Matka miała wczoraj niespodziankę. Trudno jednak byłoby ją zaliczyć do pożądanych, oczekiwanych i w ogóle.
Kiedy Matka wróciła do domu, zastała MiaUżona i Potwory świeżo po obiedzie. W zasadzie tylko zresztą Janeczkę, bo MiaUżon rąbał swój biały serek a Maryśka strajkowała.
-„Nie chciała jeść!” – zakomunikował MiaUżon parskając białymi okruchami i pokazując brodą talerz z rozmemłanym obiadem.
-„Eeeee, nie to nie. Może zje potem” – machnęła ręką Matka i zaczęła wypakowywać szkolne bambetle. Potem jej się zaraz przypomniało, że próżny jej trud, bo nazajutrz również nawiedza wymieniony wcześniej obiekt, więc załadowała wszystko z powrotem i przynajmniej nie narzekała na brak zajęcia w domu.
-„A w ogóle to chyba nie spała na leżakowaniu, bo prawie by mi zasnęła w samochodzie, kiedy wracaliśmy” – dodał MiaUżon i spłynął do klientów.
-„To nic, przynajmniej szybko zaśnie wieczorem” – powiedziała Matka do drzwi i zajęła się wypakowywaniem naczyń ze zmywarki. Z tym urządzeniem to tak jest, że jak już je człowiek nabędzie i nacieszy się tym , że nie musi zmywać, natychmiast najgorszym z obowiązków staje się wyjmowanie umytych naczyń i rozkładanie ich po szafkach. Kto to wymyślił??? Maszyna dla skrajnych leni nie może mieć tak odpowiedzialnego zajęcia na sam koniec. Ale Matka nie o tym miała pisać.
No to jak Matka rozcapierzyła tę zmywarkę, pootwierała wszystkie szafki, żeby wpirzać tam a to gary, a to sztućce i generalnie przygotowała sobie front robót, zjawił się niczem duch niezawodny Potworek.
Maryska pojawia się bowiem zawsze wtedy, kiedy jest najmniej pożądanym obiektem w polu widzenia.
–„Na jąćki!!!” – zarządziła płaczliwie i władowała się.
No Matka była w siódmym niebie. Robota rozłożona na czynniki pierwsze, bajzel w kuchni niemożliwy, a tymczasem Matce starczyłyby trzy minutki, żeby to ogarnąć.
-„A tobie co?” – zapytała Matka sprawdzając, że dopiero minęła siódma -„Już spać się chce?”
–„Tak, tak”– wystękał Potworek – „Wykońp mnie jus i pojós spać!
Matka oczami wyobraźni ujrzała Potworka kroczącego niczym żołnierz na defiladzie koło trzeciej w nocy w poblizu Matki poduszki. Wzdrygnęła się.
-„A wiesz?” – postanowiła zmylić przeciwnika-„Może ja teraz zrobię wam kolacyjkę a potem zaraz pójdziemy spać!
–„Nie, nie!” – zawyła Maryśka – „Ziadna kojacijka! Jus chcem spać!”
Matka postanowiła sie jednak spiąć, bo przecież Potwór oglądający właśnie dobranockę zdecydowanie strawił swe wnętrzności i napoczynał szkielet. Napoczynanie szkieletu grozi zdaje się osteoporozą, więc należało przedsięwziąć zdecydowane i stanowcze kroki. Matka w dwadzieścia sekund zapodała Janeczce kanapki i próbowała zrobić to samo z Potworkiem. Nie dało się. Strajk całodniowy, czy co?
I kiedy się odwróciła, żeby odstawić kanapki Maryśki, usłyszała, jak ta odkaszlnęła raz, potem natychmiast drugi. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby do kaszlu nie doszedł gwałtowny chlupot. Matka w ułamku sekundy odwróciła się, postanowiła paść, ale zobaczyła podłogę, więc natychmiast zmieniła zdanie. Złapała Maryśkę i zrobiła krok w kierunku zlewu, bo było to jedyne w miarę wolne miejsce, i w ciągu kilku milisekund zarejestrowała potężny strumień, który ochrzcił drzwiczki od trzech szafek, po czym wesolutko spłynął świderkami na posadzkę. Kolejny (bez specjalnych przerw, bo Maryśka nie zasypia gruszek w popiele) wpadł z impetem do zmywarki, jeszcze jeden – psiakrew- do otwartej szafki z garami. Kiedy zaś Matka robiła piruet, żeby resztę umieścić w zlewie ,dostało się kuchence, ścierze, szafce pod zlewem i sztućcom,które do zlewu wpadły z ociekacza, strącone łokciem Matki.
-„Skoncyjam!” – oświadczyła Maryśka i odeszła śród ciamkania, bo płynęło po niej równo.
-„Nigdzie nie idź!!!” – zaryczała Matka, która załatwione miała papcie, skarpetki i całe spodnie.
I Matka nigdy czegoś takiego nie widziała. W ciągu sekundy przez kuchnię przeleciało tsunami, zalało wszystko niespotykanymi ilościami cieczy (jak takie dziecko może tyle pomieścić w żołądku???) i zdechło. Wszędzie spływały świderki i kawałeczki pieczarek a poziom reszty (pomińmy litościwie opis) sięgał kostek. Matka zarzuciła podłogę papierowymi ręcznikami, trzy razy obleciała mopem i wietrzy drugi dzień. Godzina przedniej zabawy.
A dziecię żywotne jak jasny gwint. Znaczy się nie wirus.
Tylko, że zafundowało Matce w ciagu sekundy scenę, która starczyłaby na parę minut.
Biorąc pod uwagę zabójstwo pod prysznicem, Matka pęka z ciekawości, jak też Hitchcock zmontowałby tę scenę…
Ojciec – dzieciom
Matka w niedzielę rano otworzyła lodówkę po sobotniej nieobecności i zamarła…
Na półce stał przygotowany półprodukt. Na obiad. Nie byłoby w tym nic dziwnego, bo Matka często coś wieczorem gotuje a potem z rana kończy, ale przecież tym razem jej nie było!
Nic, tylko MiaUżon miał lepszy dzień w roli Ojca Polaka i postanowił sprawę obiadu wziąć w swoje ręce. Kupił mianowicie Potworom ulubioną jarzynkę, czyli marchewkę, której Matka dawno nie robiła – póki są różne sałaty stara się je przyrządzać, wychodząc z założenia, że na gotowane warzywa przyjdzie czas zimą. A tu kupiona marchew i to do tego ugotowana!!!
Matka wzruszyła się nadzwyczaj. Co tam, że potrawa niedokończona. MiaUżon pewnie by nawet nie wiedział, jak to zrobić, chyba, że zadzwoniłby do swojej Mamy. Najważniejsze jest to, że pomyślał! Odciążył Matkę, ugotował, teraz tylko wystarczy pokroić, zagęścić i już!
No właśnie, zagęścić… Tyle tylko, ze wodę to wylał całą, marchewka leżała sobie tak luzem w szklanej misce. Trudno! Matka i na to znajdzie sposób, niejeden raz sama wodę odruchowo wylała i dało się!
Ciach, ciach, posiekała więc michę marchwi i grzebała w szafce w poszukiwania gara, kiedy usłyszała szelest. Wynurzyła się z naczyniem i ujrzała MiaUżona.
Stał i patrzył w miskę z marchewkowymi sześcianikami – Matka ładnie sieka i równiutko – a oczy miał jak spodki…
Matka pomyślała sobie, że jak tak dalej pójdzie, to będzie musiała zainwestować w kropelki do oczu.
-„Wyschną ci śluzówki” – zauważyła przytomnie.
A MiaUżon nic. Nawet nie mrugnie! Matce wydaje się nawet, że oczka juz bardziej przypominały deserowe talerzyki.
-„No co się dziwisz?” – zdumiała się Matka – „ZAUWAŻYŁAM, że ugotowałeś na obiad marchewkę i postanowiłam szybciutko ja skończyć. Tyle tylko, ze wodę wylałeś!” – dodała
-„Jaką wodę?” – odzyskał wreszcie głos MiaUżon
-„No wodę od gotowania marchewki, taką żółtą! Zostawia się potem trochę, dodaje masło, zagęszcza mąką i powstaje ten sos, wiesz, co marchewka w nim tak pływa!” – wyjaśniła Matka, bo niepokoiły ją ciągle te oczy.
-„Cholera!” – wkurzył się MiaUżon -„Dobrze, że zszedłem! Przeciez ja tę marchewkę nie dla was, tylko dla siebie zrobiłem!!! Wczoraj miałem dzień ziemniaczany a dziś jem kilo marchewki!!! Na DIECIE twojej jestem!!! A ty obiad z tego chcesz zrobić?”
No niech to!
Matka Polka Pierwsza Naiwna…
Z dżemem
Matka zawsze czeka w kuchni po śniadaniu Maryśki, bo dziecię niezawodnie nadciąga w celu dokonania toalety. Nie ma zmiłuj się – przy jedzeniu chleba z dżemem zawsze upaprzą się ręce i należy je umyć. Koniec, kropka!
Matka kwitnie więc a Potworek zjawia się niczym chirurg przed operacją – rękawy podciągnięte, ręce w górze, palce rozczapierzone, dżem wszędzie.
Chirurg nie ma wszędzie dżemu? A założycie się? Jak zje i się upaprze, to ma! A spróbujcie zjeść kanapkę z dżemem niskosłodzonym w rekami w górze!
<BRWracając do Potworka.
Przybywa i zarządza, bo Matka oczywiście zupełnie nie wie, po co tak czeka:
–„Umyj mi jąćki!!!”
Matce flaki się z lekka przewracają, ale co tam jąćki, jak miast lalki ciągle mamy „jajkę”. Logopeda straszy, że dopóki Maryśka nie opanuję „L”, nie ma co marzyć, że powie „R”.
Matka jednak pierwszą naiwną czasem bywa i zadaje Potworkowi ćwiczenia, co oczywiście spotyka się ze zdecydowanym oporem. Maryśka nie jest głupia i zadnych takich gadać nie będzie!
-„Nie jąćki!” – zajęczała Matka – „Powiedz RRRRRRĄCZ-KI!!!”
–„Nic stego!” – odrzekł natychmiast Potworek i wytarłszy palce odpłynął na schody.
Zniknąwszy za zakrętem zawołał jednak gromkim głosem:
–„ŁAP-KI!!!”
Kawa w stolicy?
Matka donosi, że jej pisemko w sprawie nissana odniosło skutek piorunujący i oczekiwany. To tak na marginesie wpisu Heavy metal pisemko. No!
A Matka się zawzięcie kuruje w przerwie załatwiania różnych spraw,(które odhacza jedna po drugiej z powodzeniem), bo w sobotę nawiedza Warszawę ze szkolną wyprawą. Pogoda ma być zdaje się nędzna a czasu dużo, bo Matka zjedzie do stolicy w południe. W programie zwiedzanie Muzeum Powstania Warszawskiego (czy od razu, czy potem to Matka jeszcze nie wie)i wieczorem dobry teatr, ale między tym pustka. Do Warszawki już się nie przyjeżdża napadając domy towarowe i ulicę Rutkowskiego. Teraz i ulica się inaczej wreszcie nazywa i Domy już nie te, i potrzeby inne, i kasa.
A może jakaś bloxowa kawa? Albo i małe coś do zjedzenia?
W jakimś tak zwanym centrumie?
Jakby ktoś miał podobny problem bądź potrzebę – mail Matki jest na stronie, na samym dole zakładek.
Ech, jakby miło było…
Ranek wkurzony
MiaUżon chyba pomaleńku wysiada. Bycie Ojcem Polakiem jest fajne zdaje się na papierze i w gębie, ale rzeczywistośc mocno skrzeczy…
-„Dziś ty zawozisz Maryśkę do niani!” – zapowiedział rano.
No Maryśka jak to Maryśka. Naciąga kołdrę na głowę i wysyła naród do wszystkich diabłów.
–„Nikdzie nie fstaję!!!”
Ciekawe co będzie, jak po ciemku zrywać się przyjdzie.
Matka dziś Potwory odbiera, w środku dnia musi wyskoczyć poużerać się z ZUSem, bo bank przelał szmal za ubezpieczenia o dzień za późno, wyskoczyć do szkoły wysłać zgłoszenia dzieci na konkurs plastyczny i rozliczyć jeszcze w domu firmę MiaUżona ze wszystkimi konsekwencjami, czyli przelewaniem pieniędzy na podatek.
Trzeba by było więc jechac raz z Maryśką do niani ( jakieś jedenaście kilometrów w jedną stronę), potem drugi (jakieś siedem) i trzeci ( znów jedenaście i to okrężną drogą). No bez sensu. Czas, pieniądze i w ogóle cały dzień do chrzanu.
Dobrze, że Matka mieszka w takiej wielkiej metropolii, co to z końca na koniec nie ma więcej jak piętnaście kilometrów, ale i tak wszystko w róznych końcach.
Matka więc spruła Potworka i przy jedgo zdecydowanym sprzeciwie ubrała go na nocniku, nakarmiła wkładając kurtkę i szalik i wstawiła MiaUżonowi do auta słuchając przy tym niekoniecznie tego, co lubi.
Jakaś higiena pracy musi być. W końcu Matka nie swój obrazek maluje, ale MiaUżona rozlicza.
Ale MiaUżon rano dzieci generalnie rozwozi, bo nie musi być co do minuty w pracy. Matka już tak. Trzy dni w tygodniu też je odbiera, bo Matka ma lekcje do 16.05 a przedszkole zamykają pięć minut wcześniej. No i najgorsze, co może być – daje im obiad przez te trzy dni. On jest, ale już kartofle trzeba obrać, albo – częściej- frytki wrzucić do maszyny.
A do tej pory, czyli przez szesnaście lat obiady były samorobiące się i generalnie wszystko w domu samo się robiło, bo MiaUżon pracował. Matka siedziała przy sztaludze i choć miało to swój skutek w postaci przypływów na koncie to jednakowoż nazywało sie to, ze Matka SIEDZI w domu!!!
Zresztą całe życie Matka słyszała od rodziny i znajomych:
-„A ty co? Siedzisz w domu?”
No Matka siedziała w domu! Siedziała przed sztalugą, ale nikogo to nie obchodzi! Matka ma w domu na poddaszu elegancką pracownię o powierzchni jakichś 35 – 38 metrów.
Nie biegasz do pracy do biura to jesteś obywatelem gorszej kategorii.
W wakacje Matka wisi na rusztowaniu od 8.15 do 17.30. Bardzo krótko, bo reszta robi to do 22.00.
-„Że wam się chce!” – wydymaja usta znajomi.
Nam się nie chce. My musimy. Jak Matka odliczy dojazdy, ZUS i podatek to zostaje pensja skromnego nauczyciela, tyle tylko, że za cały dzień nieobecności w domu. I tak się żyje, i Bogu dziękuje, że jest praca. Ciekawa do tego nadzwyczaj.
Ale niech Matce nikt nie wytyka, ze siedzi w domu!!!
O czym to Matka chciała?
Bo się zaperzyła i zapomniała.
No nie wie. To się kuruje, bo strasznie zakichana jest.
I rozlicza tę firmę MiaUżonowi.
I wysyła te podatki.
I śmiga do szkoły pozałatwiać papiery dzieci.
I robi zakupy.
I wstawia dwie pralki.
I poprasuje kupę prania.
Może obleci odkurzaczem.
Obiad zrobi na dwa dni.
Ściągnie zdjęcia z internetu do foliogramów.
Pomyśli nad scenariuszem kolejnej lekcji.
Wymyśli coś do sprawdzianu dla maturzystek (tu Matce przewróciły się flaki)
I odwołanie do ZUSu napisze, zaniesie i podyskutuje.
I do drugiej szkoły skoczy po pieczątki.
I co jeszcze?
No nie wie, ale na pewno coś sie jeszcze uda zrobić.
W końcu Matki Polki siedzą w domu?
Trzaski i skrzypy
Maryska ostatnio wzbogaciła swój repertuar o kilka przedszkolnych piosenek. Głosik ma cieniutki, ale za to recitale daje chętnie i z wielkim zapałem. Matka nie jest tylko pewna, czy autorzy muzyki poznaliby swe dzieła, ale co tam! Autorzy tekstu na pewno.
Bo z usypianiem Potworka zrobiła sie gorsza sprawa. Miast słuchać zawodzenia Matki Maryśka wtóruje. I leca wszystkie zwrotki stokrotki, Oki, dzieweczki i czego tylko sie nie wymysli. Potworek zadowolony i coraz bardziej kłapiący powiekami. Z ożywienia ma się rozumieć.
Jednak wczoraj Maryśka postanowiła mimo kataru dać występ w łazience, podczas wieczornej toalety. Zwrotki przerywane więc były siłą rzeczy smarkaniem i pokasływaniem.
W końcu dziecię zaczęło się uważnie wsłuchiwać w swój głosik. Śpiewało i przerywało. Znów śpiewało i przerywało.
–„Mamujku?” – zagaiło
-„Słucham cię” – Matka ładowała dupinę Maryśki w piżamę.
–„Czy ty zauwaziłaś… – tu Maryśka znów zaczęła nadsłuchiwać –„czy ty zauwaziłaś, zie ja tak jakoś dzifnie …skrzipię?”
Matka zauważyła.
A dziś sama zaczęła skrzypieć, bo jak już się zaraża, to jest zawsze trzy razy bardziej chora.
A jutro czas do szkoły. No to może być ciekawie…
Gimnastyka
Janeczka rządziła się dziś koło Matki, która bezskutecznie starała się wchłonąć choćby mikroskopijne ilości wiedzy z kajetu. Wkładała do tornistra książki, wyjmowała, próbowała upchnąć jakieś gadżety, zaginała ośle rogi w zeszytach, no Sajgon po prostu.
Kiedy po raz setny wyjęła zeszyty z nadzieją, że oprócz nich do teczki wejda jakies segregatory z karteczkami, Matka nie wytrzymała.
-„A włożyłaś ty najpierw wszystko to, co trzeba?” – zapytała Potwora
-„Jeszcze nie!” – zirytowała się Janeczka, bo tornister piszczał na zakrętach i lada moment miał się przebić od dźgania go narożnikiem segregatora.
-„A wyjęłaś to, co niepotrzebne?” – dalej wierciła dziurę w brzuchu Potwora Matka. Miała wrażenie, że powinna zejść do piwnicy po wiertarkę, inaczej nie da rady.
-„Na przykład co?” – Janeczka nawiązałą wreszcie kontakt wzrokowy z Matką, która natychmiast pomyślała sobie co by było, gdyby trzymała w rękach lustro.
-„Nooooo…” – Matka pomyślała rozpaczliwie częścią komórek, które nie były akurat zajęte Polikletem -„…może strój na wf?”
Janeczka zapuściła spojrzenie w czeluść teczki. Manewr nie powiódł się – otwór zapchany był czym się da. Ale Janeczka zagrzebała i wyjęła wymięty strój.
-„O, widzę, ze zajęcia były na sali?” – ucieszyła się Matka
-„Były!” – ucięła Janeczka
-„A co robiliście?”
-„Fajne rzeczy!” – ożywił się wreszcie Potwór – „Bo wiesz, gimnastyka jest bardzo pożyteczna!”
Matka zainteresowała się. Może i coś dla niej pożytecznego się znajdzie? Warto było rozwinąć temat.
-„A co byś poleciła?”
Potwór wywrócił kilka razy oczami.
-„Dla ciebie, dla ciebie… dla ciebie najlepsze byłyby skłony!!!”
Skłony… Matka zamyśliła się, ale nie skończyła, bo Janeczka postanowiła poinstruować rodzicielkę.
-„Tylko wiesz, żeby dobrze zrobić skłon, to trzeba najpierw stanąć w ROZSTROJU!!!”
Ciekawe, czy potem należy wypić też leki na uspokojenie?
Albo może węgiel?
Matka nie wie, bo Janeczka nie wyartykułowała odpowiedzi. Obraziła się…
Matka to się zawsze czepia…
Odpały i kaszle
Maryśka nie poszła dziś do przedszkola, po raz pierwszy od początku roku. Nie zrobiło to na niej specjalnego wrażenia. Trzeba iść – idzie chętnie. Nie można – też dobrze. Jeden problem z głowy.
Niestety Matka powodem niepójścia Potworka jest lekko zmartwiona, bo dziecię rozkasłało się okrutnie i co prawda lekarz chyba jeszcze nie jest potrzebny, ale Matka postanowiła odpuścić przedszkole, żeby Maryśkę podkurować. Wydała więc w aptece majątek na bzdety i wlewa w Potworka z nadzieją, że go wyciągnie z przeziębienia.
-„Trzeba w końcu odpalić piec” – zarządził wczoraj MiaUżon, choć zimno nie jest, bo kominek działa i drewno przybyło do domu samo.
No i Matka się zafrasowała, bo piec już siódmy rok odpala a nie powinien. Magik piecowy to już dawno nas poznaje przez telefon i zaraz pyta:
-„Jeszcze się nie zarwał ten gruchot?”
Nie zarwał się. Słychać by było chrzęst większy, a tak chrupie regularnie i po cichutku. Matka się przyzwyczaiła. Problem polega tylko na tym, ze jeśli Matka nabędzie laptopa wcześniej, to sprawa z głowy, choć zarżnięci będziemy na długo. Jeśli jednak piec strzeli w pierwszej kolejności – to żegnaj laptopie…
Tak to jest z musem – jest, to w porządku. Nie ma – odkłada się sprawę w dalszą przyszłość.
I tak Matka sobie marzy, że notebook się sam wybierze, niedrogi będzie, szybko go przywiozą, a potem jeszcze piec pochodzi całą zimę. No tak by pięknie było!
A póki co do szkoły czas iść i kilka razy odwiedzić wczesniej toaletę. No Matka się nie przyzwyczai chyba. Czy starzy nauczyciele też mają taką trzęsionkę w domu? Bo w szkole Matki nic nie rusza, tylko te poranki takie paskudne…ech!
Straszne przypadki
Matka wykąpała dziś Maryśkę nieco wcześniej, bowiem Potworek był tak uprzejmy, że ochrzcił swoje spodenki, koszulinkę, skarpetki, kapcie i pół podłogi w łazience nie zdążywszy siąść na nocnik. Nie za bardzo było wiadomo, co z Maryśką począć koło 19.00, bo na spanie i ubieranie w piżamę było lekko za wcześnie. Matka wsadziła ja więc w jakieś świeże, ale niekoniecznie wyjściowe ciuchy i Potworek podążył na kolacjodobranockę.
Później zaś pozostało jedynie wlanie w nadziębioną Maryśkę syropków i wyszorowanie kłów. Dziecię siedziało sobie więc na blacie koło zlewu i pluło zawzięcie pastą, a Matka trzymała je za frak, żeby nie spadło. Czasu było sporo i Maryśka nadrabiała sobie wieczny pośpiech, rozglądając się bacznie dookoła. Zauważyła maleńką kropkę na palcu Matki, jaka pozostała jej ze ściągania taśmy klejącej z jakichś tablic w szkole. Matka tak się spieszyła, że przerżnęła sobie kartonem palucha, co zauważyła dopiero po kilku minutach, więc uwalała całe plansze na czerwono i wycierała potem szmatą. Było to jednak w środę i zdążyło sie prawie całkiem zagoić.
Potworek dojrzał to jednak z miną Maty Hari i nie omieszkał zapytać skąd, po co i dlaczego.
-„A wiesz, właściwie to skaleczyłam się o kartkę papieru…” – wyjaśniła Matka i aż się wzdrygnęła na samą myśl, bo nieraz zdarzało jej się skaleczyć o brzeg nowej książki czy zeszytu.
–„Ojej, to stjasne!” – załamał łapiny Potworek –„To po pjostu okjopne – mozna siem skajecyć o zwykłom kajtke ajbo jesce gorzej – na pszikłat wyjżnonć o sedes…”
Cena sławy
Matka poszła się dziś ukulturalniać na trzy imprezy naukowe, mniejsza z tym jakie. Ucieszona była jak nie wiem co, bo to zawsze jakaś atrakcja w Metropolii.
Kiedy pojawiła sie w pierwszym miejscu, okazało się, że jest jedyna, ale pan był tak uprzejmy, że włączył Matce rzutnik multimedialny i „impreza” się odbyła.
Potem Matka udała się na drugą, gdzie mieli się produkować dawni znajomi ze studiów, ale nie przyjechali, mimo, że program był wydrukowany, oficjalny i tak dalej. Za to zaczynał właśnie, między licznie zgromadzoną młodzieżą, spicz wygłaszać pewien znajomy, który radośnie powitał przemykającą pod ścianą Matkę:
-„A to proszę państwa jest pani MattkaPolka, czy może ją znacie?”
Matka z lekka się spłoszyła, no bo skąd ktokolwiek mógłby ją znać?
-„Znamy!!!” – zaryczała młodzież – „Uczy nas w szkole!!!”
I tu Matka padła. Twarze oczywiście nic Matce nie mówiły, no, może jak się dobrze zastanowiła to z jedna, dwie.
-„A my razem pracujemy!” – dodały głosy z tyłu i Matka zaraz dojrzała dwójkę znanych z widzenia nauczycieli.
A potem nastapił ciąg dalszy, gdzie Matka usłyszała miast prelekcji opowieść o swoich zawodowych wyczynach w okolicy. Potem jednakowoż nastapiła prezentacja właściwa, która Matki nie zadowoliła, bo jednak gdyby miał mówić fachowiec, który nie był uprzejmy przybyć, to Matka byłaby bardziej zadowolona.
Po wszystkim Matka postanowiła udać się w trzecie miejsce, do nowego gmachu Wyższej Szkoły na warsztaty naukowe.
Obejrzała sobie wielką salę, gdzie były wszelkie potrzebne urządzenia, pogawędziła z prowadzącym na tematy luźne, po czym oboje stwierdzili, że jednakowoż pójdą sobie, bo NIKT więcej nie przyszedł…
I tak zniesmaczona Matka postanowiła po raz pierwszy od wielu miesięcy udać się do tak zwanego centrum i połazić po sklepach. Tak po babsku – ciuchy nowe, szmateks, drogeria, buciarnia.
Wlazła najpierw do ciuchlandu i nabyła sobie drogą kupna swetry przepiękne. Kiedy wystawiła łeb ze sklepu i rozejrzała się, żeby pójść w bardziej interesującą stronę usłyszała znienacka:
-„Dzień dobry sorko!”
No żeż, kurcze pieczone. Nie mogło byc tego powitania, jak wyłaziła z Wyższej Szkoły albo przynajmniej perfumerii?
Matka schowała za plecami wór ze szmateksu i pomknęła, żeby zagrzebać się w otchłaniach drogerii. Postanowiła kupić teściowej na imieniny różne kremy i balsamy, więc ryła w półkach na całego, potem obejrzała kolorówkę, która zbytnio jej nie interesuje i doszła w końcu do miejsc strategicznych. Wyciagnęła łapsko po podpaski i…
-„Oooo sorka! Dzień dobry!!!”
Matka nawet nie wie, kto to był. Wbiła się łbem w półkę z podpaskami skutecznie. Kiedy wylazła, stwierdziła, że trudno! Nie kupi. Jej sprawa, jakich używa!
Postanowiła pędem wracać do domu i wejść tylko, żeby sprawdzić, czy nie maja marynary pod kolor jej grafitowych dżinsów. Po drodze był Americanos i Matka wzięła zamach na drzwi.
-„Dzień dobry!!!”
I Matce opadły ręce, w których trzymała siaty ze szmateksowymi swetrami i papier toaletowy. A cholera wie, czy Americanos jest teraz trendy? Może lepiej wejść do Big Stara? Matka postanowiła nie ryzykować. Nie patrząc na „dzieńdobrowca” szybko odpowiedziała i załadowała się do samochodu.
Psiakrew, zachciało się Matce w szkole uczyć! Teraz gorzej ma, jak w Hollywood.
..
W domu Matka odetchnęła z ulgą, uprała swetrzyska, rozpakowała nieliczne zakupy i sięgnęła z siatki kubeczek z jogurtem.
I ręka jej zadrżała.
Wstawiła go do lodówki.
Na pewno po otwarciu powiedziałby jej „dzień dobry”…