Przepis na ziemniaki i nici

Matka dostała rano, jak to zwykle bywa, białej gorączki za przyczyną Janeczki. Potwór nie może nijak się nauczyć, że wszelkie roszczenia ubraniowo- lekcyjne zgłaszać należy wieczorem, bo rano jest taki młyn, ze żadna czynność poza przewidzianą w ustawie sie nie zmieści!

-„Zapomniałam, że mam przyniesć do szkoły różne rzeczy!” – zakomunikowała Janeczka

Matce wypadła suszarka z rąk. Czyżby znowu kłębek wełny w kolorze różowym? No Matka to przecież ma hurtownię wyrobów różowych a różowej włoczki to cały strych – na wypadeczek, gdyby pani zachciało się robić słonia naturalnej wielkości! Różowego słonia.

-„Nie, nie!” – oburzyła się Janeczka na insynuacje Matki -„Ty to znowu o tej wełnie pamiętasz!”

-„No to co tym razem? A w ogóle to jest rano i nie przyjmuję żadnych wniosków!”

-„Trzeba przynieść kolorowe kartony, dużo kolorowej bibuły, serpentyny, błyszczące wstążki…” – zaczął Potwór.

-„Ty nawet nie kończ, bo nic z tego. Sklepy sa zamknięte i ja nie będę ganiac potem po mieście i tego przywozić!” – wkurzyła się Matka, która uwielbia, kiedy pani zadaje takie rzeczy z dnia na dzień, choć sie prosiło ją o to, żeby zapowiadała wcześniej.

Matka klnąc pod nosem polazła grzebać w lodowatym schowku na strychu, opłakując jednocześnie swoje śniadanie, którego nie tknęła.

-„Bardzo proszę”- dała Janeczce dwa rulony bibuły – „Nic więcej nie mam. Kartonów na zapas nie nabywam, a w ogóle…” – i tu pomyślała sobie ciepło o pani.

-„I jeszcze masz mi dac dwa ziemniaki, i nici, i farby, i blok!” – zawołała Janeczka z przedpokoju.

No tego, to już było za wiele!!!

-„Co ma ziemniak do nici, do cholery?” – zapytała uprzejmie Matka

-„Ja nie wiem!” – Potwór też się wkurzył – „Co ja mam zrobić, że pani kazała???”

Matka wsadziła Janeczce do tornistra dwa ziemniaki.

-„Po nici nie idę, bo nie dojedziemy do dziewiątej!” – oświadczyła Matka.

Nawet nie wiadomo po co te nici i jakiego koloru.

Jakby to chodziło o ziemniaki, folię aluminiowa zamiast bibuły i sos czosnkowy, to nie ma problemu. Wiadomo, że dzieci chciałyby wtedy podpalić szkołę, ale tak? Ziemniaki wiszące na nitkach z czapeczkami z bibuły???

No Matka pęknie z ciekawości do popłudnia…

Laby, śniegi, gaz!

Matka skończyła dziś nieoczekiwanie lekcje dwie godziny wcześniej i wsiadając do zaśnieżonego samochodu zastanawiała się, co zrobić z tak pięknie rozpoczętym popołudniem.

-„Może pojadę poprzymierzać buty na studniówkę?” – pomyślała odpalając auto.

Kiedy jednak skręciła w stronę tak zwanego centrum, odechciało jej się butów natychmiast. Wszystko tonęło w szaroburej brei, naród na siebie trąbił i bluzgał, oślepiał światłami i generalnie był niemiły.

-„Jadę do babci po dzieciaki” – postanowiła Matka i ucieszyła sie zaraz na myśl, że wsadzi na siebie cieplutką, polarową bluzę i zapadnie się z kawą w swoim fotelu. Jak pomyślała, tak zrobiła. Podjechała u teściowej pod dom i wrzuciła natychmiast wsteczny. Koła zabuksowały wściekle, Matka omal nie pourywała wszystkich części czarnych w samochodzie, ale udało się. Wyjechała. Nie ma dozorców, nie ma innych służb, na podwórku leżał mniej więcej Giewont usypany ludzkimi rękami i obsikany wielokrotnie przez psy.
Kolejną czynnością było zaparcie się i poszukanie jakiegokolwiek miejsca do parkowania przy ulicy. No nie dało rady. Matka w półmetrowy śnieg nie wjedzie, tym bardziej, że pług usypał przy nim dwa razy wyższą hałdę w kolorze czarnym.

Pozostało Matce jeździć w kółko i czyhać, bo wszelkie okoliczne ulice były uprzeme być jednokierunkowe i skręcenie w którąkolwiek graniczyło z cudem równym Kanie Galilejskiej. No, może tylko przyjemność znacznie mniejsza.

W rezultacie Matka zaparkowała równo z końcem swojej dziewiątej lekcji…

-„Niegdzie się nie wybieramy!” – zawyła Janeczka i zalała się łzami na widok Matki. Powód był prozaiczny – babcia kładła własnie na patelnię schabowe, w garnku dogotowywały się kartofle i podgrzewała marchewka. Matka, jak powszechnie wiadomo, głodzi Potwory okrutnie, a w szkole i przedszkolu oczywiście drogie dzieci NIC nie jedzą! I z tego głodu są takie napuchnięte na policzkach.

Matka klapnęła na krzesło i było jej tak naprawdę wszystko jedno, bo parkowanie przez dwie godziny nie okazało się jednak być jej ulubioną czynnością.

-„Dobra, byle szybko” – zgodziła się i wrąbała kotleta. A co!

Nieoczekiwanie zadwonił telefon.

-„Twój mąż do ciebie!” – teściowa oddała słuchawkę.

-„No GDZIE wy jesteście?!!” – zapytał MiaUżon z lekką irytacją.

-„Noooo…” – Matka na wszelki wypadek rozejrzała sie dookoła -„Mam wrażenie, że u twojej mamy?”

-„No ja wiem, przeciez dzwonię!” – MiaUżon sie wkurzył -„Ale co wy tam tak długo robicie?”

Matka wyłuszczyła. Dokładnie.

-„Jakie, kurde, długo?” – zapytała mianowicie.

-„No nie ma was i nie ma!”

No to Matka poczekała na Potwory, potem skończył jej się gaz w samochodzie i benzyna zaczęła kichać, więc w te pędy podjechała na BP, żeby autko wchłonęło paliwo a stacja Matki pieniądze z karty.

-„Dlaczego ten licznik się nie wyzerował?” – Matka wpalantowała rurę we właściwy w jej mniemaniu otwór i zapytała wściekle pana od napełniania baku gazem.

Pan stał i wydawał się okrutnie rozbawiony.

-„Bo, proszę pani, ten licznik to jest od gazu, a od benzyny ma pani tam, skąd wychodzi wąż, który pani trzyma!”

Kurka wodna, dowcipniś jeden, psiakrew.

-„A bo to są skutki tego, że przez dwadzieścia cztery lata tankowałam samochód tylko trzy razy…” – mruknęła Matka, dziękując Bogu, że umie odkręcić wlew od paliwa.

-„Jak to pani się udało?” – pan wywalił oczy, jak koła ratunkowe.

-„Siłą i godnością osobistą!!!”-rzuciła Matka i oddaliła się w celu uszczuplenia sobie konta. Panu w tym czasie obeschły spojówki i Matkę usatysfakcjonowało to dziko, wszak pan nie mógł sobie ich polać w ramach kuracji gazem, bo i jak? Trzeba było Matce z kurtuazją zatankować benzynę i jednoczesnie skorzystać!

-„No co wyście robiły tyle czasu?” – napadł MiaUżon na Matkę w progu.

-„Pędziłyśmy, jak strzała!” – oświadczyła Matka, która nie mogła zrozumieć, czemu MiaUżon zadaje tyle podobnych pytań a nie robił tego przez ostatnie szesnaście lat.

Aż zrozumiała.

MiaUżon, szczęśliwy posiadacz umowy o pracę od dwóch dni, zaczął wracać do domu o porze przypominającej świt, czyli o 15.30. Słownie: piętnastej trzydzieści!

Zjadł obiad, poprzekładał resztki do mniejszych miseczek, zapakował zmywarkę, wyjął pocztę, poogarniał bajzel i zaczął sie nudzić!

A Matka wróciła i zdziwiła sie też tym stanem rzeczy.

I pomyślała sobie, że może wreszcie ten chłop zrozumie, co znaczy siedzieć całymi dniami z dziećmi w domu i robić ciągle to samo. I czekać, i czekać, i czekać.

I jeszcze raz czekać.

No, ciekawe, ciekawe bardzo, czy to się uda…

Oczy wiście!

„Dziś bende myć zompki tutaj!” – oświadczyła Maryśka.

Tutaj, czyli na blacie koło zlewu. Potwór w dalszym ciągu jest nań kładziony w celu dokończenia toalety, przebierany -tamże- w piżamę, po czym zestawiany w niższe partie w celu umycia zębów. Matce wieczorami nie za bardzo się chce robić piekło, czego już nie można powiedzieć o rankach – poranne awantury z Janeczką to Matki specjalność…

-„Niech ci będzie, umyjemy zęby na górze” – zgodziła się Matka łaskawie i nałożyła pastę na szczoteczkę. Potworek zwykle sam się obsługuje, ale tym razem pasta się kończy i bez walenia tubką o kant blatu się nie obeszło.

-„Ty to jeszcze pewnie pułk wojska byś obdzieliła ta pastą” – zauważa zgryźliwie MiaUżon, kiedy wyrzuca, w jego mniemaniu pustą, tubkę do kosza.

Matka sie nic nie odzywa, wyciaga pastę, kiedy nikt nie wiedzi i wykańcza ją jeszcze ze dwa tygodnie. Generalnie specjalizuje się w dojadaniu dżemów (słoik napełniony w 1/4 jest dla MiaUżona naczyniem pustym, a więc bezużytecznym), zjadaniu piętek od wędliny i ostatniej czekoladki z bombonierki.

-„Ja zjadłem po kryjomu całe czekoladki? Ja? A co to jest, jak nie czekoladki w pudełku?” – oburza się MiaUżon, kiedy Matka wyciąga zachomikowane pudło i grzechocze nim wymownie. No, o ile jedna czekoladka jest na tyle łaskawa, żeby wydać z siebie jakikolwiek odgłos…

Ale Matka znowu nie o tym miała.

Wracając do Maryśki, która siedziała na blacie i czekała na szczoteczkę z pastą, to przyznać trzeba, że dziecię sprawuje się już całkiem nieźle w kwestii szczotkowania zębów i płukania. Matka oczywiście poprawia i stara się tylko nie dopuścić do jednego – mycia przez Potworka kubka. Maryśka zużywa bowiem do tej czynności mniej więcej równowartośc dwóch wanien wody o temperaturze dużej, co łączy sie nieuchronnie z użyciem piecyka gazowego i wypływem pieniędzy z portfela.

-„Poczekaj tylko, ja ci wleję wody do płukania” – uprzedziła Matka Potworka. Jak już obsługiwać to obsługiwać.

Maryśka nie słuchała jednak, wpatrzona w otwór odpływowy gdzie wesolutko znikała woda z jakąś pianą.

Matka bała się, że kiedy woda wleci do kubka, to rozpryśnie się i obleje Potworka, co często zdarza się przy korzystaniu z kranu z mieszaczem. A szwung u Matki w kranie jest bardzo akuratny, nie można powiedzieć.

Niestety Potworek wisiał z głowa nad zlewem i ani myślał słuchać.

-„Puszczam wodę”- zagroziła Matka

Potworek też puścił. Słowa Matki mimo uszu.

-„Uważaj na oczy!!!” – Matka znów, tylko głośniej.

Dziecię znieruchomiało. Zastanowiło się i potrzasnęło energicznie głową nad zlewem. Potem jeszcze raz. I jeszcze.

„Wsistko w poziontku!” – zawołało z triumfem -„Spjawdziłam, zie mi nie wylecom! Widoćnie je zamontowali od środka!!!

Zegarmistrz światła niepurpurowy

„Uuuuu, Mikołaj zapomniał mi psynieść jeden pjezęt!” – zmarszczyła nos Maryśka, której nagle coś się przypomniało po kapieli.

-„Naprawdę?” – Matka jako główny pomocnik Mikołaja żywo zainteresowała się tematem – „A czegóż takiego ci nie przyniósł?”

„Nooooo…” – dziecię wywróciło oczami –„Ocywiście nie psyniósł mi ZEGAJA!!!”

-„Zegara?” teraz Matka wywróciła białkami. -„Jakiego znowu zegara?”

„No ocywiście białego” zamachała rękami Maryśka.

Oczywiście. Białego. Białe zegary sa podstawowym prezentem przynoszonym przez świętego Mikołaja. Matka nie wie. Be, Matka, be! Fuj!

-„Białego zegara…” – Matka zamyśliła się

„No tak!” – Potworek ucieszył się, że wreszcie do Matki dotarło – Jozumies – białego, cajnego i bjonzowego!

Matka natychmiast zawróciła z pokoju.

-„To zaraz, zaraz – ile ma być tych zegarów???” – spytała kombinując w jakim banku dadzą jej kredyt na zakup trzech zegarów.

„No jak to – ile? Tsy!!! BIAŁY, CAJNY I BJONZOWY!!!”– oburzyła się Maryśka. Co, jak co, ale liczyć umie.

-„Ale po co ci aż trzy?” – zdziwiła się Matka i chyba miała nieszczęśliwą minę, bo Potworek szybko sprostował:

„No dobja, niech będzie jeden, biały!”

Matka porzuciła myśl o kredycie. Wyciągnie zaskórniaki spod klepki podłogowej.

-„A możesz mi powiedzieć PO CO ci w ogóle zegar?” – zapytała chytrze. Wszak Maryśka na zegarze nie zna się wcale.

-„Nie wies po co som zegaji?– brwi Potworka uniosły się pół metra nad oczka –„To pjoste – zegaji som do KJENCENIA. Tymi śrupkami z tyłu!”


No to Matka już wie.

Zegarmistrz światła, psiakosteczka, pojawił w domu…

Sylwester stulecia?

Matka siedzi i pichci w kuchni, MiaUżon padł.

Wczoraj, ściagnąwszy posiłki w postaci rosłych siostrzeńców odśnieżał trzy godziny. Rano wstał i…

-„@$#%$^$& mać!”

Wyszedł, zadzwonił po siostrzeńców i szaleli przed domem od dziewiątej do drugiej…

Pół metra śniegu – tego Matka jeszcze w tym domu nie pamięta. No bo czasy, kiedy była zima stulecia i nie dość, że zawiało, to jeszcze -28 stopni się zrobiło to i owszem. Sąsiedzi z bloku ewakuowali się przez daszek nad drzwiami do klatki schodowej, żeby odkopać drzwi. A potem Matka jeździła do osobistej Babci na nartach – w centrum miasta środkowej Polski. I do szkoły chodzić nie trzeba było! Tyle tylko, że potem odrabianie w soboty wpędziło nas niemal do grobu, bo chyba zdaje się nie każda była nawet wolna. Ale tu już Matka ściąć głowy sobie nie da.

Za to życzy wszystkim dobrego Nowego Roku, pełnego nadziei i spokoju.

Uśmiechniętego.

Żeby nie wiem co!!!

Mikrofon i ekran

Święta pomału za nami. Z balkonu znikają gary, w lodówce też zaczyna wreszcie być widać żarówkę. Za chwilę Matka odpali znowu kuchnię, bo na Sylwestra przychodzą znajomi.Trzeba też nabyć jakiś zestaw fajerwerków, żeby wystrzelić spod lasu.

Potwory dają rano tak pospać, że aż wstyd i Matka zastanawia się co będzie w poniedziałek, kiedy nastapi godzina zero – MiaUżon do nowej pracy a Matka hajda z Potworami po szkołach i przedszkolach. No i skutek będzie taki, że Matka miast przybyć do szkoły o wpół do dziesiątej siedzieć w niej będzie od ósmej rano…

Świetm latać więc będzie po domu wszystko, co się nawinie, bo nikt z całej czwórki chętnym do wstawania nie jest i kropka. Genetycznie tak chyba, choć trudno tych genów się doszukać – rodziciele świtem wstawali, z wyjatkiem Matki Matki. Geny pokrętnymi drogami najwyraźniej chadzają i bywaja ukryte. Howgh.

Matka chciała znów o czym innym. No to jeszcze raz – święta pomału za nami. Oznacza to ni mniej, ni więcej, że Potwory szczęśliwie zapomniały o niektórych prezentach. Matka nie miała bowiem specjalnych pomysłów, prócz łyżew, których rzecz jasna dostać nie można było bodajże od sierpnia, chyba, że na małą mrówkę albo słusznego słonia. Łyżwy upadły więc na pysk i trzeba było nabyć tak zwane g…

Są to rzeczy niedrogie, łatwopsujące się i schodzące z oczu. Problem polega na tym, że Potwory mają już chyba wszystko…

Matka odpaliła jednak brykę, wsiadła za stery i pognała do sklepów typu drogeria z różnymi innymi dodatkami, której to drogerii nazwy ze względu na oskarżenie o kryptoreklamę nie wymieni. Sklep jednakowoż świetnie się sprawdza jeśli chodzi o kupno nagłego a niespodziewanego prezentu.

Na półce stały – i owszem – porażające ramki do zdjęć w kształcie gwiazdki. Ponieważ Janeczka lubi takowe paskudztwa, więc Matka nabyła ramkę za jedyne 11 złotych, upewniła się, że jest przycisk, który pozwala na zamontowanie zdjęcia i zapakowała ją w papier.

Babcia zaopatrywała się w innym sklepie i nabyła za to mikrofony – szczęśliwie nie takie na stojaku i na baterie, bo tego Matka by nie przeżyła (Babci kieszeń zresztą też), ale takie zwykłe, plastikowe, dające pogłos, echo, czy inne zjawisko doprowadzające wszystkich słuchaczy do białej gorączki. Mikrofon Maryśki nie dawał wyżej wspomnianych efektów, ale za to pitolił rózne melodyjki, w porze nadawania Wiadomości zwłaszcza, Potwory uzupełniały się więc – jeden ryczał, drugi pitolił i tak w kółko.

Niestety Matka zauważyła przy wigilijnym kompociku, że Potwory szalenie się ożywiły a poziom hałasu wzrósł nagle a niepodziewanie.

-„Dzisiaj w Betlejem, dziesiaj w Betlejem!!!” – ryczała Janeczka

-„Pitu, pitu, pitu!” – zasuwał mikrofon Maryśki

-„Dzisiaj, pitu, pitu, w Betlejem, pitu, pitu, dzisiaj, pitu, pitu!!!” – zachrypiało nagle coś dziwnego.

Matce morelka utkwiła w gardle.

Niby głos Janeczki, ale nie do końca.

-„Szanowni państwo, relacjonujemy dla was uroczystość rozpakowywania prezentów! Janina TakaATaka – Wiadomości!!!” – rykneła Janeczka do mikrofonu.

-„Szanowni państwo, relacjonujemy dla was uroczystość rozpakowywania prezentów! Janina TakaATaka – Wiadomości!!!”- zachrypiało znajomo.

-„Szanowni państwo, relacjonujemy dla was uroczystość rozpakowywania prezentów! Janina TakaATaka – Wiadomości!!!” – i jeszcze raz.

MiaUżon nie zdzierżył.

-„Co to jest, do cholery?” – splunął zabłakaną pestką na talerzyk

-„No jak to – co?” – zdumiała się Janeczka – „Prezent od Mikołaja!”

-„No jak to – co?” – powtórzył prezent – „Prezent od Mikołaja!”

Matka sprawdziła i upewniła się, że zachrypnięty głos pochodził z uroczej rameczki do zdjęć! Przycisk do rzekomego zamontowania zdjęcia pozwalał na nagrywanie sześciosekundowej sekwencji a drugi pozwalał ją odtwarzać…

Kolejne trzy dni upłynęły Matce i MiaUżonowi na wysłuchiwaniu komentarzy dzielnej reporterki Janeczki.

-„Maria dostała w prezencie od Mikołaja różowe gatki w srebrne gwiazdeczki! Janina TakaATaka – Wiadomości!!!” – mówiła Janeczka do mikrofonu

-„Maria dostała w prezencie od Mikołaja różowe gatki w srebrne gwiazdeczki! Janina TakaATaka – Wiadomości!!!” – donosiła ramka

-„Maria zrobiła kupę! Janina TakaATaka – Wiadomości!!!” – huczał mikrofon

-„Maria zrobiła kupę! Janina TakaATaka – Wiadomości!!!” – rzęziła ramka

Matka zastanawia się, czy wymyślili już baterie lepsze od Duracelli czy innych takich? Bo na to wygląda!!! Tyle tylko, że te musza być jakieś maleńkie.

Nieważne.

Matka wie jedno – na pewno ich nie ma w sprzedaży.

A jak są, to patrz wyżej!!!

Ubieranie

Maryśka dała dziś Matce pospać, że hej! Co prawda przytarabaniła się do łóżka Matki i MiaUżona o dość niesprecyzowanej nocnej godzinie i starała sie udusić ich swoim kocykiem, ale jakoś oboje przeżyli i MiaUżon świtem pojechał do DalszegoSąsiedniegoWiększegoMiasta na ostateczne rozmowy w sprawie nowej pracy a konkretnie – dowiedzieć się ile dostanie, bo to jakby zaczęło być ważne, jesli ma się gdzieś pracowac od poczatku roku i trzeba jednocześnie pozbyć się dotychczasowej działalności.

Wracając do Potworka – kiedy w końcu udało się go wywalić z łóżka i przemieścił się po kolejnej godzinie do łazienki, okazało się, że Matka nie przyniosła mu świeżych majtek z szafy w pokoju.

„Ja prziniosem!” – zapiszczała Maryśka i tyle ją Matka widziała.

Dodać należy, że dziecię uwielbia paradowac po mieszkaniu w stroju Ewy nie zważając zupełnie na warunki pogodowe. Matka w tym samym czasie wkłada podkoszulkę z długim rękawem, sweter i puchową kamizelkę, jako, że całe zycie jakaś niedogrzana mocno jest…

„Mam!” – zapiszczało znów i trzasnęło drzwiami. Matka czasem to się nawet zastanawia, jak to się dzieje, że połowy swojego życia nie spędza u szklarza.

-„A czemu ty biegasz taka rozgogolona?” – Matka na wszelki wypadek zasłoniła sobą drzwi, więc Potworek zrezygnowany usiadł i zaczął z trudem wtryniać majtki na swoje pupsko.

„Oj, no bo ja lubiem!” – mrunknęła Maryśka ładując uparcie dwie nogi do jednego otworu – „Wies, lubiem byc taki golas, jak u ciebie w bziuśku!”

-„No właśnie…” – Matka postanowiła podpuścić Maryśkę -„A ciekawe czemu te dzieci w brzuszku to są gołe?”

Z poziomu podłogi prychnęło.

-„A widziś co ja jobię?” – zapytało dziecię z wywalonym ozorem.

-„Nooooo, widzę!” – Matka przyjrzała się uważniej, ale cały czas widziała Maryśkę z obiema nogami w jednej dziurze majtkowej, której teraz w dodatku nie dało się ściągnąć, bo wbiła się sutecznie w sadełko.

„No właśnie! MOJDUJĘ siem!!! A w bziuchu to juź wogle nie dałabym jady!!!”

Słówko

Przez całe święta mieliśmy w domu teściową – zwykle zresztą tak bywa. Matka urobiła się, jak wściekła, ale wszystko się raczej udało, więc pozostawało zmieniać wystrój na stole i pakować brudy do zmywarki. Potwory zajmowały się swoimi prezentami, o czym później, bo miejsca by Matce nie starczyło na opowiadanie…

Dziś rankiem MiaUżon zebrał sie do pracy i odwiezienia teściowej do domu jednocześnie.

-„Ja chcę dziś nocować u babci!” – wpadła na świetny pomysł Janeczka

-„Przecież miałaś babcię przez trzy dni!” – zaoponowała Matka, bo nie była tak do końca przekonana, że Babcia będzie zachwycona pomysłem. Też miała w końcu prawo być zmęczona stałą obecnością Potworów.

-„Oj, ja chcę, ja chcę! Babciu???” – Potwór spojrzał błagalnie na teściową.

-„No, niech pojedzie!” – zgodziła się Babcia i odjechali.

Wcześniej jednak Janeczka przypomniała sobie, że nie będzie w stanie zabezpieczyć wszystkich swoich prezentów, z torbą słodyczową na czele!

-„Jeszcze tylko mikroskop na szafę wstawię!” – załomotały pięty na schodach.

-„A resztę schowałaś?” – zapytała Matka, gdy pięty wróciły.

-„Upchnęłam w szafie!” – odrzekła bardzo z siebie zadowolona Janeczka

Matka natychmiast pomyślała sobie, że Maryśka będzie jeszcze bardziej zadowolona, gdy tylko zamkną się za Potworem drzwi, ale wolała już nic nie mówić…

-„I masz mi nie szwaniać po szafie, rozumiesz?!!!” – Janeczka przytknęła swoj nos do noska Potworka.
Maryśka patrzytła na siostrę nieco zdezorientowana.

-„No ja teraz jadę do babci i mnie nie będzie. A ty mi nie SZWANIASZ po szafie, tak?” – oczy Potwora zaczęły przypominać największe bombki na choince.

„Nie bende, nie bende!!!” – przytaknął szybko Potworek, bo z oczami wielkości nadmuchiwanych piłek plażowych Janeczka mogłaby się nie zmieścić już do samochodu i jeszcze zostałaby w domu.

Odjechali.

Maryśka popatrzyła smętnym wzrokiem przez okno i ożywiła się natychmiast, kiedy tylko auto zniknęło za zakrętem. Włączywszy dopalacze pognała na pięterko, aż poszedł dym spod papci.

-„A ty, kochana, gdzie?” – ryknęła Matka, żeby przekrzyczeć głuchy tętent.

„Jak to – gdzie?” – łomot na schodach na chwilę ucichł – „Do siafy!!!

-„Przecież obiecałaś przed chwilą Janeczce, że nie będziesz szwaniać!!!” – Matka popędziała do pokoju Potwora, gdzie zastała pupę Maryśki wystającą z czeluści mebla.

„Obiecałam!” – w szafie zakotłowało się energicznie. Widac Potworek prztakiwał –„Ale wies – ja nie wiem, co to znacy – śwaniać! To na wsielki wypadek sobie tu tjochę tylko POGZIEBIĘ…”

Przed pierwszą gwiazdką

Matka szaleje między pasztecikami do barszczu, kapustą, makowcami, co to jeden był na tyle nieuprzejmy, że się odwinął z papieru i rozplasknął (cóż, będzie bardziej horyzontalny, teraz w modzie są domy jednopoziomowe, to może i ciasta?), sernikiem, karkówką i schabem.

Więcej rzeczy nie pamięta, bo zrobiła już wczoraj, więc zlikwidowała pliki tymczasowe. W każdym razie stoi coś na balkonie i gary zajmuje. W zasadzie Wigilia jest jedynym dniem w roku, kiedy Matka ma straszliwą ochotę pójść do sklepu i kupić ze dwa wilekie garnki. Całe szczęście, że nie ma na to czasu, bo inaczej Matka przez pozostałe 364 dni w roku, a czasem nawet 365, tłukłaby tymi garami do nieprzytomności z braku miejsca.

Ale Matka nie o tym chciała. Teraz zamknęła się na strychu, żeby zapakować prezenty i spieszy się, bo czosneczkowe zapachy wędrują na samiuchną górę jak się patrzy.


Spieszy się, bo chce podziękować wszystkim bywalcom znanym i nieznanym. Każdemu z osobna i wszystkim razem – za to że jesteście, że ciepłym słowem dodajecie otuchy. Jeśli zaś Matka spowodowała, że ktoś się w trudnym dniu uśmiechnął czytając przygody Potworów, to już dla Matki jest miód na serce!

Bądźcie kochani zdrowi, uśmiechnięci, radośni!

Niech w życiu Wam się układa, a jeśli nie, to szybko znajdujcie wyjście z trudnych sytuacji! Po burzy musi wyjść słońce i tego Wam życzę!

I pięknej, pachnącej choinki, prezentów, wspólnie śpiewanej kolędy, życzeń i opłatka.

Żebyśmy nigdy nie zapominali, KTO się narodził!

Dzisiaj w Betlejem

Matka zlazła dziś do przedpokoju, zeby wtrynić Potworka w kombinezon. Nie ma łatwo – musi być cały ceremoniał:

-Maryśka siada i zrzuca papcie

-Matka kuca i wkłada jedną nogawkę, rozpaczliwie szukając stopy Potworka w zwałach materiału, potem drugą nogawkę

-Maryśka wstaje, żeby Matka mogła jej naciagnąć konfekcję na łapki, ale zwykle zarzuca ją do tyłu, bo wczesniej zdążyła sobie przydepnąć kołnierz

-Wstaje drugi raz

-Matka podeje rękawy, Potworek wsadza ręce i siada

-Matka zarządza wstawanie, bo inaczej nie zapnie zasuwaka

-Maryśka wstaje i melduje, że nie ma rękawiczek

-Matka odpina suwak, wyciaga łapki Potworka, montuje sznurek z rękawiczkami i cała zabawa zaczyna się od poczatku

-Potworek melduje, że uciekły mu rękawki

-Matka rozpaczliwie usiłuje wyciągnąć je przez normalne otwory, czyli dolne, czasem jednak musi rozpiac suwak i przepychać je odgórnie

-A potem jeden szalik, drugi szalik, czapa i Maryśka gotowa


„Nie włoziłas mi butóf!” – melduje sprzed garażu

Matka bierze Potworka za frak, sadza, zadziera nogawki, wsadza kozaki, zasuwa, opuszcza nogawki i Maryśka jedzie do przedszkola.

Wszystko trwa nie więcej niż pół minuty.

Dziś jednak Maryśka wpakowała się w kombinezon sama, siadła na schodku i zaspiewała nowy, przedszkolny utworek.

Kiedy Matka zeszła na dół, ujrzała Janeczkę i MiaUżona, którzy tarzają się po chodniczkach. Nie było to dobre posunięcie, bo nikt jeszcze nie był uprzejmy posprzątać…

-„Czy ja bym mogła wiedzieć, czemu wy tak…” – zaczęła Matka, ale nie skończyła, bo MiaUżon paluchem pokazał jej co ma zamknąć i gdzie ma spojrzeć.

Matka zawiesiła więc uprzejmie spojrzenie na Maryśce i zamieniła się w słuch…


„Dzisiaj w Betlejem, dzisiaj w Betlejem…” – śpiewała Maryśka z kamienna twarzą i nawet okiem nie mrugnęła. Szło, jak trzeba!

-„Chjistus siem jodzi,

nas osfobodzi,

Anię witajom,

Kjóje witajom,

Pastezie spiewajom,

WYGIENTE kjękajom

cuda, cuuuuuda, ogłasajom!!!!”



No to Matka zatarzała się też.

Wygięta…