Bliźniacza gwiazda

-„Ty wiesz, mama? Każdy z nas ma jakąś bliźniaczą gwiazdę!” – oznajmiła z dumą nafaszerowana jakąs nową wiedzą Janeczka, wsiadając do samochodu i przygniatając swoim tornistrem zaczepno-obronną torbę Matki. Matka zaraz dostała piany, ale temat gwiazdy na tyle ją zainteresował, że wytarła się starannie chusteczką i zapytała:

-„Bliźniaczą gwiazdę?”

Janeczka zrobiła do Matki wielkie oczy i napełniła pustą przestrzeń wokół tęczówek pogardą.

-„No co, może nie wiesz, co to znaczy bliźniacza gwiazda?”

Matka nie wiedziała.

-„Bliźniacza gwiazda to nie za bardzo” – próbowała jakoś wybrnąć z sytuacji z twarzą -„Ale wiem za to, że jest gwiazdozbiór Bliźniąt!!!”

Janeczce najwyraźniej coś się pokićkało i należało wiedzę naprostować, żeby Potwór nie narobił sobie obciachu wśród koleżanek.

-„Nie żaden gwiazdozbiór, tylko każdy człowiek ma bliźniaczą gwiazdę!” – wkurzyła się Janeczka.

-„Aaaa, tu cię mam!” – pomyślała Matka. Ani chybi jakaś koleżanka Potwora przyniosła do szkoły pisemko typu „Wróżka”.

-„No i?” – przynagliła Matka.

-„No i ja mam taką gwiazdę, tylko zapomniałam, jak się nazywa!!!” – zasmuciła się Janeczka.

-„A tym to się nie przejmuj!” – Matka machnęła ręką i o mało nie urwała zderzaka o kupę śniegu na poboczu – „Te gwiazdy to mają czasami strasznie skomplikowane nazwy, a nawet tylko numery…”

-„A ta moja gwiazda to w dodatku ma czterdziesci osiem miliardów!” – Janeczka wcale nie słuchała, co Matka jej zawzięcie tłumaczy.

-„Nie mówi się, że ma czterdzieści osiem miliardów, tylko, że znajduje się czterdzieści osiem miliardów kilometrów od Ziemi!” – sprostowała Matka – „A najlepiej to taką dużą sumę podać w latach świetlnych, tylko nie wiem, ile to wtedy będzie!”

Potwór spojrzał na Matkę równie wielkimi oczami, co poprzednio, ale Matka nie znalazła tam podziwu, tylko kolejną porcję pogardy i politowania.

-„Moja bliźniacza gwiazda MA czterdzieści osiem miliardów!!!” – wyskandowała Janeczka, żeby Matka dobrze ją zrozumiała -” Czterdzieści osiem miliardów do-la-rów! I piętnaście Cadillaców. I kilka domów! I śpiewa! Tylko ciągle tego nazwiska nie pamiętam!”

Kaszel

Maryśka mimo antybiotyku dalej kaszle jak dychawiczne auto naszych dawnych, wschodnich sąsiadów, z tego powodu własnie tak samo nazwane. Matka nie wie, czy wyłuszczyła należycie, ale zapewne każdy się domyśla, że samochód nie nosił imienia Maryśki, jeno jej przypadłości. No bez sensu Matka pisze.

Matka nawiedziła dziś więc lekarza pediatrę, który osłuchał Potworka i z zadowoleniem stwierdził:

-„No nareszcie się wykluło!!!”

Matka zrobiła wielkie oczy.

-„A CO się miało wykluć?”

-„Kaszel. Siedzi w oskrzelach. Ostatnio jeszcze nie było go tam słychać.” – wyjaśniła pediatra.

I Matka dostała kolejną receptę, żeby kontynuować leczenie. Za chwilę sama będzie musiała wziąć sobie coś końskiego, bo rzęzi podobnie, nie mówiąc już o MiaUżonie.

„Nie będzies mnie juź usypiać na kolanach! Włazię do łóźka!!!” – zarządziła Maryśka wieczorem a Matka natychmiast zmówiła trzy litanie dziękczynne. No Maryśce ostatnimi czasy się zdarza co prawda usypiać w łóżku, ale Matka musi ją raczej mocno namawiać.

Matce pozostanie mieć nadzieję, że ten nowy zwyczaj wejdzie Potworkowi w nawyk.

„Pzikjij mnie tylko kojdejkom i kocykiem i daj misia”

Matka galopkiem dała misia, nie, nie tego, tamtego, nie, nie tamtego, jest twardy, tego, nie ten ma wąsiki, będzie mnie kłuł, tamtego, nie ten ma oczka wystające, zahaczy mnie, no ten, nie, ten duży, no, o, o, może być.

W łóżku wylądował miś Janeczki i o to chodziło.

Został troskliwie położony na poduszce, przykryty starannie kołderką, następnie kocykiem, po czym Maryśka założyła mu czułego nelsona na szyję, ustawiła oczka, oczka misia ma się rozumieć, żeby patrzyły na nią, przygładziła kudełki, znów myslimy o kudełkach misia, jeszcze raz strzepnęła niewidoczny pyłek z kołdry i…

„Kachu, kachu, kachu!!!” – zaniosła się kaszlem i obryzgała misia równo po pysku. No, może po mordzie. Jak zwał, tak zwał, wiadomo o co chodzi.

-„O rety!” – zatrwożyła się Matka -„A ten misio to się od ciebie nie zarazi tym kaszlem?”

„No coś ty!!!” – zaśmiał się Potworek – „Psecies ten misio nie jest nojmalny!!!”

-„Nie jest normalny?” – zapytała Matka – „No to jaki?”

„No wies…” – Maryśka zrobiła okrutnie mądrą minę – „Nie jest nojmalny, tylko taki PSZITULAJNY…”


Aha….

To Matka już wie, skąd z MiaUżonem mają ten cholerny kaszel!!!

Jak Maryśka się w nocy ładuje między nich do wyra, to też są naprzemiennie przytulajni…

Plombą go

Ostatnio nie schodzi nam z tapety temat zębów. A to Janeczce coś dolega, a to Matka ma wizytę, a to MiaUżon marudzi, że coś jest nie tak – generalnie cholery można jasnej dostac, bo zęby to nie jest miły temat, zwłaszcza, że jakoś tak jakby konto uszczuplał. Troszeczkę.

Matka kombinuje więc, jak może, żeby tak nie było. O koncie myśli. Bo zębów to już raczej się nie oszuka.

Po niedawnym nocnym bólu zęba u Janeczki, który to ząb w maleńką dziureńkę był zaopatrzony, niedawno wyleczoną zresztą, Matka zaatakowała dentystę szkolnego. Ząb jest mleczny, żadna super plomba nie jest potrzebna, za to boli i trzeba zajrzeć.

Atak powiódł się znakomicie, Pani ząb Potworowi zatruła, a Matka skomentowała to odpowiednio, no bo co tu kryć – ząb, który ma dziurę, jak łebek od szpilki i jest do zatrucia nie zasługuje na żadne względy. ŻAD-NE!!!

-„No to pokaz mi pozostałe, czy czegoś tam nie ma!” – zarządziła Matka w domu, bo miała sprawdzac przez kolejne trzy tygodnie, czy trucizna dobrze siedzi w zębie.

-„Wszystko mam w porządku!!!” – zaprotestowała Janeczka.

-„Dobra, dobra!” – machnęła ręką Matka zaglądając Potwoowi w paszczę.

Matka zagląda tam ze dwa razy w tygodniu i zawsze się czegoś czepia.

-„O rrrety, plomba ci wyleciała!” – Matka załapała się za głowę. – „Jeszcze dwa dni temu tam była!”

– „I jest! Taka czarna!” – Janeczka szybciutko zatrzasnęła klapy.

-„Czarna to ona była! Teraz jest miejsce po czarnej plombie!!!” – Matka kombinowała jak też da znać dentystce, żeby zaraz zakleiła to Potworowi, zanim dalej coś się będzie działo.

A potem pomyślała sobie jak to jest, że lekarz leczy jeden ząb i nawet dziobem nie kłapnie dzieciakowi, że obok też zaraz trzeba działać. Żeby zresztą raz to Matkę spotkało, ale nie. Dentyści dzielą sie na tych, co leczą małą dziurę, kiedy obok wszystko się wali, oraz na tych, którzy zanim wezmą się do leczenia zęba, z którym się przyszło, najpierw szarpią wszystko po drodze, co popadnie. Matka zdecydowanie woli tych drugich.

A potem Matka wykonała telefon do koleżanki, bo przypomniało jej się, że chodzi miesiąc z fleczerem i wypadałoby sie chyba pojawić. Pojechała więc do SąsiedniegoWiększegoMiasta i tkwiła na fotelu bite dwie i pół godziny z otwartą paszczą i koleżanką wiszącą jej u pyska.

-„Tylko nie zamykaj!” – wołała koleżaka oddalając się w celu utarcia tego i owego, uprzedzając niecne zamiary Matki.

Matka po godzinie nie miała już nawet siły.

-„No dobra, teraz zamknij!” – pozwoliła łaskawie na koniec.

-„He hoge!!!” – wyjęczała Matka.

-„To zamknij sobie ręką!” – poradziła dentystka a Matka zamordowała ją wzrokiem natychmiast i wielokrotnie, ze szczególną dozą okrucieństwa.

I wróciła do domu.

-„Muszę umówić się i też tam jechać” – oznajmił MiaUżon w progu – „Rozbolała mnie dziś ósemka”

Nie, no epidemia.

Makabra.

Czarna rozpacz.

Dobrze, że przynajmniej Maryśka nie ma żadnych kłopotów z uzębieniem. Na razie.

Załomotało na schodach uskarpetkowionymi piętami Potworka.

-„Ooooooo, jak dobzie, zie jesteś Mamujku!!!” – zawołało uszczęśliwione dziecię.

-„No jestem, jestem, a co sie stało?” – spytała Matka i zaraz tego pożałowała.

„Okjjjjjopnie boli mię zomp!!! – Maryśka zrobiła zbolała minę.

Matka siadła.

-„Czy to sie nigdy nie skończy?” – zajęczała – „Chodź tu i pokaż mi, który!”

Potworek przygalopował i rozdziawił wrota.

„Oooo tam!” – pokazał Matce kły, aż zobaczyła buraczki w żołądku –„PIEŁTYNASTKA I DWUDZIEŁSTKA!!!


Ahaaaaaaa….

No to Matka musi poszukać dentysty-węża, bo inaczej to chyba nie da rady…

Dostęp zablokowany

MiaUżon dostał służbowego laptopa, więc mamy trzy światy. MiaUżon z laptopem, Matka zaś z MiaUżonem.

-„Nie mogę ściągnąć poczty!” – wpiekla się ślubny za stołem.

-„Wcale się nie dziwię, nie masz podłączonego internetu!” – wyjaśnia Matka. Niewiele wie, ale to akurat tak. I w związku z tym nie odmówi sobie przyjemności, żeby o tym nie powiedzieć.

-„Ale ja mam bezprzewodowy!” – oponuje MiaUżon.

-„Ale u nas jest taki na kablu. Jak się nie wepniesz, to nie będziesz miał!”

-„A w pracy mam!” – nie daje za wygraną MiaUżon.

Matka rzuciła słynne spojrzenie numer cztery, wersja beta i postanowiła nie kontynuować. Kotlety były ważniejsze.

-„Poczty, którą już ściagnąłem też nie mogę przeczytać!” – załkał znó MiaUżon.

A to już nie było możliwe. Matka wkroczyła. No faktycznie. Nie było. Zabezpieczeń, jak na poligonie atomowym!

-„Coś ci chyba źle skonfigurowali” – orzekła Matka.

Wrzuciła patelnię na palnik. Nie podobał jej się ten laptop. Myszy nie ma, system inny, nic nie można sobie wgrać, słuzbowy, słuzbowy, słuzbowy. I nawet to, co ma być służbowe – nie chodzi.

-„A tam, z taką robotą!” – wkurzył się MiaUżon i zapuścił sobie płytę ze słynnymi fragmentami z meczów polskiej drużyny.

Ryknęło.

-„Ścisz to zaraz, bo ja sprawdzian tu montuję dla dzieci i się pomylę!”- zdenerwowała się Matka.

-„Kiedy nie umiem!” – MiaUżon rozpaczliwie naduszał taczpad, który ani myślał go słuchać. – „O matko, jakieś paski zadań mi się porobiły, ja nie chcę!!!”

„Ale ja chcem!!!” – zapiszczało Maryśką.

Wybrała zły moment.

-„Wyłońć to i włońć mi muzićkę!” – zarządziła i wgramoliła się zapienionemu MiaUżonowi na kolana.

-„Nie mam żadnej muzyczki!” – warknął tatuś cały czas coś naduszając.

„No dobja, to mozie być fijm dja dzieci!!!”

-„Nie mam żadnego filmu!!!” – MiaUżon wkurzył się na całego.

„No wies co?” – zasępiła się Maryśka -„No to chocias jakomś kolende!!!”

-„Nie mam kolędy!!!” – darł pióra z głowy MiaUżon

„No to melodyjke!!!” – Potworek ani myślał ustapić.

-„Nie mam muzyczki, melodyjki, piosenki, filmu, no nic nie mam w tym pudle!!!” – MiaUżon odprawił Maryśkę z kwitkiem.

No dobja, dobja…” – Potworek popatrzył na ojca z wyrzutem –„Niech ci beńdzie! Ziadnej muzićki!” – spojrzał jeszcze raz wzrokiem spaniela –” To jus chocias daj mi za to biśkoptów…”


A z tym nie było problemów.

Matka miała.

W szafce.

Prywatne, niezakodowane!

Do czubków

Matka szuka bezskutecznie czarnych butów. Eleganckich czarnych butów na bal. Kieckę już ma, wszystko inne też, ale z butami klops.

Jak tylko Matka wchodzi do buciarni, natychmiast dostaje choroby lokomocyjnej – co by nie stało na półkach, wygląda jak szczudła. Matka za nic nie włoży butów na obcasach – nie tam, żeby miała zasady. Raz to zrobiła i mało się nie zabiła na własnym ślubie, więc już nie próbuje. Chodzi albo w jakichś cichobiegach, albo..albo w innych cichobiegach.

-Ty to tak rzadko masz pukające buty!!!” – mawia z żalem Janeczka.

Bo Matka pukających nie lubi. I generalnie takich, co zwracają uwagę.

-„Czy są może jakieś NORMALNE wizytowe pantofle?” – pyta zawsze Matka, narażając się od samego progu pani sklepowej.

-„Wszystkie są NORMALNE, proszę pani” – odpowiada z obrzydzeniem ekspedientka.

Matka nie ustaje jednakowoż w poszukiwaniach.

Niestety – albo obcas 22cm z hakiem, albo sztuczna skóra, albo klamerki, „kamienie szlachetne”, łańcuszki, blaszki, wstrętna podeszwa z butelek od szamponów, albo…

…albo te cholerne czuby!!!

Polska nie zauważyła, że czuby juz wyszły z trzaskiem.

Tyle tylko, że nie z polskich magazynów…

Bo chodzić w czubach się da. Matka sprawdziła, bo miała. Tyle tylko, że kolor nie ten posiada, a czarne buty to już można by kupić takie, co wystarczą na jakiś czas.

-„No kupiłaś wreszcie?” – MiaUżon zawsze pyta.

Nie kupiłaś.

Bo zrobić but, który będzie zarówno elegancki, jak i na niewysokim obcasie nie jest łatwo.

No i taki, żeby Matka nie grzebała, psiakość, tańczącym obok parom, czubami w uszach…

Trzy szóstki.

Matka odbierała przedwczoraj Potwory od Babci – a tam lekko nieciekawie. Janeczka obrażona, Babcia w zasadzie też. Kto wie, chyba nawet babcia bardziej?

Matka czekała, kto pierwszy na nią wsiądzie.

Czekała.

I czekała.

-„Ja to ci muszę coś powiedzieć…” – zaczęła Babcia.

-„No” – odetchnęła Matka. Najgorsze to czekanie, gorzej, niż w poczekalni u dentysty.

-„Coś się stało?” – Matka grała na zwłokę.

-„No właśnie!” – Babcia była wyraźnie w nastroju bojowym -„Wasza córka idzie w tym roku do I Komunii, a nie umie jeszcze „Wierzę w Boga”!!!”

Matka pomyślała sobie, że po pierwsze jeszcze jest trochę czasu. Po drugie Janeczka czegoś się ciągle uczy na tę religię, więc powinna być na bieżąco. Po trzecie pewnie ksiądz jeszcze tego nie zadawał. Po czwarte – i najważniejsze – Janeczka znowu coś namieszała i Matka będzie świecić oczami.

Matka szybko rozważyła wszystkie „za”, „przeciw” i „a jakże”, i przystapuiła do decydującego starcia.

-„Mów mi tu zaraz, jak jest naprawdę!!!” – zarządziła w progu, bo cały czas nie dawało rady, żeby wejść dalej. Siła ataku była za duża.

-„Naprawdę to jest tak…” – wpadła w słowo Babcia-„…Że Janeczka ma „Wierzę w Boga” zadane już dawno i nie umie!!! I podobno powiedziała księdzu, że nie jest się w stanie nauczyć, bo w domu nie ma z czego!!!”

I tu matkę krew nagła zalała, szlag jasny trafił i pióra się nastroszyły od grzbietu do ogona. Nie ma piór? A chcecie sprawdzić???

-„Nie-ma-w-domu-żad-nej-ksią-żecz-ki-do na-bo-żeń-stwa?” – zapytała Matka. Uprzejmie, lodowato i polewając każdą sylabę jadem.

-„Nie ma!” – Janeczka odzyskała głos.

-„A czy ktoś powiedział mi, że jest zadane nauczyć się modlitwy?”

-„Nie powiedział, bo nie w domu żadnej…” – zaperzyła się Janeczka, ale nie było dane jej skończyć.

Matka wyraziła swoje zdanie na temat, weszła do szafy, wyszła z szafy, zawisła na lampie, odhaczyła się z lampy i zastanawiała się co jeszcze robić, żeby nie zejśc nagle a niespodziewanie. Dla Matki takie problemy po całym dniu w szkole nie są miodem na serce.

-„Ja ci oddam swoją książeczkę” – Babcia wyciągnęła z szuflady czarny, wysłuzony modlitewnik i podała drżącą ręką.

-„Mamo, czego, jak czego, ale książeczek u nas w domu dostatek. Kiedykolwiek bym nie ściągała z półki jakiejś książki, to spada mi zaraz taka na łeb kantem, bo poupychane sa wszędzie. Nie ma problemu” – Matka zapewniła Babcię, bo w końcu nie będzie zabierać jej modlitwenika, skoro sama ma.

W domu Janeczka dostała ochrzan i książeczkę. Czarną, komunijną. Matka swoją dawno już zgubiła, ale innych ma w pysk.

Potwór okrutnie skruszony i jednocześnie zadowolony, zajął się nauką.

Matka usiłowała w tym czasie ułożyć sprawdziany dla dzieci.

-„Powiem ci „Wierzę w Boga!” – Janeczka pojawiła się, jak duch.

-„No dobra” – Matka dość niechętnie oderwała się od klasówek, bo potem nie pamięta, na czym skończyła.

Potwór wydeklamował wszystko, jak sie patrzy i zniknął.

-„A teraz dziesięć przykazań!!!” – ryknęło Matce nad uchem.

Matka porzuciła Leonarda da Vinci. Poczeka, i tak już nie żyje. Leonardo – znaczy się.

-„No fajnie” – ucieszyła się Matka.

-„To czego jeszcze się nauczyć?” – spytał zachwycony Potwór

-„Poszukaj Modlitwy świętego Bernarda” – chytrze wymyśliła Matka. Zawsze trochę zejdzie na szukaniu w książeczce.

Kiedy Michał Anioł skończył kaplicę Sykstyńską…

-„Nie znalazłam!!!” – wrzasnęła Janeczka – „Ale nauczyłam się sześciu prawd wiary!”

-„Dawaj!” – Matce opadły ręce. Michałowi Aniołowi też.

Potwór wydeklamował jak złoto.

-„Lecę uczyć się Pięciu Przykazań Kościelnych” – zawołał już ze schodów.

Matka pomyślała sobie, że mógłby znaleźć coś dłuższego i …

-„No to słuchaj! Już umiem!!!” – zapiszczały kapcie na zakręcie.

Matka zamieniła się w słuch.

-„Zaraz, zaraz!!!” – otrzeźwiała nagle – „Jak ty to mówisz???”

-„No tak, jak w ksiażeczce!” – Janeczka popatrzyła na Matkę nieco zdziwiona i wyciagnęła rękę, stukając palcem w stronę z modlitwą.

Matka zajrzała. Jasny gwint!!! 1962 rok!!! Miast książeczki MiaUżona dała jakąś inną, przestarzałą! Janeczka wykuła jakieś stare wersje a Matka słuchała nie tych linijek, co trzeba!

-„Ty poczekaj, ja ci dam drugą” – pognała na strych i wyciągnęła troche nowszą. Wszystko już było OK.

-„Oj” – zmartwił się Potwór -„Tamta była fajniejsza. Dawali jakieś sto lat odpustu za mówienie, albo czasem i trzysta…”

-„Nie bój się, jak masz dostać odpust, to dostaniesz” – zapewniła Matka Janeczkę – „A teraz muszę już pracować, więc ucz się sama”

Potwór zniknął, ale deklamował modlitwy w swoim pokoju bez ustanku. Usadził zresztą Maryśkę, która patrzyła z podziwem na siostrę, jak w święty obrazek i nawet nie mrugnęła.

Nie było filmów, komputera, nic!

Następnego dnia Janeczka obwieściła a tryumfem!

-„No nie masz pojęcia, co dostałam z religii!!!”

-„No nie mam!” – Matka nie domyślała się wcale a wcale.

-„Trzy szóstki!!!”

-„Jak – trzy?” – odwróciła się do tyłu. Potwór siedział w foteliku napuszony z dumy, jak wróbel na krzaku czarnej porzeczki.

-„Nooo, ksiądz mi postawił aż trzy.” – powiedziała Janeczka i dodała – „Wiesz, chyba trochę po to, żebym już przestała mówić…”


Matka jest pewna, że ksiądz będzie miał za słuchanie jakies pięćset lat odpustu, ona sama i Maryśka ze dwa tysiące z hakiem, a Janeczka?

Janeczka nakręci „Powrót do przyszłości” IV…

Z piórem

Matka od świtu dziś zakręcona. Odstawić dzieci, zabrać lekarstwo dla Maryśki. Nie, dwa. Nie, może jednak nie, bo Babcia nie da sobie rady. Matka sama ledwo pamięta co trzeba dawać i w jakiej kolejności.

Do szkoły zabrać taker i zszywki. I prace domowe do oddania.

I półmisek koleżance oddać po Sylwestrze – to już proste, Janeczka zostawi w dyzurce u pań woźnych, trzeba tylko po drodze ją nauczyć, co ma powiedzieć.

I polecony nadać za granicę, bo już trzeci dzień, jak jeździ na wycieraczce w samochodzie.

I pamiętać, żeby Maryśkę odebrać od Babci, i dopilnowac MiaUżona, żeby załatwił odebranie Janeczki ze szkoły. Może Babcia, jak szwagierka zostanie z Maryśką. Matce na koniec wszystko się już myliło. A szkoła na Matkę czekała, więc szybko trzeba było myśleć, co z rana łatwym zadaniem nie jest.

Matka dowiozła towarzystwo do szkoły, wsadziła Janeczce do ręki torbę z miskami i talerzem dla koleżanki, odpytała z tego, co ma nadać paniom woźnym i poczekała, aż Potwór zniknie w drzwiach szkoły.

Pognała następnie odstawić Maryśkę do Babci. Dojechała, wyskoczyła, odpięła Potworka, wytaszczyła z samochodu i rzuciła dokładniej okiem.

Dokładniej, bo oczka Maryśki były cokolwiek okrągłe.

-„Stało się coś?” – zapytała czujnie Matka zamykając samochód.

„A ja to jestem choja?” – zapytał Potworek

-„No chora, chora, jak smok!” – potwierdziła Matka -„Dlatego będziesz w tym tygodniu u Babci”

„No właśnie!” – odparł Potworek i oczka wcale nie zrobiły mu się mniejsze.


-„Co – właśnie?” – zdziwiła się Matka

„Właśnie… – odchrząknęła cichutko Maryśka –„…właśnie mnie psiwiozłaś do pziećkola…”

Lekarz, lekarzowi, w lekarzu

Matka spojrzała dziś na termometr za oknem i postanowiła pójść do okulisty. Trudno. Kiedy temperatura spada poniżej minus dwóch stopni Matce się zdecydowanie humor pogarsza. Po prostu nie daje się normalnie funkcjonować! Ponieważ Matka nie lubi nie mieć humoru, więc postanowiła rzecz całą zrzucić na oczy.

-„O, kurczę!” – jęknął MiaUżon podążywszy za Matki wzrokiem – „Nasze rachunki za gaz!!!”

-„No to pięknie!”- podziękowała mu Matka -„Zaoszczędzimy teraz na okuliście i zapłacimy gazowni za grzanie domu!”

-„Jakiemu okuliście?” – wybałuszył oczy MiaUżon, ale Matka zamknęła się w łazience, w której jest najcieplej. Rano to nie jest dobry moment na toczenie skomplikowanych dyskusji, bo kalorie uciekają i nie ma co człowieka grzać.

To jest właśnie jedyna wada domu – zimą nie bywa tak ciepło, jak było w bloku, a Matka chyba zmiennocieplną jest i najchętniej skryłaby się za jakimś kamieniem i przysnęła w oczekiwaniu na wiosnę.

„Idę po majtki!” – zakomunikował Potworek i golusieńki pomknął do swojego pokoju grzebać w szafie.

-„Czy tobie nie jest zimno?” – zapytała Matka, kiedy wrócił. Nawachlował przy tym drzwiami i komfort przebywania w łazience znacznie się obniżył.

„Nie!!!” – zawołał radośnie i powoli się ubierał.

Matka zamierzała pojechać z nim do lekarza, bo kaszel się przyplątał okrutny i do przedszkola posłać Potworka nie można w takim układzie.

-„Pospiesz się, bo jedziemy do lekarza!” – zapowiedziała Matka, która rankami wszystko na ostatnią chwilę robi i wcale tego nie lubi.

-Maryśka znieruchomiała.

„Nie jadę!” – zamachała łapkami. – „Nie lubię lekarzu!

-„Ojej!” – skrzywiła się Matka -„No do cioci Oli jedziemy, tak, jak zawsze!”

„Aha!!! – zapiszczała Maryśka radośnie –„No to jedziemy!”

I przyjechały.

-„No bo mi siem pomyliło!” – wyjaśniła Maryśka Matce, ładując się do przychodni- „Ja jus wsistko jozumiem! Psyjechaliśmy do cioci Oli a to ciocia Ola pjacuje w tym lekaziu!”


No i Matce się wydaje, ze Maryśka jest jednak do niej bardziej podobna, niż sądziła.

Przynajmniej jeśli chodzi o kwestię porannego zamarzania zwrotnic…

Koniec roku szkolnego a matka

Matka czyta sobie o skróceniu roku szkolnego i słucha, co tez wszyscy mają do powiedzenia. Właściwie może już nawet wyciagnąć wnioski – w opinii większości między 23 a 30 czerwca zawali się świat, tudzież horyzonty myślowe naszej uzdolnionej młodzieży. Nastąpi całkowity kataklizm. Nikt się nie wyrobi z tego powodu z programem. Dzieci obleją maturę.

Matka wie. Wie, że pewnych rzeczy nie robi się w trakcie roku szkonego. Ale pamięta też, jaki był lament i oburzenie, kiedy ten rok szkolny przedłużono!

-„Jak to?” – pytano -„To i tak odrabiamy dni wolne w soboty? Przecież przedłużenie roku miało być po to, żeby nie odrabiać!”

Matka woli odrobić coś w sobotę niż siedzieć w ostatnie dni czerwca w szkole i topić się na krześle. Ale to takie Matki prywatne zdanie.

I jakoś nie przypomina sobie, żeby czegoś się nauczyła przez ostatnie dwa tygodnie – lekcje wyglądały inaczej, panowała atmosfera rozluźnienia, nauczyciele odpytywali jakies niedobitki, które chciały poprawić oceny, wszyscy leżeli na ławkach znudzeni do granic możliwości. Nauczycielom to się nawet chciało – napotykali tylko na opór materii ożywionej…

Tydzień w tę, czy drugą stronę świata nie zmieni.

Ustalonego programu roku szkolengo w szkole chyba nie zaburzy specjalnie.

Co by nie zaproponowac Polakowi, to i tak będzie niezadowolony, i każdy powód jest dobry, żeby bić pianę.

Matka zamierza wykorzystać dobrze ten wolny tydzień. Pamięta jeszcze ze szkolnych swoich czasów, że był zawsze najdłuższy! Takie oczekiwanie na wakacje „właściwe”.

I nie zamierza się w ogóle tym przejmować.

Nic a nic.

Tym, ze jedne klasy ma pospóźniane z programem o miesiąc i więcej (bo wycieczka, bo wywiadówka, bo rada pedagogiczna, bo to, czy tamto). To teraz tydzień jej coś zmieni? Nie!

Bo Matka ma w życiu pracę na drugim miejscu.

A na pierwszym rodzinę.

A Maryśka ma okropny kaszel. W sobote rano, jak zwykle dzieci miewają zresztą.

I TYM, to Matka się przejmuje.

Matka pamięta, jak się Potwory rodziły. Jak stało się nad łóżeczkiem w szpitalu i patrzyło na nie godzinami.

Pierwsze ziewnięcie.

Kichnięcie.

No dzieło sztuki!

Geniusz po prostu!

I to, że wtedy padał deszcz, padł rząd w państwie Rumbuku, dolar spadł, euro skoczyło, aktorka się rozwiodła, aktor się ożenił, ba, wojna się skończyła, wojna się zaczęła – dla Matki nie miało najmniejszego znaczenia!

Jest hierarchia wartości.

Koniec roku szkolnego ma Matka też na końcu.

Szarym!

Kartoflany ząb

Matka odebrała wczoraj Janeczkę ze szkoły. Potwór wytoczył się ze świetlicy z dwoma rulonami marszczonej bibuły, wsadzonymi ukośnie do tornistra. Nietkniętymi.

-„To- nie- było- na -dzisiaj?” – spytała Matka, kiedy bielmo zlazło jej wreszcie z oczu.

-„Na dzisiaj!” – odparł Potwór, któremu zahaczania o wszelkie kanty bibułą też się nie podobało. -„Ale pani nie zdążyła”

No Matka się nie dziwi, też by nie zdążyła zrobić dekoracji w klasie, upiec ziemniaków, a wcześniej podpalić szkoły.

-„A kartofle?” – zapytała.

-„Aaaa” – Janeczka znudzona machnęła ręką -„Z kartofli zrobiliśmy stempelki”

-„A czym wycinaliście?” – zainteresowała się Matka.

-„Niczym!” – wzruszyła ramionami Janeczka -” Każdy narysował po dwa a pani potem wszystkim wycinała…”

Aha. No to Matka się nie dziwi, że nikt nic więcej nie zdążył – w końcu wyciąć 50 stempelków to też kawał roboty!

-„Postempluję sobie w domu!” – machnęła workiem Janeczka i wrzuciła go do bagażnika.

-„I jeszcze u dentysty byłam!” – rzakła z dumą,. zatrzaskując drzwi.

Matka oniemiała. Janeczka SAMA u dentysty???

Faktem jest, że Potworowi wypadła z piątki maleńka plomba, pod którą nic się nie działo. Tego samego dnia wieczorem zaczęła boleć i rwała Janeczkę pół nocy tak, że trzeba było jej dać tabletkę. Matce wydawało się to dziwne i niepokojące zarazem, więc postanowiła zaraz zamówić wizytę, ale proszę bardzo! Potwór sam się zdecydował!!!

-„No i co? Zatruty ząb pewnie masz?” – zatroskała się Matka.

-„Coś ty!” – prychnęła Janeczka -„Ja przyszłam po tabletkę, bo mnie bolał, a pani na to, że mi nie może dać, ale obejrzy ten ząb. No to ja na to, że nigdy w życiu! A pani na to, żebym sobie w takim razie wypłukała wodą, bo może mi coś weszło i dlatego boli. A ja na to się pytam, gdzie ta woda. I powiedziałam jeszcze, że rodzice to chodzą ze mną do INNEGO dentysty!!!”

Matka zamordowała Janeczką natychmiast i ciało wyrzuciła w zaspę.

-„Ja nie mam kiedy pójść z tobą do INNEGO dentysty, bo INNY dentysta przyjmuje przed południem a czasy, kiedy i mama, i tata mogli przed południem się lampartować bezpowrotnie minęły! I nie zamierzam płacić INNEMU dentyście za leczenie mleczaków! I jutro pójdziesz do szkolnej dentystki a ja to rano załatwię!”

Potwora zamurowało, co nie było zbyt skomplikowane biorąc pod uwage fakt, ze był chwilę wcześniej zamordowany.

I dziś rankiem Matka udała się w szkole do gabinetu zęborwacza, odbyła rozmowę z panią pomocą lekarza stomatologa, dowiedziała się jeszcze paru ciekawych rzeczy na temat tego, co Janeczka usiłowała wciskać dentystce i pomyślała sobie natychmiast, ze Potwór szczęśliwie ma lekcje w innym skrzydle.

No i zobaczymy.

Matka niniejszym składa serdeczne wyrazy współczucia wszystkim, mającym lekcje w pobliżu gabinetu stomatologicznego, ale po dłuższym namyśle i rozmowach z lekarzam postowiła jakiś czas temu w takich imprezach nie uczestniczyć. Jest wtedy zdecydowanie gorzej i dłużej.

No, chyba, że trzeba jechać do INNEGO dentysty. A to już INNA sprawa.

Ale nie dziś.

Howgh!