Prezent niespodzianka

Matka od świtu pożarła się z Potworem. Sama siedzi w tak zwanym domu, bo wzięła sobie wolne i polega to na tym, że wypisuje brakujące rzeczy i za chwilę będzie szaleć po mieście szukając miejsca do parkowania, właczać i wyłączać ogrzewanie tylnej szyby, żeby nie przyrżnąć w kogoś przy cofaniu , tudzież szaleć ze zmiotką po wszelkiech innych szklanych i plastikowych powierzchniach. Samochodowych.

Szaleństwa domowe na szmacie Matka zostawia sobie na deser.

I szlag Matkę trafia co roku nieodmiennie, kiedy oprócz zrobienia wszystkiego, nabycia produktów wszelakich, które lubią się zapominać i nie kupować wszystkie od razu, dodatkowo Matka musi się zatroszczyć o prezent dla siebie. Oddać go i potem odpakować pod choinką robiąc urocze:

-„Ach, ach, ach, no jakie to ładne!!!”

Jasne.

Śliczne i niespodziewane!


Matka wkurzona jedzie więc na zakupy.

#$%$@$##%!!!

Oka

Maryska ma fenomenalną pamięć. Nie żeby tam zaraz nauczyła się książki telefonicznej w trzydziesci pięć i pół sekundy, ale tak normalnie, jak każde dziecko. Usłyszy coś raz i pamięta.

Potrafi na przykład przyjść z przedszkola i odśpiewać Matce siedem zwrotek nowej piosenki, której to piosenki Janeczka się nie uczyła, więc paluchów w podpowiedziach nie macza. Zresztą to nie jest nigdy tak, że Potworek wraca do domu, rozczapiarza się i daje wystep. O, nie, nie! To nie Janeczka, która zarzynała starych popisami wokalnymi. Maryśka rozwija swe zdolności skrycie i niespodziewanie dla otoczenia. Czasem tylko Matce uda się podsłuchać, więc zamienia się w jeden wielki, długouszny słuch i nadstawia radary.

Bywa też, że Potwory jadące ze swych edukacyjnych przybytków zaśpiewają coś razem – a to kawałek z Pocahontas, a to jakąs wspólną przedszkolną piosenkę. Niestety dochodzi wtedy do darcia piór, bo Maryśka preferuje swoją wersję a Janeczka swoją. Sęk w tym, że Janeczkowa jest właściwa, a Maryśce czasem coś się zawirusuje i uparcie obstaje przy swojej, choć nie tej odpowiedniej. I jak się wtedy Potworek uprze, to koniec świata!

Wczoraj Matka miała tez okazję usłyszeć prawykonanie z wirusem – solo absolutne, bo Potwór szalał na sankach.

Niestety okoliczności nie były dla Matki komfortowe – siedziała w kucki na kupie sosnowych gałęzi rżniętych na środku salonu, mazała igły klajstrem i posypywała gruboziarnista solą. Sajgon totalny, wszędzie żywica, sól i packi z kleju, folia malarska i ubabrana, wściekła Matka.

Nadciągnął po cichutku Potworek.


„-Siumi dokoła laaaaas…” – zahuczał znienacka.


Matce konar wypadł z rąk.


-„Czi to jawa czi sę?” – ciągnęła Maryśka nie zwracając na Matkę najmniejszej uwagi. W końcu żadne zajęcie Matki nie jest już w stanie wzruszyć dzieci
„Co ci przipomina, co ci przipomina,

KANGUJ znajomy tę?”

Nie do odrzucenia…

Matka w amoku sklepowym. Dojazd trwa trzy razy tyle, co wkurzenie się w sklepie. Nalezy zwrócić uwagę – nie zakupy, ale wkurzenie się . Matka delikatna jest, więc inaczej nie powie!

Kapusty kiszonej to dalej Matka nie kupiła, ale za to szukała łańcuchów. I bombek. Nie, nie dla siebie. Matka ma takie czterdziestoletnie, każda inną i obwiesza choinkę jak popadnie, żaden tam styl. Sentyment ma być.

Jednakowoż złożono jej w szkole propozycję z gatunku nie do odrzucenia – przystroić salę na zebranie. Najlepiej za darmo, bo nie ma funduszy. Normalne. Niestety nie ma też czym przybrać.

Matka zarządziła zakupy.

-„Ale pani wie, najlepiej tak za prawie nic”

Matka wie, jasne.

-„No i jeden warunek – ma być OSZAŁAMIAJĄCO!!!”

Jaaaasne.

A tymczasem wszelkie tanie ozdoby poznikały z hipermarketów a Matka potrzebuje grube zielone łańcuchy z niebieskimi końcówkami. Albo złotoniebieskie. Tyle tylko, że takie kosztują ma-ją-tek!

No to Matka wykombinowała sobie, że sosny nawiezie, rżnie na stoły, żółtą firanką przeplecie, bombkę pieprznie co jakiś czas i coś tam jeszcze złotego czy niebieskiego. A samą sosenkę w soli upaprze, bo to ładnie wygląda, choć podobno pracochłonne jest. No Matka jeszcze nie robiła.

-„To ja jadę po zakupy a ty idź do lasu i szukaj takiej sosny, co nisko rośnie. Nie trzeba będzie dużo a zrobi „ilość”.

MiaUżon został uszczęśliwiony a Matka popruła na zakupy podczas których kupiła nie to, co trzeba i zmarnowała kupę pieniędzy.

Wróciła, jak ciemno już było.

-„Nie ma!” – obwieścił MiaUżon

-„A czego nie ma?” – Matka wypadła z kursu

-„Nie ma ani jednej sosny. Całe podeszwy złaziłem!”

O w mordę. Tego Matka nie przewidziała! Sosen u nas dostatek, ale wszystkie porosły wysokie, żadnej samosiejki nie ma!


No to teraz niedziela przed Matką…

I jeszcze powinni ją złapać, ze gdzieś sosenki wyżyna i opychać będzie pod cmentarzem…

Torba

Matka miast szaleć po sklepach dekoracje robi. W szkole. Szuka jakichś materiałów, żeby obić stare tablice, wkurza się, bo nigdy jeszcze nikt nie wyprodukował koloru, który Matka sobie wymyśliła, o gatunku nie mówiąc i szlag jasny ją trafia, kiedy panienki w sklepach proponują jej skrzypiące bistory w bajeczne esy-floresy.

-„Gładki, bez niczego, jak prześcieradło!” – wyjaśnia Matka


-„Pani to ma wymagania!” – panienki wzruszają ramionami i wsadzają nos w gazetę. Przed Sylwestrem pytać o gładki!

I Matka czas marnuje a tu prezenty nie tylko nie kupione, ale nawet nie obmyślone.

-„I nie zapomnij kupić sobie prezentu ode mnie! I co w ogóle byś chciała?” – tu MiaUżon złapał się przezornie za portfel.

-„Nic” – Matka odrzekła po zastanowieniu. Ani pomysłu żadnego, ani chęci nie miała.

-„Nie da się tak, że nic!” – wkurzył się ślubny

-„No to może torbę?” – wpadła na pomysł Matka. Ma fajną, ale jedną i do tego ciągle jej się otwiera, bo ma za delikatny zameczek, którego się nie da ani naprawić, ani wymienić.

-„No to sobie kup i mi daj, to ja zapakuję!” – ucieszył się MiaUżon i przepadł w czeluściach garażu.


Matka to już nawet oglądała te torby. Znowu nie wyprodukowali takiej, podobnie zresztą rzecz ma się z butami.

-„Ma być czarna i na długim pasku!” – zarządziła wczoraj w sklepie – „I elegancka, ale duża. Z klapą. Bez klamerek i świecących pizdryków”

Pani co wyciągała rękę do półki z torbami, to zaraz ją opuszczała w miarę, jak Matka mówiła.

-„No czegoś takiego to nie ma! Chyba, że ze skóry!” – spojrzała w drugi kąt sklepu.

-„Ze skóry nie, już nie” – pokręciła głową Matka. Torby ze skóry to miała od zawsze. Różnią się tym, że jednakowo szybko się niszczą, przyczym kosztuje to trzy razy więcej, jak nie cztery. A tak kupi, ponosi i wywali. A sztuczna skóra wygląda teraz tak, jak prawdziwa i Matka nie zamierza się wygłupiać z jakąś torbą do zamiatania w samochodzie.

-„No to jak nie ze skóry, to nie będzie długiego paska!” – i pani postawiła przed Matką kilka wcale niebrzydkich torebek, ale z krótkim paskiem lub dwoma.

Matka wsadziła jedną na ramię i musiała natychmiast zdjąć szalik.

-„Co pani?” – sklepowa wybałuszyła oczy.

-„Ten pasek mnie dusi” – wycharczała Matka

-„Przecież ma go pani na ramieniu a torbę pod pachą…”

-„Wiem, ale czuję się osaczona przez przedmiot. Napada mnie i wpycha się gdzieś pod rękę” – odrzekła Matka kręcąc się przed lustrem, co niewiele dawało, bo torebka znikła pod rękawem jej kurtki.

-„Chyba się będzie musiała pani przyzwyczaić. Poza tym taka torba jest bezpieczniejsza.”- panienka nie dawała za wygraną.

Matka postanowiła chwilowo odpuścić. No chyba będzie musiała przywyknąć, ale przyjdzie jej to z trudem. Matka nie lubi czegoś, co jej majta przed oczami. Długą torbą można zawachlować na plecy i znika. Można sprać złodzieja, naładować do niej węgla i kamieni. Oraz cegłę. A pod pachę to już nie bardzo się da.

Matka będzie musiała zrezygnować z toreb zaczepno-obronnych i jakoś kompresować swoje, przechowywane przez dwa lata zdobycze typu:

-dwadzieścia osiem długopisów, z których siedemnaście nie pisze, trzy wylewają a dziesięć ma oderwane piprztyki do zaczepiania

-Trzy komplety kluczy do nieistniejących kłódek

-kalkulator nieliczący

-kalkulator liczący w dni słoneczne

-kalkulator sprawny

-calówka trzymetrowa wyciągana

-sklapel

-komplecik agrafkowo-nitkowy

-plastry

-notesy

-kalendarzyki z ostatnich pięciu lat bez 2005 roku

-zeszyt

-zdjęcia Potworów w ilościach przemysłowych

-i inne kobiece dodatki, które wpływają na opływowość kształtów torby, jednocześnie uwalniająć Matke od posiadania siniaków na nogach, a których Matka nie uszczegółowi…

-zawartość ruchoma, zależna od chęci, potrzeby i pory roku – niezależnie od ilości i jakości o wadze do półtora kilograma.



No Matka nie wie, jak jej to się uda…

Lista prezentów

Matka wyszła dziś do szkoły o 8.00 a wróciła o 16.30 i pomyślała sobie, że życie jest piękne, wolny czwartek i piątek cudowne a w nastepną środę bierze dzień opieki na dziecko, czyli aż do stycznia nie musi przygotowywać nowego tematu. Ba, nawet do drugiego tygodnia stycznia!

Zaraz jednak przypomniało jej się, że musi pojawić się w szkole, żeby przygotować jakąś przeklętą dekorację świąteczną i wypada na jutrzejszy czwartek, więc zweryfikowała swoje poglądy. Ani jednego prezentu w chałupie nie ma, trup ściele się gęsto, goście pozapraszani, menu nieopracowane, kupa prasowania znów narosła. Że to automatycznego żelazka jeszcze nikt nie wykombinował, cholera. Niby takie trudne? A pralkę to łatwo było wymyśleć? No też nie!

Matka wie, co zrobi.

Po pierwsze spojrzy w okna i dojdzie do słusznego wniosku, że nie jest źle. Bo naprawdę nie jest.

Przejrzy książki kucharskie, poczyta sobie ekstra przepisy, w których do jednej pieczeni potrzeba szklankę podgardli żabich, do drugiej funt kłaków zerwanych z żywego ptaka kiwi o północy przed pełnią księżyca, do trzeciej kryle z okolic Przylądka Dobrej Nadziei( inne są zbyt tłuste…) i postanowi.

Postanowi, że kupuje karkówkę i piecze ja z tym, co ma akurat po szufladach i lodówce. Wyciąga zapasy z zamrażarki, co znakomicie wpływa na cyrkulację powietrza w tejże i kupuje suszone owocki na kompot.

No i kwas buraczany nastawia, bo barszczyk to Matka robi absolutnie genialny. najprawdziwszy!


No i Matka znów wpadła w dygresje, a to wszystko przez Maryśkę.

Bo jak już Matka przed zakupami jest, to załatwi wszystko, łącznie z prezentami dla innych i siebie za jednym dosiadem.

-„Co byś chciała od Świętego Mikołaja?” – zapytała dziś Matka Potworka nie bardzo wierząc w powodzenie, ale chciałaby choć raz kupić coś, co jest komuś bardzo a bardzo potrzebne.

Maryśka ożywiła się jednak szalenie, oko jej błysnęło i wzięła wielki oddech:

” Ja to bym kciała od Mikołaja…” – tu potoczyła wzrokiem po pokoju -„… tejewizoj, płyty, fijm Pienkna i Bestia, któji jus mam, kanapem, stojak z kupom gazet, okno, zasłąki i najwaźniejsie – SUFIT!!!”


Tak jest. Matka była pewna, była całkowicie pewna, że Maryśka jej bardzo pomoże…

„Prawie” robi różnicę

Matka wróciła skonana ze szkoły, rżnęła te wszystkie prace domowe, podręczniki, czerwone długopisiki i sprawdziany, kiedy z trzaskiem nadciągnął Potworek.

Trzask był tym większy, że Maryśka kiedy naciąga z wielkim majdanem, zwykle odczuwa nieprzepartą potrzebę skorzystania z nocnika, więc rzuca klamoty na ziemię, szura nocnym naczyniem, rozsiada się i potem myśli, co dalej.

Majdan tym razem nie odbiegał od standardu, jeśli chodzi o wielkość i zawartość. Były to mianowicie Barbie, w ilości siedmiu albo ośmiu sztuk – Matce pomyliły sie odnóża i nie jest pewna. Lalki były jednak kompletnie ogołocone z ubrania, z wyjątkiem jednej, która odziana była w jaskrawoczerwoną sukienkę.

-„Ojej” – złapała się za głowę Matka, która zaraz ujrzała oczami wyobraźni porozrucane barbiowe ubranka po sypialniach -„Czemu PRAWIE WSZYSTKIE te lalki są gołe?”

– Maryśka zdziwiona głupim pytaniem Matki wzruszyła ramionkami:

„No bo z tej jednej nie udało mi siem zdjonć sukięki…

Zwierciadło

Maryśka została wczoraj wymyta kompleksowo, czyli razem z włosami.

Dopełnieniem toalety było wysuszenie włosów suszarką i uczesanie chochoła – własnogrzebienne oraz na koniec matkoręczne. Żeby można było rozpoznać kto jest kto.

Maryśka obwąchała końcówkę włosów, żeby ocenić fachowo porażający zapach odżywki, zarzuciła kłaczkami na plecy i spojrzała zalotnie w lustro.

-„O matko!” – zachwyciła się nagle –„Jaka ze mnie JASKA!!!”


O, proszę.

-„Jestem piękna!” – pomyślało dziecię, idąc spać.

-„Trzeba jednak pójść do tego logopedy, żeby nauczyła się mówić L” – pomyślała Matka pakując Maryśkę do łóżeczka.

I to jest właśnie różnica między niewinnością dziecka a twardą, życiową rzeczywistością…

Skoki potworne

-„Jadę spać do Babci!” – zapowiedziała wczoraj Janeczka.

Matka podrapała się w głowę.

-„Ojej, ale może jutro, albo co? Bo tato już wstawił samochód na podjazd, musiałby specjalnie wyjeżdżać?”

-„Nie ma problemu, wyjadę!” – MiaUżon zatarł rączki. Będzie do połowy wolny wieczór. Jakby to coś miało dać, biorąc pod uwagę, że zostaje Maryśka!

Pojechali więc.

Matka to juz nic, tylko ciągle się z Potworem mija. W tak zwanym sezonie Janeczka odrabia na kolanie lekcje i wypada na dwór, skąd wraca, kiedy nie ma siły poruszać odnóżami z głodu. Poza sezonem chadza na mecze koszykówki z MiaUżonem przynajmniej dwa razy w tygodniu a Matka też wychodzi a to na rady pedagogiczne, a to walczy z papierami przy komputerze. Do tego wszystkiego koszykarz, w którym Janeczka się skrycie kochała poprztykał się z terenerem i odszedł z drużyny. No dramat!

Pozostała Maryśka, której póki co nic nie interesuje poza szafą Janeczki, skąd wygrzebuje każdą ilość schowanych batoników musli i Barbiów, najcześciej zresztą swoich, zamaskowanych dla niepoznaki, na przykład pelerynką z papieru toaletowego…

Potworek daje się jeszcze przytulić, nadstawia pucka (ale to już nie zawsze) i cos tłustego do podszczypania.


Matka dziś poszła do kościoła sama, bo MiaUżon wyprysnął na wcześniejszą godzinę. W telewizorni sa dziś skoki i nie ma zmiłuj się. Nagrane tracą na wartości, nie ma kiedy obejrzeć i czego to tam Matka nie usłyszała gwoli wyjaśnienia.

MiaUżon wrócił więc na jednej nodze, Matka wsiadła w odpalony samochód i pognała. Smutno jej strasznie w tym kościele było bez Potworka, naród też się oglądał, bo nikt nie chodził naokoło ławek, no okropność.

Wróciła więc czym prędzej, rozdziała się z płaszcza i strząsnęła z niego krople deszczu, po czym postanowiła naładować sobie akumulatory.

-„Chodź kochana do matki, poprzytulamy się!”- zachęciła Potworka od progu.

„Ciiiiiiiiiiiiii!!!!”– syknęła Maryśka i przyłożyła palec do ust.

-„Co – ciiiiiii?” – zdumiała się Matka i stanęła jak wryta.

„No ciiiiiiiiii!” – powtórzyła Maryśka nie odrywając wzroku od telewizora –„Nie widzis? Michałej Ujman skace…


No to mamy oba Potwory z tak zwanej bańki.

Stracone dla świata…

Matka daje słowo, że ten carling zacznie uprawiać!

Bilobil potrzebny?

Matka zawiozła w piątek do szkoły Janeczkę, ale z racji wyjazdu MiaUżona musiała taszczyć w obie strony Maryśkę, która posmarkująca ciagle jest, więc została w domu.

Matka wymyśliła sobie jednak, że w związku z tym podjedzie do lekarza na kontrolę i załatwi zakupy w Lidlu, bo napatoczył się po drodze. Maryśka znosiła wszystko ze stoickim spokojem, co Matki szczególnie nie dziwiło – Potworek doskonale wie, że Matka z Lidla przywozi biszkopty i duże, okrągłe ciacha, za które Maryśka dałaby się pokroić na plasterki o boku milimetra.

Zrobiły więc zakupy, podczas których Matka zajęta była głównie odławianiem sprawunków wrzucanych przez Maryśkę do wózka. Potworek wybiera zawsze według dwóch kryteriów: opakowanie ma być kolorowe a sam pakunek duży. Matka omija więc szerokim łukiem szklane deski do krojenia, zgrzewki z jajami, o ile są wystarzcająco pstrokate, a ostatnio także bombki.

-„Nie kupujes tatujkowi PIWA?!!!” – zapytała Maryśka osiem tonów za głośno.

Naród popatrzył na Matkę z wyrzutem. Zawsze wrzuca dwie zgrzewki, a teraz udaje przed dzieckiem, że niby taka święta…

Matka uznała to za wystarczający powód do zaprzestania dalszych przejażdżek po sklepie i wyniosła się wraz z bagażnikiem napełnionym do połowy. Cóż, papier toaletowy i ręczniki kuchenne mają swoją objętość…

Kiedy już udało się wsadzić Potworka i zakleszczyć go w foteliku, władować zakupy do samochodu, siąść i odpalić, Maryśka wpadła w lament:

„O matko! Co ja NAJOBIŁAM!!!”

Matka zbladła. Zostawiła coś? Wózek stoi za samochodem i zaraz w niego wyrżnie? Nie kupiła czegoś ważnego?

Odwróciła się i spojrzała pytająco na Potworka, bo głos uwiązł jej między strunami głosowymi a siódemkami. Ósemek nie ma. Genetycznie.

Maryśka siedziała i załamywała urękawiczkowane łapiny. Było to trudne i niezbyt efektowne, bo rękawiczki były jednopalczaste…

„Zapomniałam KLUCY od domu!!!” – wykrzyknęła

-„Uuuuuu….No to kicha!” – zgodziła się Matka z ulgą i pojechała do lekarza.


O kluczach to nie miała pojęcia, ale zauważyła w sklepie, że gotówki też Maryśka nie była uprzejma zabrać…

Zdecydowanie z tarczą!

MiaUżon wrócił z WielkiegoNiesąsiedniegoMiasta, z rozmowy z BardzoWażnymDyrektorem z Centrali. BardzoWażnyDyrektor miał podjąć bardzo ważną decyzję w sprawie MiaUżona pracy, bo MniejWażnyDyrektor z Okręgu nie może. Podobno.

MiaUżon miał być na 7.30 a dojechał już piętnaście po szóstej, więc czas spędzał sobie milutko na stacji benzynowej z braku innych miejsc godnych nawiedzenia o tej jakże rześkiej porze i chwilę przed czasem pojawił się w budynku BardzoWażnejFirmy. Firmy Matter, jak to niektórzy piszą, bo co tu dużo gadać, pracuje dla niej od dwunastu lat, ale jak agent jedynie.

bardzoWażnyDyrektor przyjał go, a jakże, poprosił o CV, które już bez wątpienia kilka razy czytał i przystapił do pytań.

Po pewnym czasie podziękował MiaUżonowi.

-„No, to ja już panu dziękuję, wiem wszystko. Tylko rozumie pan – ja nie moge podjąć takiej decyzji. Pozostawię to MniejWażnemuDyrektorowi.”

MiaUżon dyskretnie spojrzał na zegarek, na którym minęło dokładnie pięć minut od momentu wejścia…

Ciagnął się w sumie czterysta kilometrów, żeby pogadać minut pięć i dowiedzieć się, że decyzje jednak podejmują MniejWażniDyrektorzy…

Wkurzony na rzadko wsiadł w samochód, ruszył do domu i kiedy Matka zadzwoniła zazgrzytał tylko:

-„Żenujące”

No Matka wspominała.

A kiedy w końcu dotarł do chałupy uzupełnił Matce:

-„Tuż pod Naszą Metropolią zadzwonił do mnie MniejWażnyDyrektor.”

-„I?” – Matka treściwa była na wszelki wypadek.

-„I jestem kierownikiem w dwóch SąsiednichBardzoMniejszychMiasteczkach. Tak, jak miało być”

-„A warunki?” – Matka to zaraz wierci dziurę w brzuchu o konkrety.

-„O warunkach mam się dowiedzieć niebawem. Oczywiście umowa o pracę. I teraz to JA rozdaję karty. I jak będę chciał to nic nie muszę. Zależy ile powiedzą! Zgodzę się, albo niech szukają innego frajera!”


No!

Tak, to Matka lubi!

MiaUżon znów wszedł na obroty.

A Matka może wreszcie przestanie wysyłać te cholerne składki na ZUS i za MiaUżona…