Matka wczoraj zrobiła zakupy na Dzień Nauczyciela. Nie, na Dzień Edukacji Narodowej. Zazgrzytała przy okazji, bo w liceach dzień jest wolny, natomiast podstawówki idą normalnie na 8.00, ale trzeba dzieci odebrać wcześniej. No i obiad serwują o 10.30…
Było więc poranne spruwanie Maryśki, które jest coraz mniej zabawne, bo Potworek nie tylko ma pretensję do wyżej wymienionej czynności, ale zaczyna też kręcić nosem na garderobę. Matka musi przypomnieć sobie szybciutko wszelkie wybiegi, jakie stosowała wobec Janeczki. Jednym z nich było podkładanie Potworowi zupełnie nieodpowiedniego ubrania i przygotowywania w szafce tego właściwego. Janeczka nigdy nie miała ochoty na to, które leżało na półeczce w łazience i zaraz po awanturze udawała się do szafy w pokoju, z której zgarniała to, co było na wierzchu. Matka zacierała rączki. Wilk był syty i owca cała.
No to teraz z Potworkiem trzeba by zrobić dokładnie tak samo chyba…
Matkę pociesza jedynie fakt, że Maryśka do takich rzeczy dochodzi mniej więcej rok później niż Janeczka…
Ale Matka nie o ubraniach miała. O kwiatkach.
Po pierwsze pojawiła się wczoraj w szkole, żeby rozpakować książki, które dotarły wreszcie z wydawnictwa. Godziny były późne, ale różne dzieci ja znalazły i obdarowały kwiatami – pierwszymi z okazji Dnia Nauczyciela. Matka nie może się przyzwyczaić, że od dziś to także jej święto. Nawiasem mówiąc ciekawe, jak długo…
A potem postanowiła nabyć dla nauczycielki Janeczki i dwóch pań z przedszkola Maryśki bombonierki. Nie więdną i w razie nieobecności pań zawsze można łatwo przechować. Matka co roku zostawała z bukietami, które wywoziła na cmentarz, bo pani wzięła sobie akurat wolne, a tak święty spokój.
-„Zapomniałem ci powiedzieć, że trójka klasowa kupuje każdemu dziecku kwiatka, żeby dało pani” – powiedział MiaUżon na widok czekoladek.
Matka lekko się zdenerwowała, tym bardziej, że zapomniała nabyć bombonierki w ludzkim miejscu i wywaliła pieniądze w miejscowym, a drogim sklepie.
–„A ja nie mogiem cekojady!!!”– zapiszczała Maryśka
-„Ale nie będziesz jej jeść, tylko dasz ciociom” – wytłumaczyła szybko Potworkowi Matka.
–„Cioci Basi i cioci Tejeni?”– upewnił się Potworek
-„O, właśnie!” – Matka bardzo się uradowała, ze dziecko wie, kto w przedszkolu jest dla niego najwazniejszy.
–„A gdzie mas cekojadki dja cioci Emijki, Iwąki, Edytki i Danusi?” – Maryśka załypała naokoło.
Matka zbladła.
No już dla pań, co roznoszą posiłki prezentów nie przewidziała, tym bardziej, że jest ich dużo więcej, no i w ogóle.
-„Ty może wejdziesz z Marysią do sali?” – zapytała MiaUżona niepewnie
-„No przecież!” – prychnął MiaUżon oburzony, ze Matka takie oczywiste rzeczy proponuje.
No ale tak to już jest, że Matka w październiku przechodzi w okres spoczynku i rano myśli bardzo wolno. I podejrzewa – słusznie zresztą – resztę świata, o takie samo myślenie.
Za chwilę przesuną czas i ranki sie poprawią. Ale jak się zaciągnie za jakiś miesiąc, to tylko się trzymajmy do marca…
Nie, no Matka niczego bardziej nie cierpi, niż wstawania po ciemku. Wojna. Po prostu czad!
Człowiek?
Matka jednak nie wytrzymała i musi o czymś napisać.
Dziś znów otworzyła jej się przypadkiem ta strona i Matka sie poryczała.
Bo Matka leżała kiedyś w Wielkim i Bardzo Dobrym Szpitalu czekając na pojawienie się na świecie Janeczki. Zaprzyjaźniła się z miłą dziewczyną z jednego pokoju, której ciąża była poważnie zagrożona, leżała kilka tygodni, odchodziły jej wody płodowe i miała je dotaczane przez cewnik wprowadzony bezpośrednio do macicy przez powłoki brzuszne. W końcu nie udało się opanować kolejnego zakażenia i po cesarce na świat przyszła Wiktoria, która ważyła 900 gramów.
Ponieważ koleżanka źle się czuła i kiedyś zasłabła (na oddziale wcześniaków jest bardzo ciepło), Matka odprowadzała ją, żeby mogła jak najdłużej być z córką. Miała wtedy okazję, żeby zobaczyć jak taki – ogromny- oddział wczesniaków działa.
Dla kogoś, kto nigdy wczesniaka nie widział widok jest szokujący – maleńkie pomieszczenia, istny labirynt. W każdym komputery, supernowoczesne inkubatory. Najwyżej trójka dzieci w jednym pokoju i obok pielęgniarka cały czas patrząca w ekrany monitorów. Cisza.
Matka widziała dzieci, które ważyły zaledwie 450 gramów. Miała ochotę zamienić się z nimi miejscem, wyglądało to tak strasznie. Rurki od kroplówek, które były niemal tak grube, jak nóżki dziecka. Plastry gdzie się da, respiratory, czujniki – całe dziecko obklejone. Czapeczka na główce. Dzieci leżące na pampersach, jak w kołyskach – przecież nawet pieluszki dla Baby Born byłyby kilka razy za duże.
I Matki, które stały i cicho mówiły coś do swoich dzieci.
Kiedy koleżanka wchodziła do tego pokoju, Matka zwykle zamieniała parę słów z pielęgniarką. Dowiedziała się, że wszelkie interwencje sprowadzane są do minimum, bo taki wcześniak nie ma tkanki tłuszczowej i każdy dotyk potwornie go boli. Zresztą Matka przez szybę widziała, jak lekarz z pielęgniarką przekładają dziecko na inny boczek – robili to tak, jakby mieli w rękach najdelikatniejszą wydmuszkę.
Takiego widoku nie zapomina się do końca życia. Ktoś , kto tego nie widział nie jest bodaj sobie w stanie tego nawet wyobrazić. Nie da się, naprawdę.
Dlatego Matka nie może zrozumieć tego, co się stało.
Nie ma wytłumaczenia i właściwego słowa.
Jeśli uda się dojść, które to było dziecko – a Matka podejrzewa, że tak – rodzice tego maleństwa będą cały czas umierać ze strachu, że jednak coś mogło się stać i wpłynąć na całe jego życie. To, że tego nie było widać od razu nic nie znaczy.
Pytanie – ile razy uskuteczniano takie zabawy?
Jak można być takim człowiekiem?
I czy wtedy jest się… w ogóle człowiekiem?
I znów
No Matka od ranka ma znów pecha. Postanowiła sobie, ze dziś wyskoczy do SąsiedniegoWiększegoMiasta na dwie imprezy ze swojej dziedziny i wieczorem spotka się w knajpie na integracji świąteczno-nauczycielskiej. Dzień miał być intensywny i miło zakończony. Tymczasem okazało się, że z imprezy nici, że jest coś w środku dnia i rozkłada Matkę na łopatki.
W SąsiednimWiększymMieście imprezy zaczynają się dopiero koło 13.00, czyli Matka nie mogła pojechać świtem, załatwić tego i owego, po czym wrócić na miejsce. Może jeszcze pojechać i dać sobie spokój z uroczystością nauczycielską, ale coś jej mówi, że w pierwszym roku pracy w szkole tak robić nie wypada.
No i siedzi teraz Matka i ślepi się w komputer szukając materiałów na kolejne lekcje i dla maturalnych panienek na pytania.
Za to jutro na miejscu się ukulturalni, bo też będzie gdzie w Naszej Metropolii.
Niech ten październik się już skończy, bo co chwila Matce kłody pod nogi się walą. A do tego Matka musi nabyć laptopa, bo robienie foliogramów maturalnych to by już ją wykończyło dokumentnie. Tylko gdzie nabyć tanio, sprawnie, pewnie i w miarę dobrze? Taki laptopik, co by w środku miał sporo pamięci i duży dysk? DVD i dziurki do wetknięcia np.kamery cyfrowej? No taki, co kosztuje maksimum 3500, 3600, nie więcej.
No na to to Matka już nie wpadnie, nie mówiąc o tym , że będzie spłacać takie cudo pewnie dziesięć lat przy nauczycielskich dochodach…
Heavy metal pisemko
No to Matka odpisała firmie. Nie, to nie PZU jednak, ale firma działająca w imieniu. Też wielka. Matka przypomni o co poszło. MiaUzonowi zepsuł się na środku drogi nissan. Poszedł komputer, czego MiaUżon wiedzieć nie mógł. Samochód po rozpaczliwych próbach uruchomienia i diagnozowania na miejscu trzeba było w końcu wsadzić na lawetę i zawieźć do SąsiedniegoWiększegoMiasta za 400 złotych (55 kilometrów). Po niemal dwóch tygodniach samochód oddano o czym Matka wielokrotnie pisała, bo sama mało nie zeszła a MiaUżon to już w ogóle.
MiaUżon nie posiadając telefonu do assistance wezwał inną pomoc drogową i auto odtransportował do autoryzowanej stacji. Napisał potem zgodnie z przepisami pismo, w którym na podstawie rachunku za holowanie domaga się zwrotu pieniędzy od assistance. Normalna procedura, standard. Nie musi ciągnąć na lawecie assistance, żeby oddali pieniądze.
MiaUżon pokserował wszelkie dokumenty, łącznie z rachunkiem za naprawę, żeby nie było, że autko chciał przewietrzyć na lawecie i ukraść pieniądze za nic. Matka napisała jasno i zrozumiale pismo. Oddajcie za holowanie, bo stało się to i to, wtedy i wtedy. Samochód nam naprawili, potwoerdzili, że ten a ten gość przyholował je do salonu. Miodzio.
A tymczasem odpisano MiaUżonowi dziś, że nie!
Ale czemu – NIE!
Nie, bo nikt pisma nie przeczytał.
Nie, bo najpierw pan naprawił samochód a potem holował (no bajka, cud na kiju!!! )
Nie, bo za naprawę w warsztacie nie zwracamy pieniędzy!
Nie, bo faktura za naprawę ma datę 05 września a 12 go pan holował – znaczy się jestę pan złodziejem, który oszukiwać w dodatku nie umie.
No to Matka siadła.
I napisała.
I wersję heavy metal zrobiła najpierw, żeby się uspokoić, a następnie trochę bardziej hip-hopową.
Pokazała MiaUżonowi najpierw heavy metal.
-„Coś zmienię może?” – zapytała kiedy skończył czytać.
-„Wydrukuj kopię!” – zarządził twardo MiaUżon – „Wysyłam!!!”
No to jutro pójdzie.
Bo wkurzeni jesteśmy na rzadko głupotą, bezmyślnością i ignorancją biurw.
Tylko czy oni w takiej sytuacji w ogóle coś zapłacą?
A nich spróbują nie…
A dla tych, co im się chce czytać wersja heavy metal urzędowa…
Firma Ważna Niesłychanie
Stolica
Szanowni Państwo,
Pozwalam sobie zwrócić pismo, które wystosowała do mnie pani Trata Tata, referent ds.Trutu TUtu, wraz z dokumentami, które wysłałem uprzednio do Firmy Waznej Niesłychanie. Postaram się ustosunkować do tego, co przeczytałem.
Cytuję:
„Dotyczy: prośby o refundację kosztów diagnostyki, konsultacji i naprawy pojazdu w warsztacie […]”
Odpowiadam:
Nie! Nie dotyczy prośby o refundację kosztów diagnostyki, konsultacji i naprawy pojazdu w warsztacie. Bardzo proszę o ponowne, a prawdopodobnie o pierwsze przeczytanie mojego wyjaśnienia. W ostatnim zdaniu proszę w nim o zwrot kosztów holowania wg załączonego rachunku. Rachunku ZA HOLOWANIE pojazdu. Oryginał rachunku Państwo zatrzymaliście, więc pozwalam na wszelki wypadek dosłać jego kopię.
Ani jednym słowem nie wspominam o zwrocie kosztów za naprawę samochodu. Jak zapewne Państwo zauważyliście jestem właścicielem Agencji Ubezpieczeniowej i musiałbym być ciężkim idiotą, żeby domagać się od kogokolwiek zwrotu kosztów za naprawę mojego zepsutego samochodu…
Jednocześnie bardzo dziękuję za przypomnienie mi paragrafu 11 pkt 1 Ogólnych Warunków Ubezpieczenia „Assistance Polska”, zatwierdzonych Uchwałą Zarządu PZU S.A. Nr UZ/503/2002 z dn.22 października 2002r ze zmianami zatwierdzonymi Uchwałą Nr UZ/433/2003 z dn. 07 października 2003r, w którym z radością przeczytałem, że pokrycie kosztów za holowanie pojazdu do najbliższego zakładu naprawczego jednak mi się należy. Ponieważ miasto MojaMetropolia nie posiada autoryzowanej stacji naprawy samochodów marki Nissan a najbliższa znajduje się w SąsiednimWiększymMieście, więc uważam, że spokojnie o zwrot kosztów holowania mogłem się zwrócić. Przemawia za tym fakt, że uszkodzeniu uległ komputer mojego samochodu, co uniemożliwiło jego uruchomienie i zdiagnozowanie w innym, niż ww salon miejscu
Cytuję:
[…]wg faktury VAT nr F/SERW/02326/05 (kopia) z dnia 05-09-2005r;[…]”
Odpowiadam:
Numer faktury w istocie się zgadza. Za to polecam zapoznanie się z normą ISO 8601 lub PN-90/N-01204, która niemal dwadzieścia lat temu wprowadziła możliwość zapisywania daty w sposób RRRR-MM-DD, lub stosowany powszechniej, ale czasem wprowadzający w błąd sposób RR-MM-DD.
Wyjaśniam zatem, że datę na fakturze: 05.09.20 należy odczytać jako dwudziesty września roku 2005. Nie piąty września 2005. Również nie polecam odczytywania tej daty jako piąty września roku 2020, bo jeszcze ten rok nie nadszedł, ani też prób odczytania jej jako piąty września 1920 roku. Wtedy nie było Nissanów Primera.
Cytuję:
[…] Pojazd Nissan Primera, nr rej.: ZZEB8811;”
Odpowiadam:
Nie! Nie posiadam pojazdu o numerze rejestracyjnym ZZEB8811. Podejrzewam także, że nie istnieje taka rejestracja.
I wyjaśniam dodatkowo:
Załączyłem fakturę za naprawę mojego samochodu i napisałem, kto samochód holował, żeby nikt nie podejrzewał mnie o chęć wyłudzenia pieniędzy za kaprys przewiezienia auta do SąsiedniegoWiększegoMiasta na lawecie. Wydaje mi się, że nie tylko przyzwoitość wymagała takiego posunięcia, ale też zapewne i przepisy. Stąd na rachunku za holowanie stacja serwisowa potwierdziła przyjęcie samochodu do naprawy.
Niniejszym jeszcze raz bardzo proszę o dokładne przeczytanie mojego wyjaśnienia z dnia 24 września 2005 roku i przesłanie na moje konto pieniędzy za HOLOWANIE pojazdu, które mi się należą jak psu zupa.
Z poważaniem
MiaUżon
A psiakrew, psiakrew!
Matka wróciła dziś ze szkoły i ujrzała jak Potwory dzielnie siedzą przy stole i zajadają mięso z frytkami. Ojca nie było, ale Matka zaraz spojrzała przez kuchenne okno, bo MiaUżon wystawia frytkownicę na taras i tam smrodzi – słusznie i naukowo.
Niestety – na tarasie sterczało samotne i porzucone urządzenie…
Dopiero po chwili Matka dojrzała straszliwy kłąb piany koło zlewu. najwyraźniej Potwory narozrabiały i wlały cały pojemnik płynu do mycia naczyń. Albo płynu do mycia rąk. Dziwne było jedynie to, że nic nie pachniało – a powinno tak, jakby piorun w mydlarnię strzelił.
Piana była gęsta i nieprzejrzysta.
No co za licho?
-„A gdzie jest tatuś?” – zapytała niepewnie Matka
Potwory spojrzały zdumione.
-„No tutaj jest!” – odparły plując strzępami frytek
-„Ja wiem, że jest w domu, ale gdzie?” – powtórzyła pytanie Matka
-„TU JESTEM!!!” – odpowiedziała piana i przybyło jej dwukrotnie.
Do Matki powoli zaczęło docierać.
-„Przyszła może JAKAŚ korespondencja?” – spytała
-„Przyszła!!!” – odparła piana – „Poczytaj sobie!!! Kretyni!!! Idioci!!!”
Matka poczytała. Kretyni. Idioci. Ciężcy.
Matka odpisze jak ochłonie. I tu wklei, bo zapewne i tak będzie co poczytać.
MiaUżonowi odpisał PZMot w sprawie zwrotu kosztów za holowanie naszego nissana do warsztatu. Holowania za 400zł polskich, które nam się należą jak psu zupa.
Bo jedna z drugą biurwa nie raczyła przeczytac pisma. MiaUżon w nim wyjaśnia, że holował auto, które szlag trafił w drodze. Holował, bo stało murem. Do warsztatu, czyli salonu firmowego w SąsiednimWiększymMieście, bo u nas salonu nie ma. Dołączył fakturę za naprawę, żeby nie było, że przewiózł nissana na wózku dla hecy. I fakturę za holowanie. I ksero dowodu rejestracyjnego. I prawa jazdy.
A teraz Matka wykasowała resztę bo sama toczy pianę straszliwą.
Z pani jest cymbał i knot.
Matka napisze i wklei. I pismo panienki i swoje.
Ktoś kiedyś zamieścił na blogu kapitalny rysunek sarenki po kolizji z samochodem – dzieło zdesperowanego klienta PZU SA, któremu kazano przedstawić zajście na schemacie. Matka gościa rozumie. Był w takim samym stanie, jak ona teraz. Może właściciel bloga zalinkuje zresztą, jak to przeczyta. Warto popatrzeć.
A teraz Matka idzie po mopa, bo wszędzie piana.
Załaduje Potworkowi film i usiądzie do klawiatury.
Biednaś, panienko!!!
Siły
Matka skończyła dizś zajęcia w szkole po dziewiątej godzinie lekcyjnej, nagadała się jak norka i zdechła kompletnie pognała do babci po Potwory, które wrzucił tam MiaUżon w dzikim pędzie klnąc zmianę planu Matki na czym świat stoi.
Kiedy Matka stanęła w drzwiach akurat rozpoczęły się „Odlotowe agentki”, ale burczenie w brzuchu Matki było jeszcze bardziej odlotowe i nic nie było w stanie jej przekonać do pozostania choćby chwilę. Zresztą nikt nie proponował, co Matce było szalenie na rękę.
Janeczka wylazła do przedpokoju złorzecząc pod nosem, co na Matce nie robi kompletnie żadnego wrażenia.
Maryśka przybyła za to w podskokach ucieszona z widoku Matki.
Matka jakiś czas temu zauważyła różnicę w powitaniach. Maryśka zwykle się cieszy, dla Janeczki zaś Matka oznacza Najświętszą Inkwizycję, Egzekutora Naczelnego i Potop w jednej osobie. Zwłaszcza potop w jednej.
Matka podejrzewa, że takież samo postrzeganie Matki pojawi się w życiu Potworka za niedługą chwilę, ale póki co cieszy się jak głupi w pokrzywach, że jeszcze ta chwila nie nadeszła. I łudzi się. A nuż nie nadejdzie?
Tak, tak, Matka już wraca do podskoków Maryśki. Potworek wpadł więc do przedpokoju i z radościa wyciągnął spod taboretu swoje adidaski, żeby umieścić je na odnóżach penetrując ich wnętrze, tudzież uszy Matki, wielką łyżką do butów.
Niestety na środku pokoju został totalny bajzel złożony z kasztanów, pudełek po margarynie, zepsutego telefonu, kartoników po lekach, lalek, misiów i klocków. Hałda, wysypisko śmieci po prostu.
-„Marysiu, ale posprzątaj po sobie!” – zajęczała słusznie Babcia
Zdechła Matka pomyślała w duchu to samo, bo starszliwie nie chciało jej się zdejmować butów i płaszcza, a z drugiej strony nie można było pozwolić, żeby Babcia sprzątała.
Potworek odwrócił się i odparł ze zbolałą miną:
–„No nie da jady!!! – po czym zagrzebał energiczniej łyżką w bucie –„Mi stajcyło siły tyjko na jozwalanie. Na spziątanie juź nie!!!”
Niech to…
Matka podążyła dziś do szkoły z wywalonym ozorem, no bo musiała udać się do firmy komputerowej, żeby wydrukować foliogramy. Wpadła, ujrzała cztery sztuki już na nią czekające i wyciagnęła płytę z kolejnymi.
-„Wie pani co?” – podrapał się w głowę pan- „Nie da rady. No bo my jakiegoś wirusa złapaliśmy i system nam padł…”
Matce coś się przypomniało.
-„Tydzień temu też mieliście wirusa i system padł!” – zauważyła przytomnie
-„Tak, tak!” – ucieszył się pan a Matka znacznie mniej – „To ciągle ten sam wirus!”
-„To znaczy, że od tygodnia nie zreinstowaliście systemu?” – Matce jeż się zwłosił na łbie
-„Noooooo…nie….” – pokręcił głową pan a Matkę krew zalała na miejscu. Jak ten wirus paskudny mógł? Niedobry taki!!! BEZCZELNY!!! Wpadł i nie wypadł a panowie system muszą na nowo zainstalować!
I kurza twarz, najwyraźniej nie umieją tego zrobić!!!
A firma świadczy usługi komputerowe dla ludzkości…
Matka niewiele myśląc wypadła na drugą stronę ulicy do konkurencji, która ma drożej i drukuje na atramentówce. Matka nie lubi takich folii, bo sie kleją śmiesznie, ale trudno. Lekcja być musi.
-„Proszę pani, komputer mi nie czyta pani płyty. Za szybko pani wypaliła.”
No na pewno. Matka na swoim złomie osiąga tak naddźwiękowe szybkości, że nikt nie jest w stanie tego odczytać. Ale co tam. Pewnie jakiś błąd był a Matka nie sprawdziła, bo późno się zrobiło. Jak się okazało wieczorem – u Matki czyta.
-„Niech pan daje tę płytę, już nie zdążę poprawić” – mruknęła Matka wściekła na siebie jak nie wiem co i pognała do szkoły.
Klasa na lekcję nie przyszła. Siedziała cichutko na jakimś pomylonym zastępstwie i Matka znalazła ich dopiero po dwudziestu minutach. Stwierdziła, że odpuści nowy temat, bo ma wiele innych klas spóźnionych i powtórzy to, co było. Tak też i zrobiła. A kolejne lekcje miała już wszystkie obcykane i z kompletem foliogramów.
Matka przytargała więc sprzęt, zainstalowała mapę na lewej stronie, spojrzała w okno, przez które waliło słońce nieprzytomnie i włączyła klawisz przekonana, że i tak nic nie będzie widać. No ten poniedziałek to już całkiem do kitu jest z niezaciemnianą salą.
No i co? Sprzęt wykonał nadludzki wysiłek i zaświecił przez ułamek sekundy, potem zrobił wdzięczne „bździang!” – i zgasł na wieki…
No żeż kurza jego twarz!!!
Matkę trafił jasny szlag.
A na przerwie jeszcze jaśniejszy, bo okazało się, że tego dnia jest wywiadówka a Matce to kompletnie umknęło i zapomniała w kamień. A może po prostu nie wiedziała.
I musiała pododkręcać MiaUzonowi mnóstwo spraw, ale dało się. Uff.
Kolejny, normalny dzień…
Ranki na niebiesko
Matka jak zwykle poprawia coś w ostatniej chwili. Co z tego, że się zarzekała i zrobiła folie dla dzieci już w czwartek, zaiosła w piątek do wydrukowania i w ogóle, jeśli oczywiście zmieniła koncepcję?
Matka niereformowalna jest. Potem goni z wywieszonym ozorem, wszystko jej się majta, denerwuje się – i co tydzień to samo. A potem nie wiadomo gdzie ma sie udać – do szkoły, kserokopiarni czy najlepiej toalety…
I do tego wszystkiego Maryśka pomału staje się prawdziwą kobietą. Oznacza to ni mniej, ni więcej, że teraz co ranek będzie nas trafiał jasny szlag, co przerabialiśmy przez dobre cztery lata z Janeczką.
–„Tych skajpetek nie włoziem!!!” – zapowiedziało dziś rano dziecię i ryknęło na nocniku.
Wygląda to mianowicie tak, że MiaUżon spruwa z wyra Maryśkę, przynosi na ramieniu, sadza na naczyniu nocnym i usiłuje wetknąć różne części garderoby na wystąjace odnóża. Jak wiadomo czas rano jest wyliczony co do minuty i nie może być żadnych opóźnień, bo potem mamy korek na moście i do widzenia ślepa Gienia.
„Majom bzidki kojoj!!!” – wysmarkał Potworek
Jasne. Wczoraj były najpiękniejsze, dziś sa ohydne. Skąd my to znamy?
Matka wetnkęła na nogi Maryśki inne skarpetki tylko dlatego, że na kaloryferze łazienkowym zawsze wiszą dyżurne dwie pary. Nie było to specjalnie skomplikowane, bo Maryśka drąc się zamyka oczy i nie kontroluje, co w tym momencie świat porabia.
–„Inne spodnie chcem. Pomajańcowe!!!” – dodała
Maryśka nie ma pomarańczowych spodni.
-„Te sa podobne do pomarańczowych!” – ucięła Matka i włożyła Potworkowi niebieskie.
Rano to nie ma czegoś takiego, jak kompromisy.
Rano jest monarchia absolutna, tyrania, czy jak to kto nazwie.
I Matka zarządza.
A MiaUżon ewentualnie wspomaga Matkę głosem jako herold. Sprawdza się zresztą w tej roli znakomicie.
Pomarańczowy to niebieski i koniec, kropka.
Niech no kto Matce świtem podskoczy…
Hybryda
Matka podążyła dziś po mszy, żeby spełnić obywatelski obowiązek i zagłosować na prezydenta. Potwory z MiaUżonem rade-nierade poszły też, choć interesu specjalnego w tym nie miały – raz, że nie po drodze, a dwa – MiaUżon jako zameldowany u teściowej ma okręg wyborczy w centrum naszej metropolii.
W drodze powrotnej na horyzoncie zamajaczyła jakaś postać ubrana na czarno. Obok, na chodniku leżała gitara w pokrowcu i to akurat łatwo było rozpoznać. Postać za to wyglądała strasznie – raz trzy nogi, raz dwie, ręki żadnej… Potem jedna głowa, dwie, znowu jedna – co za cholera? Hybryda jakaś, czy co?
Pierwsza rzecz całą wyjaśniła Janeczka.
-„A fuj!!!” – wykrzywiła się – „Całują się !!!”
No w rzeczy samej. I trzeba było przejść obok tej przedziwnej konfiguracji z Potworami, bo nijak nie dało się inaczej.
Na szczęście w ostatniej chwili z hybrydy zrobiły się dwa ludzie płci odmiennej.
-„Ty chyba tak nie będziesz robić?” – zapytał szeptem MiaUżon Janeczkę, kiedy się oddalili na bezpieczną odległość.
-„No coś ty?!” – oburzyła się Janeczka
MiaUżon odetchnął.
-„Nie na ulicy!” – dodał Potwór – „TYLKO w domu…”
MiaUżon padł.
A teraz w piwnicy dalej szlifuje kij bejsbolowy…
Laby na szkle
Matka dziś się wyłączyła. Polega to na tym, że nie za bardzo zajmuje się Potworami. MiaUżon jest. Niech się spełnia jako ojciec.
Matka nie narzeka – codziennie rano Potwory sa rozrzucane do szkoło-przedszkoli przez ślubnego. Matka tylko je rano szykuje, wystawia najedzone za drzwi i sama śmiga do roboty. Przez trzy pierwsze dni tygodnia MiaUżon je też odbiera – Matka kończy zajęcia po czwartej, kiedy przedszkole jest już zamknięte. Maryśkę trzeba poza tym odbierać wcześniej, choć nie już tak bardzo, bo koło wpół do trzeciej. Gdzie te czasy, kiedy Janeczka smętnie patrzyła w okno przedszkola od obiadu i robiła wyrzuty…
Matka wraca do tematu – no dziś zrobiła sobie wolne.
Wstawiła tylko karkóweczkę do piekarnika, doglądała od czasu do czasu i tyle.
Firanki zdjęła, poprała. Balkony i tarasy zamiotła i przeleciała na mokro.
Umyła wszystkie cztery okna na dole, firanki powiesiła.
Teraz przeniosła się na pierwsze piętro, gdzie ma pięć okien, ale za to tylko jedną firankę. A na strychu jeszcze dwa okna.
Śmiga więc teraz na pozostałe siedem okienek, ale to już tak zwany pryszcz jest. A potem się wybyczy robiąc konspekt na poniedziałek i obmyślając krwawą zemstę na klasie, która jej nawiała.
I ma 90 kartkówek do sprawdzenia. Uuuuuu, to już gorzej. Ale za to 389 już sprawdziła! No to zaraz lepiej brzmi.
Matka pozdrawia więc w pędzie i skacze na szkło!