Wiewióra

Maryśka wstała dziś w średnim humorze. Do – jakże wrażliwych i szczególnie udanych – uszu Matki doszedł ryk nie z tej ziemi. Matka już dawno urzędowała w kuchni, oczekując na przybycie kuriera z pierwszą Matki cyfrówką. Dygot pełen.

Galop na pięterko.

Dziecię w strugach łez. Dwa krany z nosa. Nawiasem mówiąc i Maryśka i Matka padły ofiara kolejnej infekcji.

-„„Bo ja wstajam, a was jus w łoźku nie było!!!”

Matka założy się, że odbyła się wycieczka z tak zwanym travel kitem, czyli pluszowy pies i kocyk. Czasem też własna poduszeczka.

-„No pewnie, że nie było! Przecież która już jest godzina!”- usiłowała załagodzić sprawę Matka.

-„„Ale wiewióji tes nie było!!!„- załkała Maryśka

To wsrętny zwierz jeden futerkowy!

-„Jakiej wiewióry?” – zdumiała się Matka.

Potworek westchnął ciężko.

-„No jak byja ta pani, podobna do babci, co wyciongneła takom wielkom i gjubom igłe i wbiła mi w pupe, to potem tata mnie tsymał a ty mi pokazałaś wiewióje!”

Faktyyyyycznie!

Matka dostrzegła wiewiórkę, która z szybkością błyskawicy hycała z drzewa na drzewo i była pewna (Matka, nie wiewiórka), że Maryśka jej nie zauważy. Bo Potworek ma takie oczka jak cyfrówka własnie. Zanim załapie – wychodzi z kadru. Wiewiórka, nie Matka.

Ale Maryśka wiewiórkę zauważyła!

„I jozumies, ta wiewiója, jobiła, jobiła, jobiła…” – tu dziecię się zawiesiło na amen.

-„A co robiła?” – Matka to takie okrutnie stworzenie jest. Dociekliwe.

„Noooooo…jobiła siup z dzewa na dzewo?” – zakombinował Potworek, ale czuł w kościach, że Matka nie da za wygraną.

Nie dała.

-„Ale jak to się mówi?” – wbiła Matka szpileczkę Potworkowi.

Maryśka wywróciła oczami raz, drugi, ósmy. Dobrze Matka pisze. Ósmy. Potworek nie liczy jeszcze, no!

Bang!

„Ojejku!” – no Matka to się czepia, a przecież Maryśka wie – „Woewiója jobiła to, co zafse jobiom wiewióji. PSEKAKIWOWYWOWYWAŁA!”

Aparat z worami pod oczami

Matka szykowała się dzisiaj niespiesznie, bo szwagierka miała przyjść z odsieczą koło wpół do dziesiątej. Matka zamierzała wystartować wtedy po pączki, tudzież po zasiegnięcie opinii w sprawie aparatu cyfrowego, który zdecydowała się wreszcie nabyć. Niestety z Matką jest tak, że najpierw zamierza kupić pistolet na kapiszony a kończy sie tym, że wyjeżża ze sklepu czołgiem z małą wyrzutnią rakietową gratis.

Ale Matka posiada w końcu bardzo porządną lustrzankę analogową, której jedyną wadą jest ciężar jednego kilograma, skutecznie odstraszający od wędrówek po górskich szlakach. Lustrzanka ta, znakomitej firmy, rozpuściła jednak Matkę na tyle, że byle czym będzie się wstydziła robić zdjęcia. No wsadź właściciela Jaguara do Suzuki Maruti i nastaw migawkę na 1/8000 sekundy! Inaczej uchwycisz człowieku tylko szarą smugę, tak będzie zwiewał.

Bo Matka tak już ma. Albo nabywa jednorazówki, albo coś na wieki. Zboczenie matkowe, bo Matka starszej daty jest.

No właśnie.

Matka znów się wybiła z tematu.

Wracamy do ranka.

Matka zwlokła się z wyra, zostawiając w nim śpiącą Maryśkę. W zasadzie Matka nie pamięta już, kiedy mogłaby napisać – wstała, a tam nikogo nie było.

Zatarła rączki i pognała do łazienki, żeby umyć się w spokoju i nie przerywać sobie mycia łba dwadzieścia osiem razy w celu wytarcia Potworkowi pupy, wyszczotkowania zębów, odłożenia szczoteczki, wsadzenia na nóżki skarpet, które zahaczają się zawsze jakimiś niteczkami, kiedy Maryśka wtrynia je sama i tak dalej, i tak dalej.

I już, już, prawie kończyła poranną toaletę, kiedy za plecami jej zapiszczało:

-„Co jobis?”

Chwilę potrawało, aż Matka odklei sobie paszczę z lustra, bo skupiona była szalenie i nagłe piski podziałały z siłą wodospadu.

=”No co ja robię?”- zapytała inteligentnie Matka, bo procesor o tej porze miała jeszcze na standbaju.

„Jak ja ujosne, to teź bende miała tyje pomadek!” – zapowiedział Potworek z dumą.

Matka rozejrzała się wokół i dostrzegła z trudem jedną, do tego bezbarwną, bo Matka innych nie używa.

-„Naprawdę?” – poratował Matkę procesor wysyłając pytanie automatyczne.

„No bo jak ja ujosnę, to bende miała TYYYYJE fajbek do ocóf i pomadek! Wsistkie tfoje, bo tobie jus nie bendom potsebne!”

Matka poczuła się od razu raźniej i szybo porachowała ile też jej zostało życia na tym łez padole.

-„No tak…” – rzekła do siebie patrząc na poranne wory pod oczami. Nawiasem mówiąc wory robią się w ciągu dnia popołudniowe, a następnie wieczorne. -„…Matka to już jest zupełnie stara i brzydka

Maryśka wychodziła już z łazienki, ale słysząc to wróciła, puściła mały dymek z uszu i postanowiła polać serce Matki miodem.

„Oj, coś ty? No nie majtf się! Staja i bzitka?” – poklepała Matkę po nodze – ” STAJA to jesce nie jesteś…”

Przekroczenie szybkości

Matka pacyfikowała wczoraj wieczorem Potwory i oczywiście nie obyło się bez tradycyjnych obrzędów towarzyszących temu obyczajowi. Pół biedy Janeczka. Popyskuje, podyskutuje i musi udac się do brodzika, bo wystarczy, że Matka zagrozi:

-„Oj, uważaj, bo wykąpię pierwszą Maryśkę!”

I Potwora natychmiast wdumuchuje do łazienki.

Janeczka bardzo przywiązana jest do pierszeństwa. Matkę trafia jasny szlag. Dochodzi do tego, że Potwór nadzwyczaj chętnie wstawia naczynia po obiedzie do zmywarki. Tylko dlatego, że JEGO talerz ma w ten sposób szansę być pierwszy…

Matka to bardzo się cieszy, że ubrania w pralce się obracają…


Ale wracając do wieczoru…

Janeczkę mamy wdmuchniętą do łazienki. Maryśkę? W zadnym wypadku!

Maryśka siedzi na dywanie i rozpirza.

-„Matko jedyna, czy ty musisz robić taki bajzel wokół siebie?”- załamała ręce Matka, gdy ujrzała dziecinę w stosie klocków, Barbiów, garderoby tychże i wszelkich odłamków od – jakże porywających i rozwijających wyobraźnie dziecka – zabawek z McSzczura.

Potworek wykonał energiczny ruch głową po trajektorii pionowej, który wszelkie normalne narody, wyłączając tu Bułgarów, którzy jednakowoż sa również zupełnie normalni a tylko my postrzegamy ich jako śmiesznych, odczytują jako potwierdzenie.

-„Nie, nic z tego!” – wkurzyła się Matka, choć nie spodziewała się właściwie innej odpowiedzi. Ta inna odpowiedź, choć byłaby bardzo pożądaną, nie mieściła się w żadnym rachunku prawdopodobieństwa. Po prostu Maryśka na ten temat ma ZAWSZE odmienne zdanie od matkowego.

Dziecię spokojnie zabrało się za rozbieranie kolejnej Barbie.

Matka otoczyła się pianą, bo godzina była późna. Matka wydziela pianę tak mniej więcej od godziny 20.45.

-„Schowaj wszystkie te zabawki do pudła, bo ci tak przetrzepię siedzenie, że szkoda gadać!!!” – ryknęła Matka z progu. Dalej nie dawało się cały czas wejść.

Podziałało.

Potworek wstał niepewnie i usiadł szybko na fotelu.

Matka osłupiała.

Dziecię widząc to, łaskawie wyjaśniło:

-„No sibciej dla mię beńdzie, jak schowam … samom pupę!

Pod fotelem

Matka malowała sobie wczoraj na swoim obrazie i co i rusz tłukła nim po lampie – całkiem zresztą niechcący. No tak to już jest, kiedy strych ma 2,40m a obraz 2,20. Jak go postawić na najniższym piętrze sztalugi to i tak tłucze i, że tak Matka powie, lekko niewygodny jest.

Ale Matka, jak to Matka. Chora byłaby, gdyby czegoś nie wymyśliła. Zawsze zresztą przy takim wymyślaniu jest świetna okazja, żeby wyrzucić stosy poupychanych tu i ówdzie papierków po batonikach, biszkoptach, jakieś strzępy poobcinanych papierzysk i wiele innych cennych staroci. Matka spojrzała więc łakomie na strychowy szyberdach – jak MiaUżon nazwał pieszczotliwie facjatę ze – specjalnie dla Matki- zamontowanym oknem dachowym. Facjata, jak wiadomo wyższa jest, więc obraz może złapać tam troche oddechu, o Matce nie mówiąc. Wreszcie może cały ten gips podnieść choć o paręnaście centymetrów i malować dół obrazu na klęcząco, a nie wprost z podłogi.

Niestety, punkt widzenia Maryśki również się zmienił, a ponieważ dziecię opanowało do perfekcji obsługę AbsolutnieNiezawodnejiZacinającejSięBramkiPrzeciewdzieciowej, więc Matka wysłuchuje teraz uwag typu:

„Namajuj mu wjeście pazujki!”

-„Zaraz, zaraz. Na końcu. Teraz głowa jest najważniejsza.”

-„Aje bez pazujkóf głupio wygjąda!” – zaprotestowało dziecię i było to całkowicie słuszne z jego punktu widzenia. Wyższe partie Matki dzieła były z powodów technicznych dla Potworka nieinteresujące.

Wracając do tematu – Matka postanowiła przepchnąć obraz pod szyberdach, co wiązało się z lekkim przemeblowaniem – fotel musiał drgnąć z miejsca i przesunąć się w lewo, a lampa z dziennym światłem przejsć na drugą stronę. Niby nic, ale fotel stał w dawnym miejscu od dwóch lat i Matka założy się, że MiaUżon za nim nie odkurzał, tylko objeżdżał naokoło. Były więc szanse, że wiele ciekawych rzeczy oprócz kurzu Matka pod nim znajdzie.

Kiedy więc lampa przejechała z trudem na drugą stronę, Matka odsunęła fotel, znalazła pustą książeczkę po srebrze oraz…

-„ŁoMattkoJedynaAPrzyjdźMiTuZarazŁoMattkoNoNieWytrzymamChodźSzybkoORanyyyyyyyyy!!!”- zawyła Matka, zrobiła trzy pirueciki, spojrzała, czy nie znikło, jeszcze jeden piruecik, podskok, na lampę, z lampy, na krzesło, zachrupało, więc z krzesła.

-„GDZIE JESTEEEEEEEŚ???” – zaryczała Matka w czeluść klatki schodowej.

Jak to gdzie?

Przed telewizorkiem.

Na meczyku hokeja.

-„MIAUŻOOOOON!” – Matka znów, jeszcze większymi literami. No żeż, cholera, padłaby a ten by nie usłyszał.

-„Czego się #$@^$ wydzierasz?” – zapytał uprzejmie ślubny przemieszczając się w stronę Matki z szybkością żółwia startującego w trójskoku.

-„TAM!!!” – Matka wykonała cztery pirueciki, poczwórnego toe loopa, stanie na uszach i zatupała

-„Ale co?” – zamrugał MiaUżon

-„TOOOOO!” – Matkę trafiał szlag, bo co pokazywała, to musiała jeszcze spojrzeć.

-„No też coś!” – obruszył się MiaUżon – „Zwykła MYSZ”

-„Nie zwykła…” – wkurzyła się Matka – „…tylko ZDECHŁA!!! Zdechłość robi wielką różnicę!”- Matka żywych myszy się nie boi nic a nic, a końcu w akademiku mysz na stole była na porządku dziennym, masłem kartkowym, chłodniczym, w srebrnym papierku nawet się z nią trzeba było dzielić i to w proporcjach 10% dla Matki, reszta dla myszy.

-„No i co?” – MiaUżon podrapał się w głowę. To dobrze rokowało, bo znaczyło, że szare komórki wykonały nadludzki wysiłek i przemieściły się w mózgu.

-„No zabierz mi to stąd!”

-„Dobra, daj coś!” – MiaUżon przemieścił się w pobliże obiektu.

Matka znalazła stary brzeszczot. MiaUżon zagrzebał.

-„Uuuuu… długo tu leży, przykleiła się na amen” – wydał wyrok i odpiłował pół myszy, drugą, znacznie mniej atrakcyjną połowę zostawiając Matce.

Matka czytała kiedyś, ze zdechłe myszy nie śmierdzą, tylko wysychają. No niech no ona znajdzie tego gościa, który to napisał!!!

No niech ona go dorwie!!!

Mysz po wielokrotnym namoczeniu została usunięta.
Szafka postawiona w to miejsce. Matki noga na tym nie postanie, chocby nie wiem co!

Sztaluga przemieszczona.

Matka doda tylko, że nie maluje WielkiejMyszy, chocby Maryśkowy tekst o pazurkach nie wiadomo jak to sugerował…

Klubowo 6

MiaUżon wrócił ze szkolenia. Obrzucił zniesmaczonym spojrzeniem szpital domowy i postanowił odwieźć Babcię do domu.

-„Ty wiesz co?” – wpadła na genialny pomysł Matka – „Ja tu zaraz zadzwonię do ambulatorium, czy już jest czynne, to byś podjechał z Janeczką, bo ten jej kaszel to też nie za bardzo się zrobił…”

MiaUżon wpadł w dziki zachwyt. No bo on po prostu przepada za wizytami u lekarza z Potworami. Matka szybciutko wykonała telefon, z którego wynikło, że Babcia posiedzi u nas jeszcze pół godzinki, bo ambulatorium zaczyna o dziewiętnastej.

-„Nie jadę do żadnego lekarza!!! Nic mi nie jest!!!” – wkurzyła się Janeczka i ewakuowała pospiesznie na pięterko na wypadek, gdyby mieli jej wyrwać jakiś ząb.

-„Tak, tak” – machnęła ręką Matka -„Bardzo mnie to obchodzi!”.

Dyskusji nie było.

Janeczka miała się stawić za chwilę w przedpokoju a MiaUżon ją zawieźć i przywieźć.

I tak się stało.


„Ze spuszczoną głową, powoli,

wraca Potwór…



Nadciągnęły obce wojska.

-„Jestem strasznie chora!” – oświadczyła im Janeczka wywracając oczami, łapiąc się za brzuch, wywalając język i pokasłując demonstracyjnie.

-„NIEEEEMOŻLIWEEEEE?” – zdziwiła się generał Matka bardzo uprzejmie.

A to zaskoczenie! Bo Matka przecież wysłała Potwora do lekarza tylko i wyłącznie po to, żeby gość, czyli doktorek się rozerwał.

-„Sobie nie żartuj!” – oburzyła się Janeczka – „Mam zapalenie oskrzeli!”

-„No coś ty?” – zdziwiła się Matka jadowicie. No była przekonana, że Janeczka będzie miewała sraczuchnę a tu patrzcie państwo – zapalenie oskrzeli. Cóz to za rzadka i niespotykana choroba!

-„No to witaj w klubie!”- Matka postanowiła skończyć dręczenie dziecięcia.

Potwór nie poznał się na uprzejmości, zasiadł i zaniósł się kaszlem. Tym głośniejszym, że świadomym skąd pochodzi.

MiaUżon starał się tymczasem prześledzić osiagnięcia naszych genialnych sportowców na Olimpiadzie Zimowej i nie był w stanie dosłyszeć, czy miejsce, które Kurzajewski wymienia to siedemdziesiąte dziewiąte, czy też może dziewięćdziesiąte siódme.

Spojrzał demonstracyjnie raz.

Drugi.

Potoczył wzrokiem, jak Bazyliszek.

Nic z tego, Matka zdjęła ze ściany największe lustro i trzymała przed sobą na wszelki wypadek.

Towarzystwo rzęziło jak Syrenki w pełnym galopie na czwartym biegu.

Wywalone oczka, niczem reflektory Skarpety.

Oczek aż sześć.

Turbo Syrena.

-„Czy wy możecie wreszcie przestać z tym kaszlem?” – zdenerwował się MiaUżon.

-„Nie!” – odrzekła krótko Matka -„Ale jest coś, co możemy!”

-„Tak?” – MiaUżon natychmiast się zainteresował

-„Możemy przyjąć cię, nawet przy twoim zdecydowanym sprzeciwie, do naszego klubu!!!”

Zapalenie

Maryśka kaszle.

Janeczka kaszle.

Matka kaszle.

-„Okjjjopnie chojujemy!” – zajęczała Maryśka.

-„Okropnie!” – przytaknęła Matka – „Na zapalenie oskrzeli. Przynajmniej ty i ja.”

Potworek popatrzył na Matkę z ciężkim niedowierzaniem.

„Zapajenie oskseli?” – wybałuszył oczka.

-„Tak jest!” – potwierdziła Matka

„Eeeee…” – Maryśka była wyraźnie rozczarowana -„Takie tam zapajenie!”

-„Jak to – takie tam?” – oburzyła się Matka -„Nie takie tam, tylko zastrzyki musisz dostawać, żeby wyzdrowieć!”

„No ja wię” – zdenerwował się Potworek z lekka. Pamięć w końcu ma dobrą – „Aje po co takie zapajenie byje jakie? Tatulek, jak zapali w kominku to chocias widać…”

Po rosyjsku

Matka pojechała wczoraj z Maryśką na inhalację. Wyliczyła sobie szybbciutko, że obróci raz, dwa i jeszcze się załapie na swojego lekarza, żeby ją w końcu, Matkę, znaczy się, osłuchał.

Pielęgniarka nie przychodziła i nie przychodziła. Przyznać trzeba, że choć Matka ciągnie się na drugi koniec metropolii, to zabiegowy jest zawsze wolny i inhalacja jest w tri miga. Tymczasem zegar Matki cykał nieubłaganie i miała już tylko godzinę na szybki powrót i dbanie o własne, osobiste zdrowie.

Wreszcie nadciągnęła pani pielęgniarka, Potworek dostał namordnik i wielce nieszczęśliwy tudzież znudzony, zasiadł na krzesełku, które własnoręcznie przytaszczył, wyciagając je spod pupy pielęgniarki piszącej co Maryśka i jak dostaje.

Po piętnastu, no, może szesnastu sekundach trzymanie namordnika okazało się – jak zwykle- nudne i do akcji musiała przystapić Matka. Kucała więc, zwisała, stała, klęczała i jęczała własnym kręgosłupem. Starała się przy tym zaciągnąć to, co Maryśka wypuszczała bokami, bo sama rzęziła potężnie. W każdym razie wzbudzała żywe zainteresowanie personelu medycznego każdego szczebla od sprzataczko-salowej poczynając, która z obrzydzeniem wycierała podłogę za Matką, choć ta nie zostawiała za soba żadnej substancji mokrej.

W połowie inhalacji wsadziła głowę przez drzwi Matki koleżanka pediatryczka, która umówiła się na odłuchiwanie Potworka w piatek.

-„To co, zajdziecie do mnie na posłuchanie?” – zapytała podejrzanie ożywiona.

matka zazgrzytała zębami i zaraz przestała. Nie miałby kiedy odwiedzić dentysty.

-„Eeee” – odrzekła zniechęcająco.

-„No to dobra!” – ucieszyła sie koleżanka, która zupełnie, ale to zupełnie nie zrozumiała intencji Matki – „Czekam!”

Czekała.

Maryśka ściągneła swój różowy sweterek, mroczny przedmiot pożądania Janeczki, która jednakowoż, po bliższych i dalszych oględzinach stwierdziła, że się w niego nie wbije. Matka wsadziła Potworka w ten sweter tylko zresztą dlatego, że nie przeprasowała ani jednej sztuki z dobrze znanej kupy.

Koleżanka przycmoktała się stetoskopem do pleców Maryśki i Matka usłyszała grzechot. Zdziwiła się nawet, bo miała oczy Potworka na talerzu i nic nimi nie obracało.

Rozejrzała się bacznie i po chwili zorientowała się, że grzechot, coraz zresztą gwałtowniejszy, dochodzi z ócz własnych pediatryczki, która dodatkowo robi miny powszechnie uznawane za mało obiecujące.

-„Wiesz…” – zaczęła koleżanka. Grzechot. Mina. Mina. Granat.

-„Ty może nic nie kończ!” – zarządziła Matka czując, ze może. Może, ale sobie. Pogadać.

-„Wiesz. Ja tu nie widzę innej możliwości…”- znów zagrzechotało.

-„Ty mi tylko nie wymawiaj tego magicznego słowa!” – szybko powiedziała Matka i zaklęła w duchu.

-„Ukoły?” – Matka zapytała zupełnie głupio i w obcym języku.

-„Yhy” – przytaknęła koleżanka również w obcym języku – „Wykup tutaj, a jak nie będzie, to pojedź tam a tam”

Matka wsadziła Potworka w kombinezon, pojechała tam a tam, bo tu a tu oczywiście nic nie było i nabyła siedem ampułek Biodacyny wiedząc doskonale, że mocno bolodupne są.

-„Damy pierwszą tu, na miejscu…” – orzekła koleżanka, kiedy Matka wysupłała po raz kolejny Maryśkę z kombinezonu – „…a resztę w domu. Nie będziesz jej ciągle wlokła po przychodniach, bo w sobotę i niedzielę byłoby trudno”

I Maryśka przeżyła jakoś, bo pielęgniarka podawała jej zastrzyk delikatnie, chyba ze dwie minuty.

A Matka , kiedy wróciła, przypomniała sobie o własnym lekarzu i pognała, bo był czas wieczornych przyjęć.

-„Bo ja sie, pani doktor, usiłuję szósty tydzień leczyć aspiryną i chyba już nie moge udawać, że mi niewiele pomaga…” – zaczęła Matka

-„Łech, łech, łech” – zaśmiała się lekarka po francusku i osłuchała Matkę.

-„O pięknie!!!!” – zachwyciła sie odgłosami wydobywającymi się z pleców Matki – „Damy Augmentin i 50% szans, że pani tu za tydzień nie wróci!”

Matka zarzekła się niczem żaba.

I czeka.

Czeka.

Czeka, kto pierwszy kasłać przestanie.

Póki co Janeczka dołączyła do konkurencji.

Tylko MiaUżon nie.

Przezornie wyjechał wczoraj na kilkudniowe szkolenie…

Mit Matki Polki

Matka wieczorem postanowiła. Zrywa z wizerunkiem Matki Polki! Jesli nią w ogóle jest…

No bo co to znaczy być Matką Polką?

Snuć się po chałupie z rozczochranymi kłakami, w wyciągniętej podkoszulce, szurając kapciami?

Mieć pretensje do całego świata, że trzeba coś ugotować, żeby rodzina nie wymarła śmiercią głodową?

Prać, prasować i układać w szafach z miną cierpiętnicy?

W przerwach pisać na licznych forach o kupkach, zupkach, szczepionkach i wkładkach laktacyjnych?

Wydzwaniać po znajomych i użalać się nad swoim losem?

Opisywać swojego „starego”, który nic tylko do tej roboty chodzi, podczas kiedy ja się tu „wk…”, bo mi pralka skarpetkę wciągnęła i przemieliła. Bo robale kaszkę wrąbały. I w ogóle „k…”, „k…” i „k…”?


NIE!

Matka-Polka ma właściwie ustawione proporcje.

Dzieci zadbane, starzy zadbani. Bez przesady.

Chałupa ogarnięta. W miarę.

Jest praca, jest dom.

Nie ma pracy? To są jakieś zainteresowania.

Urlop wychowawczy?

No Matka by chciała, żeby tak jej w swoim czasie przysługiwał! Ale nie dało się.

Matka Polka lepiej organizuje sobie czas, bo ma go mniej.

-„Kiedy ty robisz te rogaliki?” – dziwi się zawsze sąsiadka.

Ano wtedy, kiedy na górnej półce piecze się karkówka i schab w rękawach z folii.
Dwa w jednym.
Wash and go.


Ale Matka Polka miewa też wady, choć postrzega je czasem jako zalety. Niesłusznie.

Matka Polka nie daje sobie mianowicie prawa do chorowania.

Objeżdża lekarzy, apteki, zabiegi – ze wszystkimi z rodziny.

Sama leczy się tym, co ma, albo co nabędzie.

Aspiryna, wapno, kasztany, sok z kota, piekarnik na trzy zdrowaśki.

I skutek jest taki, że ciągle jest PRAWIE chora.

Jak wiemy PRAWIE robi dużą różnicę.


I Matka wczoraj postanowiła zmienić takie podejście do sprawy.

Położyć się nie może w dalszym ciągu.

Ale kiedy rankiem jak zwykle pół godziny smarkała tęczą, kasłała tęczą i przyglądała się swoim czerwonym migdałkom to stwierdziła, że lekarz też jej się należy.

Zaraz wróci do roboty, ale najpierw się dowartościuje.

Taką receptą.
Na Matki własne, osobiste nazwisko.

A potem receptę wykupi, będzie demonstracyjnie zażywać lekarstwa i wzorem Potworka grzechotać oczami.

-„Stjasnie się pochojojowałam!” – Matka powie.

A rodzina wyśle natychmiast Matkę Polkę do psychiatry…

😀

Matka w telewizji

Pognała Matka z Potworkiem do lekarza. Nie wygląda dobrze – Maryśka kaszle, jak oszalała, sapie, jak parowóz. Matka wpadła w popłoch, ze zapalenie płuc dziecku wyhoduje.

Na miejscu okazało się, że przyjmuje lekarka, która jeszcze Matkę leczyła. Osłuchała Potworka i orzekła brzydkie zapalenie oskrzeli. Inhalacje w przychodni, kontynuacja leków, Matce kamień z serca lekko spadł.

Sama tak nawiasem mówiąc powinna udać się do lekarza, bo faszerowanie się czwarty tydzień aspiryną i smarkanie tęczą o niczym dobrym nie świadczy.

Pytanie tylko – kiedy?

Matka o sobie myśli na końcu.

Póki co stanęła przy sztaludze i zajrzała mimochodem do elektronicznej poczty – a tam miłe zaproszenie do telewizji.

Że Matka Polka i tak dalej.

Towarzystwo – doborowe.

I Matka pomyślała, pomyślała, pomyślała… i odmówiła.

Bo pokazać się – znaczy uśmiercić blog.

A Matka nie chce.

Tak jej się wydaje, że nie.

Nie da się wtedy pisać dalej.

Nie, zdecydowanie nie.

Nie.

No i teściowa

Nadeszły długo oczekiwane ferie. Matka zacierała rączki już od dawna, bo postanowiła sobie podciągnąć roboty przy obrazie. Zamówiła nianię, która przez ostatnie pół roku cieszyła się świetnym zdrowiem i czekała.

Doczekała sie telefonu.

-„Kłuje mnie w boku, nie przyjdę” – zakomunikowała niania.

No Matka słyszała o tym kłuciu jakiś czas temu i myślała, że juz załatwione. Nie. Trudno.

W związku z powyższym Matka strzeliła sobie w łeb i musiała znaleźć wyjście awaryjne.

Szwagierka.

Pracuje w hipermarkecie, więc często ma wolne. Do tego zimą roboty w polu nie ma żadnej, więc zgodziła się od razu.

Ustaliły, ucieszyły się i Matka zamieniła się w jedno wielkie czekanie.

Telefon.

-„Słuchaj, syn mi się rozchorował, trochę go podkuruję i zamiast mnie przez dwa dni będzie przychodziła Babcia”.

No dobra. Syn przeżyje, wszak ma 26 lat i katar go złamać nie powinien.

Przybyła Babcia.

-„Zjadłaś już?” – zapytała.

Matka zadławiła się kanapką. Coś się święci…

-„No to zjedz, to ja wtedy ci pokażę”

Matka zastanowiła się przez chwilę, czy w takim układzie lepiej jeść, czy się ociągać. Głód zwyciężył.

-„No to już?” – upewniła się Babcia

-„Już” – odrzekła Matka i pożegnała się z tym światem.

Babcia zagrzebała w reklamówce i wyciągnęła colta. Album, znaczy się.

Otworzyła na jednej z pierwszych stron i podetknęła Matce pod oczy. Na fotografii szwagierka, jak żywa, choć Matka nie ukrywa, iż dało się zauważyć, ze trochę lepiej wtedy wyglądała. Szwagierka oczywiście. Matki w tym czasie na świecie nie było.

-„No i?” – Matce nie chciało się absorbować szarych komórek.

-„No jak to – no i?” – teściowa lekko się oburzyła -„No sama zobacz!”

-„No patrzę. Moja szwagierka. I?” – Matka nijak nic nie rozumiała. Zastanawiała się natomiast ile zdań rozpoczynających się na NO jeszcze wymieni z Babcią.

-„No pelerynka!” – teściowa spuchła z dumy.

Matka zarzuciła jeszcze raz spojrzeniem. Szwagierka ubrana była w komunijną sukienkę, w ręku świeca, pod kolankami klęcznik, na plecach pelerynka z anilany. Kwadratowe dziury i frędzle długości trzydziestu centymetrów.

-„No, faktycznie” – zgodziła się Matka.

-„No to ja taką pelerynkę zrobię Janeczce w prezencie na I Komunię!” – oświadczyła Babcia radośnie.

-„Aha…” – zasępiła się Matka. Czekała z rozpaczą na Pomysłowego Dobromira i jego kulkę, ale polazł gdzieś ,cholera. Pewnie na tablicy rysuje.

-„Wie mama co?” – Matka grała na zwłokę -„Jest tylko jeden problem. To zdjęcie jest z roku pańskiego 1964 i może być niejaki problem z modą…”

-„Pelerynka jest pelerynka!” – Babci nie odstrzelisz

-„To może mama ją pokaże Janeczce, bo co z tego, że ja powiem, żeby mama zrobiła, jeśli Janeczka nie będzie chciała jej włożyć” – Matka z ulgą zwaliła odpowiedzialność na Potwora, usprawiedliwiając się w duchu, że ma przy tym odrobinę racji.

Potwór westchnął z zachwytem. Matka była tego zresztą pewna.

-„A jeśli będzie 35 stopni?-” zapytała Matka teściową. W końcu 21 maja taka temperatura nie należy do dziwnych. Podobnie jak 5 stopni zresztą.

-„No to wiesz, no oczywiście…” – Babcia wyraźnie zaczęła się plątać – „Ale rozumiesz? Jak JA zrobię tę pelerynkę, to będę CHCIAŁA, żeby Janeczka ją WŁOŻYŁA!!!”


No to Matka rozumie.

Czuje bluesa.

No jest jazzy.

No!