MiaUżon pojechał o czwartej do WielkiegoNiesąsiedniegoMiasta na rozmowę z dyrektorem. Na 7.30. Może dostanie te pracę. Pytanie tylko, czy będzie chciał, bo przez telefon powiedział niedawno Matce tylko jedno słowo:
-„Żenujące…”
Być może ciagnięto go kilkaset kilometórw po to, żeby zaproponowac połowę mniej, niż zarabia. Matka uwierzy już we wszystko.
A ranek tymczasem przebiegał tak spokojnie, że Potwór spóźnił się trzy minuty do szkoły, ale w końcu temperatura -0,5 stopnia w zasadzie bez śniegu upoważnia miasto do totalnego zakorkowania się. Syberię mamy, jak nie wiem co! No dramat!
Matka załatwiła więc z ciągle pociągającą nosem Maryśką szybkie zakupy, kontrolę u lekarza, po czym wróciła sprzątać bajzel poranny.
Na sam koniec Matka ścieli wyrko Janeczki. Potwór całe rano kombinuje, jak tu zagadać Matkę, żeby łóżka nie posłać. W końcu pewne czynności są atrakcyje jedynie przez pierwsze dni po zakupie – i z tego powodu łapa żadnego psa w tym domu nie postanie!
Matka zdjęła więc kołdrę i odkryła pod nią magazyn pierwszy. Były w nim:
– sukienka lalki
– książka „Lokomotywa”
– skarpeta bożonarodzeniowa
– nadjedzony lizak
Po usunięciu poduszki oczom Matki ukazały się:
– kredki paczkowane, 12 kolorów, nowe
– długopis lekko używany, niebieski
– papierek od gumy do żucia Orbit dla dzieci, smak leśny
– druga skarpeta bożonarodzeniowa (Matka podejrzewa, że kradziona. Poszkodowany – Potworek)
Po zdjęciu prześcieradła światło dzienne ujrzały:
– teczka papierowa,niebieska wiązana
– trzecia skarpeta bożonarodzeniowa (niewiadomego pochodzenia)
– czapka świętego Mikołaja
– kawałek szmatki
– Barbia Janeczki w sukience nowej Barbi Maryśki – i znów złodziejstwo, bo lalka zawinięta w kawałek gazety i wsadzona w czapkę nr2 świętego Mikołaja
– torebka na prezenty wymiędolona
– bibuła marszczona purpurowa.
Biorąc pod uwagę nagromadzenie dowodów (w tym również kradzionych) Matka dochodzi do wniosku, że:
a/ Janeczka w dalszym ciagu jest przedsiębiorcza, jednakowoż efekty uzyskuje niekoniecznie w legalny sposób
b/ NO CHYBA IDĄ ŚWIĘTA!
Duch podły niesłychanie
Maryśka po wieczornej kąpieli, zawinięta w ręcznik:
–„Wies co, mamujku? Mogem ci opowiedzieć, co mi siem okjopnego śniło!!!”
Matka nie wiedziała, czy zdzierży jakieś okropności po całym dniu w szkole, połączonym z hospitacją. Zaraz się zacznie to, co z Janeczką- Potwór opowiada tak niestworzone historie, że Matka nie ma wątpliwości, że konfabuluje na całego. Myli się w kolejnych odsłonach, wypuszcza dla Matki wersję beta, dla MiaUżona pół godziny później second edition i trzy dni morduje poprawkami do libretta.
No do zarżnięcia.
Ale z drugiej strony Maryśka nigdy żadnego snu nie opowiadała…
-„Ojej!” – Matka wczuła się w słuchacza -” Co mogło być takiego okropnego?”
–„No duch!” – zniecierpliwił się z lekka Potworek.
-„No dobra, a co on robił?” – Matka zaraz się poprawiła i zaczęła zadawać pytania z gatunku inteligentnych bardziej.
-„No szajpał mnie za jękaf!” – Potworek był wyraźnie oburzony.
Matka ubiła ducha wielokrotnie i natychmiastowo. Nie jest tylko pewna, czy na duchu zrobiło to jakiekolwiek wrażenie, bo chyba zwykle bywa z gatunku małozywych, ale zawsze to jakies działanie pod wpływem emocji. jak trzeba bedzie, to gada przemaluje na pomarańczowo. Szarpać dziecko za rękaw!!! Niedoczekanie!
-„A jak on wyglądał?” – lepiej sprawdzić. A nuż cholera jest pomarańczowa i trzeba będzie machnąć go na zielono?
–„Nie wiem” – Maryśka zmarkotniała –Przychodzi po ciemku i jest wtedy zupełnie czajny!”
A to kicha. Matka będzie musiała chyba zapolować na gada jednego.
-„No to rzeczywiście okropny duch! A mówił chociaż coś?!” – Matka była zaintersowana nie na żarty.
–„Mówił, mówił, zawsze mówi to samo! Szajpie i mówi – FSTAWAJ!”– westchnał Potworek –„A potem nagle znika!!!
Aaaaaaaaaa…
No to Matka go zna.
Bo ten czarny duch potem przyłazi do niej o mówi:
-„No i @$#%$@#, znowu nie mogę ich spruć. Spróbuj ty, bo się spóźnię do tej cholernej roboty a trzeba jeszcze odśnieżyć podjazd…”
Święty nie przychodził…
Matka dziś ziewa, jak Mikołaj, co w nocy miał szychtę.
Pracowała wczoraj do pierwszej przy komputerze a potem wykapała się i:
-„Nie zapomnij im włożyc do skarpet!” – mruknął MiaUżon w półśnie.
No faktycznie, skapety. Potwory wywiesiły sobie jedną na fotelu, drugą na szafie. Matka miała przygotowane śliczne kubeczki – z aniołkiem i reniferem, takie ręcznie malowane i aniołkowo-reniferowo-wypuczone.
Załomotała więc w szafie, wyciągnęła kubek i poszła do pokoju Maryśki. Odpieła rzep na skarpecie z reniferem, wsadziła z trudem kubek, zdarła pół skóry na rzepie i..i nic! łapa jej została w środku. Ani w te, ani z powrotem, zaklinowała się na amen. Do tego pod kubkiem wymacała – no bo co tu robić, jeśli ręka i tak uwięziona, trzeba sobie jakoś ten czas zorganizować w drodze do MiaUżona – cos szalenie interesującego i szeleszczącego celofanem.
-„Ty, co tam jest pod spodem?” – zapytała scenicznym szeptem.
-„Ojeju, karteczki im kupiłem i włożyłem. Kładź się!” -jeknał MiaUzon, który szalenie wrażliwym jest na nocne Polaków rozmowy.
-„No nie mogę, bo mi ręka utknęła!” – stęknęła Matka szarpiąc się jedną a szukając nożyczek drugą ręką.
Nie było odzewu. Najwyraźniej łapa w skarpecie Mikołaja, przywalona z góry kubkiem to norma.
Matka kolejne pięć minut szeleściła, jak wściekła, aż w końcu wyciągnęła rękę po kawałku i złożyła do kupy. Umieściła odzież świętego w miejscu strategicznym, postanowiła kubka Janeczki do świtu nie wkładać i padła na łóżko.
-„Oj, żebyś tak się Marysiu dziś nie obudziła w nocy…” – pomyślała i padła o pierwszej trzydzieści dwie.
Załomotały pięty rozmiar 36 damskie. Matka dla wyjaśnienia doda, że nosi czterdziestkę. Piety wykonały w tył zwrot.
-„Iiiiiiiii…” – zaskrzypiało łóżko. Cisza.
-„Chlip, chlip!!!” – zasmarkała kołdra.
Matka podniosła oko. Pierwsza trzydzieści cztery. Cholera.
-„Chlip! Smark, smark!!!” – znowu kołdra.
-„Czego tam znowu?” – ryknął MiaUżon siadając na równe nogi.Nie, no na czetry litery usiadł w zasadzie.
-„Nic, nic!” – dziarsko odrzekła Janeczka, łykając łzy i zapadła głucha cisza.
Pierwsza trzydzieści osiem.
Głuchy tętent bosych pięt, szelest, jeszcze raz szelest, tętent, iiiiiii, cisza.
-„Chlip, chlip, smark, chlip, chlip!” – znów łóżko.
-„No @$#%$&, ja wykorkuję!” – zerwał się MiaUżon. -„Wsadź jej ten kubek!”- zaszeptał Matce w ucho.
-„No ty chyba żartujesz!” – oburzyła się Matka – „Nie zamierzam parzyć teraz w nim herbaty, bo Janeczka na pewno natychmiast umrze z pragnienia”
MiaUżon padł. Postanowił olać sprawę.
Janeczka pełniła wachtę do piątej rano.
Tętent, macanie, szelest, chlipanie, tętent, chlipanie, smarkanie, cisza.
Tętent, macanie, szelest, chlipanie, tętent, chlipanie, smarkanie, cisza.
Tętent, macanie, szelest, chlipanie, tętent, chlipanie, smarkanie, cisza.
A potem o piątej zero jeden:
Cisza, cisza, cisza.
Matka wsadziła kubek, zazgrzytała i pospała sobie dwie godzinki.
Mikołaju, nu pagadi!!!
Nic?
Matka szalała dziś między jedną szkołą a drugą. Maryśka rankiem na inhalacje – szczęśliwie wytrzymała, jako i Matka. Matka nie jest tylko pewna kto się lepiej przeinhalował…
A potem dzieci pisały olimpiadę w jednej ze szkół i Matka z wywieszonym ozorem i klnąc, pędziła do drugiej szkoły na lekcje. Wpadła minutę przed dzwonkiem, a to już szczyt wszystkiego jest absolutny!
I w tak zwanym międzyczasie rozmyślała sobie, co też słychać w szkole u Potwora, czy MiaUżon go odebrał, czy pojechał do teściowej po Maryśkę i czy Babcia trwa na stanowisku, czy padła, a Potworek zatknął na niej proporzec. No, po Maryśce to już wszystkiego można się spodziewać.
I kombinowała też miedzy jednym kapitelem a drugim Matka, czy kupić bułkę tartą, czy nie kupić. Nie, nie kupić, chrzani Matka, białą kiełbasę da na obiad. Nie, nie da, psiakrew, przecież zrobiła wczoraj pieczeń z indyka z mango, to co będzie podawać kiełbasę. No Matka zapędzona jest, jak nie wiem co.
I Matka, kiedy dzieci pisały tę olimpiadę drukowała foliogramy na lekcje, a kupiła jakieś tańsze folie i nawet się ucieszyła, dopóki nie zobaczyła wydruków, bo coś nie były rewelacyjne.
Jak, w ramach sprawdzenia, położyła je na rzutnik pisma to dzieci zareagowały natychmiast:
-„Prosze pani, proszę pani, coś się okropnie dymi z rzutnika!!!”
Dymiło się, fakt. Ale nie z rzutnika, tylko z folii. Na czarno i śmierdząco.
No szlag by trafił, jakaś folia nie taka, czy co? Polarna.
No nic, Matka machając folią, żeby było coś wiadac w klasie kombinowała, czy Maryśka pójdzie jutro do przedszkola, czy nie. Trudno, raczej nie pójdzie, bo gil dalej paskudny, a Mikołaj zapewnie przed Wigilią zrobi drugi rzut prezentów.
I jak już Matka wracała, to znów jej się przypomniała bułka tarta i zapomniała o tej pieczeni. Na szczęście przed sklepem wyleciała jej bułka z głowy i Matka wpadła do domu o 16.30.
Wpadła i wyciagnęła nogi.
-„Co słychać?” – zapytała, jak co dzień.
-„NIC!” – odparł tradycyjnie MiaUżon.
Bo oni tak już dwa lata z Matką rozmawiają na temat minionego dnia.
Jedno i drugie nogami do przodu leży i nie chce się paszczy otworzyć.
MiaUżonowi się dodatkowo bardzo pogorszyło, jak będąc faworytem numer jeden poprzerzynał wszystkie konkursy na różne stanowiska w pracy z powodu rzeczy podstawowej, jaka jest brak PLECÓW. I do tego jest na wypowiedzeniu i w Sylwestra kończy pracę, pozostając już tylko przy jednej, agencyjnej oczywiście. MiaUżon umowy o prace to już dawno nie ma żadnej, bo w tej branży prawie nie bywają.
Matka tematu nie porusza, bo sie denerwuje a MiaUżon ma całemu światu za złe i już. No chłop bez pracy, albo wyrolowany to gorzej niż wojna stuletnia.
Ale dziś było „NIC” i MiaUżon się jakoś dziwnie wiercił.
Matka go nie zapyta, czy ma robaki, bo dopiero by było…
-„Dzwonił do mnie dyrektor z okręgu na komórkę!” – wypalił
Matka zaraz nastawiła uszu:
-„I?”
-„I zapytał, czy moja kandydatura na kierownika jest dalej aktualna…”
-„I???”
-„I nie odpowiedziałem od razu, bo nie wiem. Poukładałem sobie inaczej sprawy i nie wyglądają najgorzej. A teraz trzeba będzie wszystko odkręcać, z wielu rzeczy zrezygnować całkowicie, zawsze jest ryzyko. No i to by nie było w naszej metropolii ale albo w MniejszymDalszymSąsiednimMieście, albo w MniejszymBliższymSąsiednimMieście”
-„A za ile?” – Matka zapytała któtko i konkretnie
-„No nie wiem. Jutro pogadam”
No i jutro MiaUżon zostaje w metropolii i zasięgnie języka. Wiadomość nie jest absolutnie pewna, sygnał jedynie i to małosprecyzowany. Ale już coś.
Jak będzie wiadomo za ile, to się przeliczy.
A niech teraz nie myśla, że na dwóch łapkach i w ogóle.
Ale wiecie co?
Chłop z taką wiadomością to inne życie w domu.
Natychmiast.
Nocne Polaków rozmowy
Matka z MiaUżonem nie mogą ostatnio nijak się wyspać. Powód jest prosty – łóżko o szerokości 120 cm i trzy osoby w środku. Oczywiście najpierw są dwie, bo Potwory od zawsze miały swoje posłania. Janeczka juz dawno dała święty i anielski spokój, bo sie po prostu u nas w łózku nie mieści. Miewa jednak inne wyskoki, choćby taki pod tytułem: „NieMogęSpać!”
„NieMogęSpać” objawia się kilka razy do roku, zaczyna koło pierwszej w nocy i polega głównie na stękaniu, chlipaniu (tez mi powód!) i wszelkich iluminacjach. Matce i MiaUżonowi nie podoba się żaden z tych efektów towarzyszących.
Chlast! – trzasnęły drzwi do łazienki. matka nadludzkim wysiłkiem podniosła powiekę i otrzeźwiała natychmiast. Światło w łazience, światło w pokoju, Janeczka miotająca sie pomiędzy.
-„Co tam?” – Matka w nocy ogranicza ilość używanych liter, żeby nie budzić za bardzo mózgu.
I to był błąd. Potwór poczuł się zagajony i rozwinął wszystkie swe możliwości.
-„Buuuuu, bo ja nie mogę spać! Jest mi gorąco!!!”
-„To sie odkryj i daj ludziom pospać w niedzielę!!!” – ryknął MiaUżon, który od pewnego czasu straszliwie się uczulił na nocne niemoce Potwora.
Matce mózg się obudził do końca natychmiast, choć starała się odeprzeć ataki ryków MiaUżona. Nie da rady. Widać inna częstotliwość?
-„To będzie mi zimno!”- zawyła Janeczka i Matka już wiedziała, że po spaniu jest.
-„To się przykryjesz! I pamiętaj, że jeszcze masz siostrę obok w pokoju i ona śpi!!!” – MiaUżon uniósł głowę, żeby zapewnić jak największą szybkość rozchodzenia się dźwięku i padł na poduszkę ponownie.
Matka co do spania Maryśki miała już niejakie wątpliwości, bo raczej umarli pomału zmartwychwstawali myśląc, ze oto słychać Trąby Jerychońskie…
-„Teraz to mi jednocześnie i zimno i gorąco!!! I wcale mi sie nie chce spać!” – załkała Janeczka spod kołdry.
-„To pogaś światła!” – poradziła życzliwie Matka myśląc sobie, że wtedy choć dwie z trzech osób zasną a tak, to żadna…
Janeczka kotłowała się w wyżej wspomniany sposób jeszcze godzinę. Kto nie wie, jak to jest, niech sobie dwadzieścia trzy razy przeczyta od początku do tego miejsca…
A potem nastała błoga cisza…
Cisza…
Cisza…
Skrzyp…
Chlast! – trzasnęły drzwi od łazienki!
Pstryk! – zapaliło się światło. Kontrola jakości.
Pstryk! – zgasło światło.
Tup, tup, tup, tup – zabębniły malutkie pięty po podłodze.
Matka jęknęła głucho.
-„@$#%$&@#!!!” – westchnął MiaUżon
Skrzyp, pięty cichnące, skrzyp, pięty narastające.
-„Iiiiiiii!” – zajęczały sprężyny w Matki i MiaUżona wyrku. Matka dostała kolanem w brzuch, podeptano jej nogi, ustopienie, jeszcze raz nagnieciono brzuch, wykonano siad napupny na głowie, obsmarkano piżamę, wyrżnięto Matkę ,a może MiaUżona łbem o łeb, uwalono się na MiaUżonie, potem na Matce, potem znów na MiaUżonie, przywalono matke kocykiem, wsadzono palec od nogi w ucho, oko, nos i paszczę, sapnieto i padnięto na poduszkę. Na Matki poduszkę.
Matka przezornie się wycofała, żeby nie mieć wstrząsu mózgu.
–„No!” – usłyszała –„To TYJKO JA jus jestem!”
Uff! Dzięki za wyjaśnienie. Matka inaczej za nic by nie zauważyła…
Anielsko i wystawnie
Matka znów przynudzi na temat wystawy, ale wczoraj Maryśka przeszła samą siebie…
Wystawa za to była inna, ale Matka nie zdążyła jej w całości zobaczyć, mimo usilnych prób. Matki to nawet by na tej wystawie nie było, gdyby nie to, że pani sekretarka w szkole powiedziała:
-„Wie pani co? Tutaj panią szukali z Biura Wystaw!”
Matka wywaliła wielkie gały. Żadne zaproszenia do Matki nie przychodzą, jakby nie istniała, a tu nagle szukają jej w szkole?
-„Wiedzieli, że pani tu pracuje i chcieli adres, ale nie dałam! Kazałam przysłać zaproszenie na szkołę!”
Matka pomyślała sobie w duchu, że taka sekretarka to skarb prawdziwy.
-„A jaka to będzie wystawa?” – zapytała Matka, która kombinowała i kombinowała, ale nic wymyśleć nie mogła.
-„Oj, nie wiem, bo ta pani mówiła tak dużo i tak szybko, ze nie mogłam się połapać!”
No to Matka poszła w niewiadome a Maryśkę wzięła ze sobą, bo MiaUżon z Janeczką się sportowali na meczu koszykówki. Na trybunach siedząc.
Na miejscu okazało się, że wystawy są dwie – jedna bardzo, bardzo, ale Maryśce nie odpowiadała.
-„Nie ma pajuśków!!!„- zawyła i pognała szukać dalej.
Matka zabiła w myślach panów malarzy, bo wystawa była zbiorowa i pospieszyła z odsieczą. Wkrótce jednak mogła sobie tę odsiecz wsadzić, bo paluszków faktycznie nie było! Nie było też cisteczek, ani krakersów, a na stoliczku stało parę smętnych szklaneczek z jakimś mętnym, kolorowym płynem…
Czegoś takiego Potworkowi jeszcze nikt nie zrobił!!!
Maryśka postanowiła wyjść natychmiast, choć dopiero zaczynały się spicze.
-„Ja ją popilnuję!” – powiedziała miła pani ze sklepiku koło szatni.
-„Pani nie wie, co robi!” – wystraszyła się Matka
-„Będzie dobrze, poradzimy sobie!” – dodały panie szatniarki.
Matka potoczyła wzrokiem. W sklepiku było niewiele- jakieś rzeźbki z mosiądzu czy brązu, książki, katalogi i parę innych bzdetów.
Matka wróciła, ale miała Potworka na oku. Zainteresował się manekinem, na którym wisiał jakiś sweter i podglądał, co też jest pod spodem.
Matka tymczasem usłyszała, że w drugiej salce wiszą prace dzieci i młodzieży, która chadzała do ogniska plastycznego. I tu Matce zaświtało, że ona też!
Co prawda nawiewała stamtąd, kiedy tylko mogła, bo w tym czasie był w telewizji Ekran z Bratkiem, ale nie zawsze Matka Matki dawała się nabrać.
Trzeba było więc wejść i się upewnić, że wszystko jest w porządku, czyli nie ma na co patrzeć. I tu zdziwienie, bo wisiało mnóstwo obrazków słynnych dziś ludzi z Matki metropolii, a nawet znanych poza nią, bo rysunek jednej bardzo znanej polskiej piosenkarki też.
I Matka już, już zatarła rączki, kiedy ujrzała swoje nazwisko pod jakimś knotem. I pod drugim, i pod trzecim…
Jedynym wyjściem była natychmiastowa ewakuacja…
Tymczasem Potworek studiował zawartość gablotki ze sklepiku i zabawiał jakąś bardzo miłą, starszą panią.
-„A powiedz, dziewczynko, który aniołeczek najbardziej ci się podoba?” – Matka odbierając płaszcze usłyszała panią, która pokazywała Potworkowi najmniejsze aniołki z masy solnej. Takie tycie, tyciusie.
Maryśka rzuciła dwadzieścia trzy razy okiem na małe anioły.
-„Najładniejsy to jest ten!!! – i zapukała paluszkiem w szkło.
Matka szybko wsadziła sobie kurtkę na grzbiet i odwróciła się, żeby przyodziać Maryśkę. Dziecię stało już przed nią, dzierżąc w tłustej łapce pakunek owinięty folią bąbelkową. W środku był dwudziestopięciocentymetrowy anioł!
Matka padła.
-„Niech się pani nie martwi. Tamta pani, co już wyszła jej to kupiła. Ma dziecko gust! Wybrała największego anioła…”- powiedziała z uśmiechem pani ze sklepiku.
Matka pognała do domu z szybkością światła.
Paluszków nie dają, knoty Matki dziecięce pokazują, Potworek wyłudza gadżety od nieznajomych…
Matka jest spalona!!!
A Maryśka bez wątpienia poradzi sobie w życiu…
Nie pytajcie, co powiedziała Janeczka, kiedy zobaczyła wiszącego aniołka w Maryśki pokoju.
Bo z piętnastu kolorów Maryśka wybrała …różowy…
Obrazki z wystawy
Matka siedzi dziś w domu z zasmarkaną Maryśką. Ma już umówioną wizytę u lekarza, bo cos trzeba poradzić – dopiero co skończyliśmy antybiotyk, a tu kilka dni przerwy i znów żółty gil na pół metra. Nieciekawie to wygląda, Matka szczególnie za żółtym kolorem nie przepada, bo sama jest bledzizna a i Maryśka odziedziczyła ten – jakże porywający kolor karnacji – po Matce.
Niestety – Potworek był uprzejmy być na urodzinach koleżanki na tak zwanym buszowisku i z tego, co Matka pamięta, Janeczka zawsze miała po tego typu kulturalnych atrakcjach tydzień z głowy. Pełno dzieciaków i każdy z gilem – no bo przecież do szkoły mama nie puści, ale na urodzinki? Jak to?
Na wystawie jeszcze wszytko było w idealnym porządku. No właśnie, na wystawie…
Na wystawie było typowo – krótki, dziesięciominutowy spicz, największe podziękowania dla sponsora paluszków i wina. Obrazy, obrazy, obrazy, głównie batalistyczne i ze trzy szafki z jakimiś medalami, papierami, pucharami kryształowymi i stempelkami.
-„Zobacz, jaki ładny konik!” – Matka próbowała bezskutecznie odciągnąć Maryśkę od stołu.
-„Yhyyyy!”– parskał okruszkami Potworek i konsumował dalej.
Ale koniki były rzeczywiście ładnie malowane i Maryśka może by i się zainteresowała, gdyby miała choć trzydzieści centymetrów więcej.
W końcu jednak jakieś chamy skończone wyżarły dziecku te paluszki. Nic nie dało ładowanie do garsteczki po pół paczki i szybkie chrupanie. Zjedli.
–„Dobzie, zie som jesce ciastecka!” – pocieszył się Potworek i przerzucił kulinarne ochoty na coś bardziej słodkiego.
Matka pomyślała sobie, że na szczęście dziecię nie próbuje zapijać tego winem i po dłuższym namyśle sama spróbowała napitku. Był tego wart i odwracał skutecznie uwagę od poczynań Maryśki.
W końcu jednak Potworek obszedł z Matką ekspozycję wymieniając uwagi na temat umaszczenia koni.
–„Ten to okjopnie sjaćkowaty jest!” – skrzywił się na widok jednego z ostatnich.
Naród zachichotał.
Matka postanowiła wycofać się po angielsku. Był najwyższy czas.
–„Fajne to muzieum!” – rzucił Potworek na odchodne –„A najbajdziej to mi siem podobały te kieliśki” – dźgnął paluszkiem w gablotę z wielkimi pucharami z XIX wieku –„Duzio picia chyba w nie wchodzi…
Lajf’s bjutiful
Matka obudziła się dziś w zupełnie innym nastroju. Nie może tego co prawda powiedzieć o Potworach, ale pomijając sobotę i niedzielę nic się w tym, jakże bolesnym względzie nie zmienia, więc nie ma sensu się nad tym rozwodzić.
To, że Janeczka przyrżnęła Maryśce osiem razy, że nie uczesała włosów, tylko wbiła grzebień w kołtun i natychmiast go wyjęła, że zepchnęła Potworka ze schodów, bo się nie mieściła, że Potworek z kolei odmówił współpracy przy jedzeniu śniadania ze względu na ciężki swit i egipskie o wpół do ósmej ciemności – to sa pryszcze tak zwane i nie ma o czym mówić.
Matka jeszcze tylko się piekli okrutnie, kiedy Potwór przed wyjściem mówi, że ma plamę na bluzie, spodnie stały się najohydniejszymi, nogawka się zadziera, dzieciaki się śmieją z getrów i w ogóle to on nie pójdzie w tym do szkoły i już!!! Nie, bo nie!
Ale Matka reklamacji rano nie przyjmuje i Janeczka ma się nauczyć zgłaszać takie rzeczy wieczorem. Matka rano jest wyliczona co do minuty i nie ma zamaiaru niczego szukać z dyszącym Potworem na karku, który za każdym razem woła:
-„Za małe!!!”
albo
-„Wstrętne!!!”
albo
„Dziura tu, albo tam!”
i kombinuje, jak koń pod górę, żeby tylko Matka wyjęła nowe spodnie i oderwała z nich metkę.
A Matka okazuje się do obrzydliwości niepojętna w tej materii i zacina się na dziki amen. Nie i już! Zasady są ustalone i takie mają być!
Wracając do Matki i tak miło rozpoczętego dnia – okazuje się, że sama myśl, że Matka nie musi iść na lekcje działa uzdrawiająco. Ma wprawdzie do napisania dwadzieścia stron jakiegoś systemu oceniania (na wczoraj) i kupę innych pizdryków, jak również musi nawiedzić szkołę, żeby coś pobrać, ale generalnie poza tym wszystko może mieć powyżej dziurek.
I nawet to, że dziś wyjeżdża do SąsiedniegoWiększegoMiasta do swojej paskudnej koleżanki dentystki, która ja opieprzy od góry do dołu i będzie się wyrażać, ale poza tym wyleczy zęby jak anioł – nie jest w stanie Matce popsuć humoru.
I Matka od rana wykonała parę czynności, które niemal nie naruszyły głębokiego snu jej komórek mózgowych:
-nastawiła pierwsze z trzech pranie
-właczyła maszynę do robienia chleba wrzucając produkty na razowiaczek na miodzie (w ramach eksperymentu – oj, tu komórki na chwilę musiały się ocknąć)
-wymyła obślimaczoną suszarkę do naczyń
-napisała pół metra rzeczy, które musi dziś zrobić (ale jeszcze o tym w ogóle nie myśli!!!)
-zaparzyła sobie kawę
No życie jest piękne!
Matka chyba jednak woli prace domowe?
Jak łatwo można zmienić poglądy…
Exhibition
Matka skończyła tydzień i padła na pysk. Jutro zapewnie miast odpoczywać zajmie się likwidowaniem zaległości wyjazdowo-powyjazdowych i znów wieczorem padnie.
Za to wczoraj postanowiła wykonać odcham totalny i wybrała się na otwarcie wystawy w muzeum. Temat co prawda nie poraził Matki nagle a niespodziewanie, ale ponieważ w metropolii każda okazja jest dobra, żeby wyjść, więc Matka korzysta. Zdarza się cos takiego może z raz na miesiąc, albo i rzadziej, więc Matka nie zamierza sobie odmawiać. Odpuszcza jedynie występom zespołów ludowych, ale od kiedy tańczy tam Matki uczeń to chyba i nad tym się zastanowi?
-„Ale ja to idę z Janeczką na mecz!” – zapowiedział MiaUżon.
Kurka wodna. Tak zwana.
MiaUżon wpalantowuje sie zawsze z tymi meczami między wódkę a zakąskę. W poniedziełek chadza na siatkówkę, na której zwykle przetrąca sobie stawy i pakuje się w gips. We wtorki i piątki na kosza, ale tego prawie zawsze światowego. Jak się trafi sobota lub niedziela koszowa to też, owszem, z chęcią. Psiakrew!
Matka prezez to zarzuciła swój aerobik, a nie powinna.
-„Zapiszę się do damskiej drużyny carlingu, zobaczysz!!!” – zagroziła MiaUżonowi.
-„A bardzo cię proszę!” – MiaUżon już dawno się tym nie przejmuje. Matka w koncu co sobota odstawia carling na mopie i to jak na razie bez medali.
-„Mogę zabrać Maryśkę do mamy, to ją potem odbierzesz!” – zaproponował.
No Matka wpadła w dziki zachwyt. Najpierw ubierz Maryśkę, wpakuj w te wszystkie rękawiczki, szaliki i rekawki, potem rozbierz, wypadnij, obejrzyj obrazki, wróć, wpalantuj niezbyt chętną do powrotu dzidźkę w te same ciuchy, przewieź tak, żeby nie usnęła i znów w domu wypakuj. Nie, nie, i jeszcze raz nie!
-„Zabiorę Maryśkę ze sobą!” – wykombinowała Matka
–„A dokąnt?” – zapiszczał Potworek. Wsiegda gatow, nigdy nie wiadomo skąd nagle wyrasta.
-„Do muzeum!”
–„A co tam beńdzie?” – nastroszyła się Maryśka
-„No to, co zwykle – obrazy, rzeźby, różne pamiątki. Ktoś coś powie i pooglądamy szybciutko”
-„Eeeeee…”– zmarszczył nos Potworek – „ To ja nie idę!”
No Matce tylko tego brakowało. Za piętnaście minut otwarcie a Maryśka nie idzie!
-„No coś ty, zawsze chodziłyśmy i ci się podobało!” – spróbowała jeszce Matka, zgodnie z prawdą zresztą.
–„Tak? – zdziwił się Potworek –„A ja nie pamieńtam!”
-„E tam, nie pamiętasz” – machnęła ręką Matka i zaczęła zmywać kubki – „Zawsze wyżerasz wszystkie paluszki i krakersy, nie mówiąc o ciastkach i soku z czarnej porzeczki. A Matka tylko po podłodze zbiera i połowy obrazów nie widzi…”
Maryska nic nie odpowiedziała, bo znikła gdzieś, zupełnie niezainteresowana Matki gadaniem.
Matka jeknęła i zabrała się za sztućce.
–„Długo jesce?” -zapiszczało zza Matki
-„A co?” – burknęła Matka. Jak nie, to nie, nie musi być miła.
–„Idziemy, idziemy sibko!”– zamiotał się Potworek za Matką i zarzucił szalik na szyję – „ Bo inacej fsyśtko nam zeźrom!„
Wydra
Matka od rana nastrój ma pod zdechłym psem.
Po pierwsze wróciła i się skończyło.
Robota się sama nie zrobiła.
Klasówki na „wyjeździe” poprawiły się tylko częściowo.
W domu sajgon nieprzeciętny:
-łazienkowy kosz z brudami szczerzy otwartą paszczę i wylewają się z niego rzeczy przeróżne. Nawet kolanem nie dopchnęli, nie mówiąc o staszczeniu do pralni.
-lodówka dalej pusta. To niewiarygodne, że przez noc nic nie przybyło! Jak to możliwe?
-torbę trzeba rozpakować – a to już niewykonalne. Rzeczy wyjęte raz z szafy nie dają się do niej za nic z powrotem włożyć.
-kupa pisaniny powyjazdowej na wczoraj, nie wiadomo tylko, czy odniesie skutek
Nie, no nie ma co marudzić, bo kawa nie pomogła. Zdaje się, że Matka takim typem jest, co musi natychmiast w trybiki wskoczyć, bo inaczej klapa.
-„Lubisz mnie?” – zapytała wczoraj Matka Maryśkę po kapieli
-„Nie!„- odrzekł Potworek stanowczo.
Matce zaraz się lepiej zrobiło na sercu. Wróciła a tu takie powitanie.
-„A dlaczego ty mnie nie lubisz?” – zapytała, żałując tego kroku od razu.
Maryśka wywróciła oczami i poszukała argumentu:
„Bo ty mnie bijes w pupe i ksycys!!!”
Matka przeskanowała szybko ostatni rok i nic takiego nie znalazła. Na Maryśkę krzyczeć się nie da, bo szczerze mówiąc nie ma nawet takiej potrzeby. Ale może Matka coś robi i o tym nie wie?
-„A kiedy ja na ciebie tak krzyczałam i cię biłam?”
–„No ftedy, kiedy ciem nie było!” – rzucił Potworek –„I tata mnie beńdzie usypiał!”
O!
I wyjedź tu człowieku na cztery dni, to się okazuje, że maltretujesz w tym czasie dziecię.
I teraz tatuś jest debeściak.
Ze słodkich maleństw wyrastają wydry.
Zdaje się, że mamy drugą…