Matka wstaje rano i kombinuje: najpierw jeden lek, potem drugi, następnie przerwa, śniadanie, przerwa, trzeci lek, czwarty. Tych razem nie można, tych osobno.
MiaUżon to już nawet nie startuje do konkursu, nie nauczy się, co Potworek bierze i już. Tymczasem poprzedniego wieczoru doszła nam kolejna atrakcja w postaci…
No właśnie.
-„Mamujku, NIC nie widzem!!!” – zajęczała Maryśka o świcie.
-„To otwórz oczy!” – poradziła zwięźle Matka.
–„Aje ja mam otfajte!” – zamarudził znów Potworek
Matka oprzytomniała. Obejrzała się na dziecię. Oczka – fakt – były otwarte, ale wisiały z nich malownicze żółte frędzle.
-„Żeż by to!” – skomentowała Matka i wykonała telefon, żeby dowiedzieć się ile wlewać tego, co już ma w apteczce Maryśce pod klapy.
A potem zrobiła rachunek sumienia.
Syropów – trzy butelki, każdy do dawania w innym czasie.
Zawiesina – jedna butelka. Jeszcze kiedy indziej.
Krople do paszczy – jedna butelka.
Krople do oczu – jedna butelka.
Aerozol przeciwalergiczny – jeden.
-„Czopki na zbicie temperatury w razie czego masz?” – zapytała Matsa.
Masz. Leżą perszingi na wszelki wypadek. Matka je nawet złożyła na pół, katiusza wyszła. Ciekawe kto wie, co to jest katiusza, jak ze szkołą na „Los człowieka” nie chodził i „Do krwi ostatniej”!
-„Może dostać zapalenia uszu od tego kataru. Masz krople?” – upewniła sie koleżanka lekarka.
Masz. Wszystko masz.
Żeby tylko nie pokićkało się, co dawać, jak dawać i kiedy.
Matce to zaraz się przypominają wszelkie, liczne pobyty na oddziałach babskich.
Bach! Kroplówka.
-„Ale ja tylko na badanie przyszłam…” – próbowała kiedyś oponowac Matka. No badanie miało być w tak zwanej narkozie, ale generalnie Matka zdrowa była.
-„To nic, my tu wszystkim na wejście od razu dajemy!” – machnęła ręką pielęgniarka. Ciesz się człowieku, znaczy się, że dostajesz, a nie, że ci żałują!
-„A tu proszę bardzo leki na wieczór!” – i Matka dostała do ręki szklanuchnę z jakąś niezwykle atrakcyjna w kształcie globulką. Też gratis.
-„Oczywiście to NIE JEST do połknięcia!!!” – pielegniarka zaprezentowała uśmiech Giocondy.
A Matka już wie.
Pielęgniarka miała chore dziecko. Musiała zapamiętać co, kiedy, jak i gdzie wetknąć.
A swoja drogą Matka nigdy nie widziała, żeby listonosz przynosił na oddział ginekologiczny listy.
I się nie dziwi!
Pewnie go potraktowali kroplówką.
I globulką.
W końcu gratis, nie?
… 7
Matka kuruje bez specjalnych efektów Potworka. Podobno nie będzie łatwo.
Matka też maluje, bo czas oddania obrazu zbliża się nieubłaganie.
Matkę szlag trafia, bo niania zadzwoniła, że jednak nie zaopiekuje się Potworami podczas ferii. Dobrze, że nie w poniedziałek rano…
Matka obiecuje, że bedzie zapamiętywać to, co się zdarzy i niebawem doniesie.
A tymczasem rodzina Matki potrzebuje.
Bo Matka ma priorytety.
Blog poczeka.
Chwilkę.
Celsjusz wysoki
Matka zamówiła wizytę u lekarza dla Maryśki. Bała się trochę, bo trzeba było dziecię wieźć mimo temperatury. Matka spoza rejonu jest i to tak bardzo mocno, więc na wizytę domową liczyć nie można, chyba, że się samemu lekarza przywiezie. Ponieważ na zostwienie Potworka samego w domu raczej przez najbliższe kilka lat Matka szans nie ma, więc pozostało zrobić za górę i pojechać samemu.
A karetka, wożąca lekarza?
A co to jest karetka?
Bo rejon już dawno zapomniał.
Pieniędzy nie ma.
O.
No to Matka załadowała Potworkowi coś na gorączkę, a raczej przeciw i modliła się, żeby ta spadła akurat na wyskok z chałupy. Spadła.
Matka biegusiem zapakowała dziecię do auta, popruła do lekarza, dowiedziała się, że wirus i trzeba przeżyć. No i że trzy dni może być marnie.
No tyle to Matka wiedziała, ale co lekarz osłucha, to osłucha.
I po dziesięciu minutach Matka gnała już z powrotem.
Bach! Radyjko, żeby Maryśka chociaż nie usnęła.
Bach! Dmuchawa, bo ni choroby nie widać w szybach.
Bach! Wycieraczki, bo leje.
„Miau, miau, miau, miau?” – doszło Matkę z tylnej ławki.
Nie da rady nic usłyszeć w tym hałasie.
Trudno. Będziemy jechać po omacku.
Bach! Wyłączyła Matka dmuchawę.
Bach! Wyłączyła wycieraczki. Nie szło jechać. Włączyła z powrotem.
Bach! Radio zamknięte.
-„A teraz powiedz jeszcze raz, kochana” – Matka zarzuciła uszami za siebie.
–„A cy one za nami tenskniom?”– zapiszczał Potworek słabym głosikiem.
Matka skupiła się najbardziej, jak tylko można. Wszystkie bity przerzuciła na słuchanie, zostawiwszy tylko jednego na niewjeżdżanie pojazdowi poprzedzającemu w tyłek. I nic nie wymyśliła.
-„A KTO ma za nami niby tęsknić?” – zapytała z nadzieją, że Maryśka wyjaśni.
-„Nooo… cy tenskniom za nami, kiedy nas nie ma?” – ton głosu Potworka stał się bardziej płaczliwy.
-„Ale KTO???” – Matka rzuciła do tyłu wszystkimi bitami. Niech się dzieje, co chce!
–„Nooo…cy WYCIEJACKI w samochodzie za nami tenskniom???”
Matka dojechała do domu z szybkością 300 000 km/s
40,5
Czterdzieści stopni i pięć kresek.
Słownie.
Tradycja
Matka skończyła nauczanie dzieci w pierwszym semestrze i postanowiła się wyspać. Choć raz. Piętnaście minutek dłużej.
A co robią dzieci, które cztery tygodnie siedziały w domu, bo były chore?
Takie dzieci wracają do przedszkola. Pierwszego dnia zaczynają kasłać.
Drugiego dnia mają bal karnawałowy.
A trzeciego dnia siadają rano na łóżku o 6.15 i oświadczają coś takiego, że Matka natychmiast rozkleja oczka. Bo o tej porze dziecka armata nie jest w stanie zbudzić. Ba, nawet godzinę później!
Dzieci takie oświadczają mianowicie, że mają ochotę wstać, ubrać się i w ogóle.
Matka wyciąga termometr.
Czterdzieści.
No to zaczęły się nam ferie.
To się nazywa TRADYCJA…
%$#@%$#&!!!
Rogi
Matka lekko pada na pysk. Wysiaduje jaja na radach i wywiadówkach a w tak zwanym międzyczasie wprowadza młódź w świat nauki. Wystaczy, żeby się pociąć.
Tymczasem Potwory, te niezawodne kochane Potwory, na które zawsze przecież można liczyć, doprowadzają Matkę rano do ciężkiej rozpaczy. Pióra latają jak zwykle, smarki z nosa też, herbata jest wylewana, bo jak się szlocha, to jak inaczej?
Do tego Maryśka, do tej pory grzeczna jak baranek zaczyna delikatnie wystawiać ostre różki. Matka podejrzała nawet, jak Janeczcka opiłowuje je papierem ściernym numer 240, wodoodpornym, żeby lepiej bodły i bez zadziorków. NIE-DO-CZE-KA-NIE!!!
Kiedy więc Maryśka siadła sobie dziś na zamkniętym sedesie i stwierdziła, że nie będzie się przebierać, bo czeka, aż Matka to zrobi – a Matka tymczasem szorowała zęby jedną ręką, suszyła łeb drugą oraz zdejmowała spodnie od piżamy systemem pocierania jednej nogi o kolejną, a którą, to łatwo sobie policzyć – Matkę trafił jasny szlag i wpruła Potworkowi w tylne części ciała położone tak mniej więcej pośrodku. Bo rano Matka ma wyliczone co do minuty i nie będzie sterczeć w korku, żeby Janeczka znów spóźniła się do szkoły!
Nawiasem mówiąc potem można było juz zapomnieć o samodzielnym ubieraniu, ale za to wieczorem dziecię szybko sobie przypomniało poranek i „nie chcem” uwięzło mu w pięknym gardziołku. Rozebrało się jak ta lala i Matka wymyła Potworka na wysoki połysk.
-„Wiesz ty co?” – zaczęła Matka pojednawczo, wycierając pilnie Maryśce za uszami -„Ty to się robisz jakaś niegrzeczna, czy co? Strasznie mnie to martwi, bo ja nie chcę się na ciebie denerwować i w ogóle…”
Potworek popatrzył na Matkę uważnie i wypuścił delikatnie, tak tylko troszeczkę dym z uszu. Matka szybko zamachała ręcznikiem, i udawała, że nic nie widzi, ale jak Maryśka zagrzechotała oczami, to już się nie dało nie zauważyć.
Potworek myślał.
Kombinował.
Kątem pluł. Plował.
Oczy w górę.
Oczy w dół.
Kanał lewy.
Kanał prawy.
–„Jestem WYSTAJCIAJONCO ślicna, zieby być niegziećnom!!!” – zakomunikował .
Krótka piłka.
Western
Matka ściągnęła do domu. Czas teraz zwariowany. Rada goni radę, a wywiadówka wywiadówkę. Matka obawia się, że pomyli w końcu szkoły, tudzież terminy i w amoku dokona samopodsumowania na wywiadówce u Janeczki…
Pomylić może jeszcze bale przedszkolne, szkolne i studniówki!
Byle do końca tygodnia.
Jedno, co pozytywne to to, że Maryśka po czterotygodniowej nieobecności nawiedziła wreszcie lokale przedszkolne, stąd Matka wie, że na pojutrze szykować musi znów jakiś przeklęty strój. Jak tak lepiej zagrzebie jednak w pamięci, to z pewnością przypomni sobie, gdzie ciepnęła – o, wyrodna – andrzejkowe przebranie czarownicy. Otrzepie z grubsza i wsadzi z powrotem w reklamówkę. I do samochodu. Z Potworkiem. Wstrętna Matka jest niesłychanie. Nie zapewnia dziecku komfortu, jakim z pewnością jest obcowanie z różnego typu strojami balowymi. Nie urozmaica jego żywota! Ohydna Matka, be, be!
Matka durna nie jest i pieniędzy po próżnicy wydawać nie będzie na żadne takie tam. Nawet, gdyby chciała, to i tak nie ma kiedy. O!
-„Pamiętaj, że mam być przebrana za dziewczynę kowboja!” – po raz dwieście czterdziesty ósmy przypomniała Matce Janeczka.
Matka do dziewczyny kowboja podchodzi tak samo, jak do cyganki. Gasi się znaczy światło, otwiera szafę, wsadza łapsko i wyciąga pięć dowolnych rzeczy, zwracając uwagę, żeby jednakowoż były to ubiory przykrywające zarówno górę, jak i dół, bo z pięciu par spodni zwykle niewiele wynika.
Po zapaleniu światła mamy strój cyganki jak żywy! Matka doszła więc do wniosku, ze dziewczyna kowboja, a właściwie dama, która opiera się o bar w saloonie (Matka przezornie nie wyjaśniała Janeczce, czym parały się zwykle takie panie) wygląda podobnie. Poszła więc do pokoju Janeczki głęboko przekonana, że bez poprucia jakichś starych spódnic i tak sie nie da, ale wzdrygało ją na tę myśl tak okrutnie, że aż nie zgasiła światła, bo zapomniała.
Otworzyła drzwi od szafy i wyciagnęła czym prędzej ze swych szarych ócz sukienkę w kolorze wściekle fioletowym. Wyciagnęła, bo sukienka jej się w te oczy rzuciła.
Matka obrzuciła ją fachowym spojrzeniem i doszła do wniosku, że się NIE nadaje, bo jest krótka, szyfoniasta, różyczkowo – naszytą i w ogóle. Matka zauważyła również, a raczej usłyszała, że dzwonią. Dzwonią z całych sił. Znaczyło to ni mniej, ni więcej, tylko tyle, że sukienka za moment będzie wyglądała na Potworze jak top na ramiączkach.
-„Mam świetny pomysł!” – zakomunikowała radośnie Matka Janeczce – „Przecież najlepiej będzie, jesli włożysz tę oszałamiająca sukienkę z bufiastymi rękawkami i przypiętymi różami. Fiolet to ulubiony kolor dziewczyn kowbojów!”
I tej obrzydliwej, okrutnej Matce wyzyskiwaczce nawet nie drgnęła przy tym powieka. To determinacja tak działa. Jak botoks.
Potwór pokraśniał.
-„Naprawdę MOGĘ iść w tej sukience?!!” – wyszczerzył kły w uśmiechu.
-„No już idź, idź!” – zgodziła się łaskawie fałszywa, ohydna Matka i zatarła w duchu łapki.
I Potwór poszedł.
Matka wróciła zaś z rado-wywiadówek i spytała w progu:
-„I jak było?”
Janeczka wydęła wargi i wzruszyła ramionami.
-„Coś nie tak z sukienką?” – zaniepokoiła się Matka
Jeszcze jedno wzruszenie ramion.
Matka strzeliła wzrokiem w MiaUżona.
-„Nie została królową balu!!!” – zaszeptał ślubny w ucho Matce.
Aaaaa, takie buty!
-„A inne dziewczyny jakie miały sukienki?” – Matka próbowała delikatnie ominąć temat. Tak, jak się omija czołgiem ździebełko trawy.
-„No fajne miały. Ja też świetnie wyglądałam!” – mruknął wreszcie Potwór
Aha. Czyli z sukienką wszystko OK.
-„Ale nie wybrali mnie na królową!!!” – rozżaliła się Janeczka.
-„Eeee, tam!” – machnęła ręką Matka -„Wiesz, to jest akurat mało ważne. Grunt to żeby się dobrze bawić!”
-„Nooooo…” – zamruczał Potwór posępnie i nagle sie lekko rozchmurzył.
-„A wiesz, kupa śmiechu była!!!”
-„A z czym?” – Matka przez skórę czuła, że obiekt obśmiewany nie był z tego powodu najszczęśliwszy.
-„No wiesz, Samanta dwa tygodnie nam truła, jaką też ona ma sukienkę. I że będzie najpiekniejszą dziewczyna kowboja. Falbanki, kokardki, sukienka do kostek, chusta i tak dalej. I że żadna z nas jej nie dorówna. Basi to nawet było przykro…”
-„No i co z tą najpiękniejszą sukienką?” – zapytała niepewnie Matka, która zawsze na wywiadówkach jest porażona nowymi kolorami, fryzurami i strojami matki Samanty. Dziewczyny kowboja wersja XL.
-„No mama Samanty prasowała jej w ostatniej chwili tę sukienkę i wypaliła dziurę…”
-„I przyszła z dziurą?” – zdziwiła się Matka
-„No nie!” – żachnął się Potwór – „Dostała do wyboru od mamy: albo nici z balu, albo strój kury!”
-„I?” – Matka się zaturlała.
-„I mieliśmy jedyną kurę na Dzikim Zachodzie!!!”
No. Kurę na dziko…
Alarm
Wieczoru poprzedniego ciąg dalszy. Wcześniej się Matce nie zmieściło.
Matka siedziała więc jak na szpilkach, ale jednego była pewna – Maryśka padnie, jak betka. Nie chodziła bowiem do przedszkola już czwarty tydzień i w związku z tym nie leżakowała. Kładła się wieczorem na poduszkę, trzy oddechy i Matka mogła się wynosić do swojej pracy.
Ale rzecz jasna nie wtedy, kiedy jest coś ważnego do zrobienia, coś, co poczekać w żadnym wypadku nie może!
–„Popjose przitulankę!” – zakomunikowało grzecznie dziecię, kładąc łepetynę na poduszce i wystawiając części strategiczne do góry. Odkąd Maryśka zawarła bliższy kontakt z wezgłowiem łóżka robiąc manewr w dokładnie odwrotny sposób, będący nawiasem mówiąc wariantem tradycyjno – najczęściej spotykanym, czyni to od końca. Dziwnie, ale za to malowniczo…
I skutecznie.
Zając został przyjęty bez komentarzy, ułożony obok jaśka i przykryty.
–„Eeee…” – Potworek przemyślał jednak sprawę – „Co bende majnować kojdłe. Ma futjo!” – i zabrał z pluszaka okrycie, opatulając się po sam nos.
Nelson, zając, zając, nelson, sapnięcie jedno, drugie, trzecie…I Matka bezszelestnie podniosła cztery litery z fotela.
-„Gdzie idzies?” – skrzypnęły klapy na oczach Maryśki i uniosły się o trzydzieści centymetrów.
Matka siadła natychmiast. Cholera.
-„Nic, nic!” – odchrzaknęła -„Ja tylko się poprawiałam!” – dodała klnąc w duchu swoją głupote. Trzeba było poczekać pół minuty, a tak zabawa od początku!
Potworek opadł na poduszkę, opatulił się, nelson, zając, zając, nelson, sapnięcie jedno, sapnięcie drugie, sapnięcie trzecie, nie, nie, Matka durna nie jest, poczeka na trzydzieste sapnięcie, sapnięcie czwarte…
-„UUUuuuUUUuuuUUUuuuUUUuuuUUUuuuUUUuuuUUUuuuUUUuuuUUUuuu!” – zawyło z ulicy alarmem jakiegoś sąsiada.
No niech go popieści, odporny jeden! Nawet nie ruszy tyłka, żeby wyłączyć to cholerstwo.
-„UUUuuuUUUuuuUUUuuuUUUuuuUUUuuu” – nie, no Matka zamordowała faceta już dawno. Niech rodzina wyłączy tego psa, wilka, czy inny rodzaj wyjca!
-„UUUuuuUUUuuuUUU PIK, PIK, PIK!!!” – przestało.
Matka odetchnęła. Maryśka zaszeleściła. Nic dziwnego!
-„UUUuuuUUUuuuUUUuuuUUUuuuUUUuuuUUUuuuUUUuuuUUUuuu” – no w mordę jeża, kolejna zwrotka!
-„Niech on przestanie!” – zaryczała Janeczka z sąsiedniego pokoju. No, jak już się Potwór obudził, to rzeczywiście!
-„UUUuuuUUUuuuUUUuuuUUU UU UU uuu u u…” – alarm zamarł.
Matka nie naiwna. Czekała na decydujące stracie.
Nie nastąpiło.
Jedno sapnięcie, drugie sapnięcie, trzecie sapnięcie, czterdzieste ósme sapnięcie…
Matka uniosła się lekko na łokciach, delikatnie, żeby nic nie skrzypnęło…
–Słysałaś?”– zapytało rześkim głosem z łożeczka.
Nie, cholera, nie słyszałaś!!! Tylko idziesz teraz, żeby szuflą od śniegu pogonić te wszystkie zombie, co się były nieuprzejme obudzić i stać pod płotem.
-„Tak, tak” – wymamrotała Matka i zdusiła w sobie resztę, siadając na jakiejś poduszce. Poduszkę też zdusiła.
–„No to nigdzie nie ić! Mozie ten ślićny ptasiek znóf dla nas zasipiefa…
Plany i normy
Matka zaplanowała sobie wieczorną pracę. No zdarza się. Właściwie Matka najczęściej robi coś po nocach, ale rzadko kiedy musi tak na jutro, na termin, na zaraz i w ogóle.
Kiedy zaś Matka cichaczem sobie coś takiego postanowi, to może być pewna, że Potwory nie zawiodą! Najgorzej, jeśli muszą zrobić coś razem z MiaUżonem – wtedy już można być pewnym, że:
-tak, Potwory po zjedzeniu podwójnej kolacji umrą z niedożywienia i podłości wyrodnych rodziców, którzy nie dostarczą im kolejnej porcji bezpośrednio przed kąpielą
-nie, wstrętni starzy akurat tego dnia nie mogą zmienić im piżamy (to Janeczka), która to piżamka przez dwa dni została zaliczona do najohydniejszych ze względu na swój krój, kolor itd. (tu wstawić odpowiednie)
-nie, okrutna Matka nie poszuka tego wieczoru kartonu w kolorze różowym, potrzebnego za tydzień, a który to karton jest niezbędny do egzystencji Potwora dokładnie w danym momencie
-nie, najgorsza z Matek nie przygotuje w tym momencie stroju na bal, na którym to balu Janeczka ma być przebrana za dziewczynę kowboja. Oczywiście chodzi o letnią spódnicę w kolorze, no, zgadnijmy w jakim kolorze, dla ułatwienia Matka doda, że spódnica ma oszałamiającą ilość falbanek.
-nie, Matka nie zmieni w tym momencie pościeli Potworowi na białą w różowe kwiatki
-nie, Matka nie kupiła płynu do kąpieli i na razie nie kupi. To straszne, ale dalej trzeba sie myć mydłem!
-nie, Matka nie pozwoli zabrać do szkoły pięciu pełnowymiarowych segregatorów z karteczkami Witch. Pełnowymiarowość polega na formacie A4 z okładem, wysokości znacznie przekraczającej normę największego biurowego segregatora i ciężarze pojedynczej szuki około pół tony
-nie, Matka nie pozwoli Maryśce rozebrać na sedesie piętnastu Barbiów do rosołu, bo nie lubi wyławiać okularków, szpileczek i kozaczków z (użytego oczywiście) sedesu
-nie, Matka nie ma żadnych żelek na czarną godzinę. Wszelkie czarne godziny nadeszły już wielokrotnie i żelki zostały bezceremonialnie wyżarte!
-nie, Matka nic nie ma w planach, absolutnie, wydaje ci się Janeczko
-nie, Matka nie jest zdenerwowana
-nie, tatusia wcale nie trafia szlag!!!
-nie, nie, Matka nie sinieje, to taki odblask od bluzki! Bluzka brązowa? Wszystko jest względne…
-nie, tatuś nie topi Maryśki, tatuś szybko ją kąpie
-tak, tak, tak, oczywiście. Starzy są najgorsi z możliwych na świecie.
Dramat.
Prokuratura.
Kładzenie spać trawało godzinę dłużej, niż zwykle. Potworom się spać w ogóle nie chciało.
Matka roboty nie ruszyła…
Jak zwykle.
Potwornie charytatywnie
Kiedy Matka wraca z Potworami do domu zawsze ma ten sam problem: Janeczka obrażona bo cośtam, Maryśka śpiąca (i choćby Matka stawała na głowie, to nic nie powstrzyma klap Potworka przez opadnięciem dokumentnym trzysta metrów przed domem) a w bagażniku wory z zakupami.
Matka za każdym razem sobie obiecuje, że najpierw wsadzi Potwory do domu i zarządzi rozbieranie, a potem pogna do bagażnika, żeby w zależności od pory roku nie wściekły się surówki, bądź nie zamarzły jaja. I nawet tak robi, ale kiedy dochodzi do samochodu, co tam zresztą dochodzi, przybiega pod samochód, dziwnym zrządzeniem praw fizyki stoi tam już Potworek.
–„Ja ci pomogie!” – zapowiada i wyciera kombinezonem pół błotnika.
Matka oczami wyobraźni widzi sąsiada wpadającego w poślizg na nieswoich rozbitych jajach i swoje ogrodzenie, które trzeba potem naprawić…
-„Wracaj do domu natychmiast!” – woła Matka, która wcześniej z Potworka zdarła przezornie część odzienia, żeby ten już nie wyszedł. Jak widać nie robi to na nim żadnego wrażenia.
–„Daj mi coś!” – Maryśka wygina niebezpiecznie paszczę w podkówkę i Matka wsadza natychmiast w małą grabkę jakieś worki na smieci albo papierowe ręczniki i Potworek z poczuciem spełnionej misji oddala się w podskokach.
A za nim Matka z czternastoma reklamówkami na jednym palcu, w celu wykonania Rejtana w drzwiach do domu.
Jest jeszcze wariant drugi…
Matka nie ma zakupów, ale ma listy w skrzynce.
Potwory stoją wtedy przez dziesięć sekund pod drzwiami i szorują butami po zlodowaciałych kupach śniegu usypanych przez MiaUżona. Nie daje się bowiem wytłumaczyć ślubnemu, że wywalanie śniegu pod las jest może bardziej pracochłonne, ale za to wejście do domu wygląda nieco bardziej estetycznie. A tymczasem Matka przebija się do chałupy tunelem, mając po bokach pryzmy śniegu na wysokości 3/4 metra. Za pryzmami jest za to Matki podjazd, a właściwie zjazd do garażu, a także podjazd sąsiada, który wygląda dużo lepiej, bo jest podgrzewany, a poza tym sąsiad o niego dba i czyści do ostatniego płatka śniegu.
Kiedy więc Matka gna z listami do drzwi, widzi na ogół, że Maryśka zdążyła przekazać część śniegu z pryzmy sąsiadowi i na jego podjeździe leży stożek białego puchu, objętości średniej taczki.
-„Matko jedyna, co ty wyrabiasz?!!!” – Matka łapie się za głowę -„Przecież tak nie można! U sąsiada nie ma śniegu, taki czyściutki podjazd, co sobie pan o nas pomyśli???”
A wtedy Maryśka patrzy zwykle na Matkę ze zdumieniem przemieszanym z lekkim obrzydzeniem i mówi:
–„Zafsie mi poftaziaś, zie tsieba dzielić siem z innymi tym… co sie ma!!!”
Podsłuch potworny
Matka upycha Maryśkę juz czwarty tydzień po nianiach i teściowej, z naciskiem na tę ostatnią i zastanawia się, jak długo jeszcze. Zapalenie oskrzeli odeszło w niebyt, ale antybiotyk świezo skończony, alergia nasilona a leki jeszcze nie zaczęły działac na dobre. Matka sześć razy zaliczyła kontrolę u lekarza, ile wydała na leki to już nawet nie podliczy, bo wystraszy się sama siebie w lustrze…
Tak więc ranki zaczynają się upojnie od odwożenia Janeczki do szkoły ( osiem awantur świtem, cztery w samochodzie, jedna pod szkołą) a następnie kończą wpychaniem Maryśki na drugie piętro i gonitwą do pracy.
Wchodzenie po schodach u teściowej znacznie straciło ostatnio na komforcie!
Dwa tygodnie temu Matkę zbił w drzwaich klatki schodowej odór chemiczny niesłychanie, którego to smrodu Matka nie potrafiła zidentyfikować. Stężenie było za duże dla Matkowej armaty, czyli finezyjnego noseczka, dwa metry długości.
-„Co to za SY-MY-RÓD???!!!” – zapytała Matka teściową, gdy na wdechu wlazła biegusiem na górę.
-„Ja nic nie czuję!” – zdumiała sie teściowa i wystawiła głowę.
A potem zabarykadowała się w domu razem z Matką i Potworkiem.
-„Chyba trutka na szczury!” – zawyrokowała.
-„Trutka na szczury?” – powtórzyła Matka jak papuga – „Chyba na dinozaury!!! Przecież wytrują całą chałupę!”
-„No, faktycznie…” – teściowa nie była jednak prezekonana, że fetor ją pokona.
-„Przecież to trzeba zadzwonić do administracji. Tak nie może być!!!”- zawołała Matka i na wdechu pognała do szkoły.
Wieczorem zwalało z nóg jeszcze chętniej.
-„I co? Dzwoniła mama?” – zapytała Matka teściową.
Akurat. Matka naiwna.
Nie pozostało nic innego, tylko psioczyć. Matka w godzinach pracy spółdzielni nie bywa pod telefonem a komórki używać w tym celu nie zamierza.
-„@#$%^$#%” – mełła więc Matka co rano przekleństwa, ale tak po cichutku, żeby nie zgorszyć Potworka, po czym łapała resztki tlenu i gnały na górę.
Maryśka nic na szczęście nie słyszała…
Kiedy jednak po dwóch tygodniach śmierdziało dalej (jak to teściowa fachowo określiła – karbolem), Matka wlazła, wpuściła jak zwykle przed siebie Maryśkę i wzięła oddech, żeby najpierw wyrazić swoje zdanie. Tak po cichutku.
Potworek jej w tym jednak lekko przeszkodził. Odwrócił się dwa schodki wyżej, nabzdyczył i zagrzechotał oczkami prawoskrętnie. Znaczy się kombinował.
-„A mozie tak, mamujku, dziś inaciej?” – zapytał
-„Inaczej, to znaczy jak?” – spytała szybko Matka, bo zaczęła się już dusić.
-„Noooo, na przikłat powiemy dzisiaj: Ajaj! Ajes tu letko brzitko pachnie Koziołkiem Matołkiem…”