A teraz Matka się szykuje i jedzie do stolicy grupą na Damę Pikową do Narodowego.
Znów się ukulturalni!
Do naszej metropolii rzadko kiedy coś ciekawego zjeżdża, a jeśli nawet to oprawa nie ta zupełnie. Stąd Matka z chęcią przeogromną Narodowy znów nawiedzi.
-„O, jak fajnie!” – ucieszyła się dziś Janeczka.
-„Prawda?” – Matka była dumna, że dziecko docenia potrzebę szeroko rozumianej kultury.
-„Fajnie, że cię NIE będzie w domu! Nikt nie będzie nas za nic gonił!” – wyjaśnił szybciutko Potwór ostrząc sobie w międzyczasie zęby (na popołudniowe chipsy od MiaUżona – przypis Mattki).
Upór kobiety i nocne dyskusje
Maryśka zapomniała dziś nadciągnąć w nocy z poduszką. Matka myślała, że się w związku z tym lepiej wyśpi, ale nic z tego. To tak, jak bywało z karmieniem nocnym Potworów. Matka wstawała trzy razy w nocy (żeby nie wspominać roku w życiu Maryśki, kiedy zrywała się po razy dwanaście) i była tak samo niewyspana jak wtedy, gdy Potworek -jeden lub drugi- raczył uprzejmie noc przespać.
-„To niemożliwe!” – mawiał wtedy MiaUżon
-„To jak najbardziej możliwe!” – odparowywała Matka- „Gdybym wiedziała, że się nie obudzi, to bym się nastawiła psychicznie. A tak spałam jak mysz pod miotłą i na jedno wyszło!”
-„No nie na jedno, bo jednak spałaś a nie tkwiłaś w fotelu półtorej godziny!”
-„Nie na jedno!” – zapierała się Matka i już! Upór kobiety i siła byka to dwie rzeczy niewyjaśnione w przyrodzie…
Tak więc Maryśki dziś nie było.
Ale za to była wczoraj i przedwczoraj, i dwa dni temu, i trzy… Bo Maryśce coś się pokićkało z tym spaniem i nocnym przychodzeniem. Nigdy tego nie robiła. To znaczy może z raz na dwa miesiące.
Poprzedniego ranka Potworek dostarczył był jednak także atrakcji innego rodzaju, bowiem zaczął nadawać przez sen. Wchodzi wtedy na wysokie „C” i okrutnie piszczy, ale zrozumieć można wszystko.
–„Ojeju! Ojeju! Ojeju! Spadjam z kanapy! Spadjam z kanapy! Auuuuuu!!!” – zawył Potworek Matce prosto w ucho. Matka siadła. MiaUżon siadł również, bo pisk Potworka odbił się od szafy i wpadł mu do otworu usznego.
Starzy sprawdzili, że Maryśka leży i ma się dobrze. Klapy zaparte – znaczy się śpi. Nie spada – to najważniejsze.
-„A czemu ty spadłaś z kanapy?” – zapytał w przestrzeń MiaUzon nie spodziewając się żadnej odpowiedzi i piątej rano, po czym padł na poduszkę.
–„Janecka mnie zziuciła!!!” – zapiszczała Maryśka emnergiczniej i MiaUżon znów usiadł. Matka nie siadła tylko dlatego, że przezornie się nie położyła. Matki to jednak przewidujące są, nie to, co chłopy.
-„Ahaaaa!” – MiaUżon postanowił drążyć temat-” A co zrobiłaś, że cię zrzuciła?”
–„Noooooo….” – Maryśka wywróciła oczami parę razy pod zamkniętymi powiekami i rzuciła małym dymem z uszu. Nie dało się. Przez sen nie potrafi kombinować! -„No, najpiejf to ja psisłam i jej przijżnęłam!”
-„O, pięknie!!!” – ożywił się MiaUżon. Jego starsza córeczka jest bita!
-„O, pięknie!!!” – ożywiła się Matka. Jej młodsza córeczka nareszcie wzięła sprawy w swoje ręce!
-„A co było między tym przyrżnięciem a upadkiem z kanapy?” – zapytał jeszcze bez większej nadziei na odpowiedź MiaUżon.
I wtedy Potworek zakopał się pod kołdrą, i okrutnie się zakotłowało. Potem wyjął głowę i znów zachrapał na poduszce mocniej. Oka nie otworzył ani na moment.
-„Co to było?” – zdumiał się MiaUżon.
–„No wies…” – sapnął Potworek nieco zmęczony pokazem i dyskusją – „…tejas to Janecka spuscała mi ŁOMOT!”
Smuga cienia
MiaUżon wkracza dziś w smugę cienia…
Wykopalisko, gad kopalny po prostu!
Matka ma jeszcze prawie rok do tej chwili i ani dnia wcześniej nie będzie mówiła, ze kończy tyle a tyle. Zresztą Matka zawsze w szpitalach robiła awantury o wiek. Jak można było Matce wpisywać w styczniu, że ma osiem miesięcy więcej?!
-„Bo my proszę pani rocznikami!”
-„Ale ja się nie urodziłam rocznikiem, tylko w sierpniu i nikt mi nie będzie dodawał!” – piekliła się, Matka doskonale wiedząc jak jest. Ale co tam, w szpitalu nie ma co robić.
Matka zresztą zawsze coś wymyśla. W połowie drogi Maryśki na ten świat do Matki doskoczyła pielęgniarka z arszenikiem w strzykawce. Strzykaweczka zresztą była maleńka, pewnie specjalnie po to, żeby Matka jej nie zauważyła. Podstępnie wybrano tez niewielkich gabarytów pielegniarę, ale Matka jest zawsze czujna!
-„Co mi pani tu chce wbić?” – zatroszczyła się Matka o swoje życie i kondycję bądź co bądź osobistego pośladka.
-„Pani się NIE ZGADZA?” – zapiszczała pielęgniarka, az arszenik mało jej nie wypadł z ręki
-„Ja nie mówię, że się nie zgadzam, tylko pani ma mi powiedzieć, co mi tu wsadza!”
-„A pani i tak nie będzie wiedziała, co to jest!!!”
No kurcze pieczone, dyskutować będzie, jak tam Maryśka łapki już z Matki wywiesiła. Matka to ma na czole napisane, że jest artysta a nie lekarz i zaraz pielęgniarka będzie wiedziała, że Matka wiedzieć nie będzie.
No jasne, że nie będzie, ale zasady są zasadami, zwłaszcza jeśli chodzi o robienie dziury z jednoczesnym zapodawaniem czegoś – jak się okazało – bardzo szczypiącego. Bo Matce raz podali bez pytania coś po porodzie Janeczki i Matka przez cztery godziny bełkotała jak stara pijaczka a nogą nie mogła ruszyć w żadną stronę.
-„Żeby pani lepiej odpoczęła!” – skwitował pan doktor w wielkim i znanym szpitalu.
Matka odpoczęła jak cholera. Jak ściera napita wodą, która leży rżnięta w kącie. Potem MiaUżon ciągnął Matkę na inny oddział, żeby nakarmiła w końcu Janeczkę, bo Matka sama w życiu by nie doszła na tych wacianych nogach.
I od tej pory Matce nic znienacka wbić nie można!
Ale czemu Matka o zastrzykach pisze?
No bo zaczęła, że MiaUżon wkroczył dziś w smugę cienia.
No to, żeby nie wpaść w kolejne dygresje jedzie nabyć ciastka i tym podobne towarzyszące zwykle.
Bo prezent już rano MiaUżonowi dała.
I dalej się cieszy, że sama ma prawie rok do tej chwili…
Z nadzieniem
Matka zwlokła się dziś z wyra i polazła do szkoły.
Polakowi dać dni wolne, to zaraz gnuśnieje i nic mu sie nie chce. To, co miał zrobić i tak odłogiem leży, czas się rozłazi i w ogóle.
Matka weszła do pokoju nauczycielskiego, żeby nabrać ochoty do pracy a tam towarzystwo podparte na łokciach, głowy zwieszone, kawy nietknięte. Na korytarzu dzieci ani widu, ani słychu…
-„Nie przyszli?” – rzuciła Matka w przestrzeń.
-„Są, są.” – machnęła ręką koleżanka, ale zaraz się skrzywiła. Taki wydatek energii od świtu -„Snują się tylko gdzieś po kątach”
-„To dobrze, bo tak mi się nie chceeeee” – zajęczała Matka
-„O matko, ona też zaczyna!” – podniósł głowę kolega i zaraz opadła mu z powrotem.
No ochota do pracy wręcz wszystkich rozsadzała.
-„Lubi pani czekoladki?” – zapytały dzieci na lekcji.
-„Lubię, ale nie wezmę!” – zagroziła Matka -„A czemu?”
-„No przecież mamy sprawdzian za dwa tygodnie, to panią przekupimy!”
-„Jestem kompletnie nieprzekupna!” – zapewniła twardo Matka łykając szybko ślinę. I jeszcze raz. I następny. Cholera, mało dziennika nie opluła. Czekoladki na taka pogodę byłyby super, ale czort wie, jak będzie za dwa tygodnie…
-„Bo nasz pan od tratatata to lubi z pomarańczowym nadzieniem!”
Matka uniosła brwi powyżej głowy i zaraz opuściła. Zmarszczki jej się pogłębią, jak nic!
Nawiasem mówiąc, pan wygląda raczej na takiego, co to lubi z nadzieniem alkoholowym wielokrotnie dolewanym, ale niech będzie, że pomarańczowe. Może curacao?
-„No i co?” – zapytała od niechcenia-” Bierze i przekłada klasówkę?”
-„Nieeee” – zawyły dzieci -„Bierze i robi. I je, kiedy piszemy!”
O, to już świństwo. Ostatnie.
Ale jakże pomysłowe.
No Matka chyba przemyśli.
Zobaczy tylko, czy nadzienie tego warte…:-)
Lampkowe trendy
Matka wróciła z cmentarza. Dwa razy obróciła, bo trzeba było najpierw roznieść kwiaty i lampki a drugi raz już tak na spokojnie. Potwory podążyły po raz pierwszy tez od rana – do tej pory zostawiało się je u Babci, żeby Matka z MiaUzonem święty spokój mieli, bo ręce obładowane zawsze a to kwiatami, a to lampkami, a to jakimiś worami, w które Babcia powtykała grabki, miotełki i inne rzeczy do kopania, no bo w końcu zawsze mogą się przydać, no nie?
Maryśka przebijała się przez alejki z oczami jak guziki, bo wreszcie coś ciekawego działo się na jej wysokości. Kwiaty, znicze, gałązki.
Matka śledziła pilnie znikający punkt i jak tylko mogła, to przyglądała się też, co człowiek może wymyslić w kwestii lampki. Znicza znaczy się.
Matka doszła do wniosku, że jednak nic nie przebije lampeczek okolicznościowych Bożonarodzeniowych i Wielkanocnych. Taka biała, z zajączkiem uśmiechniętym od ucha do ucha zwala Matkę z nóg od razu. Albo z Bałwankiem! Czasem jeszcze rżnąca wesolutko „Jingle bells” albo swojskie „Wśród nocnej ciszy…”.
A na Wszystkich Świętych nie ma takich atrakcji, choć Potworek i tak wypatrzył przecudnej urody wielkie kubła szklane z wrzuconymi obok wkładu sztucznymi kwiatkami. Co lampka to inny kwatek a każden jeden jak żywy…
Matka pamięta czasy sprzed lat dwudziestu, kiedy nie wiedzieć czemu poważaniem cieszyły się stosunkowo rachityczne, białe chryzantemy w glinianych (no bo jakich innych?) doniczkach. Kwitły zwykle po pięć i nabywało się je hurtem. Zresztą upolowanie kwiata w tamtych czasach łatwe nie było i Matka wspomina rok, kiedy 60% grobów w naszej metropolii przyozdobionych było ozdobnymi, fioletowozielonobiałymi kapustami. A te białe cieszyły się zwykle upodobaniem osób, którzy pochowali swoich bliskich w tak zwanych pieczarach z lastryka. Wtedy takie dwadzieścia pięć doniczek ustawiało się w różnych konfiguracjach na płycie i w oczy rzucały się najpierw doniczki, a potem panie w futrach lub tureckich kożuchach, które co jakiś czas zmieniały porządek kwiatków. Panie, nie kożuchy, rzecz jasna.
Jeśli ktoś zdobył znicze wielkości wiadra to zwykle ustawiał je między chryzantemami, co znacznie podnosiło walory nagrobka. Dopóki go pilnował oczywiście, bo nocą bywało różnie. Najczęściej znikały same doniczki, z czasem także część korzeniowa. Zwykłych zniczy się nie pilnowało. Paliły się z szybkością odrzutowca i pozostawiały wypaloną czeluść zakopconego gipsu.
Teraz jest jakby bardziej normalnie, ale Matka sądzi, że to tylko pozory. Po prostu kupujemy lampki, które palą się 1248 godzin i uważamy, że sprawa załatwiona! Kwiatki też nie gniją i są odporne na mróz. Niektórzy dopiero przy okazji Gwiazdki orientują się, że nie jest aż tak dobrze, ale są wytrwalsi i czekają do Wielkanocy…
W każdym bądź razie wystarczy przybyć raz, rozstawić świecących strażników i wrócić przed telewizor. A wraca się szybko, bo nie ma już problemu z przejściem w cmentarnych alejkach. Nikt na nikogo nie fuka, że kwiaty się sypią, że przejście zrobić trzeba, że dziecko się zgniecie. Nic z tych rzeczy. Puchy. Inne czasy. Że cztery dni był weekend? A kiedyś tak nie było? Eeee tam. Kiedyś jeden program był, potem dwa. I komputery nie istniały. Ot co!
Matka daje już spokój. Wie swoje i już.
Przyjaźń kiedyś a przyjaźń teraz.
Pamięć kiedyś a pamięć teraz…
–„Zobać Mamujku, jak pienknie!!!” – zachwyciła się Maryśka
Matka spojrzała, co też dziecię tak zachwyciło.
Na pomniku skośnymi rzędami stało ze czterdzieści wielkich, jednakowych białych zniczy z czarnymi przykrywkami i złotym wzorkiem dookoła. Do tego sztuczne kwiaty wielkości arbuzów.
Oj, postoją, postoją…
Żeby troje chciało naraz
Maryśka umiliła nam kilka ostatnich nocy nagłymi a niespodzianymi wizytami. Człowiek sobie spokojnie śpi, gdy nagle coś go napada, dusi poduszką, wygniata dziurę między piątym a szóstym zmysłem, żebrem, czy coś takiego, nieważne zresztą, bo nie bardzo jest czym i kiedy myśleć.
Rano Matka nie wie, jak się nazywa od leżenia w jednej pozycji i rozpaczliwie próbuje rozprostować przykurczone palce, jak już je oderwie od krawędzi łóżka. Potworek tymczasem rozkłada się na wierzchu kołdry zajmując trzy czwarte posłania, zaróżowiony, nagrzany i zadowolony. MiaUżon wstaje i przeklina pod nosem. Matka, gdy jakoś spadnie na podłogę, zbiera się do kupy i podąża powoli do łazienki, żeby nasmarować się maściami na korzonki, odmrożenia, zawiania i przykurcze. Po półgodzinie może jako-tako egzystować…
Maryśka jest za to cały dzień tryskająca energią i zachwycona życiem.
-„Będziesz dziś spała w swoim łóżeczku?” – spytała wieczorem Matka.
-„Nieeeeeee” – Potworek pokręcił głową zdziwiony, jak można zadawać takie głupie pytania
Matka zastanowiła się, czy może sprawiać takiemu małemu dziecku przykrość. No cóż, kiedyś trzeba chyba zacząć? W końcu życie jest życiem, od tego się nie ucieknie. Mówienie rzeczy nieprzyjemnych nie jest miłe, ale zawsze to lepiej usłyszeć od własnej matki, niż pierwszy raz od kogoś obcego.
Matka wygładziła nieistniejące fałdki na portkach, odchrzaknęła i wytoczyła działo.
-„Ale wiesz co?” – powiedziała do Potworka ładującego z trudem do worka wszelkie lale, które były w polu widzenia – „ja to NIE CHCĘ, żebyś do nas przychodziła w nocy!!!”
Maryśka otworzyła szeroko oczka ze zdumienia.
–„Napjawdę?!” – zarzuciła worek na ramię i weszła na pierwszy stopień schodów –„Ale to nic, zie nie chces. Bo TATUJEK CHCE!!!
A MiaUżonowi w tym momencie jakoś tak dziwnie rączki opadły z fotela…
Co gady porabiają
Matka z MiaUżonem wybrali się do szwagierki w odwiedziny. Zapakowali Potwory i jazda. Nie jest to wcale takie proste, bo Maryśka z Janeczką albo cały czas się piorą i jest to zdecydowanie wprostproporcjonalne do ilości barbiów wziętych przez Janeczkę, albo Maryśka przysypia i trzeba ją ostro zabawiać. Poza nerwami nie pomaga to nic. Jak Potworek ma przyciąć komara, to zrobi to, niezależnie od ilości i jakości atrakcji!
Tym razem jednak było inaczej. Potwór wziął jedną Barbię i na niej usiadł, więc Maryśka siłą rzeczy nic nie widziała. Rzucała oczami po szybach, ale dość ochoczo, przy czym nie pisnęła ani słowa. Nic. Ani ładnie za oknem, ani brzydko. Ani wariaci jadą, ani ze sznurka kogoś spuścili. Zero komentarza.
-„Nie śpij!!!” – porykiwał MiaUżon. Matka to nerwicy dostanie kiedyś od tego.
Maryśka kręciła głową ale dalej nic nie mówiła.
-„Spać ci się chce?” – Matce też się udzielił niepokój. Jak Potworek uśnie choćby na parę sekund – reszta dnia jest zmarnowana. Ryczy i ryczy.
Maryśka dalej kręciła głową, że nie.
-„Zaraz dojedziemy!” – piszczała jej w ucho Janeczka.
Potworek dalej siedział jak sfinks. Nawet nie palnął siostry po łbie porozumiewawczo.
Kiedy w końcu MiaUżon zajechał na podwórko, Janeczka natychmiast wyprysnęła, natomiast Maryśka odpięła pas, stanęła przed swoim siedzeniem i oświadczyła uroczyście nad uchem ojca:
–„Ja całom djogem myślałam!”
-„…” – MiaUżon na wszelki wypadek znieruchomiał. Matka zarówno.
Potworek westchnął szarymi komórkami i niespiesznie ciągnął dalej:
–„I wymyśliłam…” – przepuścił kolejną porcję danych i znów się zawiesił.
Matka była bliska uduszenia, tak czekała na pointę.
–„…wymyśliłam, zie kjokodyle to siem głófnie zajmujom …skakaniem” – dokończyła Maryśka tryumfalnie i trzasnęła drzwiami zostawiając starych w środku.
A Matka do dziś kombinuje czy one tak w dal, wzwyż, o tyczce, czy może ze spadochronem?
Kot w worku 8
Matka jak zwykle rano spruwała towarzystwo. Miała jednak komfort w postaci własnego niewychodzenia z domu i od razu w związku z tym lepszy humor.
Pożarła się co prawda z Janeczką na temat spodni, które są Oczywiście Ohydne, Obrzydliwe, Obciachowe i Ogólnie Okropne, ale Potwór wie, że na nic rano się nie zdają takie komunikaty. Matka wszelkie uwagi i zażalenia przyjmuje wieczorem! Plama na spodenkach? Bardzo proszę do szkoły! Rano Matka nie będzie schodzić do pralni, szukać nowej garderowby i prasować. Ani odrywać metek od nowych rzeczy i skracać nogawek.
Matka w zasadzie musi chyba wypisać stosowne uwagi w tym względzie i wywiesić w publicznym miejscu. Na szczęście MiaUżon popiera Matkę w temacie i nie ma rannych dyskusji. Bywają monologi, ale Matka głuchnie całkowicie i odwracalnie. Znaczy się, żeby było też na O – Ogłuchnięta jest. Nie ma takiego słowa? Przecież widać, że jest…
Janeczka zakomunikowała jednak w szkole, że wykończyła adidaski, czyli fachowo mówiąc buty sportowe firmy NieWiadomoJakiej. Nie zajęło jej to wiele czasu, wykończenie znaczy się, bo zaledwie miesiąc, co wprawiło Matkę w niemy zachwyt. Niemy, gdyż uwagi postarała się zachować wyłącznie dla siebie. Dla uszu Janeczki byłyby niewskazane i być może niezrozumiałe nawet.
Potwór wykonał mianowicie rozkłap boczny buta na odcinku 75% i wyrwał dziurę na palcach. O ile Matka mogłaby się pokusić o własnoręczne sklejenie obuwia klejem Moment (najlepszy klej butaprenowy pod słońcem, gniotsa, nie łamiotsa), o tyle cerować wielkiej dziury już nie zamierzała.
Matka ma nawet niejasne podejrzenia co do bucików. Potwór bowiem dostał na Słowacji prześliczne tenisówki na groszkowanej podeszwie i w zabójczym kolorze różowym, lekko przyduże, żeby były akuracik po wspomnianych adidaskach. Drążył temat od dawna przekonując Matkę, że są mu niezbędne do trawienia, oddychania i słyszenia. No to temat wyszedł przez palce najwyraźniej…
Matka zapowiedziała więc MiaUżonowi, który przyznał się, że wie, gdzie rzeczone tenisówki się znajdują, żeby wtrynił je w związku z tym do worka, bo inaczej się zapomni na amen.
Na MiaUżona w takich razach można zawsze liczyć. Z góry wiadomo, że zapomni!
-„Znalazłeś mi te papcie do szkoły?” – zapytała Janeczka o świcie
Ale MiaUżon już zszedł na dół.
-„Tato chyba zapomniał, powiedz mu jeszcze raz na dole, żebyście nie zapomnieli, bo nie będziesz miała w czym chodzić!” – zarządziła Matka sadzając na nocniku Potworka i ubierając w porteczki.
Potwór dokonał toalety i wyprysnął , żeby szybko się ubrać w pokoju.
–„Tataaaaaaaaa!” – zaryczał spod szafy –„Tylko weź do worka papcie!!!”
Maryśka zrobiła na nocniku oczka jak talerze.
–„Mamujku?” – wystękała przerażona –„Co oni chcom zjobić?!”
-„Jak – co?” – zdumiała się Matka.
–„No nie słysys?! To okjopne!!! Chcom fsadzić do wojka BABCIĘ…”
Okjopne. Tym bardziej, że jeszcze jednego Maryśka nie wie. Potem ten worek wrzucą do bagażnika…
Szpion naczelny
Matka się przejmuje. Jak zwykle.
Bo Matkę doszły tak zwane słuchy.
I Matka myślała, że sobie tak pójdzie na parę godzin do szkoły, zrobi wszystko jak najlepiej, pozałatwia wszelkie sprawy nadprogramowe i będzie cacy. Stara, głupia i naiwna!
Bo czy szkoła rządzi się innymi prawami, niż inne miejsca pracy? Nie!
Pomyślisz coś na trzecim piętrze a dziesięć minut wcześniej na parterze już to jest omówione!
Matka jest w ogóle chyba szpiegiem numer jeden pracując w dwóch szkołach. No bo to oczywiste, że donosi, prawda? Nic nie wie, bo jest tylko parę godzin, ale na pewno szpieguje.
Zdarzyło się Matce powiedzieć, że czuje sie lepiej w jednej z tych szkół, bo ją kończyła. Zna każdą klepkę w podłodze, każdą dziurę w ścianie. Wchodzi i jest u siebie. W budynku. Ceglanym. Z oknami.
Bo Matka trudno nawiązuje kontakty i nie znosi miejsc zatłoczonych – stąd szkoła jest dla niej stresem strasznym – przynajmniej na razie. Matka przypuszcza, ze się przyzwyczai, bo już to następuje, ale wymaga trochę czasu. Cóż, pół życia Matka pracowała albo sama, albo w grupie kilku osób. Rok na studiach był tłumny nadzwyczaj – dwunastu ludzi!
Na szczęście i w jednej szkole, i w drugiej kadra nauczycielska jest wspaniała – zgrane grono osób serdecznych i życzliwych. I Matka wśród nich świetnie się czuje.
Ale jednak ktoś powiedział, że Matka mówi, że jedna szkoła jest be a druga cacy. Lepiej się czujesz w budynku to znaczy uważasz, że tam są lepsi uczniowie. A o drugiej szkole mówisz, że jest gorsza.
Powiesz komuś, że dziś kończysz nie na szóstej godzinie, ale na siódmej, bo są przesunięcia w planie – to możesz być pewien postrzegania siebie jako osoby, która rozpowiada, że w szkole panuje bałagan…
Dojdzie do tego, że Matka będzie sie bała odpowiedzieć na najprostsze pytanie, bo ktoś coś usłyszy i nie tak zinterpretuje.
Ech…
Kurs świadomości
Matce zachciało się wybrać na kurs dla kierowników wycieczek. Taki czterogodzinny, w szkole. Skończyła więc siedem lekcji i z wywalonym ozorem pojechała.
Na miejscu wszyscy już byli i pan też. Nadawał, aż miło. Dał Matce jakiś zeszycik z przepisami i po kolei wszystko omawiał.
Co z lekami, co z legitymacjami, co z autobusem, godzinami pracy kierowcy, znajomością języków i tak dalej. Nuuuudy, no straszliwe.
Matka jednak osobą uprzejmą jest, więc patrzyła na pana badawczo, czasem tylko urywał jej się film, więc szukała długopisu pod ławką. Rychło jednak z szesnastu kursantów została trójka i częstotliwość spoglądania pana na Matkę niebezpiecznie wzrosła. Pan zapewnie nie chciał patrzeć na kolegę Matki, bo nie za bardzo wypada. Koleżanka Matki siedziała za kolegą i miała święty, anielski spokój , a Matka oczywiście na patelni.
Po trzech godzinach Matka odjeżdżała na całego.
Wtedy pan zaczął tematy ciekawsze.
-„I państwo rozumiecie, jak usłyszycie w górach – aaaaaaaaaaaaaaa…BACH!!! – a nie ostrzegaliście, że jest niebezpiecznie, to idziecie siedzieć!”
Matka spojrzała na wszelki wypadek na krzesełko i pomyślała sobie, że właściwie to ona już siedzi i temat ją nie za bardzo interesuje.
-„I nie wolno wam podać dziecku żadnego leku, bo może zejść!”
To Matka akurat wie i jest za.
-„Jak wam się cała wycieczka młodzieży spije w trupa to dzwonicie na policję i zabierają ich na myjkę !” – uspokoił pan.
-„A jak się utopi ktoś a nie mówiliście wcześniej, że może być głęboko, to znów siedzicie!”
A potem pan dodał jak się transportuje zwłoki, na czyj koszt, jak się gubi dzieci – chyba żywe i różne takie fajne kawałki.
I Matka wyszła z kursu z papierem, że może być kierownikiem wycieczki.
I z świętym przekonaniem, że po to ten kurs zrobiła, żeby uprzytomnić sobie, że NIGDZIE, ALE TO NIGDZIE ZE SZKOLNYMI DZIEĆMI NIE ZAMIERZA JECHAĆ!!!