Radosny powrót

Matka przybyła do domu z zagranicy.

Tu bez śniegu, tam nasypało. Dziś rano tam znikał, tu walił. Matka przejechała się kilkaset kilometrów trzy dni temu, nazałatwiała, nadenerwowała się, nabiegała, wróciła te same kilkaset kilometrów i stwierdziła, że łeb jej pęka.

Wlazła do domu z niejasnym przeczuciem, że w lodówce zastanie – jak zwykle po chwilowej nieobecności- zimne powietrze i światło. Chwilę wcześniej Potwory uczepiły się, przywitały i rozbiegły.

Matka dopadła lodówki, otworzyła i co zobaczyła?

Ano zobaczyła, że MiaUżon z potomstwem wyżarli wszystko z terminem przydatności do 25 lipca 2015 roku, natomiast zostawili rzeczy, których gwarancja upływała podczas nieobecności Matki. Nic w tym zresztą dziwnego – były to produkty tak zwane krótkotrwałe, czyli na przykład biała kiełbaska, która wygięła zdradziecko folię na pudle, albo pierogi czy biały ser.

-„Czy ty nie widziałeś, że to ma datę do wczoraj (przedwczoraj, dwa dni temu – odpowiednie podkreślić)?” – zapytała Matka przez zęby.

-„Nie!” – odparł MiaUżon z rozbrajającą szczerością.

Matka wciepnęła ser do kosza.

-„Nie masz przypadkiem niedługo jakiegoś wyjazdu?” – zapytał życzliwie MiaUżon.

Matka zamordowała go wzrokiem natychmiast. Nie zje tej kiełbasy w końcu, to po co ma siedzieć?

-„Nie mam” – odparła i zagrzebała znów w lodówce.

-„Szkoda…”- wygłosił swoją kwestię chór.

MiaUżon z Potworami stworzyli Front Jedności Rodziny.



I tak to Matka, ratując najbliższych przed złowieszczym wpływem jadu kiełbasianego stała się wrogiem publicznym numer jeden.

Ale przywiozła za to trunki i chyba w związku z tym sprawdzi ich jakość?

Cóż jej pozostało w związku z posiadaniem żmij we własnym domu…

Czytelniczo

Matka się pakuje.

Usiłuje – znaczy się, bo kompresuje i zipuje wszystko jak może. Samochód, który ją zabierze będzie mocno załadowany i Matka nie chciałaby jechać przywalona płaszczami albo z torbą na kolanach.

Niestety – poza dżinsami musi zabrać ubiór oficjalny, bo chyba się trafi mocno ważna wizyta i to jej znacznie utrudnia zadanie. Pakowania oczywiście.

Na dokładkę Matka postanowiła umyć podłogę w miejscach strategicznych czyli w miarę oświetlonych, żeby jutrzejsi ludzie, którzy Matkę zgarną nie padli trupem, bo co Matka zrobi z trzema ciałami?

I jeszcze jedno Matka robi – piecze dwa chleby, ale każdy osobno, bo maszyna jednochlebowa jest. Nigdy nie wiadomo, czy naród nie przybędzie świtem wygłodniały i nie rzuci sie na szybkie śniadanko. Wtedy taki świeży, pachnący chleb jak znalazł, bo załączników kiełbasiano-szynkowych Matka nie ma za dużo. Szansa, że chleba mattkowego nie będa profanować obkładaniem większa!

Matka myjąc podłogę usłyszała jednak dziecinne głosiki i nawet chwilę sie zastanowiła. Było to jednak wykluczone, bo Janeczka zasypiając spi jak zabita, za to Maryśka jeśli nawet sie budzi, to nigdy to nie jest wcześniej, niż o pierwszej w nocy. Tymczasem pół godziny temu została uśpiona.

-„Ohydna ściana działowa z jednego pustaka!” – pomyślałą Matka, bo dzieci sąsiadów słychać okrutnie. Teraz przynajmniej Janeczka dokłada im dzwonieniem!

Matka skończyła mycie, wytarła kurze, spakowała co mogła, przepakowała tonę rzeczy z jednej torebki do drugiej, poprzeglądała trzysta czterdzieści trzy stare paragony i kwitki z bankomatu, po czym zajęła się wyciąganiem pierwszego, razowego chleba. Załadowała drugi, dołożyła mu ziarenka, poczekała aż wyrośnie, czyli półtorej godziny, posmarowała, posypała makiem i postanowiła przed wyjazdem oczyścić MiaUżonowi stół w salonie, zawalony Matki szpargałami.

Kiedy już się ze wszystkim uporała, wsadziła sobie papierzyska i książki w łapska i wystartowała na strych.

W połowie schodów wszystko wypadło jej z rąk.

Nie, nie potknęła się.

W pokoju Maryśki paliło się światło!!!

-„Chodź tu!” – zaryczała Matka na MiaUżona oglądającego mecz.

Wpadli razem do pokoju.

Potworek siedział w łóżeczku z bardzo zdziwiona miną. Na kołderce leżał cały regał książek. Można powiedzieć, że starzy mieli szczeście, że poznali Potworka po zielonej piżamce, bo dośc jadowitą jest…

-„Kładź się spać!” – zawołał MiaUźon, bo nic innego nie przyszło mu do głowy.

„No coś ty?” – obruszył się Potworek-„Cy tobie siem fydaje, zie ja sibko skońcie???”


Nie, MiaUzonowi się nie wydawało.

Matce też się nie wydawało, kiedy dwie godziny wcześniej słyszała dziecięce głosiki…

Po namyśle poszła pracować.

Skończenie lektury zajmie Maryśce jakieś trzy lata. No, dwa i pół.

To Matka ma jeszcze trochę czasu…

Instrumentalnie

Matka wróciła wczoraj zmachana do domu. W jednej ręce torba z materiałami do lekcji, w drugiej sterty klasówek, w trzeciej foliogramy, w czwartej pięć kilo mąki, no bo teraz Matka kombinuje ten swój chleb a to z żytniej białej, a to z pszennej razowej, a to żytniej razowej.

Ósmą ręką Matka otworzyła drzwi, bo w piątej, szóstej i siódmej miała kluczyki, klucze i swoją torbę zaczepno-obronną.

Nagle drzwi ktoś pchnął i Matka dostała nimi w ryło. Pierwsze. Posiada zaledwie jedno.

-„Kupiłaś???” – zapytała Janeczka i zrobiła Rejtana.

-„Kupiłaś – co??”- zapytała Matka pierwszą paszczą i natarła. Nic z tego. Janeczka stała jak słup.

-„Jak to – kupiłaś co? Przecież od tygodnia mówię, że trzeba kupić, bo potrzebuję na lekcję a tata mi nie kupuje i nie kupuje…”

-„Nie kupuje czego?” – Matka weszła razem z drzwiami i Janeczką.

-„No jak to – czego??? Dzwonków!!!”

-„Jakich znowu dzwonków?” – wkurzyła się Matka, bo o niczym takim nie słyszała. Pani to już chyba upadła na głowę, albo Janeczka konfabuluje…

-„No DZWONKÓW!!!” – powtórzył Potwór większymi literami.

Matka słyszy świetnie. Ale nie rozumie!

-„Do czego ci te … dzwonki?”

-„No my gramy taki utwór. Pani prosiła, zebyśmy już mieli i od tygodnia mówię tacie…”

-„Mówisz od wczoraj” – wyjrzał wreszcie zza zakrętu MiaUżon, którego zwabiły odgłosy jakże miłej, cichej i kulturalnej rozmowy.

Potwór speszył się nieco, ale tylko troszeczkę.

-„Tak, czy owak – ja potrzebuję dzwonki!!!”

-„Czy ty wiesz o JAKIE dzwonki chodzi?” – zapytała Matka w duchu dodając dzwonkom jeszcze parę ciepłych słów.

MiaUżon wzruszył ramionami i spłynął.

-„Zadzwoń do mnie na komórkę, to kupię, jak będę wiedział co!”

Matka podrapała się w głowę. Potem użyła kulki Pomysłowego Dobromira. Raz, drugi, trzeci. Dała spokój. Dla głupich dzwonków nie będzie sobie fundowała wstrząsu mózgu. O, nie!

-„Powiedz mi jak te @#$#$@ dzwonki wyglądają” – zarządziła.

-„Nooooo….” – zakurzył Potwór -” wiesz…” – wywrót oczami-„fajne są!”

No w mordę jeża, Matka się tego domyśla, sądząc po wielkości dziury w swoim osobistym brzuchu.

-„A coś bliżej?”- zasyczała Matka. Czuła wszystkimi czujkami, że nie jest dobrze.

-„Noooo…dzieciaki mają takie kolorowe i walą po nich pałeczkami”

Bingo. Jasna cholera, bingo!

-„Cymbały?” – zaryczała Matka.

-„No! Kup mi, kup mi, kup mi!” – podskoczył Potwór

Matka wykonała telefon do MiaUżona, kiedy przekonała się, że to nie kaprys, ale obowiązek szkolny.

-„Kup tu i tu” – zapowiedziała.

Szybko jednak pomyślała, że wydawać własne, osobiste pieniadze, żeby mieć zatrute życie to szaleństwo.

-„Poczekaj, nie kupuj, zadzwonię i popytam, kto ma!” – kolejny telefon

-„Mam, mam, zaraz ci podrzucę, takie ładne są!” – koleżanka się ucieszyła, że instrument zniknie jej z uszu.

Matka po chwili miała cymbałki. No jeden cud. Z dołączona książeczką i nutkami, cyferkami i czym tam jeszcze.

Janeczka uszczęśliwiona zagrała wszystko, co podleciało, nawet jej wyszło.

-„No nie kupuj, są!” – zadzwoniła znów Matka a MiaUżon pojechał do klientów.

-„Mama, ale one się nie nadają! Za duże są do teczki!” – zgłosiła Janeczka, kiedy euforia minęła.

-„Jak – za duże?” – nie no Matka była już zła, jak nie wiem co.

-„Za duże! Przyklejone są do tej książki i nie można ich wziąć bez niej!”

Matka obejrzała cymbały – no faktycznie.

-„Wróć i kup!” – zadzwoniła do MiaUżona i miała wrażenie, że słyszy jakieś zgrzytanie. Pewnie znów w samochodzie coś do nasmarowania?

MiaUżon wrócił z cymbałami. Dostał w szóstym sklepie, bo albo nie miały pałeczek, albo jedną, albo były plastikowe, albo tylko sześciodźwiękowe.

A potem – bździang, bździang – nastąpił – bździang, bździang – upojny – bździang, bździang, bździang – wieczór, kiedy Matkę – bździang – krew zalewała – bździang, bździang – równo.

Teraz za to musi poprawić sto osiemdziesiąt klasówek na jutro a czasu jest mało. Za to Potwory – bździang, bździang – w świetnej formie – bździang.

Ale Matka schowała cymbałki koleżanki i szybciutko, przy najbliższej okazji – bździang, bździang – jej odda.

„Mamujku!” – zawołał właśnie Potworek –„Daj mi te djugie cyłbałki, to pogjamy z Janeckom jazem dja ciebie!!!”


O rety………

O, ratunku!!!

Po prostu

Maryśka siadła wczoraj sobie koło Matki i popatrzyła uważnie na jej dżinsy. A spodnie były co prawda nowe, ale nie jakieś szczególne – ot, takie na codzień, kupione w jakimś hipermarkecie.

„Jaki mas kojoj spodni?” – zapytała, patrząc na nie z ogromnym zainteresowaniem.

Matka przyjrzała się nogawkom i doszła do wniosku, że dziecię jest genialne. Nie można było bowiem jednoznacznie określić koloru. Czarne to one nie były. No, takie jaśniejsze może. Dorosłemu powiedziałoby się grafitowe, ale Maryśka przecież nic by z tego nie zrozumiała.

Jakby tego było mało, na „wypukłościach” były fabrycznie przetarte, więc sporo jaśniejsze.

Matka łamała sobie więc głowę, jak tu Potworkowi wyjasnić, żeby nie skłamać. Choroba jasna – spodnie za 19,99 a tyle kombinowania. A może właśnie dlatego?

„No wies, cy nie wies?” – ponaglił Potworek

-„Wiesz co?” – zastanowiła się Matka – „Jakby co tu powiedzieć… No one to chyba jednak są czarne. No, prawie…”

Dziecię patrzyło na Matkę podejrzliwie, więc Matka postanowiła szybko odwrócić jego uwagę.

-„A twoje spodenki jaki mają kolor?” – spojrzała na Maryśkę, która przyglądała się bacznie swoim nogawkom w oślepiąjąco żółtym kolorze.

„Nooooo….” – Potworek wybity z rytmu nie mógł znaleźć właściwego słowa – „…no, moje to som po pjostu INNE od tfoich!!!” – dokończył z tryumfem.

Standardy

Matka wróciła właśnie z rodziną z kościoła. Maryśka – jak to Maryśka, łaziła to tu, to tam, nikomu jednak nie przeszkadzając. Zatrzymała się przy małym Mulaciątku, pokazały sobie rękawiczki omówiwszy na migi kolorystykę i było dobrze. Potworek zwykle wpycha się w ławkę i jakiś czas potrafi u Mulaciatka zabawić, ale tym razem ludzi było sporo, poza tym część pań wbiła sie już – i słusznie- w kożuchy, więc ilość wolnego miejsca zmniejszyła się dramatycznie.

Maryśka krążyła więc między Matką, MiaUżonem a Janeczką, która zasiada ostatnio w drugiej ławce, przerazona wizją roztoczona przez Matkę, że jak tak dalej pójdzie to nie dopuszczą jej do I Komunii. Janeczki, znaczy się. Ponieważ Matka w dalszym ciągu nie była w stanie znaleźć zimowych bucików dla Potworka, więc przemieszcza się on w tak zwanych adidaskach i nie wydaje przy tym żadnego dźwięku. Ani nogami, ani tym bardziej paszczą. Naród się do dziecka uśmiecha i jest spokój.

Dziś jednak było inaczej. Właściwie nie tylko dziś, ale tym razem nastąpiło coś, co Matka śmiało może nazwać szczytem wszystkiego. Zapewne do kolejnego „szczytu”… Ostatnio bowiem pojawia się w kościele elegancko ubrana pani z dwójką dzieci starszych od Maryśki. Wchodzi najcześciej dopiero przed komunią i młodsza dziewczynka zaczyna nieco rozrabiać. Matce wydaje się, że jak na mniej więcej pięć lat, to trochę za bardzo. Najgorsze jest jednak to, że Maryśka wydaje się być żywo zainteresowana koleżanką…

MiaUżon kilka razy pacyfikował więc Potworka i wychodził z nim na dwór, bo ze strony mamusi dziewczynki reakcji nie było. Kiedyś jednak bywało ciepło, drzwi otwarte, wszystko było słychać. Dziś jednak psa by nie wypędził na dwór a przeciez będzie jeszcze gorzej!

Matka miała więc nadzieję, że to jacyś przyjezdni, bo wcześniej ich nie było, i że będzie spokój.

Do momentu, w którym nie usłyszała w kościele gromkich śmiechów dziewczynki a potem padło na cały głos:

-„KULWA!!!”

Matka zbladła. Maryśka kręciła się gdzieś z tyłu, podobnie dziewczynka. Głos z cała pewnością nie należał do Potworka, ale o tym wiedziały trzy osoby w kościele.

-„KULWA, KULWA, KULWA!!!” – wrzasnęło dziecko i załomotało butami.

-Naród odwrócił się i spojrzał na Matkę. Matka potoczyła wzrokiem na lewo, na prawo i pod siebie. Zabiła w myślach kilkanaście osób, na czele z mamusią grzecznej dziewczynki.

-„KKKKULWA MAĆ!” – doszło znów. Ksiądz się zakrztusił.

Maryśka podążyła w narożnik kościoła, gdzie stała dziewczynka. I mamusia.

Matkę trafił szlag. Podbiegła do Potworka, wsadziła go sobie pod pachę i spojrzała na mamusię wzrokiem numer szesnaście. Na próżno. Mamusia otrzepywała sobie pyłek z lisa. Jej dziecko? Nie, no niemożliwe!!!

-„Idź do Janeczki” – zarządziła Matka, postanawiając ratować chociaż honor Potworów. Maryśka posłusznie dopadła siostry i założyła jej na szyi nelsona, jak po powrocie z rejsu transatlantyckiego.

-„Kurczę, odezwij się teraz, kiedy Maryśkę wszyscy widzą!” – pomyślała Matka z rozpaczą.

-„KUUULWA! KULWA, KULWA, KULWA!!!” – doszło zdecydowanie z tyłu.

Matce z łoskotem spadł kamień z serca. Dowód na talerzu.

Honor uratowany. Naród sprawdził, że Maryśka jest na widoku, ale nic nie mówi.

Matka sie teraz zastanawia. Czy dziewczynka może jest lekko upośledzona?

-„A tam, upośledzona!” – żachnął się MiaUżon.- „Obserwuję ją od dawna. Ty stoisz z przodu, to nie widzisz. Rozrabia, jak pijany zając a Matka nic. Żadnej reakcji!!! Nie takie dzieci widziałem u siebie w pracy i odróżnię”

No Matka wie.

Wychodzi więc może na to, że Matka jest nienormalna oczekując reakcji od mamusi?

A może gdzie indziej takie zachowanie to standard, tylko Matka znów niedzisiejsza jest?

Ech, ten postęp…

Zdrada i kosz

Janeczka wróciła wczoraj ze szkoły wzburzona w najwyższym możliwym stopniu. Matka wprawnym okiem i bez problemu rozpoznała ten stan, gdyż Potwór:

-sam umył łapska, a nigdy tego nie robi wcześniej, niż po ósmym wezwaniu

-nie zostawił tornistra na środku schodów

-nie zapytał co na obiad

-nie grzebał w szafkach w poszukiwaniu kisielu (później okazało się niestety, że nie jest to już miernikiem niczego, gdyż Maryśka jako mniejsza gabarytami została precyzyjnie wyszkolona do przeprowadzania ww czynności i robi to skutecznie oraz często)

-rozłożył sam lekcje do odrabiania

-przebrał się i nie porozrzucał wszędzie ubrań ze szkoły


Matka wiedziała więc, że coś się święci i skróciła sobie czas oczekiwania siorbiąc gorącą kawę. Z przejęciem, oczywiście.

-„Stała się rzecz straszna!!!” – obwieścił Potwór zjawiwszy się w kuchni.

No Matka padła z wrażenia. W ogóle, ale to w ogóle się tego nie spodziewała. Kompletnie. Nic a nic. Żadne znaki na niebie i ziemi nie zapowiadały nieszczęścia.

-„O?” – zapytała, wkładając w to jakże przepełnione smutkiem, żalem i współczuciem pytanie jak najwięcej uczucia.

-„Tak jest!!!” – zamachała rękami Janeczka – „Wyobraź sobie…”

-„Umyj ręce!” – zarządziła przytomnie Matka odwlekając straszną i przeraźliwą wiadomość lekko w czasie.

Janeczka zalała pół kuchni, wytarła czystą ścierką podłogę, co Matka lubi najbardziej, po czym zebrała się w sobie i palnęła:

-„Nie masz pojęcia, no nie masz pojęcia!!!”

-„Nie mam” – przytaknęła Matka

-„W ogóle mnie nie słuchasz!’ – wkurzył się Potwór.

-„Słucham, tylko powiedz wreszcie o co chodzi”- Matkę wstępy Janeczki wpędzą kiedyś do grobu.

-„No bo, no bo, no bo Arek mnie ZDRADZIŁ!!!”

Matka padła. Biednyś Areczku, kimkolwiek jesteś! No Matka sobie gościa przyuważy i odpowiednio potraktuje!!!

-„A co konkretnie zrobił?” – trzeba się było jednak zainteresować.

-„No najpierw mówił, że mnie kocha a potem pobiegł do Kasi i powiedział jej to samo!!! I wrócił do mnie i zawołał, że już sie odkochał!”

-„Eeeee tam!” – Matka machnęła lekceważąco ręką -„To on cię nie zdradził, tylko dał ci kosza!”

-„Niech sobie będzie, jak mówisz, ale ja go już nie kocham!” – zaczerwinieł się Potwór

-„I bardzo słusznie”- Matka była okropnie zadowolona z takiego obrotu sprawy, bo właściwie w trzy sekundy dowiedziała się o przyszłym zięciu a następnie łobuzie i zdrajcy. I po sprawie.

Wyciągnęła z tej okazji kisiel i garnek.

-„No i ja teraz kocham już innego!” – strzeliła Janeczka a Matka natychmiast wrzuciła kisiel z powrotem do szafki.

-„Że jak proszę?” – łomotneła garnkiem o kuchenkę.

-„No kocham innego. Tego wiesz, Mateusza, co mi nogę podstawił i musiałam mieć prześwietlany ząb!”

Matka przez kilka miesięcy mordowała szczeniaka w myślach i jeszcze nie skończyła a ta tu go kocha?

-„Jak to? Od kiedy?” – zapytała

-„No od dzisiaj!” – wzruszyła ramionami Janeczka -„Liścik mi przysłał”

-„I co w tym liściku?” – Matka kuła żelazo póki gorące. Potem jak Potwór się zatnie, to umarł w butach.

„Nooo, tam było napisane:


Janeczka, ja to cię kocham. A ty?

a/ tak

b/ nie „



-„I co zrobiłaś?” – wywaliła oczy Matka

-„No jak to co?” – zdziwiła się Janeczka – „Zakreśliłam kółeczkiem właściwą odpowiedź…”

Targi bajeczne

Matka wykonywała dziś poranny rozrzut Potworów. MiaUżon był uprzejmy wyjechać świtem z kumplem po jakiś samochód na giełdę, więc padło na Matkę.

Za oknem było zimno, wietrznie i generalnie paskudnie. Jakiś zabłąkany śnieżek na szybie, ślizgawica na moście i tak dalej. Jak zasypie Matka sobie powspomina, że mogło być tak pięknie, jak dzisiaj.

Potwory za to od rana nastawione były mocno filozoficznie, czego o rodzicielce raczej nie można powiedzieć. Jedna umywalka na trzy baby to stanowczo za mało. Za mało przynajmniej o dwie! Do tego osoba najbardziej blokującą ten sprzęt jest Janeczka, która staje i ziewa rozdzierająco, przyglądając się sobie w lustrze. Potem przeciąga się, drapie i znów ziewa.

-„Ja cię widziałam przed momentem, jak siedziałaś pół godziny na łóżku, drapałaś się w tym samym miejscu i ziewałaś tak samo! Teraz się myj!” – zarządziła Matka. Na szczęście Janeczka nie widziała starego filmu „Pingwin”, bo nagrałaby Matkę już dawno, może jedynie nie na magnetofonie szpulowym, ale w formacie MP3…

„Nie ksić na mojom siostjem!!!”– swoje trzy grosze dołożył Potworek, którego bose pięty słychać było raz tu, raz tam.

-„Ja nie krzyczę, ale jest późno i trzeba się spieszyć!” – próbowała bronić się Matka. Front Jedności Potworów, psiakość. Żeby tak wieczorem robiły sobie wiece zamiast się naparzać, Matka byłaby zachwycona.

Kiedy zaś udało się już nafutrować Potwory własnomaszynowym chlebem Matka wystartowała.

-„Ty wiesz?” – odezwała się nagle Janeczka na moście – „Oni to w bajkach kłamią!!!”

Matka pomyślała sobie, że może wreszcie nastał kres Shreka i przestanie jej się śnić po nocach ścieżka dźwiękowa z filmu. Albo ustaną ryki Pięknej, czy może Bestii, jeden michał. Albo bocian przestanie gubic słonika Dumbo?

-„Tak?” – zapytała Matka od niechcenia, żeby nie spłoszyć Potwora -„A czemu tak uważasz?”

-„No bo słuchaj!” – Potwór poczuł się wyraźnie dowartościowany pytaniem. W koncu Matka zwykle ryczy na niego a tu taki rarytas – „Co oni piszą za głupoty, że śpiąca Królewna spała STO lat!!!”

-„No piszą, w każdej bajce o Śpiącej Królewnie tak piszą” – potwierdziła Matka, uprzednio przeskanowawszy swoje archiwum mózgowe z lat 1969-73. Potem królewny już jej nie ruszały za bardzo.

-„No ale zobacz…” – podskoczył Potwór. Nie za wysoko, pasy ma dobrze ściągnięte. -„Przecież królewna miała szesnaście lat. Sto lat spała, to razem sto szesnaście. Nikt tyle nie wyżyje!”

-„Ale…” – zaczęła Matka, która chciała wyjasnić naukowo Janeczce na czym polega upływ czasu w bajkach.

-„Poczekaj!” – przerwał Potwór i pozbierał wątek, który ciągnął się za smochodem w błocie -” Ja długo myślałam i myślałam i postanowiłam, że MOGĘ DAĆ tej królewnie tak z sześćdziesiąt, no góra sześćdziesiąt pięć lat tego snu! Tyle to jest możliwe!”


Jest. W istocie.

No to teraz Matce będzie się śnił po nocach piękny, młody królewicz, który mieczem wycina kłujące chaszcze, żeby dać osiemdziesięcioletniej „królewnie” buzi…

Skrzypek na dachu

Matka wstała dziś parę minut później, bo Maryśka z racji choroby nie chodzi do przedszkola, tylko do Babci.

Matka leżała sobie więc z Potworkiem, który przytarabanił się do matkowego łóżka i razem patrzyły w okno, za którym snuła się jakaś mgła, kropił deszcz, fuj, ohyda.

-„Ale paskudna pogoda!” – zajęczała Matka

„Napjafdę?” – zdziwił się Potworek

-„No pewnie!” – przytaknęła Matka -„Zobacz, jak brzydko za oknem! Mgła, szaro. Wcale nie ma słońca!”

„No coś ty, Mamujku!” – zaśmiał się Potworek –„Nie mozie NIE BYĆ słonecka!

Matka spojrzała z podziwem na swoje genialne dziecko. No pewnie, że nie może NIE BYĆ słoneczka.

Ale Potworek uznał za stosowne wkrótce uzupełnić swoją wypowiedź:

-„Jozumies, ty nie widziś słonecka, bo ono po pjostu …SIEDZI na nasym dachu!!!”

Matka masochistka

Matka wróciła wczoraj z SąsiedniegoWiększegoMiasta, gdzie wyruszyła niekoniecznie zaraz po szkole i to był błąd. Bo Matka nie przewidziała, że po drodze będzie uprzejma oberwać się chmura. Lało tak, że Matka mogła pędzić z zabójczą prędkością 20 kilometrów na godzinę, w związku z czym w oczach miała śmierć. Do tego podróż przebiegała zgodnie z najbardziej ulubionym Matki scenariuszem, czyli pięć TIRów z przodu, dwanaście za Matką i trzydzieści osiem z naprzeciwka. Matka dostała więć klaustrofobii totalnej, bo nie ma nic lepszego, niż jechać w rozpędzonej szafie, ale na parterze, polewać się wodą, puszczać sobie wycieraczki na ostatnim biegu, aż karoseria jęczy i jeszcze zgasić światło. A po oczach niech inni świecą.

Matka dojechała więc do SąsiedniegoMiasta spóźniona i wściekła, bo zna inne i ciekawsze rzeczy w życiu niż wyglądanie przy słupku szosowym, czy widać kolejny. Dobrze, że świecą na czerwono, ale Matka i tak przez dwie godziny wyglądała jak pekińczyk, którego wozili za często na przednim siedzeniu a właściciel ostro hamował.

Matka również z mordą na szybie cały czas jechała.

A potem wpadła zziajana do koleżanki i już, już miała się tłumaczyć, kiedy nastapiło to, co w takich wypadkach zawsze ma miejsce i Matka z tego powodu gotowa jest skręcić pani(panu) kark. Matka usłyszała mianowicie:

-„Dobra. Siadaj, nic nie gadaj i otwieraj paszczę!!!”

Matka zaległa w fotelu i posłusznie otworzyła klapę. Zaraz potem zamknęła, bo w końcu musiała jakoś sie bronić.

-„Bo wiesz…” – zaczęła szybciutko i widząc minę koleżanki bardzo mocno przespieszyła -„Wiesz, tu byś mogła popatrzeć z przodu, potem tam mam tlenek cynku włożony, a tam mnie ciupie…”

-„Otwórz paszczę!!!” – zaryczała koleżanka i Matka natychmiast posłuchała.

-„Gdzie masz ten ząb???” – wrzasnęła na Matkę pokazując wolne miejsc, które Matka kojarzy jako niezajęte już od jakichś dwudziestu lat.

-„Hyhany huś hafno!” – zarzęziła Matka.

-„Wyrwany?” – zasyczała koleżanka -„A może w ogóle nie wyrósł? A ten?”

-„Hahjuhy!” – jeknęła Matka – „I hyhehony!”

-„Zatruty i wyleczony?” – brwi koleżanki powędrowały poza granice administracyjne czaszki – „No to zobaczymy!!!”

-„Heeee!” – zawyła Matka -„Hól hoku hemu!”

-„Pół roku temu?!” – zapytała już uprzejmiej koleżanka, co zaniepokoiło Matkę.

-„Auuuu!” -wrzasnęła Matka

-„Taaaaak?” – zmrużyła oczy koleżanka-„Podobno pół roku temu zatruty??? To CZEMU CIĘ BOLI, JAK WIERCĘ???”

-„Huhfa hać!” – skomentowała fakt Matka i porykiwała od czasu do czasu, bo koleżanka dokładną i nieustępliwą jest nadzwyczaj.

A potem Matka otrzymała jedną plombę piękną a drugi ząb jej rozryto, obrażono go wielokrotnie, wpakowano w niego nie wiadomo co i kazano zrobić zdjęcie!

-„I proszę mi tu przyjechać o!” – i wsadzono Matce kartkę w łapę i wywalono za drzwi.

-„Niech pani tam nie wchodzi! Ta lekarka to potwora!” – czepiła się jeszcze futryny Matka, spełniając obywatelski obowiązek i próbując ratować życie i zdrowie następnej pacjentki.

-„A ja wiem!” – odrzekła radośnie -jednak chyba nieświadoma co mówi i czyni- panienka i wlazła.

-„Już się wyżyłam wystarczająco na tobie!” – koleżanka machnęła wiertłem na pożegnanie i Matka wróciła do domu. Z oberwaną szczęką co prawda, ale zawsze.


I za dwa tygodnie wróci, bo z klasowych dentystów nie ma jak ta – wredna, niemiła i wymyślająca zębom i Matce – ale lecząca je dokładnie i z zamiłowaniem godnym lepszej sprawy.

-„Bo ja nie jestem zwykłym zęborwaczem, tylko chirurgiem szczękowym!” – mawia czasem koleżanka w przypływie świetnego humoru.

I to widać.

Stanie na głowie, żeby coś wykombinować i zawsze ją irytują puste miejsca po zębach.

Matka życzyłaby każdemu dentyście takiego podejścia.

A są tacy.

I inni też…

Stara bieda z wtrętami

Matka za tydzień wyjeżdża. Za granicę. Na cztery dni maksymalnie i do tego służbowo.

No i nie musi być do końca przyjemnie, bo dla rozrywki nie jedzie, ale wydaje jej się, że miejsce jest na tyle piękne, że i o pogodzie pozwoli zapomnieć, i o sytuacji, i w ogóle zawsze to jakaś odmiana.

Za to przywiozą i odwioza Matkę pod sam dom, nakarmią na miejscu i jeszcze będzie sympatycznie towarzysko. I Matka zdaje sie pozna kogoś bardzo ważnego i mądrego w tym kraju. I to już jest bardzo dobra wiadomość.

MiaUżon jakoś przetrwa, bo Matce od pewnego, niedługiego czasu jednak zdarza się wyjeżdżać. Babcia na chodzie, Maryśka będzie zapewne uprzejma wyzdrowieć, Matka pozamraża jedzenie na obiady – wytrzymają!

A Matka musi przysiąść i przygotować sobie lekcje na zaś, bo wyjeżdża zaraz po środowej szkole i wraca w niedzielę. Ale to jeszcze cały długi tydzień.

A póki co robi dzieciom sprawdziany, kładzie je na stos i patrzy. No bo jak zaczęła sprawdzać, to grozi jej pęknięcie ze śmiechu natychmiastowe. Matka zawsze myślała, że humor zeszytów szkolnych to ktoś siedzi i wymyśla. Nie! Tego się bowiem wymyśleć nie da, w żadnym widzie.

To młodzież mamy taką zdolną…

No i Matka piecze codziennie chleb. I modyfikuje, i zmienia, i kombinuje.

I jak się zaweźmie, to powypisuje te przepisy na boczku – na chlebki prościutkie i zwyczajne, na bazie chleba Matsy. To znaczy wrzuci je w zakładki. Boczku do chleba nie trzeba będzie dodawać.

Matka mało komunikatywna jest wieczorami po szkole.

Ale dojdzie do siebie.

Tylko teren z Potworów oczyści.

Wieczorkiem…