janeczka dostała od Matki Matki na piewrwsze urodziny. Książka jest całkiem spora, wcale nie z grubymi kartkami i ciekawa nadzwyczaj. Obok rysunków różnych zwierząt, co to takie egzotyczne bywają, że nawet Matka się podszkoliła są też krótkie opisy, akurat dla Janeczki do poczytania. Zresztą dla Potwora książka już sie nie nadaje. Potwór czyta powieścidła wszelakie, na przykład Anię z Zielonego Wzgórza – i to w kolejności różnej, wyłączając pierwszy tom! Czemu tak – Matka nie wie.

W związku z powyższym Maryśka może oglądać sobie książkę zwierzątkową do woli, nie będać przez Potwora zagrożoną. Niestety Matka co chwila musi odpowiadac na pytanie z cyklu:

Któje, mamujku, zfieziontko wybiejas?”

Matka nie ma zwykle ochoty ani czasu na wybieranie, więc rzuca na odczepne, że raz to z prawej, raz z lewej strony, żeby Potworek czuł Matki zaangażowanie w sprawę.

Maryśka wyraża potem swoje zdanie i niezależnie, czy Matka je podziela, czy wręcz przeciwnie, Potworek jest zachwycony zabawą.

„Wybiejas niećfiedzia cy pande?”

Matka wybrała pandę.

„A tejaz wolis żirafem, cy zebje?”

Matka wolała zyrafę.

„A tejas wybiejas kjokodyja cy TO zfieziontko?” – paluszek dźgnął w kartkę obok.

Matka miała utrudnione zadanie, bo nie mogła zazezowac do książki a nie wiedziała jaki też zwierz kryje się na drugiej kartce.

-„A co to jest za zwierzątko?” – spytała więc.

Zapadła głucha cisza przerywana wypuszczaniem małych dymków z uszu. Potworkowi przegrzewał się system.

„Nooooo…” – zajęczała Maryśka – „Ja nie wiem co to jest…”

-„E tam nie wiesz!” – machnęła ręką Matka -„Wiesz na pewno!”

Zadymiło znowu. Ciężka sprawa.

Matka postanowiła przybyć z odsieczą. Odłożyła sprawdziany i zarzuciła spojrzeniem. Na obrazku namalowana była śliczniutka jaszczurka zielona.

-„Ooooo, jakie ładne zwierzątko!”- ucieszyła się -„No nie mów, że nie wiesz co to jest! Pewnie, że wiesz!!!”

Maryśka odzyskała wigor.Popatrzyła na jaszczurkę raz. Drugi. Dym. Siwy dym.

Bang! Bang! Bang!

-„„Yyyyyyyy” – wywróciła z wysiłkiem oczkami- „Mozie… ZIABA CO UDAJE WENZIA?

Łzy

Matka dziś zaspała. Troszeczkę tylko, ale to i tak wystarczyło, żeby dzieci musiały zejść same do kuchni i zasiąść do stołu. Kończy się to zawsze w jednakowy sposób – Maryśka nic nie je, bo Janeczka ją poucza. Po chwili do Matki zaczynają docierać pierwsze piski protestacyjne, po czym ryk Maryśki przebija ostatni bieg w Matki suszarce.

-„Ona mnie kopie!!! – szlocha Potworek już na schodach – „I jobi miny!!!

Matka ma każdy ranek dokładnie taki. Maryśka wychodzi głodna, Janeczka obrażona, bo Matka jej oczywiście nawrzuca. Potwór może obiecywać wszystko, zanim spuści się na dół. Matka i tak wie, że za chwilę nadciągnie Maryśka usmarkana po pas, bo Janeczka i tak nie wytrzymała…

Kiedy jednak czas nagli, takie sytuacje wymykają się spod kontroli. Matka ma wyliczoną każda sekundę. Z mokrym łbem nie wyjdzie, bez śniadania może. I robi tak, zwłaszcza, jeśli wie, że za chwilę wróci.

Ale do ciężkiego licha – ubrać i umyć się musi!!! I najczęściej robi to z chlipiącym Potworkiem przyklejonym do matkowej nogi, co – należy tu jasno zaznaczyć – mocno utrudnia wkładanie spodni, na przykład. Pewnie dlatego Matka nie nosi rajstop i spódnic zimą. Nie dałoby rady.

Kiedy więc dziś Matka suszyła łeb, pocierając jednocześnie nogą o nogę, żeby zrzucić jakoś piżamę, dodatkowo zatrudniając komórki mózgowe, żeby poukładać jakoś sobie plan dnia, uwzględniając kserowanie sprawdzianików dla dzieci i użeranie się w ZUSie, który był tak uprzejmy, że dosłał Matce do skorygowania deklarację sprzed sześciu lat – drzwi otworzyły się z trzaskiem i wparował Potworek.

Matka nie była zdziwiona. Dzieje się tak co rano.

Potworek miał zapłakane i spuchnięte właziki – znów nic dziwnego.

„Dostahahahałam łomot!– zachlipał i wytarł rękawem smarki.

Matki to już nie rusza. Jak ruszy, to Janeczka spóźni sie pięć minut więcej.

-„I co?” – Matka rzuciła przerywnik susząc sobie koło ucha.

„I hyhyhyhy lehyhyhyhycom mi ZŁY!!!” – dodał Potworek nieco rozeźlony.

-„Co ci leci?” – zapytała Matka uruchamiając niechcący pokłady swej jakże niewyczerpanej złośliwości. Najwyraźniej przegrzała sobie jakiś czujnik tą suszarką.

„ZŁY mi lecom! – powtórzyła Maryśka i pokręciła zaraz głową – Nie ZŁY, tylko ZŁY! No ZŁY! Le-com mi ZŁY!!!”

I tu Potworek wkurzył sie nie na żarty.

-„Wiadomo, o co chodzi. No o to, że lecom mi ZŁY!!!” – nie dało się. Maryśka wyszła z łazienki i huknęła drzwiami.

Matka odetchnęła.

-„Iiiiiiii…”- skrzypnęły drzwi.

„Zacnijmy jesce jaz! – Maryśka z godnością otrzepała sobie niewidzialny pyłek na sukience i odrzuciła do tyłu włosy -„Zauwaziłam pszet chwilom, zie po buzi leci mi taka SPECJAŁNA WODA OĆNA…”

Liposomy i kolagen?

Matka jak zwykle położyła Maryśkę po kąpieli na blacie koło zlewu i – trzymając ją za jedną nogę – wycierała szmatą podłogę, bo jak zwykle z Potworkowych pięt kapnęła woda. Dziecię leżało tymczasem zapakowane po czubek nosa w ręcznik i czekało na wlewanie kropelek wszelkiej maści do paszczy. A potem już tylko ubieranie w piżamę, szorowanie zębów, fryzura i lulu.

Matka w zasadzie nie powinna juz kłaść tam Maryśki, bo ta ledwo się mieści, ale to juz ostatnie podrygi i Matce trudno sie odzwyczaić. Jak już zacznie oprawiać Potworka na stojąco, to tak zostanie na wieki wieków i Matka ma tego świadomość.

Wracając do Potworka zakopanego w ręczniku – Matka wtrynia mu na nogi spodnie, potem skarpetki do spania zimowego, po czym Maryska jest sadzana, żeby dokończyc ubieranie od góry, co czyni zwykle samodzielnie. Matka odwraca sie zaś i sięga kropelki, cały czas trzymając noge Potworka. Nigdy nic nie wiadomo. Dziś jednak stopa kręciła się okrutnie i Matka z zaciekawieniem spojrzała, co też się dzieje.

„O matko!!!” – zawołał Potworek wielkim głosem.

Matce grzebien wypadł z rąk.

Dziecię obróciło się gwałtownie do lustra i starało dojrzeć coś na plecach. Nie dawało się. W drugą stronę!

-„To STJASNE!!!

-„Co – straszne?” – Matka miała najgorsze przeczucia. Może uderzyła Maryśkę o brodzik, kiedy ją przenosiła na blat. Może coś się wcześniej wydarzyło?

-„No mów szybko, co się stało?!!” – powtórzyła

„Makabja!!!” – Potworek cały czas robił zeza na swoje tyły –„Zacynajom mi siem jobić na plecach PIERFSE ZMAJSZCZKI!!!”

Sepia

Matka prezentuje Maryśkę w sepii. W dawnych czasach, kiedy bawiła się w ciemnej łazience powiększalnikiem i nawijała filmy na koreksowe szpulki w bębnie pralki automatycznej, robiła czasami zdjęcia w tym kolorze. Wiązało się to – niestety- z utratą pewnych szczegółów na zdjęciu, ale miało swój urok. Teraz już można to robić całkiem bezstresowo – cyk i mamy.

Chociaż wielka niewiadoma, związana z robieniem zdjęć analogowych, dreszczyk emocji towarzyszący odklejaniu koperty ze zdjęciami w fotolabie – tego nic nie zastąpi.

A jak Matka przypomni sobie to odkręcanie koreksu, wyciąganie filmu i suszenie nad wanną…

Robienie odbitek na pralce, płukanie w wannie…
Szerokie taśmy filmu 6×6…

Aparat leży na strychu…

A póki co – cyfra i Maryśka!

Biuro rzeczy zagubionych

Matka pojechała odwieźć szwagierkę, dyżurującą dziś przy Maryśce, do pracy. Ponieważ pracuje ona w hipermarkecie, Matka przy okazji zapakowała Potworka do wózka, zrobiła szybkie zakupy, podczas których Maryśka wrąbała pół bochenka „demonstracyjnego” chleba i pognała do szkoły po Janeczkę.

Spieszyła sie okrutnie, bo MiaUżon odstawił jej opelka na przegląd, w związku z czym zasuwała nissanem. Niestety tenże MiaUżon zapomniał przełożyć foteliki, więc Potworek siedział z pasem na paszczy i miotał się od drzwi do drzwi.
Matka patrzyła tylko, czy nie ma gdzie jakiejś Policji, bo jeżdzić bez fotelika to dla niej gorzej niż wojna i zdarzyło się dziś po raz pierwszy.

A potem było pacyfikowanie Potwora ze świetlicy.

-„Dziękuję ci bardzo, że znów przyjechałaś po mnie w TAKIM momencie!” – oświadczyła Janeczka i huknęła drzwiami. matka słyszy tak już od kilku dni inie ma w zasadzie większego znaczenia, czy Janeczka ogląda akurat telewizor, siedzi przy komputerze, czy rozmawia z koleżanką.

Matka pojechała do domu w te pędy, bo Potworek – tradycyjnie -zaczął w połowie drogi przysypiać. Ciepło, buja, szumi – żyć nie umierać. A Matka spieszyła się na angielski, bo to przecież dziś czwartek.

W domu rozpakowała szybciutko siatki, przebrała się, zerknęła na zegarek – było dobrze. Godzina do angielskiego.

-„Ty wiesz co?” – zapytała Janeczka nagle – „O czymś zapomniałyśmy!”

Matka westchnęła.

-„Znów coś zostawiłaś w świetlicy?”

-„Nie” – pokręcił głową Potwór – „Zapomniałaś zgarnąć Babcię spod domu…”


Matka pomyślała sobie, że ma dwa wyjścia.

Pierwsze, to ubrać jeszcze raz we wszystkie bambetle towarzystwo i pojechać na drugi koniec miasta po Babcię.

Drugie – odpuścić sobie angielski.

Co wybrała – nietrudno sobie wyobrazić…

Gardłowa sprawa

Dla Matki nastały ciężkie czasy. W jednej ze szkół zmienił się plan i Matka miast na drugą lekcję, przybyc musi na pierwszą. Daje to Matce dwie godzinki lekcyjne oszczędności, bo i okienko zniknęło, ale za to dostarzca porannej porcji rozrywki pod tytułem: budzenie Potworów.

Z janeczką pół biedy. Jak już zwlecze swe szanowne zwłoki z wyra, to jakoś idzie. Gorzej jest z Maryśką.

-„Mama jutro idzie raniutko do pracy” – wsadza Matka Potworkowi do głowy.

Potworek kłapie powiekami. Rozumie – znaczy się.

– „Ania idzie do szkoły i nie może się spóźnić!”

Dalej odchodzi kłapanie powiekami.

-„I Marysia też wstanie, bo to wszystko rozumie. I pojedzie do babci, a jak będzie juz całkiem, całkiem zdrowa, to do przedszkola”

-„Dobzie! – zarzeka się Potworek i to jest wszystko, co Matka wieczorem zrobić może.

Rano Matka wstaje. Janeczka wstaje. Maryśka NIE wstaje.

Matka między jedna czynnościa a druga wyskakuje z łazienki i budzi Potworka. Delikatnie, acz stanowczo. O ile można budzić kupę puchowej kołdry, pod którą schowała się Maryśka.

„Mowy nie ma, ziebym fstała!!!” – woła zachęcająco dziecię, machając na wszelki wypadek naokoło łapką. A nuż Matka się nawinie i padnie?

Matka zna te wszystkie numery.

Tyle tylko, że nie przeszkadza to Potworkowi spać do oporu, strajkować na nocniku pod hasłem – „A nie zrobię siusiu, na złość nie zrobię!” i lekceważyć śniadania.

I Matka zziajana, zapominająca swoich babmetli gna do szkoły jak głupia, rozrzuca Potwory, przyjeżdża i jeszcze dowiaduje się, że ma za piętnaście ósma tak zwaną strójkę, czyli dyżur w szatni. A potem na drugiej lekcji zaczyna ja boleć już nie na żarty gardło.

A na szóstej rwie.

A jak Matka w domu zagląda do paszczy, to wygląda to jednostronnie mocno nieciekawie i wcale nie gardłowo, tylko tak okołomigdałkowo.

Jak Matka będzie musiała nawiedzić laryngologa, to się potnie.

A niewykluczone, że potem laryngolog potnie Matkę.

Psiakość.

Nie miało się kiedy Matce narobić?

Dawno nikt w domu nie chorował?

Paczki

Matka już dawno się zbierała i zbierała, no to teraz napisze.

Miała w piątek dobry dzień!

Najpierw w czwartek po południu zamówiła swój cyfrowy aparacik. Zadzwoniła. Porozmawiała bardzo sympatycznie, zapłaciła przelewem.

Godzinę później dostała mail, że aparat wyjechał.

A świtem bladym do drzwi zapukał pan kurier i podał Matce paczkę.

Matka rozczapierzyła się i obejrzała cudo. Spore, Matka nie może powiedzieć, nie tam żadna zapalniczka.

A po kolejnej godzinie przyjechała poczta i dostarczyła Matce następną paczkę. Paczkę od idaioli bloxowej.

W paczce była sukienka do I Komunii dla Janeczki.

Sukienka porażająco piękna w swej prostocie i elegancji.

Matka wsadziła ją zaraz na Potwora i okazało się, że jest jak na niego szyta!

A Potwór gapił się na krzesełko, gdzie leżą papiery od paczki i świdrował je wzrokiem, podobnie, jak Maryśka.

-„A czemu ta lalka ma przypięta kartkę?” – nie wytrzymała w końcu Janeczka.

Matka rzuciła okiem. No faktycznie. Potwory nie dość, że lalki rozbierają do rosołu, to jeszcze do kompletnie ubranych przyczepiają jakieś kartki.

-„Czy wy musicie tym lalkom przypinać zszywkami papiery?” – zapytała Matka

Potwory wywaliły wielkie oczy.

-„Ale to nie nasza lalka!” – powiedziały chórem.

Matkę tknęło. Przeczytała.

Barbia była dla Maryśki!

Znów od Idaioli na otarcie łez po sukience komunijnej.

I tak wszystko bezinteresownie.

Matka to się wzruszyła jak nie wiem co.

A co WY na to?

Wywiad

Do Matki i MiaUżona przyjechał w piątek znajomy zakonnik zza wschodniej granicy. Polak, jak najbardziej, do niedawna piastujący bardzo wysokie stanowisko, ale jak to u zakonników często bywa – stanowisko sie kończy i wraca się do szeregu, co jest zdrowe i normalne, nie pozwalając jednocześnie, żeby komuś przewróciło się w głowie.

Zakonnika Matka poznała z okazji dawnej pracy Matki Matki, a tak naprawdę dzięki temu, że znajdował czas, żeby parę razy kilkanaście setek kilometrów przebywać podczas trzymiesięcznej jej choroby. I już kiedy Matka Matki odeszła przyjeżdżał i zaprzyjaźnił się z całą rodziną. Ochrzcił Maryśkę, może przyjedzie na Komunię Janeczki, a Potwory mówią na niego: „wujku”.

Najdziwniejsze jest to, że Maryśka, która wpadła w studnię bez dna, nazywającą się WSTYD i nie ma mowy, żeby podała komuś rękę na przywitanie, po trzyminutowej obserwacji zza Matki kolan wynurzyła się i zaczęła zabawiać gościa lekką rozmową. Jako gospodarz postanowiła go również dokarmić i odstępowała chętnie – nieco nawdyrężone trzymaniem w mokrej łapce – ciasteczka. Cóż, Matka obawia się, że kiedy długo nie było reakcji, ciasteczka te mogły być również nieco napoczynane, ale dzielny zakonnik wchłaniał wszystko i radził sobie znakomicie.

Kryzys nastąpił świtem.

Potworek przetarł oczęta i zapytał:

„Gdzie jest wujek?”

Wujek spał tymczasem snem sprawiedliwego w Matki pracowni.

-„Gdzie Maryśka?” – MiaUżon wsadził głowę do łazienki, gdzie wesolutko pluskała się Matka.

Matka zdrętwiała.

-„Nie ma jej w pokoju?” – otworzyła jedno oko w strugach szamponu.

Zza jej pleców doszło prychnięcie.

-„Jakby była, to bym się nie pytał!”

-„Matko jedyna!” – Matka oprzytomniała natychmiast – „Leć na górę, tylko po cichutku, może weszła do Andrzeja na strych!!!”

MiaUżon zniknął.

Po kilku sekundach wniósł do łazienki wkurzonego do granic możliwości i zapłakanego Potworka.

-„Ja tyjko kciałam zapytać wujka!!!”

-„Ale on śpi, nie wypada przeszkadzać!” – zaprotestowała Matka i na wszelki wypadek dodała -„A o co ty chciałaś zapytać?”

„No, chciałam spytać..” – chlipnął energicznie Potworek i wytarł smarki w ręcznik –„…chciałam spytać, czy księdze to śpiom w piżamkach!”

-„Śpią, śpią!”- zapewniła Matka Maryśkę nie wdając się w tłumaczenia, że nie będzie specjalnie dochodzić szczegółów nocnej garderoby osób duchownych.

Dziecię odpuściło.

Przy śniadaniu etykieta panowała dworska. Maryśka sama przyrządzała sobie bułeczki z dżemem i kiełbasą i zjadała je bez mrugnięcia. Matka zanacza tu bardzo wyraźnie, że nie były to bułeczki z dżemem oraz bułeczki z kiełbasą, ale bułeczki z komplecikiem tegoż obłożenia. Jak się coś przyrządza samemu, to zaraz inaczej smakuje!

Potworek skończył konsumpcję, wytarł paszczę serwetką i kontynuował wywiad.

„Tes mas dwie cójki?” – zaatakował spod grzywki.

Matka zadławiła się natychmiast.

-„No wiesz, księża NA OGÓŁ nie mają dzieci, a ja jestem księdzem” – wyjaśnił zakonnik.

„No coś ty?” – zdumiała się Maryśka – „A psecies zdjoneś to białe na szyi, to co, dalej jesteś ksiendzem?”

Problem dzieci zszedł wyraźnie na dalszy plan, koloratka była ważniejsza. Matka lekko odetchnęła.

-„A może tak pójdziesz po jakąś lalkę?” – skierowała tok myślenia Potworka na inne tory, bo bała się, że ten coś palnie.

„Dobja!” – ucieszył się Potworek, bo przypomniało mu się natychmiast, że nie ma Janeczki i można zaanektować wszystkie Barbie. Na schodach załomotały małe pięty i nastała cisza.

-„To może ja wstawię kawę?” – zaproponowała Matka, zmieniając temat i wyciagnęła trzy kubki. Kiedy się odwróciła, przed zakonnikiem stał znów Potworek.

-„A ty co?” – zakrzyknęła Matka pełna najgorszych przeczuć.

„Nic, nic!” – odwróciła głowę w stronę Matki Maryśka uśmiechjąc się uspokajająco, po czym natychmiast zaświdrowała spojrzeniem w oczy księdza –„Tyjko ostatnie pytanko: NOSIS MAJTKI?!”