Matka musiała pojechać dziś rano z Maryśką do lekarza. Nie dało się dalej udawać – Potworek kaszle jak przebity pedał od starej fisharmonii. Smarka we wszelkich odmianach żółtego i Matka doszła szybciutko do wniosku, że nie zapowiadali takich kolorów na topie tej jesieni. Niemodne – znaczy się trujemy!
-„Nie podoba mi się tu, w jednym mijescu” – skrzywiła się pani doktor i osłuchała Potworka wzdłuż i w poprzek. Zatrzymała się nad nieładnym miejscem i pokiwała głową.
-„Za długo to już trwa. Damy antybiotyk”
-„Byle niedrogi” – zajęczała cichutko Matka, wierząc w swoją koleżankę ze szkolnej ławki. Krzywdy Potworkowi nie zrobi, bardzo niechętnie przepisuje antybiotyki.
-„Nie, są droższe…” – powiedział, dopisała pare innych rzeczy wspomagających i Matka poszła.
W aprece ją tknęło.
-„A może pani mi powie najpierw ile to kosztuje, bo nie wiem, czy będę wypłacalna” – zastrzegła przed okienkiem.
Tak zwana „pani magister” przeskanowała pudła z lekami i rzekła:
-„Jedno dziesięć, drugie dwadzieścia siedem a te kropelki do noska dwadzieścia dziewięć”
Matka zazgrzytała zębami a pani siegnęła prawie po lek na uspokojenie. Dla Matki.
Nic z tego. Na uspokojenie to Matka wiśnióweczkę sobie strzeli i tyle. Wieczorkiem.
A potem Matka rozrobiła antybiotykowy proszek, powstrzasała, poniuchała i doszła do wniosku, że Maryśka na pewno wypije, bo ładnie zalatuje truskaweczkami.
-„W mordę jeża, ale zapach, ajaj!”- zareklamowała Matka napitek.
-Maryśka podeszła do butelki jak pies do jeża.
–„Ale ja nie lubiem!”
-E tam, nie lubisz! Pycha!” – Matka oblizała się jak kot nad nadpsutym śledziem i pomyślała sobie, że odpustów jej nie starczy do zbawienia, tak łże.
–„Nie lubiem, nie lubiem” -Maryśka zapiszczała bardziej stanowczo.
-„Ale popatrz, jaki piękny ten syropek. Nie jest taki przezroczysty jak inne. I nie jest czerwony!” – Matka nie dawała za wygraną – „Wygląda zupełnie jak śmietanka!!!”
–„No właśnie!” – ucieszył się Potworek uciekając, gdzie pieprz rośnie –„Zapomniałaś, zie ja mam na śmietałkę uculenie???”
Modne buty
Matka zrobiła wczoraj coś, czego nie znosi – pojechała mianowicie z rodziną do sklepu, żeby zobaczyć, czy ktoś zmądrzał i rzucił wreszcie do sklepów normalne buty dla Potworów. Normalne, czyli:
– niebędące zagrożeniem dla życia i zdrowia innych przechodniów
– niewykoślawiające nóg Potworom
– nierujnujące kieszeni Matki
– niezamszowe, czyli jednorazowe, bo Potwory niezależnie od pogody zawsze natychmiast znajdą tę jedną, jedyną kałużę i się w nią wkrochmalą. Choćby była po myciu samochodu przez sąsiada…
– nieplastikowe bezczelnie, bo szlachetną sztuczną skórę Matka toleruje – w końcu w trzaskający mróz Potwory i tak jeżdżą samochodem. Poza tym kupienie czegoś choć trochę niesztucznego graniczy z cudem, jesli nie chcemy na to wydać majątku.
– w jakimś innym kolorze niż czarny. I tu jest pies pogrzebany, bo Janeczka ma rozmiar nóżki 36, czyli już mało dziecięcy a ostatnio króluje czerń, zamsz lub kłaczaste cholewki.
Jak się łatwo można domyśleć Matka nic nie kupiła. Ucieszyła się za to, ze był z nią MiaUżon i dotkął problemu naocznie.
Janeczka próbowała z Matką wszelkich numerów, na które Matka już dawno sie uodporniła.
-„Noooo, niezłe te buty” – zajęczała przy różowych szpileczkach z cekinami.
Matka była już dwie półki dalej.
-„A te? Widzisz? MaMA!!!!!”
Matka nic nie słyszała.
-„Hmmmmmm” – Potwór oglądał jakże praktyczne w mieście kłaczaste buty „po nartach”
Matka przeżyła dzielnie dwadzieścia trzy ataki Potwora, jako atrakcyjne zakwalifikowała do oglądu jedne sznurowane buty za kostkę, które po odwróceniu podeszwą do góry natychmiast na owej atrakcyjności straciły. 199 złotych…
To stanowsczo za dużo jak na trzy miesiące.
Cena ta przeczyściła jednak natychmiast Matce pamięć i w jej czeluściach Matka dostrzegła kozaki, których Janeczka wcale nie ponosiła, bo nóżka jej urosła nagle a niespodziewanie. Może będą pasować na Maryśkę?
A Janeczka chwilkę poczeka, byle nie za długo, bo zaraz ma byc jakies śniegobicie i upadek komety, więc trzeba się przygotować.
Janeczka, kiedy zrozumiała, że nic w sklepie nie wskóra, zaczęła najeżdżać Matki nogi wózkiem. Niechcący, co nie zmienia faktu, że Matki nogi były najeżdżane bolesnie i nieustająco.
-„Czy ty wreszcie możesz patrzeć, gdzie jedziesz tym pojazdem?” – wkurzyła się Matka.
Potwór spojrzał na MiaUzona, ale nie doczekał się żadnej pociechy, bowiem MiaUżon miał tez już dosyć.
-„Wracamy do domu!” – zarządziła Matka
Janeczka zakręciła wózkiem z siedzącą w nim Maryśką i zrobiła piruecik.
-„Co znowu?” – zainteresował się MiaUżon
-„Nic, tylko najechałam sobie na piętę” – mruknęła Janeczka i schyliła się, żeby poprawić sobie skarpetkę.
Matka nie wie, jak można najechać na swoja własną piętę, ale domniemywa, że Potwór prowadził wózek idąc za nim tyłem. Może teraz tak modnie, cholera wie?
Janeczka nagle wyprostowała się, zbladła, zrobiła oczy jak młyńskie koła i sprawdziła przytomnie, jakie wywołała wrażenie. Jeśli chodzi o starych – to żadne. Maryśka patrzyła na to z nieskrywanym zainteresowaniem, ale Potworowi chyba raczej chodziło o współczucie.
Janeczka powiekszyła więc oczy do rozmiaru latającego talerza i trysnęła fontannami łez.
-„Co się stało?” – spytała krótko Matka, bo rzecz cała działa się na środku przejścia w sklepie.
-„KREWWWWWW!!!!” – zaryczał Potwór, który odzyskał głos.
Matka rozejrzała się, ale nic nie zauważyła
-„KREW SIĘ LEJE!!!” – zawyła ponownie Janeczka.
-„A możesz pokazać – z czego?” – nie wytrzymał MiaUżon
-„Z MOJEJ NOGI!!!” – i Potwór pokazał plamkę krwi średnicy 0,5 cm na skarpecie. Zdarł sobie po prostu strupek od starego pęcherza…
-„Przyklejcie mi plaster!!!” – zażądał
MiaUżon wypuścił parę uszami, bo szkoda byłoby się rozsadzić w sklepie. Jeszcze kto by ucierpiał!
-„Nie mam plastra i nic nie przykleję. A ty idziesz szybciutko do samochodu, jedziemy do domu i tam dostaniesz plaster!” – powiedział i odstawił wózek na miejsce.
Janeczka rada- nierada ruszyła. Rzuciła jednak okiem na piętę.
Piruecik.
Wywrót oczami.
Młyńskie koła.
-„Nie mogę! KREW!!!” – zaryczała znów.
-„Idźcie, ja powalczę z tym wózkiem.” – zaproponowała Matka. Piorun jedennie miał kiedy zeżreć monety.
Gdy Matka dotarła do samochodu, nic nie było w nim widać. MiaUżon toczył na przednim siedzeniu pianę, na tylnym szyby zaparowały od szlochów Potwora.
Dojechaliśmy do domu wśród ryków:
-„KREW! KREW!!!”
Ranka miała średnicę 2 mm i kształt elipsy. Matka podała wymiar w najszerszym miejscu dla wywołania jak najwiekszego wrażenia.
-„Na drugi raz poprosimy sąsiada o konsultację” – zasyczała Matka. Sąsiad jest wziętym chirurgiem.
-„Naprawdę?” – ucieszył się Potwór
-„Naprawdę!” – przytaknęła Matka – „Tylko pokażesz, w którym miejscu amputować!!!”
Janeczka obraziła się, co miało zbawienny skutek dla uszu starych, tudzież ich kondycji psychicznej.
I chodzi do szkoły z plastrem.
No kombatant.
Najprawdziwszy.
Wyjście na sto procent
Matka szykowała się dzisiaj do koleżanki w odwiedziny. Zacierała łapki, bo takie wyjście z Potworami i MiaUżonem nieczęsto się zdarza – albo ktoś chory, albo na mecz idzie, albo co innego. A tu Matka zarządziła tydzień wcześniej, że jest zaproszenie, więc idziemy i nie ma zmiłuj się.
-„Zadzwonię 11go i dokładnie się umówimy!” – zapowiedziała koleżanka.
Matka siedziała cały dzień w domu, ale o telefonie zapomniała.
-„To na którą tam idziemy?” – zapytał MiaUżon przytomnie koło trzeciej.
-„O cholera!” – Matka złapała się za łeb -„Miała wczoraj zadzwonić i się z nami umówić!”
-„No to ty zadzwoń!”- poradził MiaUżon uprzejmie i Matka dzieki tej oto bezpłatnej poradzie wykonała nadludzki wysiłek zwojem nerwowym i wykręciła numer.
-„No witaj!” – odezwała się radośnie koleżanka.
-„Witaj, witaj!” – odrzekła Matka – „Dzwonię, żeby zapytać, czy my przypadkiem nie byłyśmy na dzisiaj umówione?”
-„A byłyśmy!” – potwierdziła koleżanka – „Tylko, że ja miałam wczoraj dzwonić”
-„No ja wiem” – zgodziła się łaskawie Matka – „Ale nie zadzwoniłaś”
-„Aha, faktycznie – nie zadzwoniłam” – zauważyła koleżanka – „To co? Przyjdziecie?”
-„A mamy przyjść?” – Matce powolutku zaczęło się odechciewać.
-„No właśnie, wiesz, bo taka sprawa, że ja się wczoraj dowiedziałam, że dziś – wyobraź ty sobie – wychodzę na imieniny!”
-„No to super!” – Matka użyła polszczyzny pierwszego sortu, wymieniła kilka kurtuazyjnych zwrotów i na tym się skończyło.
W duchu co prawda pomyślała sobie już nie tak kurtuazyjnie, bo zrobiłaby parę rzeczy pożytecznych miast się nastawiać, które to „nastawianie” okropnie Matkę wyczerpało energetycznie.
A potem zlazła do pralni i popatrzyła na kupę zdjętego prania i doszła do wniosku, że nie jest dobrze, bo straciła rachubę ile też pralek leży na koszu. Ostatnio było trzynaście, ale to było trzy tygodnie temu…
Matka spryskała je zawzięcie w piwnicy, co było dobrym posunięciem, gdyż jest tam przemyślne urządzenie zwane kratką ściekową. Matka pryska wodą obficie, przy czym trzy czwarte nie trafia w garderobę ale w bok i w kuchni taki manewr utrudnia potem życie domownikom. A właściwie Matce, która potem musi zmyć chlew…
Matka następnie przytaszczyła prasownice i przeleciała wszystko jak leci, z wyjątkiem koszul MiaUżona. Spodnie, falbanki, sukienki, wsio.
I na koniec urozmaiciła sobie szafę – zupełnie nowa koszulkę w purpurowe paseczki przepuściła na trzech kropkach. Jak się potem okazało koszulka była stuprocentowa. Poliestrowa.
Teraz brakuje jej kilkudziesięciu procent.
Zostały na prasownicy.
Czy ażurowo-niesymetryczne koszulki są może akurat modne?
No bo co, po jednym noszeniu wyrzucać?
A może Matka sobie dodatkowo wyrąbie dziury w dżinsach tu i tam, i pójdzie tak do szkoły?
No to byłoby wejście i wyjście smoka…
Dalszy ciąg
Maryśka często chadza do pokoju Janeczki i zapuszcza sobie płyty na sprzęcie. Matka podejrzewa, że wkrótce czeka ją kolejna wyprawa do sklepu i świecenie oczami. Matka tak robi regularnie. Oddaje sprzęt do naprawy, po miesiącu okazuje się, że Potwory popsuły go tak sprytnie, że serwis nie wie co zrobić i prosi Matkę serdecznie o przyjęcie zwrotu gotówki. Matka robi to z niechęcią w oczach i radością ogromną w sercu, po czym przegląda odpowiednią „gazetkę”, jedzie natychmiast do innego sklepu i nabywa kolejny egzemplarz, który można spokojnie psuć przez kolejne dwa lata.
Maryśka zapuszcza więc płyty, korzystając z chwilowej nieobecności Potwora i śpiewa. Wychodzi jej to różnie, bo nie nadąża za artystami, nie mówiąc o tym, że śpiewa zdecydowanie między klawiszami, ale chęci ma wielkie i Matka wie od razu, gdzie Potworek przebywa i co porabia. Może więc zająć się czymś spokojnie na dole.
Ostatnio mamy na tapecie „Szklaną pogodę”, również w Matki samochodzie, ale ponieważ to hit z Matki młodości, więc jest jak najbardziej w stanie to przeżyć.
Czasem jednak Maryśka śpiewa nowe przeboje, niekoniecznie z płyt. Matka zaostrza wtedy słuch i włazi nawet na schody, żeby nie musiała ciągnąć potem uszu po podłodze, bo zahaczałaby kolczykami o wystające klepki. Tym sposobem Matka dowiaduje się, czego też panie w przedszkolu usiłują nauczyć Potworka, bo sam rzadko puszcza farbę. generalnie na pytanie:
– „A co tam było w przedszkolu?”
Potworek odpowiada:
-„Nic!”
I choćby sie krew lała z kamieni pary nie puści.
Dodatkowo zestaw hitów przedszkolnych zmienił się przez pięć lat, więc Janeczka nie zawsze może pomóc.
Kiedy więc wczoraj Matka usłyszała cienki głosik Maryski dochodzący z góry, zaraz wlazła na półpiętro i zamieniła się w zająca stojacego słupka.
–„Jezu, Jezu nas!” – śpiewał Potworek.
Matka oniemiała. Fakt, z Maryśki nic nie można wyciągnąć, ale nie przypominała sobie, żeby Janeczka miała w maluchach religię. Nawet gdyby była, to w opłatach przecież nie widniałaby, bo jest zawsze bezpłatna, ale Matka musiałaby podpisać zdaje się zgodę.
MiaUżon też nie wiedział nic o religii.
– „Eeee, chyba nie ma. W maluchach?” – uniósł brwi ze zdziwienia
-„No właśnie” – zasępiła się Matka.
-„A może Janeczka uczy się czegoś przed komunią?” – głośno pomyślał MiaUżon
-„No jasne!” puknęła się w czoło Matka.- „Zaraz ją zapytam!”
Potwór jednak nie pomógł.
-„Nic takiego się jeszcze nie uczyłam!” – pokręcił głową i pobiegł na dwór.
Matka została więc z niczym.
–„Jezu, Jezu nas!” – śpiewał dalej Potworek zawzięcie, ale dalej nie pamiętał. Ma prawo, jest mały.
Matka czekała parę dni na dalszy ciąg, ale Maryśka jak się zacięła, tak mantrowała zawzięcie i już! Nawet wszelkie „bajlanda” Janeczki leżały w odstawce. Potworek stał się jeszcze bardziej religijny, niż był.
Matka miała nawet przesłuchac wszelkie płyty Arki Noego, ale szczerze mówiąc nie miała kiedy.
I gdy już całkiem zapomniała o piosence, Maryska nagle pojawiła się przed Matką.
-„Jus pamieńtam, co jest dalej!!!– zawołała radośnie -„Posłuchaj!”
I zaśpiewała Matce donośnym głosikiem tę – jakże religijną – pieśń:
„Jezu, jezu nas,
Skont … igiełki mas?”
Zakupy
Matka nabyła sobie we wspomnianej wcześniej szwalni dwie pary spodni, co nie poprawiło jej zupełnie nastroju, gdyż koleżanka zakupiła rzeczy chyba z pięć, o cenie nie wspominając.
-„Jesteśmy jak zwykle bez grosza!” – westchnęła koleżanka, przymierzając pikowaną kurteczkę za 199 złotych. Ślicznie w niej wyglądała, więc kupiła. Matka widziała takie w hipermarkecie za połowę sumy, ale nic nie mówiła, bo koleżanka należy do gatunku omijających tego typu przybytki, jako przeznaczone dla plebsu.
-„Tak?” – zdziwiła się uprzejmie Matka -„A co się stało?”
-„Kupiliśmy odkurzacz, który sam sprząta. Wiesz, łazi jak piesek”
O, Matka wie. Widziała taki nawet. I kosiarkę widziała, przed która uciekała cała gawiedź i było sporo śmiechu.
-„No, to rzeczywiście” – załamała ręce Matka -” Pewnie kupę forsy coś takiego kosztuje?”
Padła suma czterocyfrowa, bardzo czterocyfrowa, która na Matce nie zrobiła żadnego wrażenia, bowiem rzeczy, które kosztują powyżej 999 złotych są poza Matki zainteresowaniem, a już to urządzenie zupełnie.
Matka zapłaciła więc czterdzieści złotych za spodnie, popatrzyła dwie godziny na koleżankę, która zmieniała ciuchy jeden za drugim i pomyślała sobie, że na drugi raz wybierze sie jednak sama. Taka nietowarzyska będzie.
A potem Matka pojechała do laptopowego sklepu, bo przypomniało jej się, że pracować na czymś musi. Nie ma za co, ale musi. Roztoczyła przed panienka wizję swego komputera a potem zapowiedziała:
-„No i musi kosztować najwyżej tyle a tyle, a i tak zarżnie mnie to na dwa lata co najmniej”.
Do panienki doszła jednak tylko suma.
-„Pani mówi o sumie netto, czy brutto?” – zapytała lodowatym tonem i podniosła brwi poza granice administracyjne główki.
-„Oczywiście brutto” – Matka skurczyła się na foteliku. Matka generalnie jest ubruttowiona i ovatowana.
-„No to może pani tak by dorzuciła jeszcze raz tyle?” – zaproponowała panienka i zatrzasnęła klapę swojego notebooka.
A Matka wylazła, też trzasnęła klapą bagażnika i odjechała.
Nic te ludzie na targowaniu się nie znają.
Ani poczucia humoru, nic.
Czy Matka pytała o laptop samopiszący blog?
Samomyślący i skarpetki robiący?
Obrazki malujący?
Matka do Arabów pojedzie chyba kupować, albo co?
Kobiecy nabytek
Matka postanowiła coś odmienić w związku z jesiennym, podłym nastrojem.
Niby jest dobrze, bo obraz do Ameryki zamówiony jest, ale Matka jak to Matka. Dręczy się natychmiast czy zdąży, czy będzie się podobał, czy wie, jak zapłacić taki zagraniczny podatek, czy to, czy tamto. Innym słowem – Matka potrafi koncertowo utruć sobie życie.
Własnoręcznie, własnonożnie, własnomyślnie.
Ten typ tak ma!
Matce okropnie źle się żyje z takim myśleniem, ale ono przychodzi znienacka i napada Matkę na przykład w lodówki. Albo z pralki. Otwierasz – wskakuje na ciebie i dręczy. Matka podejrzewa nawet, że pozbycie się sprzętów nic nie da, bo myślenie negatywne siedzi wszędzie.
Ale Matka ma na to różne sposoby.
Pierwszym jest lato.
Nie tam, że ciepło, leżaczek, wakacje, wyjazd. Nie, nie!
U Matki to jest kubeł, szmata, pędzel, rura, farby – i hajda na rusztowanie. Nie ma czasu na myślenie!
Drugim sposobem jest inne zajęcie, które Matkę musi jednak absorbować i fizycznie i psychicznie. Malowanie obrazków już się tak dobrze nie sprawdza… Matka próbowała nawet wersji ze znajomymi, którzy zabawiali Matkę w czasie malowania lekką rozmową, ale wytłukła wszystkich i zakopała w ogródku, bo jednak jak ktoś Matce truje nad uchem, kiedy maluje, to Matka nie znosi. Bo taka sympatyczna jest i rodzinna bardzo. Jak utłucze to zaraz sprząta!
Trzecim sposobem są zakupy, ale jak już Matka wielokrotnie pisała, zalicza się do typów, które idą poszaleć po sklepach, po czym wracają ze skarpetkami dla Potworów, koszulami dla MiaUżona i żółtym serem. I uschniętą ręką od wkładania i wyjmowania z koszyka podkoszulki przeznaczonej dla siebie. Bez tej podkoszulki wracają te typy oczywiście, a jakże. Podskoszulki za 6,99 na przykład…
Ale ostatnio Matka postanowiła wydać jednak pieniądze niby dla siebie, ale dla wszystkich. Tak, żeby nie gadali, że trwoni, tylko zadowoleni byli. Żeby jeszcze na tę rzecz promocja była. Żeby Potwory się zainteresowały. Żeby Matka musiała najpierw przy tym troszkę pomyśleć i w ogóle. I dało się!
Matka znalazła w gazetce jednego z hipermarketów to, na co od dawna czekała.
Maszynę, czyli tak zwany automat do pieczenia chleba, za jedyne 119 złotych (ze 199).
No i teraz wypieka namiętnie chleb i wychodzi jej coraz lepszy.
Ale postawiła na w miarę normalny, bo wszelkie udziwnione, cebulowe i ziołowe, po pewnym czasie nudne są i Potwory nie chcą ich jeść. I do dżemu nie każde pasują.
Póki co szaleje na drożdżach, ale może na zakwasie niedługo spróbuje?
Ciekawe na jak długo jej starczy ochoty, ale biorąc pod uwagę to, ze maszyna w zasadzie wszystko robi sama, wygląda to obiecująco.
I tak to Matka nabyła sobie prezent kobiecy.
Ale zaraz jedzie pod swoja metropolię do szwalni – może jakas wyprzedaż?
Bo Matka do tej swojej szkoły to musi się jakoś ubierać.
Niestety…
Na rozkaz!
Maryśka siedziała wczoraj – jak zwykle zresztą- na blacie łazienkowym koło zlewu i szorowała zawzięcie zęby pod nadzorem Matki. Matka trzymała ją za frak, czyli piżamkę i patrzyła bacznie, czy Potworek nie dożywia się pastą, jak to miał do niedawna w zwyczaju.
Wcześniej zaś Matka dopilnowała, żeby Janeczka poskładała wszelkie swoje części odzieży walające się to tu, to tam i wskoczyła po kąpieli do łóżka. Reżim jest jak w kampuczy, bo Potworek znów przywlókł z przedszkola paskudztwo kaszlące i Matka pilnuje, żeby choć Potwory z gołymi nogami po płytkach nie biegały.
Poza tym wieczór jest wieczór, do łózka czas iść, bo rano nie ma kto wstawać!
-„Umyłaś już?” – zapytała czujnie Matka, bo Maryśka uparcie ściągała niewidzialny osad z języka odwrotną stroną szczoteczki. Nalezy przy tym dodac, że szczoteczka dziecięcą jest bardzo i nie ma na odwrocie zadnych higienicznych wypustek. Matka powiedziałaby raczej, że podobna jest do tafli zamarzniętego Bajkału i Potworek wszystko, co może nią dokonac to wypolerować sobie kubki smakowe na wysoki połysk.
–„Umyłam!” – odrzekł Potworek z żalem zżerając przy tym połowę pasty.
-To teraz moja kolej!” – Matka zabrała Maryśce szczoteczkę i wywaliła resztę bakterii, które urządzały sobie piknik na zębach Potworka. Prawdopodobnie. Matka z zadnym nie zamieniła słowa, ale podejrzewa, ze się przyczaiły.
–„Skończyłam” – zakomunikowała zadowolona -„Teraz weź kubeczek i dokładnie przepłucz buzię!”
Maryśka posłusznie wzięła kubas i nabrała wody w usta.
Nachyliła się do zlewu i wypluła. Powtórzyła manewr. Znów wypluła.
-„No już, już. Kończymy, bierzemy kropelki i czeszemy włosy” – ponagliła Matka.
–„Ojejuuuu” – zajęczał Potworek do siebie i fachowo splunął pianą w otwór -„Ci dojosli to som! Nic, tyjko tym dzieciom joskazujom i joskazujom!!!”
Żmija na tak zwanym memłonie
Matka wróciła ze szkoły, co dowodzi jasno i niezbicie, że mimo podłego samopoczucia i nędznego nastawienia do świata, udało jej się jakoś przeżyć. Z naciskiem na jakoś. Innymi słowy: weszła, nauczyła, wyszła i nie pozabijała przed, po ani w trakcie nikogo.
A jak już wróciła, to postanowiła podręczyć rodzinę – dlaczego mają niby mieć lepiej, niż ona? Generalnie rzecz biorąc, to Matka dręczy rodzinę nieustannie, nawet śpiąc. Przynajmniej takie zdanie ma MiaUżon i w razie zapytania z pewnością tak powie. MiaUżon najlepiej wie o tym dręczeniu, kiedy go nie ma. To znaczy jego wiedza dotyczy zwłaszcza momentów nieobecności – w końcu pan domu zawsze wszystko wie najdokładniej! Matka wysyła sygnały bezprzewodowo, MiaUżon wbudowanym fabrycznie czujnikiem je odbiera i wyrabia mu się zdanie.
Jak więc można się domyślać Matka do domu przybywa a MiaUżon natychmiast wybywa, w celach czysto zawodowych zresztą.
Matka zagląda do lodówki i bada stosunek objętości zimnego powietrza do przedmiotów, które jeszcze nadają się do spożycia. Po zmniejszeniu tego stosunku na swoją niekorzyść, po stanowczym umieszczeniu w pojemniku zwanym koszem albo kubłem cześci produktów, zatrzaskuje wrota od komory chłodzącej i jęczy, że znowu jej zeżarli obiad. Zeżrą zawsze, niezależnie od ilości zresztą, Matka nawet już się specjalnie nie dziwi. Szkoda czasu.
Matka zapodaje więc sobie resztki z tygodnia, czyli Wersal, lub kanapkę, czyli standard i już w pełni sił może napadać Potwory.
Jednak okazało się, że podły dzień tak samo źle się zaczyna, jak i kończy, więc Matka wszystkie swe podstępne i złowieszcze myśli skierowała przeciwko Maryśce, która balansując na krawędzi krzesła, z zapałem umieszczała na lodówce magnesy w konfiguracjach dziwno-różnych.
-„A powiedz ty mi kochana…” – Matka ruszyła wszystkie swoje szare komórki, które akurat nie były zajęte trawieniem kanapki obiadowej. Znalazły się trzy. Komórki. – „powiedz no mi, jak też masz na imię?”
I proszę mi się tu nie krzywić i spróbować wymyśleć jakieś inteligentne pytanie na trzech komórach. Jedna leczyła obrażenia po zderzeniu, pozostały czynne dwie.
-„Majisia!!!” – odpowiedział Potworek okrutnie z siebie zadowolony.
-„No pięknie!” – ucieszyła się Matka jedną komórką
-„A KTO ci dał tak ślicznie na imię?” – tu już pełną parą chodziły trzy komórki.
–„Jak to – KTO?” – Potworek odwrócił się do Matka straszliwie zdumiony – „No ocywiście ciocia Basia z pseckola!!!”
Wniosek: nie zadawać głupich pytań nie sprawdzając najpierw z ilu komórek aktualnie korzysta Maryśka! Musi były cztery…
Bo Matka teraz wygląda jak wielki pytajnik.
A życie jest złe, ludzie podli a bachory wyrodne!;-))
Wirus
U Matki urywają się telefony – niech pani zrobi to, niech pani zrobi tamto, a ile pani bierze, a kiedy, a jak?
Koniec roku – trzeba wydać pieniądze, a tymczasem Matka nierozdwajalna jest.
Zadzwonili dwa dni temu – na Matki szczęście – i zamówili obraz do Ameryki. Wielki. Matka się zgodziła, bo rozmawiała już wcześniej. A potem zadzwonił pan Henio, który czasami Matce coś podsyła, na przykład fotele do złocenia.
-„Ja to już nie pamiętam pani Matko, ile pani bierze za decymetr złocenia?”
-„Tyle a tyle, nic się nie zmieniło” – odpowiedziała Matka
-„Aha, no to dobra. Pogadam i za tydzień pewnie podrzucę” – szybko rzekł pan Henio i zakończył tym samym sprawę złocenia przez Matkę jakiejś ramki.
-„Ale panie Heniu, ja NIE zrobię!”
Pan Henio zamarł ze słuchawką w pół drogi.
-„Jak to – nie?”
-„No nie. Po prostu. Zawalona robotą jestem. Koniec roku – wie pan”
I pan Henio się zdziwił. Matka go zna, bardzo lubi, ale musiała powiedzieć – nie. Matka też nie jest worem, gdzie się wrzuca a Matka nic, tylko zaraz szybciutko wykonuje.
I Matka nie ma jak wziąć i komuś podzlecić, bo nie ufa i odpowiedzialności nie weźmie. Za wiele razy się sparzyła.
Przed chwilą znów telefon:
-„Dzwonimy z urzędu takiego a takiego. Czy pani mogłaby zrobić badania w pałacu na obecność polichromii? To znaczy, czy pani „czasowa” jest?”
Matce to się bardzo spodobało.
-„Zawsze bardzo chętnie, ale faktycznie nie jestem czasowa…”
-„No właśnie, nikt nie jest. Koniec roku i wszyscy się ocknęli, że trzeba jakieś pieniądze państwowe wydać!”
Matka to by bardzo, bardzo chętnie, ale tak może bardziej rozłożone w czasie?
A tymczasem chandra ją dopadła wczesnolistopadowa, jak to zwykle bywa po dniach wolnych. Nic, tylko Matka musi cały czas w kieracie gonić, bo inaczej się kompletnie rozleniwia.
Jak pomyśli, że do szkoły musi iść, to już w ogóle ma wzdrygi. Okropny jakiś taki nastrój ja napadł znienacka. Ale jak tak sobie słucha innych, to ma wrażenie, ze to pandemia.
Wirus NNChMS.
No Nie Chce Mi Się.
Ciekawe kiedy wynajdą szczepionkę?
Z pikiem w tle
Matka się ukulturalniła w stolicy, że hej! Uradowana jest, bo opera piękną była a soliści śpiewali fantastycznie i z dobrym akcentem. Matka strasznie się bała, jak to będzie, jak oni będą czysto, ale kalecząc język. Okazało się jednak, że dwójka solistów jest prosto z Rosji, z czego główny bohater z samego Petersburga, z Teatru Bolszoj.
Wszystko było więc najwyższej próby i Matka znów pożałowała, że na ostatniej prowincji mieszka…
A poza tym było klasycznie.
Na pierwszej przerwie Matka z koleżankami wyszła na korytarze podziwiać wystawę (fantastyczną )Dudy-Gracza i zobaczyła jakże polski obrazek. Po schodach szło trzech uczniów, na oko ostatniej klasy gimnazjum. Właściwie trudno powiedzieć, że szło trzech, bo dwóch to tak, ale trzeci, ten między nimi, chyba za bardzo nie wiedział co się z nim dzieje i tak dziwnie wlókł nóżki za sobą przewracając oczkami. Ululany do imentu i mokry od stóp do głów. Najwyraźniej koledzy go umyli, żeby lepiej wyglądał…
Matka pomyślała sobie, że zapewnie szukają nauczycielki, żeby jej o tym powiedzieć i zaraz przypomniała sobie, że na żadną wycieczkę z dziećmi nie zamierza jechać!
A potem pooglądała sobie śmietankę warszawską, która licznie przybyła na operę i zasiadła w fotelu, żeby obejrzeć kolejny akt.
Niestety rząd dalej zasiadł wyelegantowany gość, który we krwi miał geny Dariusza Szpakowskiego. Dyscyplinę jeno pomylił i czas, ale nic a nic to mu nie przeszkadzało.
-„Chór wszedł, tam u góry. Ale numer! Chór w lożach!”- zabuczał radośnie sznapsbarytonem, przebijając się przez fagoty.
Nikt nawet nie drgnął. Wszyscy kombinowali, jak faceta utrupić.
-„I w okularach stoją!” – dodał.
Matka nie wytrzymała, odwróciła się i posłała spojrzenie bazyliszka, numer pięć.
PrawieSzpakowski spojrzał na Matkę ze zdziwieniem, ale zamilkł.
Matka z radościa oddała się słuchaniu i oglądaniu. Główna bohaterka, Rosjanka, była nie tylko kobietą obdarzoną przecudnym głosem, ale też urodziwą szalenie. Niestety, Dama Pikowa ma to do siebie, że trup ściele się gęsto i przyszedł czas i na Rosjankę. Pośpiewała na koniec sporo, żeby widowni aż tak żal nie było, potem weszła na scenę podciągniętą na pół drogi do sufitu i rzuciła się w przepaść.
Na widowni zapadła głucha cisza.
I wtedy nie zdzierżył PrawieSzpakowski:
-„O, kurna…” – westchnął, aż sprężyny w fotelu jęknęły -„No i nie wytrzymała kobita tego napięcia…”